Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Dzień po

Poniedziałek, 14 października 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
9 199 1313
Data
14 października 2019
Pon. 14:17 17:58
Rower
Ridley Helium SLX
4 68 68
Kalorie
1969kcal
Czas
3:27:44
27
238
0:24 0:21 0:05
Dystans
105.17km
26
136
11.89 9.73
Prędkość
30.38km/h
21
45
28.7 27.7 62.0
Kadencja
93rpm
124
Tętno
131bpm
149
Moc
179W
131
260
154 167 771
TSS
209
36
129
Przewyższenia
372m
54
589
       257
Nachylenie
+ 3.1% - 3.9%
+ 6.1 - 11.4
Temperatura
21.3°C
16.0 25.0

Dzisiaj wybrałem się na powyborczą przejażdżkę. Jakkolwiek starałem się, aby moja głowa była wolna od apokaliptycznej wizji nadciągającej jesieni średniowiecza, to jednak trudno zupełnie oderwać się od rzeczywistości. Na szczęście widzę światełko coraz śmielej rozbłyskujące w mroku, a więc nie dałem się zdominować złym myślom i pełen optymizmu cieszyłem się cudownym popołudniem. Wracałem, gdy słońce swoją czerwienią zdominowało niebo. Uważam więc sezon zachodów słońca za otwarty.

Sezon zachodów słońca uważam za otwarty!
Sezon zachodów słońca uważam za otwarty!



Jesienne wyzwania

Sobota, 12 października 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
8 198 1312
Data
12 października 2019
Sob. 10:39 15:21
Rower
Ridley Helium SLX
3 67 67
Kalorie
2481kcal
Czas
4:14:37
8
61
1:26 1:00 0:00
Dystans
120.83km
12
46
33.86 33.05
Prędkość
28.47km/h
62
246
23.6 32.8 58.5
Kadencja
92rpm
127
Tętno
138bpm
159
Moc
203W
31
58
158 180 924
TSS
328
3
8
Przewyższenia
1289m
7
33
       474
Nachylenie
+ 3.8% - 3.9%
+ 14.2 - 11.4
Temperatura
20.5°C
18.0 23.0

Powróciła słoneczna i ciepła pogoda, a wraz z nią rozpoczął się najpiękniejszy okres jesieni. Nie chciałem zmarnować tego czasu i pojechać byle gdzie, ale tym razem zaplanowałem sobie niebanalną trasę, która nie tylko miała prowadzić mnie poprzez złote październikowe krajobrazy, ale także zmusić mnie do solidnej pracy. Postanowiłem pojechać w rzadko eksplorowane rejony, aby tym skuteczniej oderwać się od sztampowych wyzwań, które już dawno przestały być wyzwaniami i zaznać swoistego renesansu rowerowych doznań.

Niebanalność zaczęła się banalnie, bo przecież musiałem jakoś wyjechać z Krakowa. Trasa wzdłuż Wisły zaprowadziła mnie do Piekar. Potem przejechałem przez Liszki, a dojechawszy do Cholerzyna, skręciłem na zachód. Jeszcze tylko Mników, Baczyn, Zalas i nareszcie znalazłem się w okolicach, których piękno chciałem odkryć na nowo w magicznym świetle jesieni. Jechałem na północ. Minąłem Tenczynek, na chwilę odbiłem na zachód, ale już wkrótce skręciłem w prawo i dotarłem do Woli Filipowskiej. To właśnie tam zaczynał się najciekawszy, ale i najbardziej wymagający fragment dzisiejszej trasy – 25 kilometrów podjazdów i zjazdów, wąskich szlaków i ostrych zakrętów, ale przede wszystkim pięknych klimatów.

Początek był dość łatwy. Niby w górę, ale łagodnie, spokojnie, bez wysiłku. A potem skręciłem do… Paryża. Tak, to nie pomyłka. Paryż jest przysiółkiem wsi Nowa Góra. Kiedyś byłem w tej okolicy, ale wówczas jechałem nieco inaczej i nie miałem pojęcia, że wjazd do Paryża nie jest zwykłym pokonaniem jakiejś tam drogi, ale wymagającym podjazdem, na którym chwilowe nachylenie nierzadko przekracza 16%. A przecież to był dopiero początek. Gdy już wyjechałem na górę, kolejne kilometry były łatwiejsze, ale cały czas utrzymane w klimacie „góra – dół”, który nie dawał zbyt wielu szans na odpocznienie, ale nie pozwalał także na nudę. Wreszcie zjazd do Czernej. Myślałem, że to koniec poważnych wyzwań, ale srodze się zawiodłem. Oto mój GPS nagle i niespodziewanie „nakazał” mi skręt o niemalże 180⁰, kierując mnie na podejrzanie wąską i krętą drogę, która wyglądała bardziej na dojazd do prywatnej posesji, niż na pełnoprawny publiczny szlak komunikacyjny. To jednak nic, bo dopiero za zakrętem, przed moimi oczami ukazał się obraz wyzwania, które na mnie czekało. Cały czas w górę. Ostro w górę. Miejscami bardzo ostro w górę. Nie boję się podjazdów, a wręcz je uwielbiam, ale nie ukrywam, że tym razem było ciężko. A gdy już dotarłem na szczyt, pomyślałem, że tym razem to już na pewno koniec trudności i dalsza część trasy to „fraszka, igraszka”. I znów się pomyliłem. Zjechałem do głównej drogi, by zaraz później skręcić do Paczółtowic. Jakkolwiek droga znów wznosiła się, to w porównaniu z poprzednimi podjazdami była relaksacyjną rozrywką. Potem był oczywiście zjazd, na końcu którego czekał ostry zakręt w prawo. A za zakrętem ujrzałem… górę. Do szczytu nie było daleko. Jakieś 400 metrów. Tyle tylko, że średnie nachylenie przekraczało 12%, a ja miałem w nogach wcześniejsze harce. Górę pokonałem, ale bolało.

Na tym skończyły się poważne wyzwania. Zjechałem do Krzeszowic i bocznymi, krętymi drogami, dotarłem do Rudawy, a następnie do Więckowic, Bolechowic i wreszcie Modlniczki. To już były przedmieścia Krakowa i chociaż do domu miałem jeszcze 20 kilometrów, to nie wiązały się z nimi już żadne trudności. Gdy zsiadałem z roweru, licznik pokazywał ponad 120 przejechanych kilometrów i prawie 1300 metrów przewyższenia. Całkiem nieźle jak na tę porę roku.

Droga w okolicy Baczyna.
Droga w okolicy Baczyna.
W… Paryżu.
W… Paryżu.
Na szczycie podjazdu w Czernej.
Na szczycie podjazdu w Czernej.
Dyskretny urok jesieni.
Dyskretny urok jesieni.



W szarości popołudnia

Wtorek, 8 października 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
5 195 1309
Data
8 października 2019
Wt. 14:32 16:43
Rower
Ridley Helium SLX
2 66 66
Kalorie
1273kcal
Czas
2:02:02
58
840
0:22 0:21 0:00
Dystans
60.79km
58
602
10.34 10.98
Prędkość
29.89km/h
34
88
28.0 30.1 43.8
Kadencja
93rpm
129
Tętno
132bpm
152
Moc
202W
34
64
168   747
TSS
157
54
187
Przewyższenia
320m
63
697
       242
Nachylenie
+ 3.1% - 3.0%
+ 8.6 - 7.5
Temperatura
12.0°C
11.0 14.0

Jakże szybko minął ten sezon. Mam wrażenie, że zaczął się całkiem niedawno, a tymczasem już nadszedł czas wygaszania aktywności na świeżym powietrzu i przejścia w tryb „trenażerowy”. Niezrealizowane plany długich tras trzeba odłożyć na kolejny rok i przygotować się na kilkumiesięczną tęsknotę za światem widzianym z perspektywy rowerowego siodełka.

 

Wydawać by się mogło, że powinienem napawać się każdą chwilą, którą mogę jeszcze spędzić na świeżym powietrzu. Tymczasem dzisiaj jechało mi się wyjątkowo beznamiętnie. Początkowo miałem ambitne plany, ale po kilkunastu kilometrach doszedłem do wniosku, że jestem zbyt zmęczony, aby je zrealizować. „Depresyjna” szarość też nie ułatwiała jazdy, a chłodny wiatr dodatkowo ją utrudniał. Zamiast więc cieszyć się jazdą, zwyczajnie dorzuciłem do kolekcji kolejne kilkadziesiąt kilometrów, mając nadzieję, że jeszcze wróci słońce i cieplejsze dni, aby z bliska móc doświadczyć magii złotej jesieni.



Dzień po Mortimerze

Wtorek, 1 października 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
1 191 1305
Data
1 października 2019
Wt. 14:40 18:15
Rower
Ridley Helium SLX
1 65 65
Kalorie
1993kcal
Czas
3:24:20
35
263
0:21 0:21 0:00
Dystans
106.55km
23
115
10.89 10.12
Prędkość
31.29km/h
6
15
30.3 28.5 48.3
Kadencja
95rpm
124
Tętno
131bpm
154
Moc
177W
137
271
158 179 654
TSS
200
41
145
Przewyższenia
336m
61
658
       241
Nachylenie
+ 3.1% - 3.5%
+ 5.8 - 6.3
Temperatura
19.4°C
16.0 23.0

Wczoraj nad Polską szalał niejaki Mortimer. Słyszałem tłukące się szkło, łamiące gałęzie, spadające dachówki. I chociaż przeszło mi przez myśl, aby spróbować swoich sił w walce z żywiołem, to rozsądek zwyciężył i zostałem w domu z mocnym postanowieniem, że w takim razie wsiadam na trenażer. Niestety ten plan także nie wypalił, Pierwszy październikowy wieczór.
Pierwszy październikowy wieczór.
bo zerwał się pasek napędowy w moim Elite Direto i zostałem na przysłowiowym lodzie. Nawiasem mówiąc, wkrótce napiszę coś więcej na temat trenażera Direto i jego zerwanego paska.

To, co nie udało się wczoraj, udało się dzisiaj. Pogoda była ładna, a jedyną niesprzyjającą okolicznością był silny wiatr. Pojechałem na wschód w stronę Puszczy Niepołomickiej. Początkowo zamierzałem jechać Wiślaną Trasą Rowerową, ale w Niepołomicach doszedłem do wniosku, że jakkolwiek wygodna  to trasa, to jej walory widokowe są raczej skromne. Po jednej stronie wału Wisła, po drugiej lasy albo pola. Ileż razy można? Dlatego właśnie w Niepołomicach zjechałem z WTR i poruszałem się bocznymi, krętymi drogami. Było o wiele ciekawiej. Tak dojechałem aż do Woli Zabierzowskiej. Dopiero stamtąd pojechałem do Puszczy Niepołomickiej. Jadąc Żubrostradą musiałem bardzo uważać. Mortimer pozostawił po sobie setki gałązek leżących na asfalcie, że o szyszkach i innych drobiazgach nie wspomnę. Nie mogłem się więc całkowicie odprężyć i uciec w świat rowerowej medytacji.

Dojechałem do Mikluszowic. Nadszedł czas powrotu. Zawróciłem i pojechałem do Niepołomic, a stamtąd do Krakowa. Gdy zsiadałem z roweru, właśnie zachodziło słońce. Kończył się pierwszy październikowy dzień.

PS. Byłbym zapomniał. Właśnie przekroczyłem granicę 10.000 km przejechanych w tym roku!



Ostatnia sobota września

Sobota, 28 września 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
19 190 1304
Data
28 września 2019
Sob. 9:59 13:26
Rower
Ridley Helium SLX
11 64 64
Kalorie
2055kcal
Czas
3:18:17
39
291
0:40 0:34 0:00
Dystans
101.52km
35
211
19.50 17.89
Prędkość
30.72km/h
11
27
28.9 31.3 50.0
Kadencja
94rpm
125
Tętno
132bpm
150
Moc
197W
50
99
169 196 659
TSS
239
23
87
Przewyższenia
550m
33
321
       262
Nachylenie
+ 2.8% - 3.1%
+ 7.4 - 7.6
Temperatura
18.4°C
17.0 21.0

Sobotni poranek. Dość ciepło, ale pochmurnie i oczywiście tradycyjnie wietrznie. Prognoza pogody mówi, że szansa na deszcz to jakieś 47%. To raczej duże prawdopodobieństwo. Jechać? Nie jechać? Oczywiście, że jechać. Wszakże od ostatniej przejażdżki minęło już pięć długich dni, a trenażer nie potrafi zaspokoić głodu prawdziwej jazdy. Szybkie śniadanie, krótkie przygotowanie i wsiadam na rower.

Zieleń nadal w przewadze.
Zieleń nadal w przewadze.
Mam taką niepisaną zasadę, że gdy mocno wieje, to najpierw jadę pod wiatr. Nie zawsze się jej trzymam, ale raczej dość często. Mam tak od czasu, gdy jadąc z wiatrem, zaliczyłem moje najszybsze 40 kilometrów, a gdy zawróciłem w stronę Krakowa i „zderzyłem” się z wiatrem, niemal natychmiast mnie odcięło i cała droga powrotna była walką o przetrwanie. Dzisiaj jadę więc dość krótko z wiatrem, a potem zawracam, by przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów mocno pracować, mierząc się z siłami natury. Jadę na zachód. Banalna trasa wzdłuż Wisły do Tyńca, a potem do Skawiny. Płaska droga w wietrznych warunkach staje się jednak niekończącym się podjazdem. Ze Skawiny jadę do Wielkich Dróg. Dopiero tam skręcam na południe i dojeżdżam do drogi 44.

Skręcam na zachód i natychmiast „łapię wiatr w żagle”. Od czasu do czasu z niedowierzaniem patrzę na ekran Garmina. Gdybym z taką prędkością jeździł na co dzień, to nie byłbym bez szans w jutrzejszym wyścigu elity na mistrzostwach świata w Yorkshire. Wkrótce dojeżdżam do Skawiny, skąd do domu mam już tylko około 20 kilometrów. A jednak uda się zaliczyć kolejną „setkę” w tym roku.



Powitanie jesieni

Poniedziałek, 23 września 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
16 187 1301
Data
23 września 2019
Pon. 15:01 18:43
Rower
Ridley Helium SLX
10 63 63
Kalorie
1969kcal
Czas
3:25:24
32
254
0:24 0:21 0:04
Dystans
106.30km
24
120
10.94 10.64
Prędkość
31.05km/h
8
21
27.3 30.0 55.3
Kadencja
94rpm
123
Tętno
127bpm
145
Moc
177W
137
271
156 182 777
TSS
199
43
147
Przewyższenia
356m
57
620
       257
Nachylenie
+ 3.3% - 3.4%
+ 8.3 - 8.6
Temperatura
17.0°C
12.0 19.0

Lato pożegnałem, więc nadszedł czas na powitanie jesieni. Rzecz jasna, wcale nie jestem szczęśliwy z tego powodu, bo jesień kojarzy się nie tylko z pięknymi złotymi barwami przyrody, ale także, a może przede wszystkim z deszczem, chłodem i przedsmakiem zimy. Dzisiaj na szczęście dzień był jeszcze w miarę ciepły, więc był to dobry czas na zaliczenie kolejnej wrześniowej przejażdżki.

Przypuszczam, że to jedna z ostatnich, a może nawet ostatnia „setka” w tym roku. Wyjechałem o piętnastej, a mimo to wróciłem tuż po zachodzie słońca. A przecież dzień nie był jeszcze tak krótki, jak będzie już wkrótce, a zwłaszcza za miesiąc, po zmianie czasu na zimowy. Na nieco dłuższe eskapady pozostaną więc tylko soboty lub niedziele. Pierwszy jesienny widok.
Pierwszy jesienny widok.
Dzisiejsza trasa nie była specjalnie ambitna, bo hasło „jesień” wywołuje we mnie tylko jedno skojarzenie, które nazywa się Puszcza Niepołomicka. To właśnie tam się skierowałem, ale żeby nie było za łatwo i za krótko, pojechałem potem do wsi Niedary i dopiero stamtąd skierowałem się ponownie na zachód, rozpoczynając drogę w kierunku zachodzącego słońca. Dopóki byłem w miejscach, gdzie docierały jego promienie, było mi dość ciepło. Gdy przejeżdżałem przez zacienione obszary, wyraźnie czułem już chłód, zastanawiając się, czy krótkie spodenki były dobrym wyborem na dzisiejszą eskapadę.

Do Krakowa wróciłem tuż po zachodzie słońca, a niecałe trzy kilometry przed domem zaliczyłem pierwszą „glebę” od wielu, wielu lat. W dodatku była to „gleba” kuriozalnie głupia, śmieszna i bezsensowna, bo przy prędkości – uwaga – 0 km/h. Tak, tak, dokładnie zero kilometrów na godzinę. Zatrzymałem się, aby ściągnąć okulary i wpadłem na dziwny pomysł, aby wypiąć z pedału prawą nogę. Tymczasem mój mózg stwierdził, że lepiej byłoby się podeprzeć lewą nogą. Niestety nie zdążyłem jej wypiąć… Co za obciach! Straty w sprzęcie: żadne. Straty na ciele: siniak na tyłku i otarcie kolana. Straty moralne: przeogromne.

A z dobrych wiadomości jest taka, że mój Ridley Helium SLX przejechał w tym sezonie już ponad 6000 kilometrów. Z tej okazji być może popełnię okolicznościowy wpis na moim blogu.



Pożegnanie lata

Sobota, 21 września 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
15 186 1300
Data
21 września 2019
Sob. 9:42 14:16
Rower
Ridley Helium SLX
9 62 62
Kalorie
2576kcal
Czas
4:14:28
9
63
0:38 0:35 0:00
Dystans
128.15km
7
26
18.25 16.87
Prędkość
30.22km/h
23
54
28.3 28.4 55.7
Kadencja
94rpm
130
Tętno
133bpm
159
Moc
186W
100
204
162 193 754
TSS
283
10
27
Przewyższenia
566m
30
306
       257
Nachylenie
+ 3.1% - 3.5%
+ 7.2 - 10.5
Temperatura
17.4°C
14.0 21.0

Przedostatni dzień lata. Słoneczny i bezchmurny, ale chłodny i jak zwykle wietrzny. Trzeba było wykorzystać ten czas i symbolicznie pożegnać koniec najcieplejszego okresu w roku. Widok z Mostu Wandy.
Widok z Mostu Wandy.
Czuję się już trochę zmęczony tym sezonem. Zacząłem go w styczniu, ale po raz pierwszy od lat zrezygnowałem z zimowych jazd, które nie dawały niczego poza satysfakcją, na rzecz regularnych treningów na trenażerze. To sprawiło, że na wiosnę czułem się mocny jak nigdy wcześniej. Powróciła radość z jazdy, na nowo odkryłem piękno rowerowej pasji i pomimo upływu lat, poczułem się młodszy. Teraz, gdy słońce coraz później budzi dzień, a noc nadchodzi coraz wcześniej, powoli wyciszam się. Wyjazdów w realu będzie coraz mniej i pewnie będą coraz krótsze. Coraz częściej będę wsiadał na trenażer, ale na razie bez żadnych konkretnych planów treningowych. W drugiej połowie października zafunduję sobie całkowitą przerwę od roweru. Tydzień, może nawet dwa. Potem zamierzam zrealizować jakieś poważne plany treningowe, licząc, że przesunę jeszcze trochę granice moich możliwości.



Impresjonistycznie

Piątek, 13 września 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
10 181 1295
Data
13 września 2019
Pt. 8:04 12:16
Rower
Ridley Helium SLX
8 61 61
Kalorie
1948kcal
Czas
3:26:52
30
246
0:30 0:27 0:00
Dystans
103.14km
30
165
13.72 13.61
Prędkość
29.92km/h
32
83
27.4 30.1 51.0
Kadencja
93rpm
127
Tętno
124bpm
145
Moc
179W
131
260
151 172 820
TSS
212
34
126
Przewyższenia
425m
44
484
       263
Nachylenie
+ 3.1% - 3.2%
+ 8.7 - 6.4
Temperatura
19.7°C
16.0 26.0

Dzień czwarty mojej drugiej wrześniowej serii rowerowej i jednocześnie ostatni dzień urlopu. Zamiast wyspać się za wszystkie czasy, wstałem już przed siódmą. Za oknem pięknie świeciło słońce, a ja miałem w głowie gotowy plan przejażdżki. Miała być łatwa, szybka i przyjemna. W przeciwieństwie do wczorajszej trasy, tym razem zamierzałem najpierw pojechać na zachód. To oznaczało, że chcąc nie chcąc, muszę przedrzeć się przynajmniej przez część miasta, które o rannej porze zamienia się w nieprzejezdną dżunglę o zapachu spalin. Postanowiłem zminimalizować czas tej wątpliwej przyjemności i zaraz po dojeździe do Mostu Wandy, wjechałem na wały wiślane, kierując się w stronę Dąbia. I tutaj ciekawostka. Po drodze spotkałem trenującą Justynę Kowalczyk. Wzdłuż Wisły jechałem aż do ulicy Mirowskiej. Następnie pojechałem do Czernichowa, a potem do Rusocic. Tam przejechałem na drugi brzeg Wisły i znalazłem się w Łączanach. Skręciłem na wschód, rozpoczynając drogę powrotną. To był sześćdziesiąty kilometr trasy.

I znowu jechałem Wiślaną Trasą Rowerową. O tej porze była pusta, cicha i spokojna. Mogłem całkowicie wyłączyć się i chłonąć ciepło i blask ostatnich letnich dni. Lubię takie chwile samotności, gdy nic mnie nie rozprasza, Impresjonizm ostatnich dni lata gdzieś na trasie uchwycony…
Impresjonizm ostatnich dni lata gdzieś na trasie uchwycony…
a cały świat zdaje się należeć wyłącznie do mnie. Lubię błękit bezchmurnego nieba, orzeźwiające podmuchy chłodnego wiatru i ten niepowtarzalny zapach zbliżającej się jesieni.

Nic nie może przecież wiecznie trwać, więc w końcu wróciłem do cywilizacji. Dotarłem do Skawiny i pojechałem w stronę Swoszowic. Wkrótce byłem już w Krakowie. Przejechałem nad autostradą i skręciłem w ulicę Cechową. Miałem pokonane ponad 99 kilometrów. Do setki brakowało ledwie kilkuset metrów i wtedy poczułem charakterystyczną miękkość roweru – przebiłem dętkę w tylnym kole. Przez kilka minut szukałem dobrego miejsca, w którym mógłbym dokonać naprawy. W mieście nie jest to takie oczywiste – przecież nie położę roweru na twardym betonie. Nie spieszyło mi się, więc nie wymieniałem dętki, ale załatałem tę uszkodzoną. Poszło szybko i sprawnie, bo nie używałem ręcznej pompki, ale po raz pierwszy w życiu użyłem naboju CO2. Założyłem koło i spokojnie przejechałem ostatnie cztery kilometry.

Można powiedzieć, że w pewnym sensie nadrabiam zaległości z kwietnia i maja, gdy beznadziejna pogoda „przykuła” mnie do trenażera. Póki co, wrzesień jest ciepły i słoneczny i tylko szkoda, że od poniedziałku będę mógł jeździć już tylko popołudniami, które z każdym dniem będą coraz krótsze.



Regeneracyjnie

Czwartek, 12 września 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
9 180 1294
Data
12 września 2019
Czw. 8:29 12:12
Rower
Ridley Helium SLX
7 60 60
Kalorie
1961kcal
Czas
3:31:47
25
208
0:26 0:21 0:00
Dystans
107.53km
22
109
11.89 10.58
Prędkość
30.46km/h
18
39
27.3 29.1 44.6
Kadencja
94rpm
126
Tętno
120bpm
143
Moc
168W
167
316
149 164 730
TSS
190
44
150
Przewyższenia
354m
58
623
       243
Nachylenie
+ 3.0% - 3.4%
+ 5.9 - 6.4
Temperatura
20.5°C
17.0 26.0

Wczoraj „cierpiałem” i jeśli ktoś myślał, że w związku z tym, będę dzisiaj odpoczywał, to… ma rację. Tyle tylko, że przez odpoczynek rozumiem aktywność o umiarkowanej intensywności, a nie bezsensowną bezczynność lub co gorsza, beznamiętne gapienie się w ekran TV. Pogoda jest przecież idealna i trzeba korzystać z tego daru Opatrzności, bo jesień i związane z nią kaprysy aury czekają już za progiem. Skoro jazda miała mieć charakter regeneracyjny, to do głowy przyszedł mi tylko jeden kierunek, czyli wschód. Aktywność miała trzy odsłony. Najpierw pojechałem w stronę Uścia Solnego po Wiślanej Trasie Rowerowej. Tuż przed mostem na Rabie skręciłem na południe i dotarłem do Mikluszowic. Potem wystarczyło już tylko pomknąć do Niepołomic, a następnie wrócić do Krakowa. Ot, cała historia.

Puszcza „przedjesienna”.
Puszcza „przedjesienna”.



Sołtysi Dział po latach

Środa, 11 września 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
8 179 1293
Data
11 września 2019
Śr. 8:39 13:44
Rower
Ridley Helium SLX
6 59 59
Kalorie
2351kcal
Czas
4:40:53
5
36
1:59 1:08 0:00
Dystans
123.87km
8
35
41.01 38.13
Prędkość
26.46km/h
69
510
20.7 33.2 59.9
Kadencja
88rpm
124
Tętno
126bpm
160
Moc
180W
126
249
136 162 710
TSS
280
11
29
Przewyższenia
1594m
1
12
       593
Nachylenie
+ 3.9% - 4.2%
+ 15.9 - 14.6
Temperatura
20.4°C
15.0 28.0

Ostatni raz na Sołtysim Dziale byłem w 2015 roku… Zabrzmiało jak początek katolickiej spowiedzi. Fakt, dawno tam nie byłem, a przecież to całkiem zacny podjazd, który w sumie zaliczyłem tylko dwukrotnie. Raz na rowerze górskim, a raz na mojej pierwszej szosówce. Za pierwszym razem było ciężko, bo „góral” był relatywnie ciężki, ja też byłem ciężki, a trzyrzędowa korba wcale nie sprawiła, że się nie męczyłem. Za drugim razem było ciężko, bo chociaż rower szosowy był lekki, a ja też ważyłem nieco mniej, to jednak przełożenie 34/28 okazało się wyjątkowo twarde. Czy więc trzecie podejście okaże się najłatwiejsze? Jeśli chodzi o przełożenia, to nic się nie zmieniło. Najbardziej miękkim jest nadal 34/28. No, ale przecież mam ultra lekki rower, a sam ważę kilkanaście kilogramów mniej niż cztery lata temu. Początek podjazdu pod Sołtysi Dział nie wygląda groźnie.
Początek podjazdu pod Sołtysi Dział nie wygląda groźnie.
A zatem powinienem wjechać na górę, na luzie, z pieśnią na ustach, zwinnie, szybko i z gracją niczym górska kozica, albo jak Alberto w swych najlepszych latach. Teoretycznie tak mogłoby być z naciskiem na „teoretycznie”. W moich rachubach nie uwzględniłem, że noga po prostu może nie podawać.

Miałem dokładny plan. Zaczynał się od dojazdu do Skawiny. Już na tym etapie jakoś ciężko mi się jechało. Gdzieżbym jednak śmiał się poddać i zmienić plany. To nie w moim stylu. No więc jechałem. Pierwszy „zonk” był już przed Skawiną. Dwukilometrowy korek i samochody tak stojące, że musiałem wolno je omijać to z lewej to z prawej. Średnia na tym odcinku to jakieś 10 km/h. Potem pojechałem do Radziszowa i Woli Radziszowskiej, za którą zmierzyłem się z pierwszym podjazdem. Kolejny raz dotarło do mnie, że to nie jest mój dzień, ale przecież uparty jestem. Jechałem dalej. Biertowice, Sułkowice, Harbutowice i wreszcie skręt w boczną drogę. To początek podjazdu pod Sołtysi Dział.

Droga początkowo subtelnie pnie się w górę, prowokując stwierdzenie: „To ma być Kiler? To jakaś popierdułka, a nie Kiler!”. Wszystko zmienia się, gdy mijamy znak nakazujący używanie zimą łańcuchów. Na ostatnich 750 metrach nachylenie ma wartość dwucyfrową, a 250 metrów od szczytu zaczyna się walka o przetrwanie – nachylenie miejscami przekracza 20%. Jechałem „głową”, bo nogi jakby nie były moje – piekły, bolały, nie chciały obracać korbą. Na szczycie!
Na szczycie!
Metr za metrem zbliżałem się do szczytu, ale sto metrów w tych warunkach dłużyło się w nieskończoność, a szczyt miast przybliżać, zdawał się oddalać. Nie mogłem się zatrzymać, bo na takiej stromiźnie już nie ruszyłbym w górę, a pokonać podjazd „z buta” to obciach. Nie wiem, jakim cudem, ale udało się. Wjechałem na szczyt, gdzie po pierwszej radości dotarło do mnie, że od domu dzieli mnie 70 kilometrów i około 1000 metrów przewyższenia, a skoro noga do tej pory nie podawała, to szanse na to, że zacznie, są raczej mizerne.

Zjechałem do głównej drogi i skręciłem w stronę Stróży. Droga zaczęła piąć się w górę, wznosząc się finalnie na prawie taką samą wysokość jak Sołtysi Dział. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nachylenie znów miało dwucyfrową wartość. Na szczęście potem był długi zjazd do Stróży, miejscami bardzo szybki, a ponieważ sztuki zjeżdżania nie opanowałem w stopniu dostatecznym, żywotność moich klocków hamulcowych została znacząco skrócona. Ze Stróży pojechałem do Myślenic. To był łatwy odcinek, na którym mogłem mentalnie przygotować się do kolejnego wyzwania, jakim miał być dojazd do Widoczek ze zjazdu.
Widoczek ze zjazdu.
Dobczyc od południowej strony Zalewu Dobczyckiego. To droga, która składa się wyłącznie z podjazdów i zjazdów. O płaskich fragmentach można zapomnieć – jeśli nawet są, to krótkie i w zasadzie nieistotne. Cud się nie stał. Noga nadal był nieposłuszna. Poruszałem się więc tempem znudzonego turysty, pocieszając się, że każdy metr zbliża mnie do kresu męki, którą sobie sam zafundowałem. Wreszcie zjazd do Dobczyc. Cóż za ulga. Ale przecież tylko na chwilę, bo kolejnym punktem kończącej się listy atrakcji były Świątniki Górne. I znów wspinaczka. Tym razem do Dziekanowic. Krótka, ale 13% nachylenia oznaczało kolejny ból. Na szczęście był to ostatni taki podjazd. Kolejne były łatwiejsze, więc kilometry nareszcie zaczęły uciekać w sensownym tempie. Koźmice Małe, Gorzków, Świątniki Górne, Wrząsowice i mijam tablicę z nazwą Kraków. Jeszcze kilka kilometrów i będę w domu.

Są czasem takie dni, gdy z niewiadomych powodów jedzie się ciężko, a radość ustępuje frustracji. Dzisiaj miałem właśnie taki dzień, ale gdy już opadły emocje, gdy ustąpiło pierwsze zmęczenie, odczułem niesamowitą satysfakcję. Przecież pokonałem swoją słabość, nie poddałem się, nie zrezygnowałem.