Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Jazda czwartkowa

Czwartek, 22 sierpnia 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
14 167 1281
Data
22 sierpnia 2019
Czw. 14:57 18:25
Rower
Ridley Helium SLX
13 49 49
Kalorie
1857kcal
Czas
3:18:12
25
278
0:35 0:33 0:00
Dystans
105.02km
17
131
17.29 18.18
Prędkość
31.79km/h
2
6
29.0 32.4 55.3
Kadencja
95rpm
125
Tętno
130bpm
155
Moc
187W
80
182
151 159 821
TSS
216
27
118
Przewyższenia
592m
22
279
       286
Nachylenie
+ 3.4% - 3.3%
+ 9.9 - 6.9
Temperatura
20.1°C
19.0 22.0

Powoli kończy się sierpień, a wraz z nim czas wakacji. Czas płynie nieubłaganie, dni są coraz krótsze, a wkrótce nadejdą pierwsze chłody i deszcze. Już wczoraj „obudziłem” mój trenażer i zaliczyłem pierwszy od dawna trening. To jednak nie to samo, co poruszanie się w rzeczywistym, żywym, cały czas zmieniającym się świecie. Dlatego trzeba wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję i uciekać w przestrzeń swojej rowerowej pasji…

Dzisiaj „uciekłem” na wschód, nie bacząc na porywy chłodnego wiatru, nie przejmując się zachmurzonym niebem. Przejechałem przez Puszczę Niepołomicką, potem dotarłem do Proszówek i zawróciłem w stronę Krakowa. W tych krótkich dwóch zdaniach kryje się jednak 105, przejechanych w niezłym tempie, kilometrów. Ten rok jest naprawdę dobry. Świetnie mi się jeździ.



Relaksacyjnie po wczorajszym dniu

Poniedziałek, 19 sierpnia 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
12 165 1279
Data
19 sierpnia 2019
Pon. 15:38 17:23
Rower
Ridley Helium SLX
12 48 48
Kalorie
888kcal
Czas
1:41:17
47
1035
0:25 0:19 0:00
Dystans
52.25km
46
781
11.51 10.78
Prędkość
30.96km/h
7
21
27.3 33.0 55.5
Kadencja
92rpm
122
Tętno
129bpm
149
Moc
183W
94
213
143   633
TSS
104
57
211
Przewyższenia
325m
44
668
       258
Nachylenie
+ 2.8% - 3.0%
+ 8.7 - 8.3
Temperatura
31.7°C
30.0 33.0

Dawno, dawno temu, gdy pewien Piotr przejechał był jednego dnia ponad 150 kilometrów, to na drugi dzień nie był w stanie wsiąść na rower…

Ale to już było i nie wróci więcej, a przynajmniej mam taką nadzieję. W związku z tym, dzień po zaliczeniu 185 kilometrów, wsiadłem na rower, w myśl zasady, że trzeba trochę rozruszać nogi, aby nie spoczęły na laurach. Dystans nie był powalający, ale najważniejsze, że nie cierpiałem, a spodziewane po wczorajszym dniu zmęczenie, okazało się znacznie mniejsze niż myślałem.



Ulotna przestrzeń wspomnień

Niedziela, 18 sierpnia 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
11 164 1278
Data
18 sierpnia 2019
Niedz. 5:07 11:54
Rower
Ridley Helium SLX
11 47 47
Kalorie
3154kcal
Czas
6:11:18
2
7
1:05 0:56 0:25
Dystans
184.66km
2
3
28.51 28.40
Prędkość
29.84km/h
24
80
26.3 30.1 45.4
Kadencja
92rpm
127
Tętno
126bpm
154
Moc
164W
146
300
137 155 565
TSS
310
4
12
Przewyższenia
889m
12
122
       306
Nachylenie
+ 3.1% - 3.0%
+ 8.6 - 9.3
Temperatura
20.8°C
14.0 34.0

Niedziela. Budzik dzwoni o 4:00. Za oknem ciemno. Słońce wzejdzie dopiero za półtorej godziny. Aromatyczny zapach zaczyna powoli wypełniać pokój. Kawa lekko stygnie, a ja w tym czasie przygotowuję sobie śniadanie. Na niebo nieśmiało wpełza blada poświata nadchodzącego dnia. Rower jest już przygotowany. Przebieram się i cichutko wychodzę. Jest 5:05.

Moim celem   jest Niechobrz. To mała wieś nieopodal Rzeszowa. Monika, która jest tam od środy, wpadła na genialny pomysł, abym przyjechał do niej rowerem, a potem razem wrócimy samochodem do Krakowa. Monika jest cudowna. Znam wielu facetów, którzy są ograniczani. Znam też takich, którzy sami ograniczają swoje żony. Monika jest inna. Nie mam żadnych wątpliwości, że jest darem od Boga.

Miałem do wyboru dwie trasy. Południowa jest krótsza, ma „tylko” 165 kilometrów, ale jest bardziej górzysta. Północna ma 185 km i jest bardziej płaska. Wybieram właśnie ten wariant, ale nie dlatego, że będzie łatwiej, ale dlatego, że będę jechał przez okolice, które przywrócą we mnie wspomnienia coraz bardziej odległej młodości – coś w rodzaju podróży sentymentalnej.

O 5:05 nie jest już ciemno, ale słońce jeszcze nie wzeszło. To wyraźny znak nieuchronnego końca lata. Jest też dość chłodno, ale to akurat mi nie przeszkadza. Wyjeżdżam z uśpionego Krakowa i kieruję się na wschód w stronę Bochni. Nie jadę drogą krajową 94, ale poruszam się bocznymi, mniej uczęszczanymi szlakami, które o tej porze są praktycznie puste. Cisza, spokój. Przez pierwsze 30 kilometrów wyprzedza mnie pięć, może sześć samochodów. Trochę obawiam się pijanych kierowców. Jest przecież niedzielny świt. Moje obawy materializują się w Rzezawie, wsi leżącej pomiędzy Bochnią a Brzeskiem. Policja, pogotowie ratunkowe, garstka gapiów, a przy drodze auto wbite w ogrodzenie.

Przejeżdżam przez Jasień Brzeski, Mokrzyska, Szczepanów i skręcam na północ. Widząc urokliwe jezioro, zatrzymuję się na moment w lasach za wsią Waryś. Z każdą chwilą jestem coraz bliżej miejsc, które znam z przeszłości, gdy jako młody chłopak jeździłem w te okolice z moim ojcem. Projektor wspomnień zaczyna wyświetlać obrazy przeszłości. Będzie pracował przez najbliższe kilometry. Mijam Radłów i wkrótce przekraczam Dunajec. Dzisiaj jest brunatny, rwący i groźny. Po chwili jestem w Żabnie, mijam Odporyszów, przejeżdżam przez Dąbrowę Tarnowską, a po kolejnych kilku kilometrach dojeżdżam do Radgoszczy. Drogi nadal są puste, a samochody widzę głównie w okolicach kościołów. Cały czas jadę na wschód, mijając kolejne miejscowości, napawając się zapachem licznych w tej okolicy lasów, głęboko oddychając powietrzem, w którym czuć już zbliżający się koniec lata. Za Przecławiem przejeżdżam przez most na Wisłoce, dojeżdżam do Zdżar i skręcam na południe, by wkrótce dotrzeć do Sędziszowa Małopolskiego. Jestem już blisko celu.

Ostatnie kilometry są pagórkowate. Trochę się tego obawiam, bo mam w nogach ponad 160 kilometrów, ale okazuje się, że nie jest źle. Wola Zgłobieńska, Zgłobień. Jestem już prawie na miejscu. Jeszcze tylko podjazd wąską drogą i finałowa, chciałoby się powiedzieć: wspinaczka, ale w rzeczywistości raczej krótki i średnio stromy podjazd. Ostatnie obroty korbą i zsiadam z roweru.

Zdaje się, jakbym dopiero co wyruszył spod domu, a tymczasem jestem już na miejscu. Prawie 185 kilometrów, ale o wiele więcej wspomnień. Właśnie takie trasy, które nie są wyłącznie wstęgą asfaltu, ale mają w sobie namacalne pokłady emocji, kocham najbardziej. Jadąc, nie pokonuję wyłącznie kolejnych kilometrów, ale podróżuję w czasie, by choć przez chwilę znaleźć się w ulotnej przestrzeni wspomnień.

Poranek w okolicy Bielczy.
Poranek w okolicy Bielczy.
Romantyczny widok poranny w okolicy wsi Waryś.
Romantyczny widok poranny w okolicy wsi Waryś.
Przekraczam Dunajec w Biskupicach Radłowskich.
Przekraczam Dunajec w Biskupicach Radłowskich.
Samolot mały w Radomyślu Wielkim.
Samolot mały w Radomyślu Wielkim.
Powoli zbliżam się do celu.
Powoli zbliżam się do celu.
Dworek szlachecki w Zgłobniu.
Dworek szlachecki w Zgłobniu.
Ostatnie metry przed „metą”.
Ostatnie metry przed „metą”.



Pętla podmiejsko – miejska

Piątek, 16 sierpnia 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
10 163 1277
Data
16 sierpnia 2019
Pt. 14:45 16:37
Rower
Ridley Helium SLX
10 46 46
Kalorie
1022kcal
Czas
1:47:21
45
992
0:25 0:22 0:00
Dystans
53.50km
45
745
10.46 12.09
Prędkość
29.90km/h
21
73
24.9 32.5 53.8
Kadencja
92rpm
121
Tętno
127bpm
153
Moc
205W
24
47
154 165 710
TSS
139
44
184
Przewyższenia
376m
40
568
       330
Nachylenie
+ 3.6% - 3.2%
+ 9.4 - 7.5
Temperatura
21.5°C
20.0 23.0

Nie za każdym razem muszę zaliczać setkę, więc dzisiaj świadomie i dobrowolnie wybrałem się na krótką przejażdżkę. Było pochmurno, lekko wietrznie i w miarę ciepło. Zrobiłem podmiejsko – miejską pętlę nieco powyżej 50 kilometrów i odprężony wróciłem do domu. Jutro odpoczywam i przygotowuję się na niedzielną eskapadę. Zamierzam dotrzeć do miejsc, w których jeszcze nigdy nie byłem. Oby tylko pogoda dopisała.



Aktywne świętowanie

Czwartek, 15 sierpnia 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
9 162 1276
Data
15 sierpnia 2019
Czw. 11:58 15:57
Rower
Ridley Helium SLX
9 45 45
Kalorie
2028kcal
Czas
3:42:27
14
131
0:31 0:24 0:00
Dystans
115.43km
10
54
16.05 12.61
Prędkość
31.13km/h
6
16
30.1 31.2 65.1
Kadencja
95rpm
129
Tętno
129bpm
155
Moc
174W
122
261
149 178 616
TSS
208
30
126
Przewyższenia
451m
31
430
       257
Nachylenie
+ 2.8% - 3.6%
+ 6.4 - 10.9
Temperatura
24.6°C
21.0 35.0

Jakiś taki widoczek z trasy.
Jakiś taki widoczek z trasy.
Większość Polaków właśnie zaczęła długi weekend. Ja niestety nie. Terminy gonią, deadline się zbliża, więc jutro pracuję. Ale to dopiero jutro. Dzisiaj świętowałem, czyli po pierwsze, wyspałem się, a po drugie, wsiadłem na rower i pojechałem.

Plan był, ale tak prosty, że nie zamierzałem projektować trasy w Garminie, tylko poukładałem ją sobie w głowie. Skierowałem się na wschód i na przedmieściach Niepołomic wjechałem na Wiślaną Trasę Rowerową. A tam tłumy jak na Krupówkach. Całe rodziny na rowerach, jadące w typowym szyku: tata, dzieci od najstarszego do najmłodszego i mama zamykająca ten mini peleton. Pary zakochanych jadących obok siebie. Kolarze „trzeciego wieku”. Turyści z sakwami. Rolkarze. Po prostu wszyscy. Magia dnia wolnego i pogodnego zarazem. A jeśli już jesteśmy przy pogodzie, to była idealna. Nie za gorąco, nie za zimno, po prostu w sam raz. Trochę wiało, ale to normalne. No i tak sobie jechałem, pokonując kolejne kilometry, aż dotarłem do Ispiny. A tam nagle zrobiło się pusto. Byłem sam. Nie powiem, żebym się zmartwił. Kocham ludzi, ale potrzebuję także chwil samotności.

Dojechałem do Uścia Solnego i skręciłem na południe. Początkowo zamierzałem najkrótszą drogą dotrzeć do Bochni, ale zmieniłem plan i pojechałem w stronę Brzeska. Dopiero we wsi Borek skręciłem na zachód. Dojechałem do Bochni, a potem to już była rutyna, czyli powrót do Krakowa przez Damienice, Cikowice, Targowisko, Szarów, Gruszki, Zakrzów, Węgrzce Wielkie i Czarnochowice.

I tak sobie dzisiaj świętowałem.

Ja dzisiaj jeździłem. A Wy?
Ja dzisiaj jeździłem. A Wy?



Szybka pętla

Wtorek, 13 sierpnia 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
8 161 1275
Data
13 sierpnia 2019
Wt. 14:28 16:58
Rower
Ridley Helium SLX
8 44 44
Kalorie
1351kcal
Czas
2:22:56
37
577
0:26 0:22 0:00
Dystans
72.52km
37
393
11.97 11.94
Prędkość
30.44km/h
14
36
27.3 31.2 52.7
Kadencja
94rpm
120
Tętno
131bpm
149
Moc
185W
85
192
152 160 660
TSS
154
38
172
Przewyższenia
366m
42
591
       263
Nachylenie
+ 3.1% - 3.1%
+ 6.9 - 6.2
Temperatura
22.6°C
21.0 25.0

Deszcz miał padać prawie cały dzień, ale lało tylko przed południem. W tych okolicznościach nie mogłem spokojnie usiedzieć w domu i zaraz po pracy podjąłem szybką decyzję, że jadę. Nie było czasu na przygotowanie specjalnego planu, więc trochę improwizowałem. I tak, na początek zaliczyłem Węgrzce Wielkie, a potem Grabie i Brzegi. Wróciłem do Krakowa, przejechałem przez Most Wandy i wjechałem na wały wiślane. Tam przyszło mi do głowy, że to dobra okazja, aby pojechać do Tyńca. Tak też zrobiłem. Następnie, nie zważając na ciemne chmury, przejechałem z Tyńca do Skawiny, a stamtąd do Swoszowic i potem do domu. W ten sposób zrobiłem szybką pętlę, odświeżając ciało i umysł.



Skromnie

Poniedziałek, 12 sierpnia 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
7 160 1274
Data
12 sierpnia 2019
Pon. 14:13 16:10
Rower
Ridley Helium SLX
7 43 43
Kalorie
984kcal
Czas
1:54:03
41
928
0:20 0:14 0:00
Dystans
56.06km
41
675
9.63 7.22
Prędkość
29.49km/h
30
113
27.8 29.7 53.2
Kadencja
91rpm
117
Tętno
124bpm
146
Moc
175W
119
258
139 155 786
TSS
111
53
204
Przewyższenia
259m
51
825
       243
Nachylenie
+ 2.7% - 3.6%
+ 7.9 - 8.4
Temperatura
31.2°C
29.0 33.0

Dzień był parny i duszny. Nie było czym oddychać. Poza tym, jeszcze się nie zregenerowałem po weekendowym zaliczaniu przewyższeń. Prawdę mówiąc, czułem, że to nie jest mój dzień, więc przezornie zaplanowałem krótką i mało wymagającą przejażdżkę. Nieco okrężną drogą pojechałem do Niepołomic, a potem wróciłem do Krakowa. Wyszło 56 kilometrów i to wszystko, na co było mnie stać.



Lanckorona

Sobota, 10 sierpnia 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
6 159 1273
Data
10 sierpnia 2019
Sob. 9:26 15:04
Rower
Ridley Helium SLX
6 42 42
Kalorie
2285kcal
Czas
4:38:42
5
39
1:55 1:07 0:00
Dystans
122.06km
7
36
40.09 37.14
Prędkość
26.28km/h
51
522
20.9 33.2 65.1
Kadencja
89rpm
127
Tętno
128bpm
160
Moc
182W
100
220
132 193 656
TSS
286
8
23
Przewyższenia
1543m
1
14
       463
Nachylenie
+ 3.9% - 4.2%
+ 12.8 - 12.1
Temperatura
30.7°C
25.0 37.0

Opis wczorajszej aktywności zakończyłem słowami „mam ochotę na więcej” i dzisiaj postanowiłem zamienić te słowa w czyn. Niestety popełniłem dwa błędy. Po pierwsze, uznając, że elektronika nie będzie ustawiała mojego życia, zignorowałem ostrzeżenie komputerka Garmin, który sugerował, że po wczorajszym wypadzie powinienem zafundować sobie 29 godzin odpoczynku. Po drugie, zupełnie nie przejąłem się faktem, że prognoza pogody zapowiadała temperaturę przekraczającą 30 °C. Oba te błędy nie miałyby większego znaczenia, gdybym tylko zamierzał spokojnie i monotonnie mknąć pośród płaskich krajobrazów. Ale to przecież nie byłoby żadne wyzwanie, a ja potrzebowałem więcej. O wiele więcej. Zaplanowałem więc trasę jeszcze bardziej wymagającą niż ta wczorajsza, która przecież do łatwych się nie zaliczała i nie zważając na wspomniane powyżej ostrzeżenia – wszak na upór nie ma lekarstwa – wyruszyłem w drogę.

Jastrzębia. Pod tym samotnym drzewem naprawiałem dętkę.
Jastrzębia. Pod tym samotnym drzewem naprawiałem dętkę.
Na początek Świątniki Górne. Bywam tam dość regularnie, więc tym razem wybrałem alternatywną trasę, która rozpoczynała się dość stromym podjazdem w Lusinie i omijała Wrząsowice. Ze Świątnik Górnych pojechałem w stronę Myślenic. Możliwości jest kilka, ale ja wybrałem drogę przez Siepraw. Zaczynała się bardzo zachęcająco, bo długim i szybkim zjazdem. Jednak coś za coś. W Sieprawiu musiałem zmierzyć się z podjazdem o średnim nachyleniu 8,5%. To tylko jeden kilometr, ale właśnie tam dotarło do mnie, że nie mam w sobie takich pokładów energii, jak dzień wcześniej. Pomimo pierwszych oznak słabości postanowiłem, że nie będę niczego zmieniał w planie trasy. Kolejne osiem kilometrów było mocno pagórkowate, ale niezbyt wymagające. Na koniec zjechałem do Myślenic, przejechałem przez centrum i wjechałem na drogę do Sułkowic. Tablice informowały, że z powodu budowy mostu we wsi Jasienica, droga jest zamknięta, ale spodziewałem się, że musi istnieć jakaś przeprawa dla pieszych. Zanim się jednak o tym przekonałem, musiałem pokonać osiem kilometrów, z czego pierwsze siedem było podjazdem. W Jasienicy okazało się, że miałem rację i na drugi brzeg jakiegoś małego potoku dotarłem, idąc po prowizorycznej kładce. Potem dokończyłem zjazd, zaliczyłem mały „ząbek” i wreszcie zjechałem do Sułkowic, gdzie symbolicznie zakończyła się pierwsza część dzisiejszej aktywności.

Lanckorona w słońcu.
Lanckorona w słońcu.
Przyszedł czas na danie główne, czyli dotarcie do Lanckorony. Najpierw kilka pagórków, bezpiecznie ukrytych przed słońcem w cieniu lasu. Potem krótkie wypłaszczenie we wsi Jastrzębia. Zatrzymałem się, aby przeczytać sms’a i przy okazji zrobić zdjęcie okolicy. Wtedy zauważyłem, że tylna opona jest podejrzanie miękka – złapałem „kapcia”. Ukryłem się pod przydrożnym drzewem przed coraz gorętszym słońcem i przystąpiłem do naprawy. Nie mogąc znaleźć uszkodzenia, wymieniłem dętkę i napompowałem koło, wykonując około 400 machnięć miniaturową pompką. Wkrótce opublikuję specjalny wpis na moim blogu, bo było to pierwsze uszkodzenie dętki Tubolito.

Widok ze zjazdu w Lanckoronie.
Widok ze zjazdu w Lanckoronie.
Od rynku w Lanckoronie dzieliło mnie 150 metrów w pionie i 3000 metrów w poziomie, podzielone mniej więcej na trzy równe części – podjazd, wypłaszczenie, podjazd. Tym razem nie miałem już żadnej ochrony przed palącym słońcem, a na domiar złego zauważyłem, że jedzie mi się wyjątkowo ciężko. Czyżbym był aż tak zmęczony? Rzut oka pod nogi wyjaśnił wszystko. Nie wiem, jak to możliwe, ale zapomniałem zrzucić na małą tarczę i cały czas jechałem na dużym „blacie”. Zmieniłem przełożenie i w miarę sprawnie wyjechałem na urokliwy lanckoroński ryneczek.

Jakkolwiek Lanckorona była głównym celem, to dotarcie do niej nie stanowiło nawet połowy dzisiejszej trasy. Po krótkim postoju zjechałem ze wzgórza, na którym posadowiona jest Lanckorona, dojechałem do Leśnicy i kontynuowałem jazdę na zachód. I znowu w górę, i znowu w dół, i znowu w pełnym słońcu. Powoli ubywało mi sił, których nie były w stanie przywrócić batony energetyczne. Dotarłem do Stryszowa. Tam, wzorem wczorajszej wyprawy, wjechałem na zupełnie nieznaną mi drogę. Na dobry początek, nowy szlak powitał mnie podjazdem do Łękawicy, a finalnie dojechałem do Klęczy Dolnej, zahaczając po drodze – jakże by inaczej – o Klęczę Górną. Byłem w okolicy Wadowic, skąd od domu dzieliło mnie jeszcze pięćdziesiąt kilometrów. Byłem już naprawdę zmęczony, wyraźnie zwolniłem, a słońce sukcesywnie pozbawiało mnie resztek energii. Tymczasem przede mną było kolejne dziesięć kilometrów wiodące w górę. Dziesięć kilometrów, które w każdych innych warunkach nie stanowiłoby żadnego wyzwania. Dziesięć kilometrów, po których miało być o wiele łatwiej.

Widok z okolic Łękawicy.
Widok z okolic Łękawicy.
Zatrzymałem się przed małym sklepikiem we wsi Wysoka. Uzupełniłem bidony i przy okazji wypiłem pół litra mocno schłodzonej Coca Coli. Mówcie co chcecie, ale cola ratuje życie. Mnóstwo ukrytego w niej cukru dało mi większego kopa niż wszystkie zjedzone wcześniej batony. Dojechałem do Stanisława Górnego, zjechałem do Kopytówki, potem jeszcze kilka pagórków, Paszkówka i zjazd do Wielkich Dróg. Nareszcie zrobiło się płasko i z wiatrem. Mogłem nawet nieco odpocząć, bo cudowne działanie coli skończyło się i poruszałem się już tylko na oparach energii. Dojechałem do Skawiny, a potem do Swoszowic. Do bezpiecznej domowej przystani pozostało ostatnie siedem kilometrów.

Dałem radę.

Podsumowując, nie mogę powiedzieć, że dzisiaj było łatwo i przyjemnie. Musiałem się solidnie napracować, pokonując własne słabości i ograniczenia. Być może plan trasy był zbyt ambitny jak na tak upalny dzień. Być może powinienem wziąć pod uwagę, że mogę być zmęczony po wczorajszej wyprawie. Ale gdyby ktoś zapytał, czy było warto, to mam tylko jedną odpowiedź. Oczywiście, że było warto!



Piątkowe wspinanie

Piątek, 9 sierpnia 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
5 158 1272
Data
9 sierpnia 2019
Pt. 14:24 18:49
Rower
Ridley Helium SLX
5 41 41
Kalorie
2356kcal
Czas
4:11:58
7
63
1:31 1:05 0:00
Dystans
121.70km
8
38
34.53 37.72
Prędkość
28.98km/h
40
175
22.8 34.7 67.3
Kadencja
90rpm
123
Tętno
135bpm
157
Moc
195W
43
96
152 183 784
TSS
296
6
14
Przewyższenia
1315m
4
26
       493
Nachylenie
+ 3.8% - 3.5%
+ 13.8 - 11.4
Temperatura
28.1°C
23.0 33.0

Echo przeszłości w Zegartowicach.
Echo przeszłości w Zegartowicach.
Piątek. Początkowo, jako kibic kolarstwa, zamierzałem obejrzeć transmisję z ostatniego etapu Tour de Pologne, ale ostatecznie rozmyśliłem się. Nie jestem w stanie słuchać komentatorów TVP Sport. Jedynie Bartosz Huzarski, jako były kolarz zawodowy, potrafi mówić mądrze i w sposób interesujący. Poziom merytoryczny pozostałych komentatorów sięgnął dna Rowu Mariańskiego. Mógłbym oczywiście wybrać Eurosport, ale nie oszukujmy się. Tour de Pologne to nie Tour de France, więc transmisje zaczynają się późno i trwają krótko. Tak więc, zamiast popołudnia przed telewizorem, wybrałem jedyną słuszną opcję, czyli popołudnie na rowerze. Żeby jednak był jakiś związek z wyścigiem, zamierzałem tak poprowadzić trasę, aby przebiegała przez rodzinną miejscowość Rafała Majki, czyli Zegartowice.

Ukryty w cieniu, jeden z niewielu domków w Górze Świętego Jana.
Ukryty w cieniu, jeden z niewielu domków w Górze Świętego Jana.
Już sama nazwa Zegartowice oznaczała, że trasa nie będzie należała do tych odprężających, ale zostanie zaliczona do tych, które można określić dwoma słowami: „góra, dół”. W zasadzie tylko początkowe 45 kilometrów było relatywnie łatwe. Tyle właśnie dzieliło mnie od Łapanowa, gdzie rozpoczynały się właściwe wyzwania. Od tej pory przez kolejne 24 kilometry droga wiodła prawie wyłącznie w górę. Na początku delikatnie, subtelnie, spokojnie, jakby usypiając moją czujność. To wszystko brutalnie zmieniło się w Zegartowicach, gdy skręciłem na południe w stronę Góry Świętego Jana. Nachylenie prawie natychmiast przekroczyło 10% i przez kolejne cztery kilometry jeszcze wielokrotnie wartość tę miało przekraczać, miejscami nawet znacznie. Mozolnie piąłem się w górę, ale to nie wyścig, więc starałem się minimalizować wysiłek, bo to nie miał być jedyny podjazd tego dnia. Dotarłem do Góry Świętego Jana, wsi, która składa się z kościoła i kilkunastu, może kilkudziesięciu domów. Za nią czekał na mnie trzykilometrowy zjazd do Szczyrzyca. To była krótka chwila odprężenia przed kolejną wspinaczką.

Wyjazd z Góry Świętego Jana.
Wyjazd z Góry Świętego Jana.
W promieniu kilkudziesięciu kilometrów od Krakowa niewiele jest dróg, których nie przemierzałem. Droga od Szczyrzyca do Wierzbanowej była właśnie jedną z nich. Siedem kilometrów w górę po nieznanej wcześniej drodze to ekscytujące przeżycie, chociaż miejscami dość bolesne dla nóg, które od czasu do czasu muszą się zmierzyć z kilkunastoprocentowym nachyleniem. Zwłaszcza ostatnie pół kilometra podjazdu było bardzo wymagające. A potem otrzymałem nagrodę za mój wysiłek. Co góra zabrała, musiała oddać, więc pędziłem w dół do Wiśniowej, a potem w stronę Dobczyc. Nareszcie mogłem się odprężyć i dać odpocząć nogom. To było ważne, bo za Dobczycami czekało na mnie jeszcze kilka, może nie tak wymagających, ale jednak podjazdów – taki mały deser na zakończenie dzisiejszej eskapady.

To był dobry dzień i ciekawa trasa. Mam ochotę na więcej…



Przy trasie V etapu TdP

Środa, 7 sierpnia 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
4 157 1271
Data
7 sierpnia 2019
Śr. 8:50 13:44
Rower
Ridley Helium SLX
4 40 40
Kalorie
1758kcal
Czas
3:07:12
28
310
1:01 0:43 0:00
Dystans
92.71km
26
265
24.70 25.44
Prędkość
29.71km/h
26
87
24.0 35.5 59.2
Kadencja
92rpm
125
Tętno
134bpm
155
Moc
201W
31
67
154 184 719
TSS
230
24
104
Przewyższenia
848m
15
139
       391
Nachylenie
+ 3.4% - 3.3%
+ 9.4 - 8.7
Temperatura
28.4°C
24.0 32.0

To już tradycja, że co roku staję przy trasie wyścigu Tour de Pologne. Od lat wyścig odbywa się głównie w Małopolsce i na Śląsku, więc grzechem byłoby nie skorzystać z nadarzającej się okazji. Czasem zabieram rodzinę, aby wspólnie kibicować kolarzom, a czasem wsiadam na rower i jadę w upatrzone wcześniej miejsce, aby tam „zaczaić” się z aparatem fotograficznym. Z reportażowo – kronikarskiego punktu widzenia zdecydowanie wolałem dokumentować etapy indywidualnej jazdy na czas. Tak było w latach 2013 – 2016. Mogłem nie tylko zrobić zdjęcie każdemu kolarzowi, ale przede wszystkim mogłem przez ponad dwie godziny chłonąć atmosferę wyścigu. Co innego gdy jedzie cały peleton. Wtedy radość i emocje z przejazdu kolarzy trwają ledwie kilkanaście, może kilkadziesiąt sekund. Resztę czasu zajmuje przejazd służb zabezpieczających i samochodów teamowych. Ale i tak uważam, że nawet dla tych krótkich chwil warto znaleźć się niemalże na wyciągnięcie ręki od zawodowego świata kolarstwa.

Wspomniałem, że wcześniej wybieram sobie odpowiednie miejsce do obserwacji. To zazwyczaj podjazd, bo tylko tam jest szansa na to, że kolarze przejadą z prędkością, która pozwoli uwiecznić ich na nierozmazanym zdjęciu. W ubiegłym roku wybrałem się w okolice Koźmic Wielkich. Zmęczyłem się wtedy okrutnie, bo był to rok, gdy moja pasja przeżywała poważny kryzys, jeździłem rzadko, byłem bez formy, co sprawiało, że kryzys pogłębiał się jeszcze bardziej, a ja jeździłem jeszcze rzadziej. Ot, takie sprzężenie zwrotne. Dzisiaj było zupełnie inaczej. Kryzysu nie ma, forma jest, więc zaplanowałem, że stanę przy trasie V etapu Tour de Pologne na podjeździe w Gorzkowie, w miejscu, gdzie jest największe nachylenie. Nawiasem mówiąc, miejsce to znajduje się w mało romantycznym sąsiedztwie cmentarza. Żeby nie było zbyt łatwo, nie zamierzałem tak po prostu pojechać, ale zaplanowałem wcześniejsze zaliczenie przynajmniej kilkudziesięciokilometrowej przejażdżki. Wyruszyłem więc dość wcześnie, mając pomysł, aby zrobić dość dużą pętlę, której trasa miała wieść przez Niepołomice, Mikluszowice, Bochnię, Łapanów, Gdów i Dobczyce. Jednak wjeżdżając do Puszczy Niepołomickiej zorientowałem się, że plan jest zbyt ambitny i mogę nie zdążyć. Musiałem więc szybko dokonać korekt, skrócić trasę i pojechać zupełnie inną drogą. Dzięki temu zdążyłem i na miejscu pojawiłem się sporo przed czasem.

Pogoda była idealna, ale… do czasu. Na pół godziny przed przejazdem peletonu niebo nad Gorzkowem zrobiło się ciemne, a z oddali słyszałem grzmoty. Spodziewając się nawałnicy, przygotowałem plan awaryjny, który zakładał, że twardo trwam na miejscu, a jeśli zacznie walić grad wielkości bidonów, to uciekam do… kaplicy cmentarnej. Burza na szczęście przeszła bokiem.

Kolarze pojawili się mniej więcej zgodnie z planem. Ustawiając aparat na fotografowanie seryjne uwieczniłem peleton na kilkuset zdjęciach. To jedyny sposób, aby potem spokojnie przyjrzeć się malutkiemu fragmentowi rywalizacji. I to wszystko. Kolarze pokonali podjazd z równą łatwością, jak amator jedzie po płaskim z wiatrem w plecy. Poczekałem, aż przejadą wszystkie samochody teamowe, wsiadłem na rower i odprowadzany przez nielicznych kibiców, wesołym „dawaj, dawaj”, wyjechałem na szczyt podjazdu i skręciłem w stronę Świątnik Górnych. Wracałem do domu.

Trzy kilometry przed domem zaczęło padać, ale na szczęście to był dopiero wstęp do burzy, która przeszła nad okolicą wtedy, gdy zamykałem za sobą drzwi mieszkania.

 

Niebo nad Gorzkowem.
Niebo nad Gorzkowem.
Jadą!
Jadą!
Rafał Majka spokojnie w środku peletonu.
Rafał Majka spokojnie w środku peletonu.
Lider zabezpiecza tyły.
Lider zabezpiecza tyły.
Halo! Halo! Zaczekajcie na nas!
Halo! Halo! Zaczekajcie na nas!