Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Popołudniowa przygoda pagórkowa

Czwartek, 27 czerwca 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
16 140 1254
Data
27 czerwca 2019
Czw. 14:24 18:01
Rower
Ridley Helium SLX
15 23 23
Kalorie
1808kcal
Czas
3:19:31
43
321
1:15 0:45 0:00
Dystans
88.34km
51
338
27.08 24.46
Prędkość
26.57km/h
83
599
21.6 32.1 56.9
Kadencja
89rpm
120
Tętno
127bpm
151
Moc
192W
82
214
147 168 762
TSS
229
30
142
Przewyższenia
1055m
11
74
       422
Nachylenie
+ 3.9% - 4.3%
+ 12.9 - 14.2
Temperatura
31.0°C
28.0 34.0

Chyba nie do końca przeanalizowałem profil dzisiejszej trasy. Może to dobrze, bo gdybym to zrobił, to pewnie nie zdecydowałbym się na rowerową przygodę w górzystym terenie. Po pierwsze, mocno wiało, a po drugie, temperatura przekraczała 30 °C. Jak już nieraz pisałem, upały skutecznie kradną część mojej mocy, a tej przecież potrzebowałem na trasie, na której nie mogłem się spodziewać długich i płaskich odcinków. Jednak wyruszając w drogę, jeszcze o tym nie wiedziałem…

Górki były już na początku, bo po rozgrzewce w Kosocicach pojechałem do Świątnik Górnych. To tylko piętnaście kilometrów jazdy, ale pierwsze trzysta metrów przewyższeń zostało zaliczone. Kolejnym punktem planu był dojazd do Myślenic. Ze Świątnik Górnych do Myślenic można dotrzeć na wiele sposobów. Ja wybrałem drogę przez Olszowice. Na początku czekał na mnie dość stromy, a zatem szybki zjazd. Niestety asfalt na tym odcinku jest dość mocno połatany, więc nie mogłem za bardzo zaszaleć.

I tutaj mała dygresja. Ogólnie mam problem ze zjazdami. Gdzieś tam w głowie włącza się „kontrolka” strachu, a może nadmiernej ostrożności, no i jadę raczej umiarkowanie szybko, zamiast puścić się na żywioł i poddać działaniu połączonych mocy adrenaliny i endorfin. Dlaczego tak mam? Myślę, że znam swoje ograniczenia i nie mając opanowanej sztuki zjazdów, nie ryzykuję. Cały czas pamiętam też o tym, że poruszam się po otwartych dla wszystkich drogach publicznych, a więc nie mam pewności, co jest za zakrętem. Dzisiaj takie myślenie bardzo się opłaciło, bo na wspomnianym zjeździe, za jednym z zakrętów natknąłem się na stojący w poprzek drogi „gównojazd”, czyli pojazd do opróżniana szamb, który właśnie usiłował tyłem wjechać na jedną z posesji. Nie jechałem zbyt szybko, więc spokojnie wyhamowałem i ominąłem przeszkodę, co przy większej prędkości byłoby dość trudne i mogłoby zakończyć się spektakularnym i jednocześnie kuriozalnym „przydzwonieniem” w mobilny zbiornik nieczystości.

Zjazd szybko się skończył. Dalsza droga wydawała się w miarę łatwa, ale tylko dlatego, że nie wiedziałem, co mnie czeka za kolejnym zakrętem. A czekał na mnie podjazd. W gruncie rzeczy to normalka w tej części Małopolski. Zjeżdżając, masz pewność, że za chwilę będziesz podjeżdżał, mając z kolei gwarancję kolejnego zjazdu. I tak w kółko. Tak więc sam fakt podjazdu mnie nie zaskoczył, ale jego nachylenie i owszem. Widok ze wsi Jasienica. To był najwyższy punkt na trasie.
Widok ze wsi Jasienica. To był najwyższy punkt na trasie.
Pokonanie w upale kilkuset metrów o kilkunastoprocentowym nachyleniu nie należy do czynności, które wywołują we mnie entuzjazm. Mozolnie piąłem się w górę, regularnie uszczuplając zapas wody w bidonach i kolejny raz zbierając profity zimowych treningów. Jakkolwiek jechałem wolno, to jednak nie „umierałem” i nie zadawałem sobie filozoficznego pytania „po co ja to robię?”. Ten podjazd był zdecydowanie najtrudniejszym fragmentem dojazdu do Myślenic. Potem nadal było pagórkowato, ale skala wyzwań była znacznie mniejsza. W Myślenicach trafiłem na popołudniowe godziny szczytu. Tak, tak. Nawet w małych miasteczkach istnieją godziny szczytu. Lawirując pomiędzy samochodami, wyjechałem na drogę w kierunku Sułkowic. Teraz czekał na mnie kilkukilometrowy podjazd do najwyższego punktu dzisiejszej trasy, położonego we wsi Jasienica. Podjazd był długi, ale niezbyt wymagający. Potem zaliczyłem równie długi zjazd, a następnie krótki podjazd tuż przed Sułkowicami i kolejny zjazd. Byłem już mniej więcej w połowie planu, którego druga część miała być znacznie łatwiejsza. Pojechałem do Biertowic, gdzie w małym sklepiku uzupełniłem zapas wody oraz wypiłem puszkę zimnej Pepsi Coli. Pepsi podziałała na mnie tak, jak EPO na Lance’a Armstronga. Ochoczo zaliczyłem kolejne podjazdy, aby finalnie pojawić się w Woli Radziszowskiej. A potem było już łatwo i przyjemnie. Radziszów, Skawina, Tyniec, no i Kraków. Tyle tylko, że musiałem jakoś przez niego przejechać, co niestety oznaczało slalom pomiędzy samochodami i nieustanne skoki ciśnienia, powodowane przez kierowców, którzy lekce sobie ważą konieczność zachowania bezpiecznego odstępu.

Skomentuj...

Podpis: (opcjonalnie)

Jeśli chcesz, abym mógł się z Tobą skontaktować, wpisz w poniższym polu adres e-mail lub numer telefonu. Ta informacja będzie znana wyłącznie mnie i nigdzie nie będzie widoczna.
Kontakt: (opcjonalnie)