Dwa dni temu pobiłem mój osobisty rekord dystansu, więc dzisiaj chciałem tylko trochę się rozruszać, zakładając, że po tak długiej trasie organizm potrzebuje więcej czasu na regenerację. Nie mając żadnego pomysłu na trasę i spodziewając się, że góra po dwóch godzinach wrócę, ruszyłem przed siebie. Jechałem w kierunku Podgórza, zamierzając, że w najlepszym razie pojadę do Tyńca, a następnie grzecznie wrócę do domu. Minęły pierwsze kilometry, a ja nie poczułem żadnych symptomów ewentualnej słabości. Pomyślałem więc, że zmienię koncepcję i zamiast płaskiej i – umówmy się – nudnej przejażdżki do Tyńca, skieruję się w okolice północnej obwodnicy Krakowa, gdzie nie brakuje krótkich, ale za to dość stromych podjazdów. W razie, gdyby okazało się, że moja dzisiejsza forma jest niekompatybilna z ich nachyleniem, mógłbym w miarę szybko wrócić do miasta jedną z licznych dróg.
Dojechałem do Modlniczki i skręciłem na wschód, rozpoczynając pokonywanie fragmentu trasy typu „góra-dół”. Wydawało mi się, że po tylu latach mojej rowerowej pasji doskonale powinienem znać reakcje mojego organizmu. Bądź co bądź, dwa dni temu zaliczyłem dość zacną jak na mnie trasę, więc dzisiaj powinienem być relatywnie słaby. Tymczasem nic z tych rzeczy. Hopki „wchodziły” nadspodziewanie lekko i po dotarciu do Batowic stwierdziłem, że nie chce mi wracać i trzeba wydłużyć trasę. Pojechałem więc dalej na wchód aż do Niepołomic, gdzie nie mogłem oprzeć się pokusie zjedzenia dobrych lodów w lokalu o nazwie „Ambrozja”.
Potem było już „rutynowo”, czyli powrót „wu-te-erką” do Krakowa. Finalnie wyszło 102 kilometry, co naprawdę mega mnie zaskoczyło. Pamiętam czasy, gdy po pokonaniu dłuższych lub trudniejszych tras, długo dochodziłem do siebie. Tym razem było zupełnie inaczej, co – nie ukrywam – bardzo mnie cieszy.

Na wzgórzu za Krakowem.

Mariaż przyrody i industrialnych klimatów.
Skomentuj...