Dzisiaj ogarnęło mnie jakieś zniechęcenie. Zwyczajnie nie chciało mi się wychodzić na rower i dopiero, gdy uświadomiłem sobie, że w kolejnych dniach ma padać, ostatecznie jakoś się ogarnąłem. Był już wieczór. Na niebie pojawiły się ciemne chmury. Zaczęło wiać. To nie był zwykły, lekki, miły, letni wiaterek, ale potężne porywy. Jechałem po płaskim, ale miałem wrażenie, że pokonuję solidny podjazd. To nie było przyjemne, ani odprężające. Postanowiłem wrócić, bo nie czułem radości z jazdy. Żeby jednak nie było zupełnie „bezpłciowo”, na sam koniec dodałem sobie nieco „przyprawy” w postaci podjazdu na ulicy Niebieskiej. Zawsze to coś.

Zachód nad autostradą.
Skomentuj...