Na dzisiaj planowałem dłuższą eskapadę, ale… coś mi wypadło wieczorem. Gdy jadę na rowerze, nie lubię takiego deadline’u. Co innego, gdy np. wyjeżdżam o świcie, a zaplanowane mam coś na wieczór. Kilkanaście wolnych godzin daje gwarancję, że cokolwiek by się nie działo (prawie cokolwiek), to zdążę wrócić. Tymczasem dzisiaj miałem ledwie cztery godziny z hakiem i musiałem jeszcze wziąć pod uwagę, że muszę mieć czas na przygotowanie się do wieczornego spotkania. Nie czułem się więc komfortowo, nie mogłem w pełni cieszyć się jazdą, bo z tyłu głowy zegar wciąż odmierzał czas. Mimo to udało mi się pokonać całkiem zacny dystans, a co najważniejsze, nie była to jazda wokół przysłowiowego komina, ale dość urozmaicona aktywność, na którą złożyły się pagórki, płaskie odcinki, krajobrazy pól i łąk, a także lasy. No i była też mała „przygoda” w Niepołomicach… Pani w mercedesie nieświadomie zajechała mi drogę, spychając mnie na prawo i musiałem podeprzeć się prawą nogą. Problem w tym, że zawsze podpieram się lewą nogą, a prawą nogę wypinam zazwyczaj tylko wtedy, gdy zsiadam z roweru. No i nie zdążyłem się wypiąć. To nie była niebezpieczna sytuacja, bo praktycznie stałem, ale… trzeba było ratować rower, więc główne uderzenie o krawężnik przyjęły na siebie ręka oraz kolano. Ręka była w rękawiczce, a kolano… W ten sposób mam kolejny, niewielki, ale jednak szlif.

Nad drogą krajową 94.
Skomentuj...