Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Mój nowy rekord – 210 km

Czwartek, 20 czerwca 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
13 137 1251
Data
20 czerwca 2019
Czw. 5:21 13:40
Rower
Ridley Helium SLX
12 20 20
Kalorie
3575kcal
Czas
7:14:34
1
2
1:51 1:34 0:00
Dystans
210.77km
1
1
49.80 47.84
Prędkość
29.10km/h
58
221
26.9 30.4 56.1
Kadencja
92rpm
126
Tętno
123bpm
146
Moc
162W
205
581
131 174 649
TSS
364
1
1
Przewyższenia
1345m
3
25
       320
Nachylenie
+ 2.7% - 2.9%
+ 7.3 - 9.1
Temperatura
23.6°C
17.0 38.0

Gdy moja żona wpada na pomysł, aby odwiedzić swoich rodziców w Strzelcach Opolskich, w mojej głowie natychmiast rodzi się myśl, aby wykorzystać nadarzającą się okazję i pojechać tam na rowerze. Na taką okoliczność mam nawet przygotowane kilka projektów tras, różniących się długością, stopniem trudności (przewyższenia) oraz krajobrazami. Gdy więc usłyszałem, że w Boże Ciało jedziemy do teściów, nie musiałem kombinować, tylko sięgnąć po jedno z gotowych rozwiązań. Kierowałem się głównie walorami „widokowymi”, czyli najbardziej zależało mi na tym, aby do minimum ograniczyć przejazdy przez tereny uprzemysłowione i zurbanizowane. To jest poważne wyzwanie, jeśli sobie uświadomimy, że pomiędzy Krakowem a Strzelcami Opolskimi znajduje się Górny Śląsk. Na szczęście mam opracowaną trasę, która spełnia te wymagania. Jechałem nią dwa lata temu i doskonale się sprawdziła, a ponieważ do Strzelec Opolskich nie jeżdżę zbyt często, nie było ryzyka, że po prostu będzie mi się nudzić. Była jeszcze jedna kwestia. Nieskromnie powiem, że 175 kilometrów dzielące Gród Kraka od Strzelec Opolskich nie robi już na mnie takiego wrażenia jak kilka lat temu. W mojej głowie urodził się zatem kolejny, sekretny plan, aby nie ograniczać się do banalnego przejazdu z punktu A do punktu B, ale spróbować zawalczyć o nowy rekordowy dystans. Wszystko zależało od pogody, bo tym, co mogło pokrzyżować moje plany był upał lub ulewne deszcze. Uważnie śledziłem więc prognozę pogody i ucieszyłem się, gdy usłyszałem, że będzie ciepło, ale nie upalnie, i że jakkolwiek będą burze, to dopiero popołudniu. Biorąc to wszystko pod uwagę, zaplanowałem wyjazd na godzinę 5:30. Ustawiłem budzik na 4:25 i spokojnie zasnąłem. A tymczasem…

Tysiące lat rozwoju cywilizacji, tysiące lat rozwoju nauki, satelity, komputery, sztuczna inteligencja, a nie potrafimy sobie poradzić z prognozą pogody. Ja rozumiem, że długoterminowa prognoza jest zbiorem pobożnych życzeń. Jestem w stanie zaakceptować, że nawet prognozowanie pogody na trzy dni do przodu może przerastać połączone możliwości nauki i techniki. Ale żeby pomylić się z prognozą na następne kilkanaście godzin? To jest jakieś kuriozum! Czwartkowy poranek w Krakowie miał być bezdeszczowy, a burze miały pojawić się dopiero popołudniu. Tymczasem o 4:15 obudził mnie… deszcz.

Wyszedłem na balkon i spojrzałem niebo. Tylko na wschodzie zauważyłem czyste niebo w kolorach budzącego się dnia. Nad Krakowem wisiały ciemne chmury, z których padał deszcz. Nie jakiś ulewny, ale wystarczający, aby cała okolica i wszystkie drogi były mokre. Jechać czy nie jechać – gorączkowo zadawałem sobie pytanie, bo koncepcja prawie dwustukilometrowej jazdy w deszczu jakoś nie wzbudzała mojego entuzjazmu. Po raz kolejny spojrzałem na prognozę pogody, która tym razem pokazywała, że na odcinku do Gliwic będzie padało. Mam się poddać? Teraz, gdy wszystko mam przygotowane? Pomyślałem, że zaryzykuję. Z cukru nie jestem, a mój rower też jest odporny na wodę. Przebrałem się, do kieszonek w koszulce zapakowałem „tonę” batonów energetycznych, nalałem „pod korek” wodę do bidonów, wziąłem dodatkowe pół litra wody mineralnej, a także – pomny przedwczorajszych doświadczeń – małą butelkę Pepsi Coli. Cicho zamknąłem za sobą drzwi. Rozpoczynała się moja przygoda.

Na zewnątrz okazało się, że przestało padać, ale drogi nadal były mokre. Jechałem przez Kraków, który wciąż pogrążony był we śnie, chociaż tu i ówdzie spotykałem grupki powracających, albo raczej usiłujących powrócić do domu imprezowiczów. Trochę żałosny był to widok. Na szczęście szybko wyjechałem z miasta i poruszając się po wałach wiślanych, zmierzałem w stronę ulicy Mirowskiej, skąd pojechałem do Piekar, a następnie do Liszek. Cały czas jechałem po mokrym asfalcie, więc bardzo szybko mój rower oblepił się ulicznym brudem, a ja sam poczułem charakterystyczną wilgoć na kolarskich spodenkach. Deszcz znów zaczął padać i powoli przestawało mi się to podobać. Zastanawiałem się, czy nie zawrócić, nie odłożyć planów na inny, lepszy czas. Coś jednak pchało mnie do przodu i nie pozwalało się poddać. Pomyślałem, że przejadę jeszcze 20 może 30 kilometrów i zobaczę, co będzie dalej. Deszcz raz padał, raz nie padał, ale drogi wciąż były mokre. W okolicach Libiąża już nie padało, a w Chełmie Śląskim po raz pierwszy wjechałem na suchy asfalt, a pośród chmur zobaczyłem błękit nieba. Od razu poczułem się lepiej.

Jadąc przez Śląsk i obserwując poprawiającą się pogodę, doszedłem do wniosku, że chyba lepiej jechać w niewielkim deszczu i relatywnie niskiej temperaturze, niż podczas upału. Za mną było już sporo kilometrów, a ja w ogóle nie czułem zmęczenia, co dobrze rokowało w perspektywie dalszej części trasy. Oprócz tego ruch na drodze był znikomy, żeby nie powiedzieć żaden. Przyczyną takiego stanu rzeczy było oczywiście Boże Ciało. Przemknąłem peryferiami Katowic, dojechałem do Mikołowa i od południa minąłem Gliwice. Do celu podróży pozostało 55 kilometrów, a ponieważ nadal nie odczuwałem zmęczenia, szansa do „dokręcenie” rekordowych kilometrów stawała się coraz bardziej realna. Ostateczną decyzję miałem podjąć dopiero w okolicach Strzelec Opolskich. Przejechałem przez Ujazd, a wkrótce potem przez Stary Ujazd, gdzie musiałem zaliczyć kilkusetmetrowy odcinek bruku. Jeszcze tylko Zimna Wódka i byłem zaledwie 10 kilometrów od celu. Nadszedł czas decyzji.

Postanowiłem. Biję rekord. Wystarczy, że dorzucę jakieś 30 kilometrów. To niewiele, jeśli na liczniku jest już ponad 170. Pojechałem na wschód do Sieroniowic, a potem jeszcze dalej do Kotulina. Następnie wjechałem na drogę krajową 94 i dotarłem do Błotnicy Strzeleckiej. Tam skręciłem na północ i pojechałem do Jemielnicy. Wiedziałem już, że pobiłem mój osobisty rekord dystansu. W zasadzie nadal nie byłem zmęczony i mógłbym jechać nadal, ale dochodzące z okolicznych posesji zapachy grillowanych potraw zaczęły budować wspaniałe obrazy w mojej wyobraźni. Doszedłem do wniosku, że czas wracać, czas dotrzeć do celu. Skręciłem na drogę 426 i po ponad siedmiu godzinach jazdy dotarłem do Strzelec Opolskich.

Kiedy przed laty po raz pierwszy od czasów dzieciństwa wsiadłem na rower i przejechałem 17 kilometrów, byłem tak wykończony, że powiedziałem sobie „nigdy więcej”. Potem się z tego śmiałem, przełamując kolejne granice, pokonując coraz większe dystanse w coraz lepszym tempie. Dzisiaj znów podniosłem poprzeczkę, co bardzo mnie cieszy, ale odczuwam satysfakcję także z innego powodu. Na ostatnich kilometrach nie jechałem siłą woli, zmuszając swój organizm do pracy ponad siły. Zsiadając z roweru nie byłem ekstremalnie zmęczony, wykończony psychicznie i fizycznie, nic mnie nie bolało. A przecież jeszcze niedawno myślałem, że w pewnym wieku jest już za późno, że na pewno się nie uda, że czas pogodzić się ze słabością i przygotować się na powolne gaśnięcie. Myliłem się. Te wszystkie ograniczenia istniały wyłącznie w mojej głowie. Wystarczyło je stamtąd wyrzucić.

 

Ujazd.
Ujazd.
To też jest Ujazd.
To też jest Ujazd.
A to jest Stary Ujazd i fragment brukowanego odcinka trasy.
A to jest Stary Ujazd i fragment brukowanego odcinka trasy.
Zgrupowanie reprezentacji?
Zgrupowanie reprezentacji?
Wieją wiatry w Centawie.
Wieją wiatry w Centawie.
Tam gdzieś kryje się buszujący w zbożu ;)
Tam gdzieś kryje się buszujący w zbożu ;)
Cena jazdy w deszczu.
Cena jazdy w deszczu.
Nowy rekord!
Nowy rekord!

Skomentuj...

Podpis: (opcjonalnie)

Jeśli chcesz, abym mógł się z Tobą skontaktować, wpisz w poniższym polu adres e-mail lub numer telefonu. Ta informacja będzie znana wyłącznie mnie i nigdzie nie będzie widoczna.
Kontakt: (opcjonalnie)