Nie prowadzę takich statystyk, ale drogi położone na północny zachód od Krakowa są najrzadziej przeze mnie odwiedzane. Wynika to z oczywistego faktu, że jako mieszkaniec południa Królewskiego Miasta, muszę przejechać przez całe miasto, zanim będę mógł rozpocząć właściwą część przejażdżki. W weekend może nie ma większego problemu, ale w dzień powszedni w popołudniowym szczycie zajmuje to niemal godzinę. Dzisiaj jednak postanowiłem się poświęcić i zaplanowawszy trasę we wspomnianych powyżej rejonach, ruszyłem przed siebie. Oczywiście tuż po piętnastej…

Jedna z jaskiń nieopodal Jaskini Wierzchowskiej.Opis przedzierania się przez Kraków pozwolę sobie pominąć i od razu przejdę do czegoś ciekawszego. Owo „ciekawsze” rozpoczęło się w Modlnicy, gdy nie tylko uporałem się z ruchem miejskim, ale przejechałem na zachodnią stronę drogi krajowej 94, co popołudniową porą także do zadań łatwych nie należy. Od tego momentu przez kolejne prawie 50 kilometrów trasa miała być z mojego ulubionego gatunku „góra-dół”. Na początek lekkie pagórki do Tomaszowic, a następnie do wsi Ujazd. Tam rozpoczął się ponad czterokilometrowy podjazd do Zelkowa. Cały czas w górę z niewielkimi wypłaszczeniami. Podjazd niejednorodny, czyli miejscami nachylenie sięga kilkunastu procent, by wkrótce spaść do trzech lub czterech.
Z Zelkowa zjechałem do Wierzchowia i skierowałem się na północ do wsi o melodyjnej nazwie Bębło. To także był podjazd, ale w miarę łagodny i tylko pod sam koniec nachylenie osiągało dwucyfrową wartość. Po drodze zaliczyłem krótki postój przy Jaskini Wierzchowskiej, czyli lokalnej atrakcji. Stąd tytuł niniejszego opisu. Za Bębłem było już w dół. W 
Jaskiniowiec ;)Kobylanach wjechałem na urokliwą ulicę o nazwie Leśna, która, zgodnie z nazwą, prowadziła przez las. Wkrótce Leśna przeszła w Turystyczną, ja najpierw zameldowałem się we wsi Brzezinka, a następnie w Niegoszowicach. Plan zakładał, że właśnie tam dojadę do drogi 79. Jednak okazało się to niemożliwe, ponieważ budowany jest wiadukt nad linią kolejową i musiałem nadłożyć trochę drogi, dojechać do Rudawy i dopiero tam skręcić na południe.
Drogi 79 wyjątkowo nie lubię, bo ruch spory, a poboczy brak. Na szczęście musiałem przejechać jedynie niecałe trzy kilometry, po których znów skręciłem na południe. Tam rozpoczął się ostatni znaczący podjazd dzisiejszej trasy. 1000 metrów w poziomie i 100 metrów w pionie. Łatwo policzyć średnie nachylenie. Problem w tym, że na początku jest ledwie kilka procent, co oznacza, że później musi być kilkanaście. Muszę przyznać, że ten kilometr dał mi w kość. Noga przestała podawać, jakby była wypełniona betonem, a nie tkanką mięśniową. Odwrotu jednak nie było i musiałem walczyć – nie tyle z podjazdem, ile z własną głową.
Potem było już w miarę łatwo. Aleksandrowice, Morawica, Liszki, Piekary i ulica Mirowska w Krakowie. Pozostało tylko – cóż na niespodzianka – przejechać przez całe miasto. Myślałem, że może „dokręcę” kilka kilometrów do pełnej setki, ale czułem się coraz bardziej zmęczony. Jadąc po wiślanych wałach miałem wrażenie, że cisnę ponad 200 watów, gdy tymczasem Garmin pokazywał tylko 120.
Reasumując, trasa super, widoki ekstra. Niestety cały efekt został popsuty przez moją kiepską formę. To ewidentnie nie był mój dzień. Zmęczenie po pracy, zła dieta, krótki sen? Pewnie wszystkiego po trochę. W świetle planowanych zdecydowanie dłuższych tras, muszę to wszystko dokładnie przemyśleć, bo „bombę” na 20 kilometrów przed końcem można zignorować, ale gdy do domu będzie setka, a ja będę pośrodku niczego, to już może być problem.

Szary asfalt, szary mur... Faktycznie można przeoczyć.
Dodaj komentarz...