Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”,
bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki:
„I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.
Wszystko wskazywało, że będzie to piękna sobota, zarówno pogodowo, jak i pod względem moich rowerowych planów. Zamierzałem przejechać ponad sto kilometrów po drogach, które rzadko odwiedzam, więc tym bardziej cieszyłem się na samą myśl o jeździe. Wyruszyłem jeszcze przed południem i początkowo wszystko idealnie się układało. Warunki do jazdy były wręcz wymarzone. Umiarkowanie ciepło, sucho, wiatr w normie. Forma też dopisywała. Kilometry mijały i nie
Okolice Tenczynka.odczuwałem zmęczenia, niezależnie od tego, czy jechałem po płaskim, czy też mierzyłem się z licznymi wzgórzami i pagórkami. Otaczały mnie krajobrazy przyobleczone barwami wiosny. Tak, tego mi właśnie było trzeba. Mijałem kolejne miejscowości: Piekary, Liszki, Morawica, Chrosna, Tenczynek, Krzeszowice, Pisary, Rudawa, Brzezinka.
A potem wszystko się zmieniło…
Więckowice. Mała wioska. Nic szczególnego. Po prostu kolejny punkt na dzisiejszej trasie. Asfalt taki sobie, jakościowo zdecydowanie odstający od małopolskiej średniej. Tu i ówdzie popękany, ze śladami licznych poprawek i uzupełnień. Faktem jednak jest, że jeździłem po znacznie gorszych nawierzchniach, więc w ogóle nie przejąłem się tym, po czym jadę. Ruch samochodowy nie był wielki, więc gdy tylko była taka możliwość, starałem się omijać najbardziej zdegradowane fragmenty drogi. Wyjechałem na wzniesienie i rozpocząłem niezbyt stromy zjazd. Minął mnie bus, a za nim jeszcze jedno auto. Wjechałem na prostokątną, mocno popękaną łatę na asfalcie. Widząc, że nic nie jedzie, chciałem z niej zjechać w kierunku środka szosy. To był błąd. Nie zauważyłem, że te dwa obszary asfaltu leżą na innym poziomie…
Przednie koło ucieka. Już wiem, jak to się skończy. Lewym bokiem walę w asfalt. Dłoń, łokieć, bark, biodro.
Okolice Rudawy.Wydaję z siebie cichy jęk. Przez chwilę sunę po asfalcie. Niezbyt długo, bo prędkość na szczęście nie była zbyt duża – skromne 30 km/h. Chociaż bardzo dbam o czystość języka, w tym momencie wypowiadam słowo, którego nie zacytuję. Wypinam się z pedałów, wstaję, podnoszę rower i schodzę na pobocze. Adrenalina działa. Nic mnie nie boli, chociaż z łokcia leje się krew. Zachowuję się, jak przystało na pasjonata kolarstwa – w pierwszej chwili sprawdzam, co z rowerem. Lewa klamkomanetka obróciła się i zatrzymała w popularnej obecnie pozycji. Kierownica też jest scentrowana. Łańcuch spadł. Zacisk tylnego koła jest mocno „przeszlifowany”. Innych uszkodzeń nie widzę. Skoro rower cały, to zaczynam obmacywać siebie. Obojczyk cały, chociaż zaczynam odczuwać ból w stawie barkowo obojczykowym. Biodro też daje znać o sobie. Krew tylko na łokciu. Nie jest źle. Dziękuję Bogu, że nic gorszego się nie stało.
Chwilę walczyłem z łańcuchem, przywróciłem kierownicę oraz klamkomanetkę do właściwej pozycji. Jeszcze raz wszystko dokładnie obejrzałem i ostrożnie ruszyłem przed siebie. Plan na dzisiaj przestał obowiązywać i w tym momencie chciałem
Auć!jedynie wrócić do domu. To skromne 30 kilometrów, ale zdawałem sobie sprawę, że wciąż działa adrenalina i wyłącznie dlatego nie czuję bólu. Faktycznie, z czasem zacząłem odczuwać coraz większy dyskomfort. Nawet niewielkie „hopki” stały się wyzwaniem, bo lewa noga pracowała może na 50%. Raczej więc toczyłem się, aniżeli jechałem. Wreszcie minąłem tablicę z napisem Kraków, tyle że było to dokładnie po przeciwnej stronie miasta niż mieszkam.
Stłuczenie biodra, stłuczenie stawu barkowo obojczykowego, rozwalony łokieć, kilka solidnych zadrapań i siniaków. To efekt mojej sobotniej przygody. Na szczęście wszystkie kości są na swoim miejscu i w jednym kawałku. Nie mam wypracowanej techniki upadania, o ile taka w ogóle istnieje, więc myślę, że to niewielka cena za moment nieuwagi. Mogło być gorzej.
I jeszcze jedno. Kilka chwil po tym, jak pozbierałem się z asfaltu, minęły mnie 4 samochody. Ich kierowcy na pewno widzieli, co się stało, ale żaden się nie zatrzymał. Po chwili obok mnie przejechał rowerzysta, którego wcześniej wyprzedziłem. Nawet nie spojrzał. Po kilkudziesięciu sekundach zatrzymał się motocyklista. Nie widział, co się stało, ale zapewne doszedł do wniosku, że stojący na poboczu gość z zakrwawioną ręką prawdopodobnie ma kłopoty. Odjechał dopiero wtedy, gdy po krótkiej rozmowie ze mną, zyskał pewność, że nic mi nie jest i dam sobie radę. Pewnie nigdy tego nie przeczyta, ale bardzo mu dziękuję. Jak widać, przypowieść o dobrym Samarytaninie wciąż jest aktualna.
Skomentuj...