Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Jadę dalej

Poniedziałek, 14 grudnia 2015 • Komentarze: 0

Aktywność
6 131 779
Data
14 grudnia 2015
Pon. 16:35 18:42
Rower
Ridley X-Bow
6 25 25
Kalorie
1001kcal
Czas
2:03:42
104
901
0:35 0:27 2:07
Dystans
52.23km
108
896
11.95 13.70
Prędkość
25.34km/h
109
793
20.0 30.1 51.8
Kadencja
90rpm
113
Tętno
138bpm
176
Przewyższenia
493m
62
419
       335
Nachylenie
+ 4.1% - 3.5%
+ 9.0 - 13.0
Temperatura
- 1.4°C
- 3.0 0.0

No i dojechałem do 50000 kilometrów. Prawdę mówiąc, zauważyłem to dopiero po powrocie z dzisiejszej przejażdżki. Nie ukrywam, że taka okrągła liczba bardzo mi się podoba, ale – tutaj użyję frazy ostatnio mocno nadużywanej przez ludzi „lepszego sortu” – trzeba użyć właściwej miary. Zajęło mi to bowiem aż sześć lat, podczas gdy Robert W., używający nicka „robert1973”, podobny dystans pokonuje w… jeden rok. Szampana więc nie będzie, ale jednego, skromnego piwa sobie nie odmówię.

Ponieważ znudziła mnie monotonia ostatnio zaliczanych tras, tudzież ich łatwość, postanowiłem wybrać się w nieco inne okolice. Na początek zafundowałem sobie mocną rozgrzewkę na ulicy Niebieskiej. Było to ważne, bo temperatura oscylowała w okolicach zera stopni. Potem dotarłem do ulicy Sawiczewskich, skąd zjechałem do Myślenickiej. Szybki zjazd nieco mnie wychłodził, ale wkrótce mogłem znów „dorzucić do pieca”, na pagórkowatej drodze w stronę Libertowa. A później to już naprawdę było mi gorąco, bo Góra Libertowska, jak sama nazwa wskazuje, jest na górze, więc znów trzeba było trochę popracować. Za Libertowem spokojnie zjechałem do Skawiny. Spokojnie, bo na krętym odcinku drogi nie ma latarni, a światło mojej lampy wgryzało się w czarną przestrzeń wolniej niż mój rower. Dalsza część przejażdżki była już dość łatwa. Pojechałem do Tyńca, a potem wzdłuż Wisły do Krakowa. Na tym odcinku było najchłodniej i temperatura ujawniła wszystkie niedoskonałości mojego ubioru, a konkretnie rękawiczek. Niby zimowe, a dłonie stawały się coraz bardziej sztywne. Ruszałem więc palcami, aby pobudzić krążenie, co na szczęście zakończyło się pełnym sukcesem oraz konkluzją, że trzeba będzie kupić coś cieplejszego.

50000 kilometrów za mną. Jadę dalej…

Skomentuj...

Podpis: (opcjonalnie)

Jeśli chcesz, abym mógł się z Tobą skontaktować, wpisz w poniższym polu adres e-mail lub numer telefonu. Ta informacja będzie znana wyłącznie mnie i nigdzie nie będzie widoczna.
Kontakt: (opcjonalnie)