Dzisiaj nie miałem nawet cienia koncepcji na popołudniową aktywność. Ostatecznie postanowiłem, że po prostu pojadę w stronę centrum miasta i „się zobaczy” co dalej. Gdy dojechałem do Ronda Matecznego, wpadł mi do głowy pomysł, żeby skierować się w stronę Ruczaju. 
Zakrzówek.Tak też zrobiłem. Pomimo faktu, że były godziny popołudniowego szczytu, a ja przecież poruszałem się po ścieżkach rowerowych, jechało mi się nadzwyczaj sprawnie. Przejechałem przez Zakrzówek, no i właśnie wtedy urodziła się w mojej głowie koncepcja, aby pojechać do Tyńca, ale nie po płaskim wzdłuż Wisły, ale przez bliską memu sercu ulicę Podgórki Tynieckie. To oczywiście oznaczało, że będzie trochę pagórków, w tym jeden szutrowy odcinek przez las. Dojeżdżając do Tyńca, zamierzałem standardowo wrócić do Krakowa Wiślaną Trasą Rowerową, ale kolejny raz zmieniłem zdanie. A może Skawina? W ten właśnie sposób zawitałem do tego miasta i dopiero stamtąd skierowałem się w stronę południa Krakowa.
Jechało mi się nadspodziewanie lekko, niezależnie od kierunku wiatru. Co prawda średnia prędkość nie była imponująca, ale to skutek licznych spowolnień spowodowanych godzinami szczytu. Jednak inne „cyferki” sugerowały, że jak na człowieka, który za trzy tygodnie skończy (jak Bóg da) szóstą dekadę życia, jest całkiem nieźle. W domu rzuciłem okiem na Stravę. Wow! Jeszcze nigdy w trakcie jednej przejażdżki nie zaliczyłem tak wielu PR, jak dzisiaj. Jest moc!
Skomentuj...