Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Jesienne wyzwania

Sobota, 12 października 2019 • Komentarze: 0

Aktywność
8 198 1312
Data
12 października 2019
Sob. 10:39 15:21
Rower
Ridley Helium SLX
3 67 67
Kalorie
2481kcal
Czas
4:14:37
8
64
1:26 1:00 0:00
Dystans
120.83km
12
50
33.86 33.05
Prędkość
28.47km/h
74
319
23.6 32.8 58.5
Kadencja
92rpm
127
Tętno
138bpm
159
Moc
203W
37
94
158 180 924
TSS
328
3
9
Przewyższenia
1289m
7
35
       474
Nachylenie
+ 3.8% - 3.9%
+ 14.2 - 11.4
Temperatura
20.5°C
18.0 23.0

Powróciła słoneczna i ciepła pogoda, a wraz z nią rozpoczął się najpiękniejszy okres jesieni. Nie chciałem zmarnować tego czasu i pojechać byle gdzie, ale tym razem zaplanowałem sobie niebanalną trasę, która nie tylko miała prowadzić mnie poprzez złote październikowe krajobrazy, ale także zmusić mnie do solidnej pracy. Postanowiłem pojechać w rzadko eksplorowane rejony, aby tym skuteczniej oderwać się od sztampowych wyzwań, które już dawno przestały być wyzwaniami i zaznać swoistego renesansu rowerowych doznań.

Niebanalność zaczęła się banalnie, bo przecież musiałem jakoś wyjechać z Krakowa. Trasa wzdłuż Wisły zaprowadziła mnie do Piekar. Potem przejechałem przez Liszki, a dojechawszy do Cholerzyna, skręciłem na zachód. Jeszcze tylko Mników, Baczyn, Zalas i nareszcie znalazłem się w okolicach, których piękno chciałem odkryć na nowo w magicznym świetle jesieni. Jechałem na północ. Minąłem Tenczynek, na chwilę odbiłem na zachód, ale już wkrótce skręciłem w prawo i dotarłem do Woli Filipowskiej. To właśnie tam zaczynał się najciekawszy, ale i najbardziej wymagający fragment dzisiejszej trasy – 25 kilometrów podjazdów i zjazdów, wąskich szlaków i ostrych zakrętów, ale przede wszystkim pięknych klimatów.

Początek był dość łatwy. Niby w górę, ale łagodnie, spokojnie, bez wysiłku. A potem skręciłem do… Paryża. Tak, to nie pomyłka. Paryż jest przysiółkiem wsi Nowa Góra. Kiedyś byłem w tej okolicy, ale wówczas jechałem nieco inaczej i nie miałem pojęcia, że wjazd do Paryża nie jest zwykłym pokonaniem jakiejś tam drogi, ale wymagającym podjazdem, na którym chwilowe nachylenie nierzadko przekracza 16%. A przecież to był dopiero początek. Gdy już wyjechałem na górę, kolejne kilometry były łatwiejsze, ale cały czas utrzymane w klimacie „góra – dół”, który nie dawał zbyt wielu szans na odpocznienie, ale nie pozwalał także na nudę. Wreszcie zjazd do Czernej. Myślałem, że to koniec poważnych wyzwań, ale srodze się zawiodłem. Oto mój GPS nagle i niespodziewanie „nakazał” mi skręt o niemalże 180⁰, kierując mnie na podejrzanie wąską i krętą drogę, która wyglądała bardziej na dojazd do prywatnej posesji, niż na pełnoprawny publiczny szlak komunikacyjny. To jednak nic, bo dopiero za zakrętem, przed moimi oczami ukazał się obraz wyzwania, które na mnie czekało. Cały czas w górę. Ostro w górę. Miejscami bardzo ostro w górę. Nie boję się podjazdów, a wręcz je uwielbiam, ale nie ukrywam, że tym razem było ciężko. A gdy już dotarłem na szczyt, pomyślałem, że tym razem to już na pewno koniec trudności i dalsza część trasy to „fraszka, igraszka”. I znów się pomyliłem. Zjechałem do głównej drogi, by zaraz później skręcić do Paczółtowic. Jakkolwiek droga znów wznosiła się, to w porównaniu z poprzednimi podjazdami była relaksacyjną rozrywką. Potem był oczywiście zjazd, na końcu którego czekał ostry zakręt w prawo. A za zakrętem ujrzałem… górę. Do szczytu nie było daleko. Jakieś 400 metrów. Tyle tylko, że średnie nachylenie przekraczało 12%, a ja miałem w nogach wcześniejsze harce. Górę pokonałem, ale bolało.

Na tym skończyły się poważne wyzwania. Zjechałem do Krzeszowic i bocznymi, krętymi drogami, dotarłem do Rudawy, a następnie do Więckowic, Bolechowic i wreszcie Modlniczki. To już były przedmieścia Krakowa i chociaż do domu miałem jeszcze 20 kilometrów, to nie wiązały się z nimi już żadne trudności. Gdy zsiadałem z roweru, licznik pokazywał ponad 120 przejechanych kilometrów i prawie 1300 metrów przewyższenia. Całkiem nieźle jak na tę porę roku.

Droga w okolicy Baczyna.
Droga w okolicy Baczyna.
W… Paryżu.
W… Paryżu.
Na szczycie podjazdu w Czernej.
Na szczycie podjazdu w Czernej.
Dyskretny urok jesieni.
Dyskretny urok jesieni.

Skomentuj...

Podpis: (opcjonalnie)

Jeśli chcesz, abym mógł się z Tobą skontaktować, wpisz w poniższym polu adres e-mail lub numer telefonu. Ta informacja będzie znana wyłącznie mnie i nigdzie nie będzie widoczna.
Kontakt: (opcjonalnie)