Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Lanckorona

Sobota, 10 sierpnia 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
6 159 1273
Data
10 sierpnia 2019
Sob. 9:26 15:04
Rower
Ridley Helium SLX
6 42 42
Kalorie
2285kcal
Czas
4:38:42
5
39
1:55 1:07 0:00
Dystans
122.06km
7
36
40.09 37.14
Prędkość
26.28km/h
51
522
20.9 33.2 65.1
Kadencja
89rpm
127
Tętno
128bpm
160
Moc
182W
100
220
132 193 656
TSS
286
8
23
Przewyższenia
1543m
1
14
       463
Nachylenie
+ 3.9% - 4.2%
+ 12.8 - 12.1
Temperatura
30.7°C
25.0 37.0

Opis wczorajszej aktywności zakończyłem słowami „mam ochotę na więcej” i dzisiaj postanowiłem zamienić te słowa w czyn. Niestety popełniłem dwa błędy. Po pierwsze, uznając, że elektronika nie będzie ustawiała mojego życia, zignorowałem ostrzeżenie komputerka Garmin, który sugerował, że po wczorajszym wypadzie powinienem zafundować sobie 29 godzin odpoczynku. Po drugie, zupełnie nie przejąłem się faktem, że prognoza pogody zapowiadała temperaturę przekraczającą 30 °C. Oba te błędy nie miałyby większego znaczenia, gdybym tylko zamierzał spokojnie i monotonnie mknąć pośród płaskich krajobrazów. Ale to przecież nie byłoby żadne wyzwanie, a ja potrzebowałem więcej. O wiele więcej. Zaplanowałem więc trasę jeszcze bardziej wymagającą niż ta wczorajsza, która przecież do łatwych się nie zaliczała i nie zważając na wspomniane powyżej ostrzeżenia – wszak na upór nie ma lekarstwa – wyruszyłem w drogę.

Jastrzębia. Pod tym samotnym drzewem naprawiałem dętkę.
Jastrzębia. Pod tym samotnym drzewem naprawiałem dętkę.
Na początek Świątniki Górne. Bywam tam dość regularnie, więc tym razem wybrałem alternatywną trasę, która rozpoczynała się dość stromym podjazdem w Lusinie i omijała Wrząsowice. Ze Świątnik Górnych pojechałem w stronę Myślenic. Możliwości jest kilka, ale ja wybrałem drogę przez Siepraw. Zaczynała się bardzo zachęcająco, bo długim i szybkim zjazdem. Jednak coś za coś. W Sieprawiu musiałem zmierzyć się z podjazdem o średnim nachyleniu 8,5%. To tylko jeden kilometr, ale właśnie tam dotarło do mnie, że nie mam w sobie takich pokładów energii, jak dzień wcześniej. Pomimo pierwszych oznak słabości postanowiłem, że nie będę niczego zmieniał w planie trasy. Kolejne osiem kilometrów było mocno pagórkowate, ale niezbyt wymagające. Na koniec zjechałem do Myślenic, przejechałem przez centrum i wjechałem na drogę do Sułkowic. Tablice informowały, że z powodu budowy mostu we wsi Jasienica, droga jest zamknięta, ale spodziewałem się, że musi istnieć jakaś przeprawa dla pieszych. Zanim się jednak o tym przekonałem, musiałem pokonać osiem kilometrów, z czego pierwsze siedem było podjazdem. W Jasienicy okazało się, że miałem rację i na drugi brzeg jakiegoś małego potoku dotarłem, idąc po prowizorycznej kładce. Potem dokończyłem zjazd, zaliczyłem mały „ząbek” i wreszcie zjechałem do Sułkowic, gdzie symbolicznie zakończyła się pierwsza część dzisiejszej aktywności.

Lanckorona w słońcu.
Lanckorona w słońcu.
Przyszedł czas na danie główne, czyli dotarcie do Lanckorony. Najpierw kilka pagórków, bezpiecznie ukrytych przed słońcem w cieniu lasu. Potem krótkie wypłaszczenie we wsi Jastrzębia. Zatrzymałem się, aby przeczytać sms’a i przy okazji zrobić zdjęcie okolicy. Wtedy zauważyłem, że tylna opona jest podejrzanie miękka – złapałem „kapcia”. Ukryłem się pod przydrożnym drzewem przed coraz gorętszym słońcem i przystąpiłem do naprawy. Nie mogąc znaleźć uszkodzenia, wymieniłem dętkę i napompowałem koło, wykonując około 400 machnięć miniaturową pompką. Wkrótce opublikuję specjalny wpis na moim blogu, bo było to pierwsze uszkodzenie dętki Tubolito.

Widok ze zjazdu w Lanckoronie.
Widok ze zjazdu w Lanckoronie.
Od rynku w Lanckoronie dzieliło mnie 150 metrów w pionie i 3000 metrów w poziomie, podzielone mniej więcej na trzy równe części – podjazd, wypłaszczenie, podjazd. Tym razem nie miałem już żadnej ochrony przed palącym słońcem, a na domiar złego zauważyłem, że jedzie mi się wyjątkowo ciężko. Czyżbym był aż tak zmęczony? Rzut oka pod nogi wyjaśnił wszystko. Nie wiem, jak to możliwe, ale zapomniałem zrzucić na małą tarczę i cały czas jechałem na dużym „blacie”. Zmieniłem przełożenie i w miarę sprawnie wyjechałem na urokliwy lanckoroński ryneczek.

Jakkolwiek Lanckorona była głównym celem, to dotarcie do niej nie stanowiło nawet połowy dzisiejszej trasy. Po krótkim postoju zjechałem ze wzgórza, na którym posadowiona jest Lanckorona, dojechałem do Leśnicy i kontynuowałem jazdę na zachód. I znowu w górę, i znowu w dół, i znowu w pełnym słońcu. Powoli ubywało mi sił, których nie były w stanie przywrócić batony energetyczne. Dotarłem do Stryszowa. Tam, wzorem wczorajszej wyprawy, wjechałem na zupełnie nieznaną mi drogę. Na dobry początek, nowy szlak powitał mnie podjazdem do Łękawicy, a finalnie dojechałem do Klęczy Dolnej, zahaczając po drodze – jakże by inaczej – o Klęczę Górną. Byłem w okolicy Wadowic, skąd od domu dzieliło mnie jeszcze pięćdziesiąt kilometrów. Byłem już naprawdę zmęczony, wyraźnie zwolniłem, a słońce sukcesywnie pozbawiało mnie resztek energii. Tymczasem przede mną było kolejne dziesięć kilometrów wiodące w górę. Dziesięć kilometrów, które w każdych innych warunkach nie stanowiłoby żadnego wyzwania. Dziesięć kilometrów, po których miało być o wiele łatwiej.

Widok z okolic Łękawicy.
Widok z okolic Łękawicy.
Zatrzymałem się przed małym sklepikiem we wsi Wysoka. Uzupełniłem bidony i przy okazji wypiłem pół litra mocno schłodzonej Coca Coli. Mówcie co chcecie, ale cola ratuje życie. Mnóstwo ukrytego w niej cukru dało mi większego kopa niż wszystkie zjedzone wcześniej batony. Dojechałem do Stanisława Górnego, zjechałem do Kopytówki, potem jeszcze kilka pagórków, Paszkówka i zjazd do Wielkich Dróg. Nareszcie zrobiło się płasko i z wiatrem. Mogłem nawet nieco odpocząć, bo cudowne działanie coli skończyło się i poruszałem się już tylko na oparach energii. Dojechałem do Skawiny, a potem do Swoszowic. Do bezpiecznej domowej przystani pozostało ostatnie siedem kilometrów.

Dałem radę.

Podsumowując, nie mogę powiedzieć, że dzisiaj było łatwo i przyjemnie. Musiałem się solidnie napracować, pokonując własne słabości i ograniczenia. Być może plan trasy był zbyt ambitny jak na tak upalny dzień. Być może powinienem wziąć pod uwagę, że mogę być zmęczony po wczorajszej wyprawie. Ale gdyby ktoś zapytał, czy było warto, to mam tylko jedną odpowiedź. Oczywiście, że było warto!

Skomentuj...

Podpis: (opcjonalnie)

Jeśli chcesz, abym mógł się z Tobą skontaktować, wpisz w poniższym polu adres e-mail lub numer telefonu. Ta informacja będzie znana wyłącznie mnie i nigdzie nie będzie widoczna.
Kontakt: (opcjonalnie)