Bycie programistą ma swoje dobre strony i bynajmniej nie chodzi o finansowy aspekt, który w czasach wszechobecnego AI nie jest już tym, czym był kiedyś. Ale zacznę od początku…
Jakiś czas temu zaliczyłem dłuższy dystans na rowerze. W moim przypadku określnie „dłuższy dystans” nie jest jakimś szczególnym osiągnięciem, które zrobiłoby wrażenie na ultrasach. Dość powiedzieć, że mój rekord życiowy, to ledwie niecałe 211 kilometrów i tylko dwa razy w życiu przekroczyłem dwie setki. Z tego powodu każde sto kilkadziesiąt przejechanych kilometrów traktuję jako niezłe osiągnięcie, tym bardziej, że swoje lata już mam. No i właśnie w maju udało mi pokonać dystans ponad 150 kilometrów. Nie jeżdżę dla statystyk, ale lubię statystyki i byłem pewien, że te 150 kilometrów 
Pole danych z pozycjami w rankingu dystansu.wystarczy, aby znaleźć się w pierwszej dziesiątce moich dystansów. Faktem bowiem jest, że już od siedmiu lat nie udało mi się przejechać dłuższej trasy. Jakież było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że do pierwszej dziesiątki zabrakło mi 2170 metrów. Dlaczego tak się stało? Nie planując bicia rekordów, po prostu nie wiedziałem, ile muszę przejechać. Gdybym wiedział, to dla zwykłej satysfakcji dokręciłem te dwa kilometry.
Chcąc zapobiec opisanej sytuacji w przyszłości, postanowiłem rozwiązać problem raz na zawsze. I nie, nie chodzi o to, że teraz za każdym razem będę sprawdzał statystyki. Rozwiązanie miało być subtelne i absolutnie skuteczne. I właśnie w tym momencie ujawniła się pozytywna strony bycia programistą. Od lat używam komputerów rowerowych z rodziny Garmin Edge. Jedną z zalet Edge’a jest to, że Garmin udostępnia API, czyli interfejs programistyczny, który umożliwia tworzenie oprogramowania dla tych urządzeń. Między innymi można tworzyć swoje własne pola danych. Postanowiłem stworzyć swoje własne pole, które będzie prezentowało pokonany dystans i jednocześnie pokazywało, które miejsce zajmuję w rankingu pokonanych dystansów, zarówno w bieżącym roku, jak i w całej historii moich rowerowych wyczynów. To nie wszystko, bo powinienem jeszcze widzieć, jaka odległość dzieli mnie od wskoczenia na wyższą pozycję.
Dwa wieczory później miałem już napisaną aplikację, którą wgrałem do Garmina i właśnie dzisiaj po raz pierwszy użyłem jej na trasie. Muszę przyznać, że jako osobnik „techniczny” miałem sporo frajdy zerkając na cyferki. Jednocześnie zauważyłem pewną wadę. Otóż obudził się we mnie duch rywalizacji z samym sobą. Widok dystansu dzielącego mnie od kolejnej pozycji w rankingu, działał mocno dopingująco. Jeszcze dwa kilometry, jeszcze kilometr, jeszcze 100 metrów, itd. W końcu jednak musiałem wrócić do domu z poczuciem dobrze wykonanej programistycznej pracy.
Wiem, wiem, to sztuka dla sztuki, to zbędny gadżet, to zabijanie romantycznego kolarstwa, ale… kto zabroni programiście? Wszakże styk realnego świata z wirtualną przestrzenią algorytmów jej jego placem zabaw.
Skomentuj...