Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Sołtysi Dział po latach

Środa, 11 września 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
8 179 1293
Data
11 września 2019
Śr. 8:39 13:44
Rower
Ridley Helium SLX
6 59 59
Kalorie
2351kcal
Czas
4:40:53
5
37
1:59 1:08 0:00
Dystans
123.87km
8
37
41.01 38.13
Prędkość
26.46km/h
84
616
20.7 33.2 59.9
Kadencja
88rpm
124
Tętno
126bpm
160
Moc
180W
145
390
136 162 710
TSS
280
12
41
Przewyższenia
1594m
1
12
       593
Nachylenie
+ 3.9% - 4.2%
+ 15.9 - 14.6
Temperatura
20.4°C
15.0 28.0

Ostatni raz na Sołtysim Dziale byłem w 2015 roku… Zabrzmiało jak początek katolickiej spowiedzi. Fakt, dawno tam nie byłem, a przecież to całkiem zacny podjazd, który w sumie zaliczyłem tylko dwukrotnie. Raz na rowerze górskim, a raz na mojej pierwszej szosówce. Za pierwszym razem było ciężko, bo „góral” był relatywnie ciężki, ja też byłem ciężki, a trzyrzędowa korba wcale nie sprawiła, że się nie męczyłem. Za drugim razem było ciężko, bo chociaż rower szosowy był lekki, a ja też ważyłem nieco mniej, to jednak przełożenie 34/28 okazało się wyjątkowo twarde. Czy więc trzecie podejście okaże się najłatwiejsze? Jeśli chodzi o przełożenia, to nic się nie zmieniło. Najbardziej miękkim jest nadal 34/28. No, ale przecież mam ultra lekki rower, a sam ważę kilkanaście kilogramów mniej niż cztery lata temu. Początek podjazdu pod Sołtysi Dział nie wygląda groźnie.
Początek podjazdu pod Sołtysi Dział nie wygląda groźnie.
A zatem powinienem wjechać na górę, na luzie, z pieśnią na ustach, zwinnie, szybko i z gracją niczym górska kozica, albo jak Alberto w swych najlepszych latach. Teoretycznie tak mogłoby być z naciskiem na „teoretycznie”. W moich rachubach nie uwzględniłem, że noga po prostu może nie podawać.

Miałem dokładny plan. Zaczynał się od dojazdu do Skawiny. Już na tym etapie jakoś ciężko mi się jechało. Gdzieżbym jednak śmiał się poddać i zmienić plany. To nie w moim stylu. No więc jechałem. Pierwszy „zonk” był już przed Skawiną. Dwukilometrowy korek i samochody tak stojące, że musiałem wolno je omijać to z lewej to z prawej. Średnia na tym odcinku to jakieś 10 km/h. Potem pojechałem do Radziszowa i Woli Radziszowskiej, za którą zmierzyłem się z pierwszym podjazdem. Kolejny raz dotarło do mnie, że to nie jest mój dzień, ale przecież uparty jestem. Jechałem dalej. Biertowice, Sułkowice, Harbutowice i wreszcie skręt w boczną drogę. To początek podjazdu pod Sołtysi Dział.

Droga początkowo subtelnie pnie się w górę, prowokując stwierdzenie: „To ma być Kiler? To jakaś popierdułka, a nie Kiler!”. Wszystko zmienia się, gdy mijamy znak nakazujący używanie zimą łańcuchów. Na ostatnich 750 metrach nachylenie ma wartość dwucyfrową, a 250 metrów od szczytu zaczyna się walka o przetrwanie – nachylenie miejscami przekracza 20%. Jechałem „głową”, bo nogi jakby nie były moje – piekły, bolały, nie chciały obracać korbą. Na szczycie!
Na szczycie!
Metr za metrem zbliżałem się do szczytu, ale sto metrów w tych warunkach dłużyło się w nieskończoność, a szczyt miast przybliżać, zdawał się oddalać. Nie mogłem się zatrzymać, bo na takiej stromiźnie już nie ruszyłbym w górę, a pokonać podjazd „z buta” to obciach. Nie wiem, jakim cudem, ale udało się. Wjechałem na szczyt, gdzie po pierwszej radości dotarło do mnie, że od domu dzieli mnie 70 kilometrów i około 1000 metrów przewyższenia, a skoro noga do tej pory nie podawała, to szanse na to, że zacznie, są raczej mizerne.

Zjechałem do głównej drogi i skręciłem w stronę Stróży. Droga zaczęła piąć się w górę, wznosząc się finalnie na prawie taką samą wysokość jak Sołtysi Dział. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nachylenie znów miało dwucyfrową wartość. Na szczęście potem był długi zjazd do Stróży, miejscami bardzo szybki, a ponieważ sztuki zjeżdżania nie opanowałem w stopniu dostatecznym, żywotność moich klocków hamulcowych została znacząco skrócona. Ze Stróży pojechałem do Myślenic. To był łatwy odcinek, na którym mogłem mentalnie przygotować się do kolejnego wyzwania, jakim miał być dojazd do Widoczek ze zjazdu.
Widoczek ze zjazdu.
Dobczyc od południowej strony Zalewu Dobczyckiego. To droga, która składa się wyłącznie z podjazdów i zjazdów. O płaskich fragmentach można zapomnieć – jeśli nawet są, to krótkie i w zasadzie nieistotne. Cud się nie stał. Noga nadal był nieposłuszna. Poruszałem się więc tempem znudzonego turysty, pocieszając się, że każdy metr zbliża mnie do kresu męki, którą sobie sam zafundowałem. Wreszcie zjazd do Dobczyc. Cóż za ulga. Ale przecież tylko na chwilę, bo kolejnym punktem kończącej się listy atrakcji były Świątniki Górne. I znów wspinaczka. Tym razem do Dziekanowic. Krótka, ale 13% nachylenia oznaczało kolejny ból. Na szczęście był to ostatni taki podjazd. Kolejne były łatwiejsze, więc kilometry nareszcie zaczęły uciekać w sensownym tempie. Koźmice Małe, Gorzków, Świątniki Górne, Wrząsowice i mijam tablicę z nazwą Kraków. Jeszcze kilka kilometrów i będę w domu.

Są czasem takie dni, gdy z niewiadomych powodów jedzie się ciężko, a radość ustępuje frustracji. Dzisiaj miałem właśnie taki dzień, ale gdy już opadły emocje, gdy ustąpiło pierwsze zmęczenie, odczułem niesamowitą satysfakcję. Przecież pokonałem swoją słabość, nie poddałem się, nie zrezygnowałem.  

Skomentuj...

Podpis: (opcjonalnie)

Jeśli chcesz, abym mógł się z Tobą skontaktować, wpisz w poniższym polu adres e-mail lub numer telefonu. Ta informacja będzie znana wyłącznie mnie i nigdzie nie będzie widoczna.
Kontakt: (opcjonalnie)