Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Wichrowo

Sobota, 20 grudnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
7 121 645
Data
20 grudnia 2014
Sob. 11:27 13:46
Rower
Giant Boulder
7 46 219
Kalorie
1096kcal
Czas
2:14:25
79
766
0:22 0:17 0:00
Dystans
51.29km
97
928
7.60 7.55
Prędkość
22.89km/h
119
1154
19.9 25.6 42.7
Kadencja
88rpm
112
Tętno
141bpm
164
Przewyższenia
273m
86
895
       252
Nachylenie
+ 3.6% - 3.4%
+ 6.0 - 7.0
Temperatura
7.9°C
7.0 10.0

W sobotę obudziło mnie piękne słońce i niebieskie niebo. Przypominam, że to wyjątek o tej porze roku w Krakowie. Skierowałem swój zaspany jeszcze wzrok za okno. Szybko płynące chmury i dziki taniec koron drzew uświadomiły mi, że jeśli zamierzam wybrać się na rower, to lekko nie będzie. Proces decyzyjny rozpoczął się od mocnej kawy, której zapach i smak powoli przywrócił moje ciało i ducha do stanu pozwalającego sprawnie określić, jak się nazywam i co ja tutaj robię. Co tu będę tak sam siedział – pomyślałem, wybierając w ten sposób zmierzenie się z nieokiełznanymi siłami natury. Jeszcze tylko lekkie śniadanie, szybkie doprowadzenie mieszkania do stanu użyteczności i byłem gotowy. Nawiasem mówiąc, muszę kiedyś rozwinąć temat doprowadzania mieszkania w sobotę do stanu użyteczności, ponieważ mam w tym zakresie bogatą wiedzę socjologiczno-psychologiczną, bazującą na własnych, na szczęście minionych, doświadczeniach.

Dosiadłszy roweru i uruchomiwszy wszystkie elektroniczne gadżety, ruszyłem przed siebie. Na początku było fajnie, bo ledwie zakręciłem korbą, a już jechałem z prędkością 30 km/h. Czar prysł, gdy po kilku kilometrach wybrałem nieznaną sobie drogę, która okazała się ślepa i musiałem zawrócić. Nie dość, że musiałem jechać pod górę, to jeszcze zostałem zmuszony do „zakumplowania” się z wiaterkiem, który radośnie powiewał sobie dokładnie z tego kierunku, w którym jechałem. A powiewał sobie całkiem ochoczo. Łańcuch wędrował więc na coraz to większe zębatki kasety, a w końcu – o zgrozo – zostałem zmuszony do użycia środkowej tarczy w moim, trochę już passe, Deore XT. Gdy już naprawiłem swój nawigacyjny błąd, było trochę lepiej, bo przez jakiś czas wiało mi z boku, co do końca też nie było przyjemne, bo tor mojej jazdy przypominał ścieżkę poruszania się statystycznego Polaka, legitymującego się mocno podstawowym wykształceniem, usiłującego wrócić nad ranem do domu w dniu popularnych imienin.

Historia dzisiejszej przejażdżki jest w zasadzie powtórzeniem wielu serii: pod wiatr, z wiatrem, boczny wiatr. A więc raz jechałem naprawdę szybko, by za chwilę zwolnić do wstydliwej prędkości i ledwie wyprzedzać ślimaki taszczące swoje domki gdzieś tam w gęstwinie nieświeżej trawy. Cierpliwość jest wszakże drogą do sukcesu. Metr za metrem ciągnąłem więc cały swój rowerowy dobytek w stronę miejsca zamieszkania, co rusz utrudniając sobie zadanie, poprzez wybieranie coraz to innych dróg, które miast przybliżać, oddalały mnie od celu. A wszystko przez to, że w mym umyśle pojawiła się myśl, aby już dzisiaj dobić do 9000 kilometrów przejechanych w tym roku. Jak już się pojawiła, to ja, człek słaby i ułomny, nie dałem rady jej pokonać i pokornie poddawszy się, parłem przed siebie. A wiatr z każdą chwilą się wzmagał i miałem wrażenie, że jadę z zaciśniętymi hamulcami. Na szczęście cel był już blisko.

Skomentuj...

Podpis: (opcjonalnie)

Jeśli chcesz, abym mógł się z Tobą skontaktować, wpisz w poniższym polu adres e-mail lub numer telefonu. Ta informacja będzie znana wyłącznie mnie i nigdzie nie będzie widoczna.
Kontakt: (opcjonalnie)