Prawie cały tydzień siedziałem w domu. Nie chciałem ryzykować jazdy w upale, a gdy zrobiło się chłodniej, to z kolei nie zamierzałem jeździć w deszczu. No cóż, mamy typowe polskie lato i towarzyszące mu skrajności pogodowe.
Dzień dzisiejszy zdawał się być idealnym do jazdy, gdyby nie jeden szczegół. Wiało. Mocno wiało. Widziałem za oknem mocno kołyszące się drzewa, co nie napawało optymizmem, ale ileż można siedzieć w domu. Pomyślałem, że wyjdę chociażby na godzinę i nie przejmując się wiatrem, zaliczę jakiś skromny dystansik.

Obwodnica Krakowa S52, a sam Kraków hen w tle.Początkowo wszystko szło zgodnie z planem, czyli nie spodziewałem się dłuższej jazdy. Jechałem trochę bez pomysłu, bo uznałem, że nie opłaca się planować czegoś, co ma być krótkie. Scenariusz napisał się sam. W pewnym momencie uznałem, że skieruję się do Nowej Huty. Gdy już tam dojechałem, to pomyślałem, że mogę rzucić okiem na nowe drogi rowerowe zbudowane w okolicy węzła Grębałów. Potem poszło już gładko. Skręciłem na zachód, starając się jechać lokalnymi drogami oraz drogami technicznymi wzdłuż drogi S52, która stanowi północną część obwodnicy Krakowa. Cały czas pod wiatr. Cały czas góra, dół, góra, dół. Czas płynął, kolejne kilometry „wchodziły” nadspodziewanie łatwo. Już wiedziałem, że to nie będzie ani godzinka, ani wstydliwie skromny dystans. Po dotarciu w okolice ulicy Jasnogórskiej, skręciłem na południe i wtedy przypomniałem sobie, że kiedyś bardzo często bywałem w tym miejscu, kierując się w stronę Rząski, a potem do Balic. Dlaczego nie miałbym tak zrobić? – pomyślałem. Jechałem więc znów pod wiatr, a gdy dotarłem do Balic i spojrzałem na licznik, doszedłem do wniosku, że jest szansa na zaliczenie setki. Balice, Kryspinów, Cholerzyn, Liszki, Piekary. A potem już rutynowy powrót w niezłym tempie, bo nareszcie wiało mi w plecy.
I tak oto coś, co miało być krótkie, banalne, nieciekawe, zamieniło się w dłuższą, bardziej wymagającą i nietuzinkową aktywność.
Skomentuj...