Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Pagóreczki

Środa, 26 lutego 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
9 17 541
Data
26 lutego 2014
Śr. 16:46 18:31
Rower
Giant Boulder
9 17 190
Kalorie
836kcal
Czas
1:43:59
117
1130
0:36 0:27 1:16
Dystans
43.01km
115
1123
12.29 13.84
Prędkość
24.81km/h
97
892
20.1 30.6 51.4
Kadencja
74rpm
106
Tętno
144bpm
165
Przewyższenia
479m
41
441
       329
Nachylenie
+ 3.9% - 3.5%
+ 9.0 - 8.0
Temperatura
4.7°C
2.0 7.0

Nie miałem pomysłu na dzisiejszą przejażdżkę. Wymyśliłem tylko sobie, że z racji wiejącego wiatru najpierw pojadę na wschód, czyli pod wiatr, aby potem mieć ułatwiony powrót. Jak pomyślałem, tak uczyniłem i pół godziny przed zachodem słońca jechałem już w stronę Kokotowa. Trwały popołudniowe godziny szczytu, więc musiałem uważać na drodze. Minąłem Kokotów i Węgrzce Wielkie. Wkrótce dojechałem do Zakrzowa. Tam pomyślałem sobie, że dosyć rutyny i nie pojadę do Niepołomic, ani nie zawrócę w stronę Krakowa, tylko skieruję się na południe. Przejechałem więc jeszcze kawałek do Zakrzowca i na chwilę obrałem kurs na zachód, aby po dotarciu do Ochmanowa skręcić na południe w stronę Bodzanowa. To rzadko odwiedzane przeze mnie okolice, a szkoda, bo trudno tutaj znaleźć choćby kawałek płaskiego terenu. Drogi albo pną się do góry, zmuszając serce i mięśnie do solidnej pracy, albo powodują gwałtowne wydzielanie endorfin na szybkich zjazdach.

Za Bodzanowem kontynuowałem podróż na południe, minąłem drogę krajową numer 94, a po około kilometrze skręciłem na zachód i dotarłem do drogi 966, która łączy Gdów z Wieliczką. Nie lubię tamtędy jeździć. Droga jest stosunkowo wąska, pozbawiona poboczy, można na niej spotkać prowincjonalnych mistrzów kierownicy, którzy przyodziani w dresy w swych poniemieckich maszynach, szpanują przed pasażerkami o włosach koloru blond. Z duszą na ramieniu skierowałem się w stronę Wieliczki. Pod jednym względem jest to jednak ciekawa droga. Góra, dół, góra, dół, góra, dół, Wieliczka – tak mniej więcej wygląda jej profil.

Żeby nie było zbyt krótko i zbyt łatwo, z Wieliczki wróciłem do Krakowa ulicami Sądową i Krzemieniecką. Ostatnie tego dnia pagórki czekały na mnie w okolicach Kosocic, skąd miałem już tylko „rzut beretem” do domu.



Niedzielnie

Niedziela, 23 lutego 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
8 16 540
Data
23 lutego 2014
Niedz. 11:15 13:45
Rower
Giant Boulder
8 16 189
Kalorie
1248kcal
Czas
2:24:55
66
638
0:18 0:15 0:00
Dystans
65.45km
66
575
7.39 7.61
Prędkość
27.10km/h
67
501
24.4 30.0 42.4
Kadencja
79rpm
109
Tętno
150bpm
168
Przewyższenia
238m
98
995
       248
Nachylenie
+ 3.2% - 3.1%
+ 9.0 - 4.0
Temperatura
11.5°C
9.0 13.0

A może zima już nie wróci? Tak sobie pomyślałem, gdy obudziło mnie słońce, a krajobraz za oknem przypominał wczesną wiosnę. Dziesięć stopni ciepła to nie południe Europy, ale tu i teraz to prawdziwy upał. Nie zastanawiałem się więc długo, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem i tuż po śniadaniu oraz obowiązkowej kawie, wybrałem się na przejażdżkę.

Dzisiaj wybrałem kierunek wschodni. Dosyć dawno nie eksplorowałem tych rejonów, a przecież to wdzięczna okolica do rowerowych wypadów. Nawierzchnia dobra, niedzielny ruch niewielki, cisza i spokój. Pojechałem w stronę Niepołomic, ale nie wjeżdżałem do centrum miasta, lecz od razu skierowałem się na most na Wiśle. Potem pojechałem w stronę Ruszczy i dalej w stronę Nowej Huty. Krajobrazy stały się nieco mniej romantyczne, bo pozostałość komunizmu w postaci Huty im. Tadeusza Sendzimira – dawnej Lenina – do mikroprzedsiębiorstw raczej nie należy i kominów tutaj pod dostatkiem.

Pozostawiwszy za plecami industrialne widoki, obrałem kierunek na Mogiłę i w ten sposób dotarłem na Rybitwy, skąd – jak wiadomo – mam już tylko kilka kilometrów do domu. Jak na luty, dystans był całkiem niezły, więc aby był jeszcze nieco lepszy, nie wybrałem najkrótszej drogi, ale zboczyłem – w dobrym tego słowa znaczeniu – w stronę ulicy Myśliwskiej i dopiero potem wróciłem do domu.



10 Mostów

Czwartek, 20 lutego 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
7 15 539
Data
20 lutego 2014
Czw. 16:29 18:45
Rower
Giant Boulder
7 15 188
Kalorie
841kcal
Czas
1:41:51
119
1148
0:13 0:12 1:39
Dystans
42.54km
117
1132
4.55 5.35
Prędkość
25.06km/h
94
852
20.9 25.5 38.1
Kadencja
79rpm
121
Tętno
146bpm
169
Przewyższenia
180m
109
1171
       239
Nachylenie
+ 4.0% - 3.2%
+ 7.0 - 5.0
Temperatura
5.5°C
3.0 9.0

Jakiś czas temu uświadomiłem sobie ze sporym zdziwieniem, że jeszcze nigdy nie przejechałem przez wszystkie krakowskie mosty jednego dnia. Oczywiście mam na myśli mosty łączące dwa brzegi Wisły. Dzisiaj postanowiłem spróbować nadrobić tę ewidentną zaległość w rowerowych eskapadach, chociaż wziąwszy pod uwagę porę roku i szybko zapadający zmierzch, liczyłem się z tym, że przejażdżka może być jedynie przymiarką do właściwego przedsięwzięcia.

Wyruszyłem przed siedemnastą, co oznaczało, że większość trasy będę pokonywał w ciemności. Założyłem sobie, że przez każdy most będę przejeżdżał wyłącznie jeden raz, co oznaczało, że ich liczba musi być parzysta, abym w końcu znalazł się na właściwym brzegu rzeki. Sprawa z pozoru wydawała się łatwa, ponieważ w granicach administracyjnych Krakowa jest 10 mostów drogowych. Ale przecież ja nie jechałem samochodem, lecz rowerem, a dla rowerów dostępny jest jeden most więcej. Mam rzecz jasna na myśli Kładkę Bernatka. Z racji pory dnia postanowiłem uwzględnić ją w rachubach, więc mostów zrobiło się jedenaście, co oznaczało, że z jednego z nich powinienem zrezygnować. W przedbiegach odpadł zatem Stopień Wodny Kościuszko, jako najbardziej odległy i tak naprawdę mało interesujący.

Najpierw pojechałem w stronę Mogiły, aby zaliczyć pierwszą z przepraw, czyli Most Wandy. Ponieważ zamierzałem na każdym moście przeprowadzić mini sesję zdjęciową, poruszałem się po chodniku, aby nie ryzykować rozjechania przez samochody. A popołudniowy ruch w tym miejscu jest naprawdę spory. Za Mostem Wandy skręciłem na zachód, aby jadąc przez Łęg dotrzeć do kolejnego mostu, którym był Most Nowohucki. I znów krótki postój, i znów w drogę. Kolejny etap był krótki, bo niebawem dotarłem do Mostu Ofiar Dąbia. Za nim skręciłem na ścieżkę rowerową i pojechałem w górę biegu Wisły. I znów nie nacieszyłem się jazdą, bo wkrótce czekał mnie postój na Moście Kotlarskim. Rzut beretem dalej jest Most Powstańców Śląskich, na którym także się zatrzymałem.

Zmierzch począł przechodzić w noc, gdy pokonywałem kolejne kilkaset metrów, aby „zaliczyć” Kładkę Bernatka. To miejsce, swego czasu krytykowane – jak to w Polsce bywa – za projekt, za nazwę, za wszystko, odmieniło oblicze tej części miasta, tchnęło nowego ducha w zgnuśniałe i zaniedbane okolice, odkryło piękno Podgórza. Krótka chwila, by zatrzymać w kadrze magię tego miejsca i nadszedł czas na kolejny krótki etap, tym razem do Mostu Piłsudskiego. Po chwili ponownie zjechałem na ścieżkę rowerową wzdłuż Wisły, aby dotrzeć do Mostu Grunwaldzkiego. Jego okolica także przeszła przeobrażenia. W moich studenckich czasach mogłem stąd podziwiać Wawel, bądź Skałkę. Teraz mogę spojrzeć na Mangghę, no i oczywiście na… balon. A już niebawem będzie można podziwiać najnowocześniejsze w Polsce centrum konferencyjne.

Kolejnym mostem był Most Dębnicki, który przejeżdżam przynajmniej dwa razy dziennie – jadąc do pracy i wracając do domu. Trudno tutaj o chwilę spokoju, więc szybko uciekłem z tego miejsca, aby dojechać do ostatniego mostu – Mostu Zwierzynieckiego. To ostatni miejski most, nie licząc wspomnianego na początku Stopnia Wodnego Kościuszko, która jest przeprawą na obwodnicy Krakowa. Zatrzymałem się tutaj po raz ostatni, aby zrobić kilka pożegnalnych zdjęć. Wkrótce ruszyłem w drogę, aby tym razem bez żadnych postojów dotrzeć do domu.


Tuż przed zachodem słońca na Moście Wandy
Tuż przed zachodem słońca na Moście Wandy
Widok z Mostu Nowohuckiego
Widok z Mostu Nowohuckiego
Most Ofiar Dąbia
Most Ofiar Dąbia
Zapadający wieczór na Moście Kotlarskim
Zapadający wieczór na Moście Kotlarskim
Kładka Bernatka widziana z Mostu Powstańców Śląskich…
Kładka Bernatka widziana z Mostu Powstańców Śląskich…
…i Podgórze uchwycone z Kładki Bernatka
…i Podgórze uchwycone z Kładki Bernatka
Most Piłsudskiego
Most Piłsudskiego
Wawel widziany z Mostu Grunwaldzkiego…
Wawel widziany z Mostu Grunwaldzkiego…
…i z Mostu Dębnickiego
…i z Mostu Dębnickiego
Noc na Moście Zwierzynieckim
Noc na Moście Zwierzynieckim



Koniec ferii

Niedziela, 16 lutego 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
6 14 538
Data
16 lutego 2014
Niedz. 12:27 14:28
Rower
Giant Boulder
6 14 187
Kalorie
928kcal
Czas
1:55:19
108
1017
0:12 0:12 0:00
Dystans
51.03km
100
943
4.69 5.62
Prędkość
26.56km/h
76
600
23.0 27.6 39.0
Kadencja
79rpm
110
Tętno
144bpm
164
Przewyższenia
179m
111
1175
       239
Nachylenie
+ 3.8% - 3.2%
+ 5.0 - 4.0
Temperatura
10.3°C
10.0 12.0

Budowa szosówki pochłonęła mnie na tyle, że przez dwa ostatnie dni nie znalazłem czasu, aby choć na chwilę wyskoczyć z domu na przejażdżkę. A szkoda, bo za oknem prawie wiosna. Trzeba wykorzystać ten czas, bo zima wcześniej lub później na pewno o sobie przypomni. Dzisiaj był kolejny ciepły dzień i tym razem nie zmarnowałem go. Tuż po dwunastej wyruszyłem na miejską przejażdżkę. Warunki były prawie idealne. Prawie, bo znów wiało, co zmuszało mnie do solidnej pracy podczas jazdy na zachód. Nagrodą za trudy było oczywiście wspomaganie podczas powrotu do domu.

W Małopolsce właśnie skończyły się zimowe – przynajmniej z nazwy – ferie. Wraz z nimi skończył się także mój urlop. Jutro powrót do pracy i powrót do popołudniowo-wieczornych przejażdżek. Jak dobrze, że dzień jest już coraz dłuższy.



Mgła

Czwartek, 13 lutego 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
5 13 537
Data
13 lutego 2014
Czw. 11:53 14:32
Rower
Giant Boulder
5 13 186
Kalorie
1126kcal
Czas
2:20:59
70
680
0:17 0:14 0:00
Dystans
60.92km
77
671
6.82 6.59
Prędkość
25.93km/h
84
702
23.0 27.8 37.7
Kadencja
78rpm
105
Tętno
144bpm
159
Przewyższenia
230m
99
1013
       257
Nachylenie
+ 3.4% - 3.2%
+ 6.0 - 6.0
Temperatura
4.8°C
3.0 9.0

Justyna Kowalczyk biegła już po złoto, gdy wyruszałem na dzisiejszą przejażdżkę. Ubrałem się dosyć odważnie, czyli zamiast zimowej kurtki wybrałem ocieplaną bluzę. Poza odprężeniem, które przynosi mi każda przejażdżka, miałem jeszcze inny cel. Zamierzałem przetestować nowy nabytek, którym jest… aparat fotograficzny. Ten dotychczas używany wyraźnie odstawał parametrami od wymagań współczesności. W czasach fotografii analogowej dobry aparat kupowało się na lata. Technika cyfrowa zmieniła ten stan rzeczy. Dotyczy to praktycznie wszystkiego. Mój telewizor ma – uwaga – 22 lata. Wcześniej czy później odmówi posługi i wtedy kupię nowy, płaski, cyfrowy. Po kilku latach będzie już tak przestarzały, że pewnie będę musiał go wymienić. I tak oto kręci się współczesna gospodarka. No ale nie o tym miałem pisać…

Plany testowania nowego aparatu zostały pokrzyżowane przez pogodę. Scenerią przejażdżki był bowiem Kraków spowity we mgle. Dopiero w okolicy Przegorzał pojawiło się słońce, ale powietrzu daleko było do przejrzystości. Południowy wiatr nie dawał się we znaki, a mnie, pomimo lekkiego ubrania, było wystarczająco ciepło. Gdy ponownie znalazłem się bliżej centrum miasta, słońce znów schowało się za oparami mgły. Mimo to jeździło mi się na tyle dobrze, że planowane 40 kilometrów zostało wydłużone do ponad 60.


Zamek w Przegorzałach
Zamek w Przegorzałach
Zamglona Wisła w okolicach Mostu Wandy
Zamglona Wisła w okolicach Mostu Wandy



Guma pękła

Poniedziałek, 10 lutego 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
4 12 536
Data
10 lutego 2014
Pon. 12:07 14:39
Rower
Giant Boulder
4 12 185
Kalorie
984kcal
Czas
2:00:06
101
942
0:13 0:13 0:00
Dystans
51.21km
98
931
5.10 5.95
Prędkość
25.58km/h
88
763
22.5 26.6 36.8
Kadencja
79rpm
115
Tętno
146bpm
163
Przewyższenia
182m
108
1167
       242
Nachylenie
+ 3.6% - 3.0%
+ 4.0 - 5.0
Temperatura
10.2°C
9.0 12.0

W Małopolsce zaczął się drugi tydzień ferii zimowych, a wraz z nim także mój urlop. Przyda mi się te kilka wolnych dni, bo czuję się trochę przemęczony. Będę miał też czas, aby przyspieszyć pracę nad rowerem szosowym.

Pierwszy dzień urlopu przywitał mnie piękną pogodą. Trzeba było z niej skorzystać, bo cudów nie ma – wcześniej lub później zima przypomni o sobie. Wyruszyłem w samo południe. Było dosyć ciepło, ale niestety wiał dosyć mocny, południowo-zachodni wiatr. Jeździłem wyłącznie po mieście. Tu i ówdzie leżą jeszcze skromne resztki śniegu, ale trasy rowerowe i ulice są od nich wolne. Tylko piach przypomina, że jeszcze kilka dni temu były pokryte białym puchem. Niestety w piachu kryć się mogą przykre pułapki. Dojeżdżając do Salwatora poczułem, że przód stał się podejrzanie miękki. Zatrzymałem się. Nie było żadnych wątpliwości. Złapałem gumę – pierwszą gumę w tym roku. Schwalbe Racing Ralph zawiódł mnie po raz pierwszy. Uważnie sprawdziłem koło, aby znaleźć winowajcę. Okazał się nim mały kawałek ostrego jak brzytwa szkła. Sądząc po kolorze, było to szkło z butelki po piwie. Ja wiem – trzeba kochać wszystkich ludzi. Ja wiem – każdy popełnia błędy. Mimo to, gdyby mi się nawinął ten bezmózgowiec, to brakujące ogniwo w teorii Darwina, to nie ręczę za siebie… Cóż miałem zrobić. „Zainstalowałem” się na pobliskiej ławeczce i poświęciłem najbliższe dwadzieścia minut na naprawę koła.

Potem nie było już żadnych niespodzianek i spokojnie wróciłem do domu.

Do uroczystego otwarcia Kraków Arena pozostał już tylko miesiąc
Do uroczystego otwarcia Kraków Arena pozostał już tylko miesiąc



Do punktu wyjścia

Sobota, 8 lutego 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
3 11 535
Data
8 lutego 2014
Sob. 11:34 13:36
Rower
Giant Boulder
3 11 184
Kalorie
984kcal
Czas
1:58:54
103
961
0:27 0:19 0:00
Dystans
51.59km
94
916
9.60 10.07
Prędkość
26.04km/h
82
684
21.1 31.3 56.2
Kadencja
77rpm
107
Tętno
147bpm
163
Przewyższenia
343m
70
714
       334
Nachylenie
+ 3.6% - 3.3%
+ 8.0 - 9.0
Temperatura
9.7°C
8.0 14.0

Rower zimowy nie ma lekko. Bierze na siebie całe zło tej pory roku. Sól, piach, śnieg, błoto to jego żywioł. Częstsze niż zwykle mycie jest przykładem syzyfowej pracy. Po przejechaniu kilku kilometrów nie ma już śladu po czystym rowerze. Ta zima jest łagodna, ale i tak daje się we znaki mechanizmom. Wczoraj musiałem wymienić łańcuch – wcześniej niż zazwyczaj. Umyłem też dokładnie cały rower. Na koniec okazało się, że tylna piasta wymaga demontażu, przeczyszczenia i przesmarowania. Dzisiaj mogłem więc jechać na czystym sprzęcie, a słońce na niebie dawało nadzieję, że czystym pozostanie na dłużej. Niestety wiosenna aura wcale nie oznacza, że drogi są suche. Wręcz przeciwnie. Topniejący śnieg formuje liczne i brudne kałuże, więc tradycyjnie, czyli po kilku kilometrach, rower wyglądał tak, jak zimą wyglądać powinien.

Od dłuższego czasu unikałem podjazdów. W zimowej kurtce i z kominiarką na twarzy, która przeszkadza w oddychaniu, trudno jest szybko i sprawnie pokonywać przewyższenia. Dzisiaj jednak było ciepło, mogłem ubrać jedynie ocieplaną bluzę, a kominiarka została w domu. I dlatego właśnie od razu po rozpoczęciu przejażdżki pojechałem do Kosocic, aby sprawdzić, jakie szkody kondycyjne wyrządziły ostatnie tygodnie. Okazało się, że jest całkiem nieźle. Ukontentowany tym faktem mogłem z radością i werwą kontynuować eskapadę. Większość dróg, którymi się poruszałem była mokra, ale pozbawiona śniegu. Niemiła niespodzianka spotkała mnie tylko w okolicy Kładki Bernatka od strony Podgórza. Asfalt pokryty był twardą warstwą topniejącego śniegu i głębokimi kałużami. Tylko szczęściu zawdzięczam, że na oczach spacerowiczów nie zaliczyłem widowiskowej „gleby”.

Przebrnięcie przez wspomniane kałuże ostatecznie przywróciło pierwotny wygląd roweru, czyli ten sprzed wczorajszego mycia. No i wróciłem do punktu wyjścia…



Myśli nieskładnych parę

Środa, 5 lutego 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
2 10 534
Data
5 lutego 2014
Śr. 16:48 18:58
Rower
Giant Boulder
2 10 183
Kalorie
1042kcal
Czas
2:07:09
90
858
0:15 0:15 2:10
Dystans
49.53km
107
1005
5.25 6.08
Prędkość
23.38km/h
118
1094
20.9 24.3 35.9
Kadencja
73rpm
117
Tętno
146bpm
177
Przewyższenia
185m
105
1154
       239
Nachylenie
+ 3.5% - 3.0%
+ 9.0 - 6.0
Temperatura
5.0°C
3.0 7.0

Zdaje się, że jednak rację mieli amerykańscy synoptycy, prognozując ciepłą zimę. Towarzysze radzieccy – przepraszam, ale dla mnie Rosja pod rządami Putina to nowa wersja Związku Sowieckiego – mylili się. Siarczyste mrozy, które przepowiadali, zdarzyły się tylko na północy USA, gdzie zresztą nie trwały zbyt długo, no i oczywiście na Syberii, gdzie w zasadzie mróz jest zawsze. A skoro jesteśmy przy Syberii, to jeszcze niedawno za taką pomyłkę, wspomniani meteorolodzy przez resztę życia badaliby głębokość wiecznej zmarzliny. Rosja to w ogóle dziwny kraj. Ostatnio w sieci stały się modne zdjęcia toalet w Soczi. Ludzie! W jakim innym kraju można było wpaść na pomysł, aby umieścić obok siebie trzy muszle klozetowe, a naprzeciw nich pisuary? Czyżby powrót do rzymskiej tradycji wspólnej defekacji? Nie podejrzewam. Rzym to była zaawansowana cywilizacja. Powtarzam: cywilizacja. A może jest to rozwiązanie rodem z techniki lotniczej, gdzie najważniejsze mechanizmy są zdublowane? Zatka się jeden kibel, obok jest drugi, a jakby i ten zawiódł, to pozostaje trzeci. No dobrze. A jak wytłumaczyć muszle, a naprzeciwko nich krzesła? Względy bezpieczeństwa? Czyżby w Rosji nawet robienie kupy było nadzorowane przez milicję? A może to miejsca dla czekających w kolejce? A może dla publiczności?

No i proszę. Doszedłem od synoptyków do toalet. Zaiste dziwne bywają ścieżki, po których krążą myśli. Chciałoby się dodać – nieuczesane. Podczas dzisiejszej przejażdżki miałem sporo czasu, aby oddać się myśleniu o rzeczach błahych. Nie muszę poświęcać każdej chwili, aby rozważać poważne problemy, ratować świat przed zagładą, medytować nad zagadką istnienia. Dla równowagi potrzebny jest drugi biegun. W tym przypadku drugi biegun myśli. I tak było do momentu, w którym z ciemności nadwiślańskich krzaków na wysokości Wodociągów Krakowskich, wyskoczył na mnie pies…

Psy wyraźnie nie darzą mnie sympatią. Pech chciał, że akurat jechałem wolno, bo resztki zmrożonego śniegu skutecznie hamowały moje zapędy. Pies uparł się, aby złapać moją prawą nogę. Biegł obok mnie, niemiłosiernie głośno szczekał i regularnie doskakiwał do stopy, gdy tylko znajdowała się w najniższym położeniu. Nie wyglądało, żeby chciał się bawić. Miało bydle kondycję, bo biegło obok mnie i nie chciało się odczepić. Śnieg się skończył, przyspieszyłem, a on nadal biegł, szczekał, skakał i odpuścić nie zamierzał. Na nic zdały się kombinacje, kluczenie kierownicą, czy nie nadające się do publikacji „prośby”, aby przestał. Pomyślałem, że to będzie fajny widok, gdy wpadnę zdyszany, z obłędem w oczach do centrum miasta, a za mną rozjuszony pies. Na szczęście po prawie kilometrze zmęczył się i wydawszy kilka zachrypniętych szczeknięć, zatrzymał się. Ja też byłem już zmęczony, ale nim zwolniłem, oddaliłem się na bezpieczną odległość.

I tak przeszedłem od meteorologii, poprzez rosyjskie, dzikie obyczaje do kynologii.

Dalsza część drogi minęła już bez niespodzianek.



Nadwiślańskie przedpołudnie

Sobota, 1 lutego 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
1 9 533
Data
1 lutego 2014
Sob. 8:58 10:53
Rower
Giant Boulder
1 9 182
Kalorie
909kcal
Czas
1:44:48
115
1125
0:12 0:11 0:00
Dystans
41.79km
119
1146
4.61 4.69
Prędkość
23.92km/h
112
1034
22.5 24.3 39.8
Kadencja
75rpm
108
Tętno
151bpm
170
Przewyższenia
168m
114
1200
       241
Nachylenie
+ 3.6% - 3.5%
+ 4.0 - 5.0
Temperatura
- 2.5°C
- 4.0 - 1.0

Spodziewając się tłumu gości, którzy mieli przyjechać na zaległe urodziny Moniki, wstałem już przed ósmą rano. Bynajmniej nie dlatego, aby o świcie budzić sąsiadów odkurzaczem lub pląsać po mieszkaniu z mopem, ale po to, aby należycie przygotować organizm do świętowania. A najlepszym przygotowaniem jest oczywiście przejażdżka rowerowa, która – jak wszem i wobec wiadomo – odświeża ciało i duszę. Wiedząc, że dzisiaj ma nadejść ocieplenie, z nadzieją spojrzałem na termometr i… cztery stopnie poniżej zera zdawały się sugerować, że raczej się nie przegrzeję. Ubrałem więc kominiarkę tak, aby zasłaniała także nos i wyruszyłem przed siebie w biały krajobraz stolicy Małopolski.

Kolejny raz trasa nie była specjalnie ambitna. Znowu pojawiłem się przy Wiśle, aby organoleptycznie przekonać się, że choć deptak i ścieżka rowerowa pokryte są śniegiem, to jest on ubity i spokojnie da się jechać bez większego ryzyka upadku. Ale – uwaga – tylko po tej stronie rzeki, po której leży Wawel. Strona druga – o czym miałem przekonać się niebawem – jest taka, jak ją Pan Bóg stworzył, a raczej przysypał śniegiem. Tam jazda była o wiele cięższa i budowaną w trudzie i znoju dość dobrą prędkość średnią, trafił szlag.

Pomimo wszelkich niedogodności jechało się fajnie. Zdaje się, że mocny ostatnimi czasy wiatr kolejny raz przegnał smoka – sorki – smog znad miasta. Powietrze zdawało się zawierać więcej tlenu niż zwykle. Gdy więc wróciłem do domu, byłem mocno odprężony i pozytywnie nastawiony do świata całego, co dobrze rokowało w kontekście nadchodzącego biesiadowania.

A ocieplenie w końcu nadeszło. Zaraz po tym, jak wróciłem do domu…

Biały szlak przede mną…
Biały szlak przede mną…
…i za mną
…i za mną