Od jakiegoś czasu krążył mi po głowie pomysł, aby spróbować pobić mój osobisty rekord dystansu. 20 czerwca 2019 roku, czyli ponad 7 lat temu, przejechałem niecałe 211 kilometrów. Pamiętam, że nie planowałem takiego dystansu, ale jadąc z Krakowa do Strzelec Opolskich czułem się na tyle dobrze, 
Rynek w Szczurowej.że po prostu postanowiłem „dokręcić” kilkadziesiąt nadprogramowych kilometrów. Przez te wszystkie lata wydawało mi się, że niełatwo będzie zbliżyć się do tego osiągnięcia. Nie jestem przecież ultra-kolarzem, dla którego 200 kilometrów to ledwie rozgrzewka. Wiek też robi swoje – 60 lat na karku nie ułatwia zadania. Czas mijał i chyba nawet przestałem myśleć o tym, że warto byłoby spróbować. Jednak marzenie o zmierzeniu się z samym sobą, ze swoimi słabościami i ograniczeniami, przetrwało gdzieś tam na dnie mojej pamięci i wróciło do mnie jakieś dwa miesiące temu. Pomyślałem, że przecież niczego nie ryzykuję, że jeśli nie spróbuję, to potem będę zwyczajnie 
Wojenne klimaty w Biskupicach Radłowskich.żałował. Przecież czas nie jest moim sprzymierzeńcem i jeśli nie teraz, to kiedy? Siadłem więc przed mapą i zacząłem kreślić trasę – trasę z miasta, w którym żyję do miasta, z którego pochodzę i z powrotem, a więc Kraków – Tarnów – Kraków. Plan powstał dość szybko, ale jego realizację musiałem odłożyć w czasie, czekając na idealny moment.
Ten idealny moment długo nie nadchodził. Albo było zimno, albo lało, albo mocno wiało, albo te wszystkie „nieszczęścia” razem. A potem nadeszła fala upałów. Musiałem czekać. Chciałem mieć przyjemność z jazdy, cieszyć się nią, celebrować każdy przejechany kilometr i każdy widok. I gdy wydawało mi się, że być może trzeba będzie odłożyć plany na wrzesień, pogoda mnie zaskoczyła – tym razem pozytywnie. Dzisiaj nadszedł długo wyczekiwany idealny moment, czyli umiarkowana temperatura, słonecznie, ale z lekkim zachmurzeniem, delikatny wiatr.
Wyruszyłem o poranku, tuż przed siódmą. 15°C to raczej niska temperatura, ale dla mnie była idealna. Wiedziałem, że w ciągu dnia dotrze w okolice 30°C, więc chciałem jak najwięcej kilometrów przejechać w czasie, gdy organizm nie będzie musiał tracić energii na chłodzenie. Nie jechałem jednak szybko, ale spokojnym tempem, które gwarantowało zachowanie zasobów energetycznych na później. 200 kilometrów to nie ultra-kolarstwo, ale starałem się wdrażać główną zasadę „ultrasów”, czyli oszczędzanie energii. Obiecywałem sobie, że podjazdy będę pokonywał na miękkim przełożeniu, a na zjazdach nie będę „dokręcał”, pozwalając grawitacji robić swoje. Zamierzałem także regularnie raczyć się batonami energetycznymi i oczywiście nie zapominać o nawadnianiu.

Mauzoleum generała Józefa Bema w Parku Strzeleckim w Tarnowie.Mniej więcej połowa trasy do Tarnowa wiodła drogami, które doskonale znam. Najpierw WTR do Niepołomic, potem lokalne drogi przez Wolę Batorską i Zabierzów Bocheński, a następnie ponownie WTR do Uścia Solnego. Tam zaczęła się najciekawsza część trasy. Najciekawsza, bo jeśli gdzieś pojawiam się bardzo rzadko, albo wręcz po raz pierwszy, to jest to zawsze ciekawe. Nic tak mnie nie cieszy, jak ucieczka od rutyny. Przejechałem więc przez Strzelce Małe, a w miejscowości Szczurowa, skręciłem na północ. Jak widać, nie zamierzałem najkrótszą drogą dotrzeć do mojego rodzinnego miasta. Zaborów, Pojawie – małe wioski, gdzie pewnie nigdy nie pojawiłbym się, gdyby nie moja rowerowa pasja. Nieco później mała lekcja historii, czyli miejscowość Wał-Ruda. To właśnie tam, w nocy z 25 na 26 lipca 1944 roku, miała miejsce słynna „Operacja III Most”. Zainteresowanych odsyłam do opisu mojej wyprawy rowerowej sprzed trzynastu lat, której celem było właśnie to miejsce.
Kolejnymi punktami na trasie były Zabawa, Biskupice Radłowskie, Niedomice, Łęg Tarnowski i Pawęzów. To właśnie tam musiałem się zmierzyć z jedynymi istotnymi podjazdami na dzisiejszej trasie. Zgodnie z zasadą oszczędzania energii, starałem się pokonać je spokojnie, bez niepotrzebnej spiny. I wszystko było ok, gdyby nie fakt, że włodarze tych wiosek postanowili zbudować ścieżki rowerowe. Ścieżki, bo drogami rowerowymi bym tego nie nazwał. Zresztą słowo „zbudować” także jest na wyrost. Po prostu postawili znaki DDR na chodnikach wykonanych z kostki brukowej, uznając, że wykonali kawał porządnej roboty. Prawdopodobnie sami nigdy w życiu nie jechali rowerem. Zgodnie z przepisami ruchu drogowego byłem zobowiązany do jazdy po tym czymś, a to coś jest nierówne, miejscami zarośnięte jakimiś chwastami, co chwilę są wjazdy na posesje, a na skrzyżowaniach nie ma odpowiednio niskich zjazdów i najazdów. Takiego dziadostwa już dawno nie widziałem. Na szczęście Tarnów był już blisko i wkrótce zawitałem do miasta mojej młodości.

"Pozdro" z tarnowskiego Rynku...To była trochę nostalgiczna wizyta. Trochę, bo nieszczególnie tęsknię za tym miastem, ale jednak miło było pojawić się w kilku znanych sprzed lat miejscach: Park Strzelecki, ulica Wałowa, Rynek, czy też ulica Wilsona, przy której niegdyś mieszkałem, a która w czasach słusznie minionych, nosiła imię komunisty Marcelego Nowotki. Nie zamierzałem spędzić tutaj zbyt wiele czasu, co zresztą byłoby dość skomplikowane, biorąc pod uwagę jakość, a raczej jej brak, tarnowskiej infrastruktury rowerowej. Nie wiem, czy to jakieś zboczenie, czy inny problem natury psychicznej, ale oni tam mają fioła na punkcie kostki brukowej. Czy naprawdę ścieżek rowerowych nie można było wyasfaltować? Albo, czy naprawdę trzeba było iść na łatwiznę i po taniości po prostu oznaczyć część chodnika jako przeznaczoną dla rowerów? Są też miejsca, w których rowerzysta szosowy w ogóle nie powinien się pojawiać, chyba, że chce usunąć sobie wszystkie plomby z zębów. Na przykład, taka ulica Najświętszej Marii Panny. Bruki na wyścigu Paris – Roubaix to przy niej gładka autostrada. Smutne, że rządzący moim rodzinnym miastem mają rowerzystów w miejscu, które styka się z siodełkiem. Jeśli czasem zdarzało mi się narzekać na krakowskie DDR, to obiecuję, że już nie będę.
Muszę przyznać, że z pewnego rodzaju ulgą opuszczałem Tarnów, mój Tarnów, miasto, które jak wiele byłych miast wojewódzkich, pogrąża się w jakimś letargu. Miasto wymierające i póki co, bez perspektyw. Piękne, odnowione centrum. Śliczny Rynek z ratuszem pośrodku, z kilkunastoma kawiarniami i restauracjami, a w nich garstka ludzi. Nic się nie dzieje. Miasto żyje, ale jakby było ciałem pozbawionym duszy. Wszystko jest na swoim miejscu, wszystko zdaje się być normalne, ale nie czuć bicia serca…

Magiczne niebo ponad Dunajcem w Ostrowie.Do Krakowa wracałem trasą Velo – Metropolis. Jeszcze nigdy nią nie jechałem, więc było to ciekawe doświadczenie. Przez długi czas jechałem drogami technicznymi wzdłuż autostrady A4. Idealny asfalt, zerowy ruch samochodowy, a z boku piękny, soczyście zielony las. Temperatura powoli zbliżała się do 30°C, a ja nadal nie odczuwałem zmęczenia. W okolicy Brzeska skręciłem na północ. Teraz czekało na mnie 10 kilometrów jazdy po drodze, której duża część wiodła przez las. Dojechałem do Okulic, skręciłem na zachód i wkrótce dotarłem do Bogucic. Tam ponownie znalazłem się na drogach, które mógłbym określić mianem „rutynowe”. Przejechałem po kładce na drugi brzeg Raby i znalazłem się w Mikluszowicach u „wrót” Puszczy Niepołomickiej. Teoretycznie wystarczyło już tylko pojechać prosto przed siebie. Zamiast jednak iść na łatwiznę, dołożyłem sobie jeszcze prawie 10 kilometrów, eksplorując puszczę i okolice. W końcu jednak zawitałem do Niepołomic.
W Niepołomicach nic już nie chroniło mnie przed słońcem i pojawił się mały kryzys. Byłem jednak w mieście, a nie na pustyni, więc zafundowałem sobie odpoczynek połączony z degustacją pysznych lodów, a przy okazji uzupełniłem płyny w bidonach. Wkrótce ponownie wsiadłem na rower, rozpoczynając ostatni akord dzisiejszej wyprawy.
222 kilometry to aktualnie mój najdłuższy dystans. Czy jeszcze kiedyś go pobiję? Czas pokaże. Dzisiaj cieszę się, że to, co jeszcze niedawno było tylko mglistym planem, wypełniło się. Miałem wiele wątpliwości – czy dam radę, czy przypadkiem nie wrócę totalnie wykończony, mówiąc „never again”? Okazało się, że nadal mogę z optymizmem spoglądać w przyszłość. Kto wie, jakie jeszcze trasy przyjdzie mi pokonać. A nawet jeśli nie, to zostaną piękne wspomnienia…
Skomentuj...