Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Incydent

Niedziela, 30 listopada 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
11 114 638
Data
30 listopada 2014
Niedz. 10:53 12:41
Rower
Ridley Fenix
7 75 75
Kalorie
884kcal
Czas
1:42:06
118
1145
0:15 0:14 0:00
Dystans
46.37km
110
1044
5.91 6.84
Prędkość
27.25km/h
63
477
23.6 29.0 45.8
Kadencja
88rpm
115
Tętno
146bpm
177
Przewyższenia
197m
103
1109
       246
Nachylenie
+ 3.3% - 2.8%
+ 5.0 - 5.0
Temperatura
- 3.0°C
- 3.0 - 2.0

Dzisiaj też nie mogłem spokojnie wysiedzieć w domu i już przed jedenastą wyruszyłem na trasę. Muszę jednak szczerze przyznać, że nie jeździło się najlepiej. Wiało jeszcze mocniej niż wczoraj, co nie tylko potęgowało uczucie chłodu, ale przede wszystkim powodowało, że każda jazda na wschód wyglądała jak pokonywanie podjazdu. Nie obeszło się też bez przykrego incydentu. Tuż za Mostem Grunwaldzkim, gdy podążałem w kierunku ulicy Grzegórzeckiej, jakiś kmiot w czarnym Renault niemalże otarł się ode mnie podczas wyprzedzania. Gdy podniosłem rękę w niemym geście dezaprobaty, idiota ów gwałtownie zahamował, zmuszając mnie do wykonania równie gwałtownego manewru omijania. Gdy przejeżdżałem obok niego, otworzył szybę, zwyzywał mnie i wykrzyczał, że na moście jest ścieżka rowerowa. Odparłem debilowi, że na moście jest, ale za mostem już nie, więc mam prawo jechać po ulicy, a jak mu się to nie podoba, to niech zadzwoni po policję, o ile w ogóle umie się posługiwać telefonem, bo sądząc z twarzy, raczej nie. Tak, wiem, nie przystoi człowiekowi kulturalnemu taka reakcja, ale co mu miałem odpowiedzieć? Dość z poprawnością polityczną. Kretyn jest kretynem i żadne zasady tego nie zmienią. Incydent ten dodatkowo mnie rozgrzał i na ostatnich kilometrach, które dzieliły mnie od domu, nie czułem już chłodu.



Pierwszy mróz

Sobota, 29 listopada 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
10 113 637
Data
29 listopada 2014
Sob. 10:59 13:24
Rower
Ridley Fenix
6 74 74
Kalorie
1309kcal
Czas
2:19:04
72
701
0:25 0:22 0:00
Dystans
65.21km
67
580
10.31 11.93
Prędkość
28.14km/h
49
371
24.4 31.3 50.4
Kadencja
89rpm
118
Tętno
153bpm
192
Przewyższenia
354m
68
687
       274
Nachylenie
+ 3.4% - 2.9%
+ 7.0 - 6.0
Temperatura
- 2.3°C
- 3.0 - 2.0

Musiałem dzisiaj odreagować ostatnią, niezbyt udaną, a przede wszystkim zbyt krótką przejażdżkę. Pogoda nie była wymarzona, ale trudno spodziewać się czegoś innego w ostatnie dni listopada. Postanowiłem, że jeszcze raz pojadę na szosówce, chociaż już od dwóch tygodni przymierzam się do rozpoczęcia tradycyjnego, zimowego przeglądu technicznego, w trakcie którego rozkręcam rower do ostatniej śrubki, a potem ponownie go odbudowuję, modyfikując i ulepszając przy okazji to i owo. Z tym jednak mogę poczekać do pierwszego śniegu, a póki co przemierzyć jeszcze trochę asfaltowych szlaków.

Wyruszyłem o jedenastej. Był lekki mróz, a na dodatek mocno wiało. Pojechałem na wschód do Niepołomic. To oznaczało nieustanną walkę z wiatrem, ale nie było aż tak źle. W Niepołomicach przejechałem na drugi brzeg Wisły i po czterech kilometrach dotarłem do ulicy Igołomskiej. Skręciłem w stronę Nowej Huty i nareszcie mogłem odpocząć od wiatru. Licznik szybko odmierzał kolejne kilometry, a ja mogłem rozkoszować się jazdą. Z Nowej Huty pojechałem na Rondo Mogilskie, potem na Rondo Grzegórzeckie, a w końcu na Podgórze. Stamtąd mógłbym najkrótszą drogą wrócić do domu, ale po co, skoro tak fajnie mi się jeździło? Pojechałem więc na południe, aż do ulicy Kosocickiej i dopiero stamtąd dotarłem do domu.

Zimny wiatr, ciemne chmury, mróz, a niedługo śnieg. Czy są jakieś granice pasji?



Kapeć i doświadczenia

Środa, 26 listopada 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
9 112 636
Data
26 listopada 2014
Śr. 16:24 18:21
Rower
Giant Boulder
4 39 212
Kalorie
627kcal
Czas
1:19:30
124
1253
0:08 0:08 1:57
Dystans
31.73km
124
1328
3.15 3.63
Prędkość
23.95km/h
111
1030
23.6 25.5 34.5
Kadencja
84rpm
104
Tętno
138bpm
158
Przewyższenia
103m
124
1271
       243
Nachylenie
+ 3.3% - 2.8%
+ 4.0 - 5.0
Temperatura
2.4°C
2.0 8.0

To najkrótsza przejażdżka w tym roku i jedna z najkrótszych w ogóle. Nic się nie dzieje bez przyczyny, więc dzisiejszy skromny dystans ma oczywiście swój powód. Banalny. Złapałem gumę… Zapyta ktoś, czy nie mogłem naprawić koła? Oczywiście, że mogłem, a nawet naprawiłem, ale całą operację wykonywałem gołymi rękami, które tak mi podczas pracy przemarzły, że wolałem wrócić do domu. Mimo pecha zebrałem dzisiaj kilka nowych doświadczeń.

Po pierwsze, byłem niezmiernie zaskoczony, gdy jedna z rowerzystek, widząc, że mam kłopot, zatrzymała się i upewniła, czy mam wszystko, co jest potrzebne do naprawy koła. To naprawdę miły gest, który przywraca wiarę w ludzi i poddaje w wątpliwość sądy, że współczesny świat schodzi na psy.

Po drugie, sama przyczyna kapcia była równie zaskakująca, co śmieszna. Dętka została przebita przez opaskę… antyprzebiciową! To ja, pomny niezliczonych dętkowych przygód, inwestuję w zabezpieczenie, które miało zapewnić mi święty spokój i sprawić, że naprawy koła w deszczu, błocie, śniegu i mrozie odejdą w zapomnienie, a tu taka niespodzianka. Chyba nie tędy droga.

Po trzecie, ultra miniaturowa pompka PRO CNC Telescopic Mini doskonale się sprawdziła. Mała i lekka, bez problemu mieszcząca się w torebce podsiodłowej, a na dodatek ergonomiczna. Ma jednak jedną wadę. Napompowanie koła 2,1’’ do rozsądnego ciśnienia trwa całe wieki. Nie liczyłem ruchów tłoczkiem, ale z pewnością było ich kilkaset. Opona nadal nie była zbyt twarda, ale spokojnie mogłem jechać dalej. Pojechałem więc… na stację benzynową w poszukiwaniu kompresora, aby sprawdzić jeszcze jeden gadżet, o którym piszę poniżej.

Po czwarte, po raz pierwszy miałem okazję przetestować drobiazg kosztujący kilka złotych, który pozwala pompować dętki z zaworem Presta za pomocą pompki lub kompresora wyposażonych w końcówki zgodne z zaworami Schrader, czyli samochodowymi. To malutka tuleja, którą nakręca się na zawór Presta. Wkręciłem więc ów gadżecik, ustawiłem żądane ciśnienie na 3 bary, podłączyłem kompresor i voila. Koło pięknie się napompowało. Małe, a cieszy!

Zebrawszy powyższe doświadczenia, spokojnie wróciłem do domu, gdzie tym razem nie zaaplikowałem sobie zwiększonej dawki cukru w postaci szklanki Pepsi-Coli, ale musiałem solidnie wyszorować ręce, by w bezpieczny dla komputera sposób, skreślić te kilka słów.



Robocza niedziela

Niedziela, 23 listopada 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
8 111 635
Data
23 listopada 2014
Niedz. 10:51 13:12
Rower
Ridley Fenix
5 73 73
Kalorie
1177kcal
Czas
2:13:59
81
770
0:46 0:27 0:00
Dystans
60.52km
79
690
16.25 16.23
Prędkość
27.10km/h
67
501
20.9 35.5 66.5
Kadencja
88rpm
112
Tętno
147bpm
189
Przewyższenia
640m
22
269
       402
Nachylenie
+ 3.9% - 3.9%
+ 8.0 - 14.0
Temperatura
5.6°C
4.0 6.0

Na początek ulica Kosocicka i Hallera, czyli tradycyjna rozgrzewka. Będzie potrzebna, bo dość mocno wieje z północnego wschodu. Nie jadę zbyt szybko, ale dbam o sensowną kadencję. Za kościołem w Kosocicach skręcam w ulicę Sztaudyngera. Krótka to ulica i myślę, że mistrz fraszek zasłużył na nieco bardziej okazały dowód pamięci. Skręcam w Osterwy, która później przechodzi w Drogę Rokadową i dojeżdżam do ulicy Sawiczewskich, kończąc w ten sposób pierwszy zestaw podjazdów. Teraz czeka mnie zjazd do ulicy Myślenickiej. Kilka lat temu ulicę Sawiczewskich podmyły ulewne deszcze i jeden z pasów został wyłączony z ruchu i zastąpiony przez ruch wahadłowy. Prowizorka ta nie była dla nikogo wygodna, ale, jak to prowizorka, była najtrwalsza. Dzisiaj ze zdumieniem stwierdziłem, że droga jest wyremontowana, a pobocze wzmocnione solidnym murem oporowym. Nie była to jedyna niespodzianka dzisiejszego dnia.

Szybki zjazd do ulicy Myślenickiej i dylemat. Mam skręcić w lewo czy w prawo? Jeśli skręcę w prawo, to tym samym wybiorę łatwiejszą trasę, a więc skręcam w… lewo. Przede mną około dziesięciu kilometrów głównie podjazdów do Świątnik Górnych. Ruch na drodze praktycznie żaden. Z rzadka wyprzedza mnie jakiś samochód. Wiatr nieco mi pomaga, ale niebo ciągle pokryte jest szarymi chmurami. Nieliczni przechodnie szybko podążają w kierunku swoich domów, aby w ich bezpiecznych progach uciec od tych depresyjnych krajobrazów. Ja mocno pracuję i w końcu docieram do Świątnik Górnych. Na rondzie skręcam w prawo i jadę w stronę Mogilan. Trochę podjazdów, trochę zjazdów j jestem nad zakopianką. Jeszcze jakiś kilometr i jestem przy kościele w Mogilanach, czyli na szczycie. Jadę dalej na zachód, aż do Bukowa. Stamtąd kieruję się do Radziszowa. To oznacza zaliczenie stromego zjazdu, na którym kiedyś pobiłem osobisty rekord prędkości. Potem jeszcze kilkukrotnie zbliżyłem się do tego wyniku, ale strach, a może rozsądek zawsze zwyciężał. Dzisiaj było podobnie. Rozpędziłem się, ale widząc zakręt i nie widząc jego drugiego końca, nie zaryzykowałem. Pisk hamulców i prędkość wróciła do rozsądnych wymiarów.

W Radziszowie skręcam w stronę Skawiny. Droga cały czas pusta, ale zaczyna przeszkadzać wiatr. W Skawinie skręcam na Tyniec i po przejechaniu kilometra czeka mnie niespodzianka. Dojeżdżam do nowej drogi, której tu nie było, gdy jechałem tędy ostatni raz. Wygląda na obwodnicę, ale chyba nie jest w całości gotowa, bo jestem na niej jedynym żywym organizmem. Skręcam w stronę Tyńca. I tutaj kolejna niespodzianka. Droga ma nową nawierzchnię aż do tablicy z napisem Kraków. Potem jest… taka, jaka była wcześniej, czyli kiepska. W ten oto sposób Skawina zawstydziła Kraków…

Z Tyńca jadę prosto w stronę centrum Krakowa. Muszę mocno pracować, bo wiatr wieje prawie prosto w moją twarz. Koniec podjazdów, koniec zjazdów. Do samego końca czeka mnie płaska droga z niewielkimi „zmarszczkami”. Przejeżdżam przez Dębniki, a potem przez Grzegórzki. Kładka Bernatka zaprowadza mnie na Podgórze. Do domu już prosta droga, więc trochę ją komplikuję i skręcam w Bieżanowską, aby nie było zbyt szybko, zbyt krótko, zbyt lekko.



Pośród szarości

Czwartek, 20 listopada 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
7 110 634
Data
20 listopada 2014
Czw. 16:19 18:25
Rower
Giant Boulder
3 38 211
Kalorie
1130kcal
Czas
2:05:02
95
887
0:12 0:11 2:06
Dystans
50.94km
101
948
4.31 4.98
Prędkość
24.45km/h
105
957
21.6 25.6 42.4
Kadencja
84rpm
125
Tętno
149bpm
191
Przewyższenia
160m
119
1221
       239
Nachylenie
+ 3.7% - 3.1%
+ 8.0 - 6.0
Temperatura
3.8°C
3.0 4.0

Jak to dobrze, że nie jestem pracownikiem Państwowej Komisji Wyborczej. Zamiast jeździć na rowerze, musiałbym zapoznać się z wynalazkiem zwanym liczydłem, tudzież przypomnieć sobie o pierwotnym systemie wydruków, czyli o tabliczkach glinianych. Zaiste nowoczesność w XXI wieku w naszym kraju ojczystym przedziwne ma oblicza. Wróćmy jednak do rowerów…

„Trójca przenajsmutniejsza” w postaci chłodu, wiatru i deszczu dotarła w końcu nad Wisłę i otuliła krajobrazy szarym całunem jesieni. Bynajmniej nie jest to powód, aby bezczynnie oczekiwać lepszych dni, bo te nadejdą dopiero za ładnych kilka miesięcy. Wsiadłem więc na ten „gorszy” rower i ruszyłem przed siebie w tę wszechobecną szarą rzeczywistość. Być może nie byłem specjalnie kreatywny, bo miast udać się na poszukiwanie nieznanych dróg, pojechałem po prostu wzdłuż Wisły w stronę Tyńca, by potem wrócić drugą stroną rzeki, ale miało to sens. Zgodnie z przewidywaniami pogoda odstraszyła większość rowerzystów, a więc mogłem się cieszyć jazdą w niemal zupełnie pustej i dziewiczej scenografii rowerowych szlaków. Nie ukrywam, że lubię takie klimaty. Mglista poświata odległych latarni, stłumione tętno wielkiego miasta dobiegające gdzieś spoza zasłony ciemności, jaśniejsze sklepienie chmur w miejscu, za którym skrywa się księżyc, szczekanie psów gdzieś w oddali, droga przede mną odkrywana metr po metrze w rytm błyskającego światełka, rozszczepiającego swe promienie w każdej z milionów kropel wody. Jest w tym jakaś magia i tajemnica, wszystko to, co sprawia, że chcę tam być, w pozornym oddaleniu od świata, a w rzeczywistości znacznie bliżej niż kiedykolwiek.



Podróż do roku 1694

Sobota, 15 listopada 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
6 109 633
Data
15 listopada 2014
Sob. 13:07 15:28
Rower
Ridley Fenix
4 72 72
Kalorie
1206kcal
Czas
2:09:49
85
829
0:20 0:19 0:00
Dystans
63.63km
70
607
8.73 10.46
Prędkość
29.41km/h
21
171
26.1 31.5 46.2
Kadencja
90rpm
112
Tętno
152bpm
190
Przewyższenia
271m
87
900
       247
Nachylenie
+ 3.1% - 2.5%
+ 6.0 - 5.0
Temperatura
9.5°C
9.0 13.0

Stoi w tym miejscu od ponad trzystu lat. Jakby nieśmiały, cichy i zagubiony, pokornie znosząc barbarzyńskie sąsiedztwo wieżowców. Nieopodal leniwie płynie Wilga, by wkrótce połączyć się z nurtem Wisły. Odpowiednio patrząc można usunąć z pola widzenia współczesność, pozostawiając w kadrze tylko resztki łąk i zagajników, gdzie wiosną wciąż można usłyszeć radosny śpiew ptaków, brzmiący niczym pochwalny hymn życia. Jakże chciałbym mieć magiczny wizjer, przez który mógłbym ujrzeć to miejsce u schyłku XVII wieku. Zapewne dookoła królowały pola uprawne, łąki, pastwiska i lasy, ale przecież niedaleko, po drugiej stronie wielkiej rzeki doskonale widoczny był Wawel i klasztor na Skałce. Któregoś dnia pierwsi robotnicy kładąc pierwsze kamienne bloki, poczęli na chwałę bożą stawiać kaplicę. Jako akt dziękczynienia za doznane łaski? A może ofiarę na przebłaganie za grzechy? Tego nie wiem. Ale ten skromny budynek, jakże różny od monumentalnych budowli sakralnych, choć potem przebudowany, przetrwał do naszych czasów. I szkoda tylko, że w swoje szpony dopadło go miasto, nie zostawiając zbyt wiele przestrzeni na swobodny oddech historii. A ja odkryłem go przypadkowo. Jadąc rano do pracy, pokonując po raz kilkutysięczny tę samą drogę, ujrzałem go pośród jesiennych drzew. Stał samotny i opuszczony na skraju osiedla, przywołując nostalgiczne obrazy przeszłości, a jednocześnie będąc wyrzutem sumienia planistów, którzy pozwolili, by zakryć go bezdusznymi, kanciastymi, szpetnymi bryłami bloków.

Dzisiejszą przejażdżkę zaplanowałem więc tak, aby pojawić się w tym miejscu, czyli na skraju Osiedla Podwawelskiego, gdzie wśród barw jesieni stoi kościółek św. Bartłomieja Apostoła. Zatrzymałem się przed nim tak, aby nie widzieć śladów cywilizacji, aby nic nie przeszkodziło mi w podróży w czasie. Nie mam wspomnianego magicznego wizjera, ale mam cudowny wehikuł, jakim jest niczym nie skrępowana wyobraźnia. Ona pozwala ujrzeć to, co ukryte, zrozumieć, co niezrozumiałe i dokończyć niedopowiedziane historie. Dzisiaj zaprowadziła mnie do roku 1694. Czekam na następne podróże…


Kościół św. Bartłomieja Apostoła
Kościół św. Bartłomieja Apostoła



Dzień Niepodległości

Wtorek, 11 listopada 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
5 108 632
Data
11 listopada 2014
Wt. 11:54 14:01
Rower
Ridley Fenix
3 71 71
Kalorie
1017kcal
Czas
1:51:51
109
1058
0:20 0:19 0:00
Dystans
53.43km
91
856
8.72 10.81
Prędkość
28.67km/h
34
290
25.7 32.6 50.2
Kadencja
91rpm
117
Tętno
150bpm
189
Przewyższenia
274m
84
892
       245
Nachylenie
+ 3.1% - 2.5%
+ 5.0 - 5.0
Temperatura
18.0°C
17.0 19.0

I znów zaświeciło słońce. I znów było ciepło. To dobrze. My Polacy mamy jakiegoś pecha. Nie dość, że większość rocznic ma tragiczny wydźwięk – a to wybuch wojny, a to wybuch jakiegoś powstania, a to Katyń, a to Smoleńsk – to na dodatek najbardziej radosne i optymistyczne święto, jakim niewątpliwie jest Święto Niepodległości, przypada w listopadzie, czyli w miesiącu, który w naszych realiach geograficznych jest raczej zimny, smutny, ponury, deszczowy. Jednak w tym roku jest zupełnie inaczej i tylko ogołocone z większości liści drzewa przypominają, że mamy jesień, bo temperatura jest śródziemnomorska.

Wybrałem się i ja świętować. Oczywiście w sposób rowerowy. Świadomie i dobrowolnie zamierzałem wjechać do centrum miasta, w przenośni zahaczyć o Plac Matejki i choćby rzucić okiem na ulice i mury, które mijam każdego dnia, a które były świadkami, najpierw wielkości Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, potem jej upadku, walki wielu pokoleń o wolność, a wreszcie radości z odzyskanej niepodległości. Jak wiele tajemnic w sobie kryją, ile historii mogłyby opowiedzieć…

Jestem dumny, że jestem Polakiem.

Miałem to szczęście, że byłem świadkiem przełomu. Gdy miałem kilkanaście lat, powstawała Solidarność. Pamiętam rodzącą się nadzieję, że może być inaczej. Pragnienie wolności zostało brutalnie przerwane pewnej grudniowej nocy, ale nic już nie było w stanie powstrzymać lawiny. Blok sowiecki, zbudowany na kłamstwie, nienawiści i poniżeniu, ten, który miał trwać niewzruszenie, rozpadł się w proch i pył. Cudowne uczucie wolności, którego prawdziwy smak poczuć można tylko wówczas, gdy doświadczyło się niewoli. Patrząc wstecz, porównując dzisiejszą Polskę z tamtą, szarą, peerelowską, widzę, jak wielka sprawa się dokonała. Urodzeni w wolnym kraju nie rozumieją tego. To normalne. Ja przecież też nie rozumiałem tych, którzy wiele lat po wojnie ciągle nią żyli. Ważne jest, aby rozumieli tylko jedno, tak często powtarzane zdanie, że wolność nie jest dana raz na zawsze. Trzeba ją pielęgnować, trzeba o nią dbać, a gdy przyjdzie czas, trzeba jej bronić.

Trochę patetycznie to zabrzmiało i zabrakło opisu pokonanej trasy, ale sorry, taki mam dzień.


Oślepienie Wolnością
Oślepienie Wolnością



Z opóźnieniem

Poniedziałek, 10 listopada 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
4 107 631
Data
10 listopada 2014
Pon. 11:52 15:11
Rower
Ridley Fenix
2 70 70
Kalorie
1785kcal
Czas
3:11:46
37
350
0:36 0:29 0:00
Dystans
91.41km
37
324
14.31 16.50
Prędkość
28.60km/h
36
305
23.4 33.3 56.7
Kadencja
88rpm
116
Tętno
152bpm
166
Przewyższenia
487m
39
429
       291
Nachylenie
+ 3.4% - 3.0%
+ 8.0 - 8.0
Temperatura
17.2°C
15.0 19.0

Niewiele brakowało, a w ogóle nie wybrałbym się dzisiaj na przejażdżkę. Przygotowałem rower, przygotowałem siebie. Gotowy stanąłem przed drzwiami, włożyłem klucz do zamka z mocnym postanowieniem otwarcie drzwi i… nic. Klucz ani drgnął. „Deutsche Technik” zawiodła na całego. Nie wyglądało to wesoło. Zostać uwięzionym we własnym mieszkaniu? Na szczęście pojawił się sąsiad, któremu zrzuciłem klucz z balkonu, by spróbował otworzyć mnie z drugiej strony. Po chwili pełnej napięcia stałem się znów wolnym człowiekiem. Jednak nie wyszedłem od razu. Musiałem przecież dowiedzieć się, jak to się stało, że nie mogłem otworzyć drzwi. Okazało się, że wychodząc z domu można tak niefortunnie je zamkną, że ktoś, kto pozostał wewnątrz, będzie musiał tam pozostać aż do naszego powrotu. Fajna sprawa, gdy się np. wylatuje tanimi liniami lotniczymi do Madrytu… Czeka mnie więc naprawa zamka.

Z domu wyszedłem więc ze sporym opóźnieniem, co zmieniło nieco moje rowerowe plany. Z racji wspaniałej pogody jechałem na rowerze szosowym. Pojechałem do Niepołomic. Tam przejechałem przez most na Wiśle i skierowałem się w stronę ulicy Igołomskiej. W dzień powszedni panuje tam olbrzymi ruch, ale dzisiaj jest taki dziwny dzień. Ani powszedni, ani świąteczny. Wielu Krakowian, w tym także ja, zafundowało sobie wolne za 1 listopada. Ruch był więc umiarkowany i nie byłem narażony na bliskie spotkania trzeciego stopnia z tirami. Zbliżając się do Nowej Huty zauważyłem, że wzdłuż trasy rozpoczęły się jakieś bardzo zaawansowane prace ziemne. Czyżby powstawała druga nitka ulicy? Z Nowej Huty pojechałem do Krakowa, a potem w stronę Woli Justowskiej. W tym jednym zdaniu mieści się cała epicka walka z wczesno-popołudniowym ruchem na ulicach, który pomimo prawie wolnego od pracy dnia, był na tyle intensywny, że skutecznie mnie spowolnił. Zaliczyłem podjazd na ulicy Chełmskiej, a zaraz potem kolejny, na ulicy Orlej. Zjechałem do Księcia Józefa, przejechałem do Mirowskiej i do centrum wróciłem drogą rowerową wzdłuż Wisły. Po ponad trzech godzinach jazdy pojawiłem się pod drzwiami mieszkania.

Z pewnym niepokojem, oczami wyobraźni widząc siebie wchodzącego przez balkon, włożyłem klucz do zamka. Nic się jednak nie stało. „Nic” w znaczeniu niepokojących zjawisk. Drzwi się otworzyły, a ja popędziłem do lodówki, aby wypić. Co? Oczywiście tradycyjną szklankę Pepsi-Coli.



Unplugged

Czwartek, 6 listopada 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
3 106 630
Data
6 listopada 2014
Czw. 16:02 18:29
Rower
Giant Boulder
2 37 210
Kalorie
1086kcal
Czas
2:17:36
76
723
0:20 0:19 2:19
Dystans
54.29km
87
832
6.96 8.78
Prędkość
23.68km/h
117
1062
20.5 27.6 48.1
Kadencja
83rpm
108
Tętno
139bpm
159
Przewyższenia
243m
96
976
       265
Nachylenie
+ 3.5% - 3.0%
+ 6.0 - 6.0
Temperatura
14.8°C
13.0 16.0

Dzisiaj dopadł mnie kryzys. Pojawił się znienacka, nieproszony, niczym kanar w autobusie. A było już tak fajnie i miło. Super pogoda, delikatny wiaterek chłodzący rozgrzane mięśnie, niezła prędkość, odprężenie, ogólne zadowolenie i energia, która nie zdawała się mieć końca. Koniec jednak był, czaił się, czekał cierpliwie. W pewnym momencie odcięło mi prąd, a przed oczami pojawiła się ciemna zasłona niemocy. Na nic zdała się dokładnie zaplanowana i regularna konsumpcja energetycznych galaretek. Poczułem ich działanie w równym stopniu, jak słoń odczuwa ugryzienie komara. Nogi z waty musiały wystarczyć, abym wrócił do domu. Niczym emeryt z balkonikiem wlokłem się przez miasto, a każde wzniesienie stawało się wyzwaniem na miarę Gliczarowa.

Krakowski, jesienno-zimowy smog, niewyspanie, przemęczenie, nawał pracy, zła dieta – w myślach szukałem przyczyny takiego stanu rzeczy. Ale nic nie wymyśliłem. Wróciłem do domu i otworzyłem lodówkę. Szklanka Coca-Coli ożywiła ciało i umysł na tyle, że mogłem odpalić komputer i… skreślić te kilka słów.



Tylko po mieście

Wtorek, 4 listopada 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
2 105 629
Data
4 listopada 2014
Wt. 16:06 18:19
Rower
Giant Boulder
1 36 209
Kalorie
1017kcal
Czas
2:05:51
92
875
0:12 0:10 2:06
Dystans
52.13km
92
897
4.59 4.78
Prędkość
24.86km/h
96
882
22.9 26.6 38.9
Kadencja
85rpm
107
Tętno
140bpm
181
Przewyższenia
164m
117
1209
       239
Nachylenie
+ 3.6% - 3.7%
+ 5.0 - 3.0
Temperatura
13.5°C
11.0 15.0

Dzisiaj jeździłem wyłącznie po mieście. Nie był to do końca dobry pomysł, bo trafiłem na popołudniowe godziny szczytu, a to nie sprzyjało odprężeniu. Za to pogoda była wymarzona. Spokojnie mógłbym jechać w krótkich spodenkach i nie zmarzłbym. Ubrałem jednak długie, bo nie wiedziałem, co się stanie, gdy zajdzie słońce. Ale nic się nie stało i prawdę mówiąc, trochę się zgrzałem. Nie mam nic przeciwko temu, aby tak wyglądała cała zima. Skoro nie stać mnie na zamieszkanie na południu Włoch, to może chociaż zawita do nas południowoeuropejski klimat? Ech te marzenia…