Sto kilometrów to pewien symbol. To wartość, która zdaje się odróżniać normalnego rowerzystę od pasjonata. To duże uproszczenie. Wiem, ale jest to liczba, którą lubimy. Dla ultrasów to ledwie rozgrzewka. Dla początkujących to szczyt marzeń. Pamiętam siebie sprzed wielu lat, gdy najpierw 30, potem 40 kilometrów było niesamowitym osiągnięciem. Gdy po raz 
Moje ulubione tajemnicze drzewo.pierwszy przejechałem 50, to byłem z siebie niesamowicie dumny. Jednak setka wydawała się być poza zasięgiem. Dopiero wtedy, gdy pewnego dnia zaliczyłem ponad 80 kilometrów, zrozumiałem, że leży w zasięgu moich możliwości. A potem? Potem poszło już w miarę gładko, zwłaszcza od chwili, gdy porzuciłem rower MTB na rzecz szosy. Sto kilometrów przestało być magiczną wartością, która świadczyłaby o jakiejś nadzwyczajnej formie. Mimo to, do dzisiaj uważam ten dystans za coś wykraczającego poza powszedniość, tym bardziej, że mój PESEL nie kłamie.
Dzisiaj celowo zrobiłem sobie wolne od pracy, właśnie po to, aby po raz pierwszy w tym roku pojechać na nieco dłuższą przejażdżkę. Analizując prognozę pogody, wiedziałem, że to być może ostatnia szansa w marcu. Nie twierdzę, że nie da się tego zrobić w chłodne dni, ale umówmy się, że o wiele przyjemniej jedzie się, gdy jest ciepło i sucho.
Długo zastanawiałem się, dokąd pojechać. Wschód, zachód, północ, południe? Który kierunek powinienem wybrać. Każdy miał swoje wady i zalety. Wadą każdego rozwiązania był – jak zwykle – wiatr. Początkowo miało wiać z południowego 
Staw w Puszczy Niepołomickiej.wschodu, potem z południa, a na koniec z południowego zachodu. Logika podpowiadała, że jeśli pojadę na zachód, to w jedną i drugą stronę wiatr będzie mi pomagał, a w najgorszym razie nie przeszkadzał. Tymczasem ja, zrobiłem na przekór.
Postanowiłem pojechać na wschód aż do Uścia Solnego. Zamierzałem też do minimum ograniczyć 
Żubrostrada.jazdę Wiślaną Trasą Rowerową, preferując boczne, ciche i spokojne drogi. Tradycyjnie dotarłem do Niepołomic, a potem jechałem przez Wolę Batorską, Zabierzów Bocheński, Wolę Zabierzowską, Świniary i Niedary. Tuż przed mostem na Rabie skręciłem na południe, aby przez Bieńkowice i Wyżyce dojechać do Mikluszowic. To właśnie był najtrudniejszy fragment trasy. Nie ze względu na nawierzchnię – ta była w porządku – ale ze względu na wiatr, który wiał mi centralnie w twarz. Niby mogłem położyć się na rowerze w maksymalnie aerodynamicznej pozycji, ale… niespecjalnie sprawia mi to przyjemność. Przecież to nie wyścig. Wlokłem się zatem w dość wstydliwym tempie, mając wrażenie, że nie jadę po płaskim, ale że pokonuję wielokilometrowy podjazd. Mordęga zakończyła się w Mikluszowicach z dwóch powodów. Po pierwsze, bo skręciłem na wschód. Po drugie, bo wjechałem do Puszczy Niepołomickiej. Można byłoby powiedzieć, że oto zaczął się rutynowy powrót, ale to nie tak. To miejsce, w którym zawsze czuję się dobrze i odkrywam coś dobrego w jego pięknie i niezmąconej harmonii przyrody. Jeszcze niedawno panowała tutaj idealna cisza. Puszcza zdawał się być pogrążona w długim zimowym śnie. Dzisiaj było zupełnie inaczej. Pośród delikatnego poszumu wiatru słychać było wszechobecny śpiew ptaków. Koniec snu – właśnie nadeszła wiosna. Przejechałem całą Żubrostradę a potem Drogę Królewską. Pozostał jeszcze przejazd z Niepołomic do Krakowa. Na odkrytej przestrzeni wiatr dawał się we znaki i nawet zacząłem odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia. Gród Kraka był jednak coraz bliżej i wkrótce dotarłem do miejsca, z którego wyruszyłem cztery godziny wcześniej.
Teraz zafunduję sobie dwa, może trzy dni przerwy, a potem… A potem wszystko zależy od pogody. Gdy człowiek już raz wsiadł na rower, aby przejechać się w prawdziwym świecie, jakoś trudno pogodzić się z myślą, że może kolejny raz trzeba będzie spojrzeć na wirtualne krajobrazy Zwifta.
Skomentuj...