Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

U schyłku dnia

Środa, 10 września 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
3 85 609
Data
10 września 2014
Śr. 16:53 19:26
Rower
Ridley Fenix
3 54 54
Kalorie
1352kcal
Czas
2:28:45
61
605
0:34 0:25 0:20
Dystans
71.19km
55
496
13.91 13.98
Prędkość
28.72km/h
33
284
24.2 32.4 54.2
Kadencja
74rpm
103
Tętno
150bpm
170
Przewyższenia
519m
36
388
       329
Nachylenie
+ 3.7% - 3.7%
+ 13.0 - 10.0
Temperatura
17.8°C
16.0 19.0

Jeżdżenie rowerem szosowym po zmierzchu nie należy do bezpiecznych zajęć, chyba, że się ma mocne oświetlenie, które wyłuskałoby z mroku wszelkie dziury w drodze. Drogi są, to fakt, coraz lepsze, ale tu i ówdzie pozostało jeszcze sporo reliktów inwestycyjnej zapaści lat minionych. Minimalistyczna, a przy okazji ultralekka forma mojego przedniego oświetlenia, nie daje mi niestety komfortu śmigania nocną porą po asfalcie i dlatego staram się kończyć zabawę niedługo po zmierzchu. A to z kolei oznacza, że muszę ograniczyć moją „szosową” aktywność w tzw. dni robocze, których jasna, słoneczna i pogodna część przypada akurat na ten czas, który spędzam w pracy przed opalizującym ekranem komputera. Biegnę więc potem do domu, szybko przełykam to i owo, ściągam rower ze ściany i ruszam przed siebie w nadziei złapania okruchów dnia. A tych jest coraz mniej i już niedługo będę się musiał przesiąść na mój „zimowy” rower, któremu nie straszne są żadne nierówności, i który z połączoną siłą wodospadu i armatniej kuli, pokona każdą drogową przeszkodę – choćby w ciemności.

Dzisiaj jeszcze udało mi się skorzystać z dobrodziejstw dnia. Kolejny raz zaliczyłem „ścieżkę zdrowia” w Kosocicach, a podjazd na ulicy Gruszczyńskiego kończyłem na twardszym niż zwykle przełożeniu, stojąc na pedałach, a na szczycie wciąż pamiętałem, jak się nazywam, skąd jestem i co ja tutaj robię. Potem było już łatwiej. Wróciłem do Kosocic, zjechałem ulicą Niebieską, pojechałem w stronę ulicy Kamieńskiego, przejechałem przez Bonarkę. Jadąc po kostce przy Parku Bednarskiego musiałem zacisnąć zęby, aby nie pogubić plomb. Przeżywszy tę namiastkę Paris-Roubaix dotarłem do Wisły i pojechałem do Tyńca. Stamtąd wróciłem do Dębnik, przejechałem przez Most Grunwaldzki i pojechałem prosto przed siebie, aż do ulicy Sołtysowskiej. Z Mostem Wandy byłem już w miarę blisko domu, ale było mi mało, więc jeszcze zaliczyłem Kokotów i dopiero stamtąd wróciłem do domu. Już po zmierzchu.

Skomentuj...

Podpis: (opcjonalnie)

Jeśli chcesz, abym mógł się z Tobą skontaktować, wpisz w poniższym polu adres e-mail lub numer telefonu. Ta informacja będzie znana wyłącznie mnie i nigdzie nie będzie widoczna.
Kontakt: (opcjonalnie)