Nareszcie sobota. Mnóstwo czasu, żeby wybrać się na rower, prawda? No tak, ale… nie dzisiaj. Nasi kieleccy przyjaciele zaprosili nas na grilla i wczesnym popołudniem zamierzaliśmy pojechać do stolicy województwa Świętokrzyskiego. Miałem więc trzy „rowerowe” opcje: wybieram się na krótką przejażdżkę, jadę o świcie lub w ogóle nie jadę. Trzecią opcję oczywiście odrzuciłem. Pierwszą także. Pozostała więc „bramka numer 2”. Zamiast wyspać się po męczącym tygodniu, wstałem o świcie, w ekspresowym tempie się „wyrychtowałem” i ruszyłem.
Miałem ograniczony czas, więc nie kombinowałem, tylko wybrałem jedną z doskonale znanych mi tras. Pojechałem do Łączan Wiślaną Trasą Rowerową, potem zaliczyłem kilka kilometrów trasą Velo Skawa, wróciłem do Łączan, pojechałem do Skawiny wzdłuż Kanału Łączańskiego i finalnie wróciłem do Krakowa. Sumarycznie wyszło 100 kilometrów, co bardzo mnie ucieszyło. Wszakże 100 magiczną liczbą jest…

Ciemne chmury na południu.

Gotowy do odlotu?
Skomentuj...