Celem dzisiejszej aktywności nie było bicie rekordów szybkości, mocy, dystansu czy czasu spędzonego na rowerze. Chciałem tylko przekonać się, jak się jeździ w temperaturze przekraczającej miejscami 40°C. Ostatni raz w tak upalny dzień jechałem 6 lipca 2012 roku, a więc 14 lat temu. Rzuciłem okiem na opis tego dnia. Wtedy w słońcu było nawet 46°C i w pewnym momencie niemal zupełnie mnie odcięło. Dzisiaj nie miało być aż tak gorąco, ale przecież jestem o te 14 lat starszy, więc mogło być różnie. Dlatego też nie zakładałem, że przejadę jakiś dłuższy dystans i spodziewałem się, że wrócę do domu po godzinie, może półtorej. Jednak po kilkunastu kilometrach stwierdziłem, że nie jest aż tak źle, więc zamiast zawrócić, wciąż jechałem przed siebie. To nie było do końca przemyślane. Po przejechaniu około 30 kilometrów, pomimo regularnego nawadniania się elektrolitami, zacząłem odczuwać pierwsze oznaki niekontrolowanego upływu energii. Odwrotu już nie było, więc chcąc nie chcąc, musiałem nadal jechać. Na szczęście w tej części trasy zdarzały się zacienione odcinki, więc nie było aż tak źle, jak przed laty.
Po powrocie do domu przeczytałem informację, że podczas maratonu rowerowego na Mazowszu, zmarł 30-letni kolarz amator, a drugi zawodnik jest poszukiwany. Uświadomiłem sobie, że na dzisiejszej trasie spotkałem może pięciu zapaleńców. Nikogo więcej. Moja dzisiejsza aktywność chyba nie była do końca przemyślana. Jutro siedzę w domu…

Uff, jak gorąco...
Skomentuj...