Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Pomiędzy chmurami

Wtorek, 29 kwietnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
12 41 565
Data
29 kwietnia 2014
Wt. 16:28 19:06
Rower
Ridley Fenix
10 10 10
Kalorie
1137kcal
Czas
2:28:17
62
613
0:29 0:19 0:00
Dystans
73.13km
51
459
12.83 11.35
Prędkość
29.59km/h
17
147
26.0 34.8 59.8
Kadencja
75rpm
113
Tętno
141bpm
155
Przewyższenia
387m
58
611
       261
Nachylenie
+ 3.0% - 3.4%
+ 6.0 - 9.0
Temperatura
21.1°C
19.0 26.0

Wbrew tytułowi nie przerobiłem roweru na pedało-lotnię ;). Wybierając się na popołudniową przejażdżkę, wiedziałem, że mogą pojawić się przelotne opady deszczu. I faktycznie gdzieniegdzie padało, ale mogłem to stwierdzić wyłącznie po fakcie, widząc nie do końca wyschniętą nawierzchnię drogi. Tak widać lawirowałem pomiędzy deszczowymi chmurami, że ominęła mnie wątpliwa przyjemność bycia przemoczonym.

Sama przejażdżka była trochę rutynowa. Bez planu, bez myśli przewodniej. Po prostu chciałem się nacieszyć jazdą w ciepły, wiosenny dzień. Przy okazji było to pożegnanie kwietnia, bo jutro niestety nie znajdę czasu, aby wyruszyć w trasę.



W Święto Miłosierdzia

Niedziela, 27 kwietnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
11 40 564
Data
27 kwietnia 2014
Niedz. 12:01 15:40
Rower
Ridley Fenix
9 9 9
Kalorie
1780kcal
Czas
3:28:16
26
259
0:40 0:30 0:00
Dystans
102.71km
17
198
17.47 17.55
Prędkość
29.59km/h
17
147
25.9 34.2 54.6
Kadencja
74rpm
109
Tętno
150bpm
166
Przewyższenia
548m
31
352
       261
Nachylenie
+ 3.1% - 3.1%
+ 5.0 - 6.0
Temperatura
22.9°C
19.0 26.0

Od Wielkanocy minął tydzień, a więc mamy Święto Miłosierdzia. W Krakowie ma ono szczególny wymiar, bo przecież właśnie tutaj, w Łagiewnikach wszystko się zaczęło. W tym roku okoliczności były wyjątkowe, bo kanonizacja polskiego papieża nie jest czymś powszednim. Dzisiejszą przejażdżkę zaplanowałem więc tak, aby pojawić w okolicach Łagiewnik.

Pogoda do jazdy była niezła – nie było za ciepło, nie było też chłodno. Słońce schowane za chmurami nie wysysało siódmych potów, a wiatr nie był silny. Zacząłem od ulicy Kosocickiej, którą pojechałem na zachód. Po kilku kilometrach byłem już na ulicy Podmokłej, a więc do Łagiewnik miałem tylko „rzut beretem”. Skręciłem w ulicę Marcika, która biegnie na tyłach CH Zakopianka. Z okazji święta była zamknięta dla ruchu, ale nie dotyczyło to rowerzystów. Stąd miałem dobry widok na łagiewnickie łąki, szczelnie wypełnione nieprzebranym tłumem wiernych. Pamiętam czasy, gdy jako student pojawiałem się w tym miejscu. Było to z reguły w tygodniu, o poranku, przed zajęciami. Nie było wówczas bazyliki, a w małym klasztornym kościółku bez trudu mogłem odnaleźć ciszę…

Pojechałem dalej. Różnymi małymi uliczkami dotarłem na Ruczaj i skręciłem w stronę Skawiny. Dojechałem do ulicy Skotnickiej i zmieniłem kierunek na północny, by po kolejnych kilku kilometrach dotrzeć do ulicy Tynieckiej. Tam skręciłem w stronę centrum Krakowa i dojechałem do Mostu Zwierzynieckiego. Przejechałem nim na drugi brzeg i po raz kolejny skierowałem się na zachód, ulicą Księcia Józefa. Miałem zamiar dojechać nią do Kryspinowa, ale szło mi tak dobrze, że pojechałem dalej i dopiero w Liszkach skręciłem na północ. Wkrótce potem pojawiłem się w Morawicy. Pojechałem do Balic i skręciłem w stronę Zabierzowa. Dojechałem do ulicy Krakowskiej i skierowałem się na wschód, do Krakowa. Przejechałem przez Rząskę, zjechałem do ulicy Balickiej, a po kilku kilometrach skręciłem na południe, by dotrzeć do ulicy Królowej Jadwigi.

Jakoś nie chciało mi się jeszcze wracać do domu. Pojechałem więc w stronę Starego Miasta. Okrążyłem Planty, skręciłem w ulicę Kopernika, dojechałem do Ronda Grzegórzeckiego i pojechałem w stronę Nowej Huty. Na „moją” stronę Wisły przejechałem Mostem Wandy. Stąd miałem niecałe dziesięć kilometrów do domu, ale pomimo przejechania ponad siedemdziesięciu, wciąż nie odczuwałem zmęczenia. Pojechałem więc dalej na wschód, aż do przedmieść Niepołomic. Dopiero tam skręciłem na południe. Niebo przede mną zmieniło barwę na szaro-granatową. Zaczęło kropić, ale na szczęście na kroplach się skończyło. Dojechałem do Zakrzowa, a potem przez Węgrzce Wielkie i Kokotów wróciłem do Krakowa.



Cmentarz Nr 376

Czwartek, 24 kwietnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
10 39 563
Data
24 kwietnia 2014
Czw. 16:48 19:15
Rower
Ridley Fenix
8 8 8
Kalorie
996kcal
Czas
2:13:53
82
772
0:48 0:31 0:00
Dystans
60.19km
81
707
16.36 18.25
Prędkość
26.98km/h
70
519
20.4 34.6 65.9
Kadencja
74rpm
115
Tętno
138bpm
160
Przewyższenia
685m
19
242
       417
Nachylenie
+ 4.2% - 3.8%
+ 13.0 - 10.0
Temperatura
19.9°C
17.0 22.0

Znalazłem go przypadkiem. Zaplanowana trasa wiodła nieopodal, ale okazało się, że droga, którą zaproponował GPS jest polnym duktem, zbyt wyboistym dla roweru szosowego. Musiałem więc zawrócić i pojechać okrężną drogą. I wtedy go odkryłem. Był na dróg rozstaju, ukryty pod rozłożystymi koronami drzew. Liście poruszane wiatrem, niczym struny instrumentu delikatnie pieszczone palcami muzyka, grały tęskną melodię ponad rozrzuconymi, białymi kamieniami, które w promieniach zachodzącego słońca zdawały się być jeszcze bielsze. Tu i ówdzie kilka wygasłych zniczy doń przytulonych. Nad nimi skromne krzyże. A w głębi ten największy, milczący, spoglądający niczym dowódca na swych żołnierzy. Lecz oni nie wyjdą z okopów, nie poderwą się do ataku, nie zwyciężą. Śpią na tym skrawku małopolskiej ziemi od stu lat, w miejscu o prostej, zwięzłej jak żołnierski rozkaz nazwie: „Cmentarz Nr 376”. Spoglądam na stare drzewa. Niektóre z nich pamiętają ten poranek, a może ten wieczór, gdy ostatnia grudka ziemi zamknęła klamrę życia 38 żołnierzy – na obcej ziemi, pod obcym niebem, z dala od rodzinnych stron.

Opisane powyżej miejsce znalazło się przypadkiem na trasie dzisiejszej przejażdżki, która w swoich założeniach przewidywała łatwą, szybką, przyjemną jazdę w kierunku wschodnim, po drogach leżących na północ od trasy 94. W miejscowości Targowisko miałem zamiar skręcić, przejechać na południową stronę drogi 94 i wrócić do Krakowa, mierząc się po drodze z pagórkami oraz najwyższym w tym rejonie wzniesieniem – Chorągwicą. Jednakowoż plan nie przewidywał, że matka nasza – Ziemią – we władaniu wichrów będzie. Do Kłaja jechałem pod wiatr, który wiał tak mocno, że na odkrytych fragmentach drogi nie byłem w stanie jechać szybciej niż kilkanaście kilometrów na godzinę. Po zawróceniu na zachód miałem oczywiście lepiej, ale też nie mogłem zaszaleć, bo liczne pagórki zmuszały mnie do odpowiedniego rozłożenia sił. Opisywany wcześniej cmentarz odkryłem w miejscowości Suchoraba. Najtrudniejszy podjazd dzisiaj, czyli Chorągwica, okazał się łatwiejszy niż myślałem. Niezbyt szybko, spokojnie, w swoim tempie dotarłem na szczyt, a potem mogłem się cieszyć urokami szybkiego zjazdu aż do samej Wieliczki. Uroki byłyby zapewne jeszcze większe, gdyby nie deszcz, który akurat w tym momencie zaczął padać.

Za Wieliczką przestało padać, ale wszędzie było bardzo mokro. Jechałem główną drogą. Spotkałem na niej rowerowego kuriera na „ostrym kole” i jestem dla niego pełen podziwu. Regularnie młócąc pedałami, gość jechał z taką samą prędkością, niezależnie od tego, czy poruszał się pod górę, czy z góry. Jak go wyprzedziłem na zjeździe, to spokojnie doszedł mnie na podjeździe. I tak w koło Macieju.

Gdy podjeżdżałem pod dom, znowu zaczęło padać.


Cmentarz Nr 376
Cmentarz Nr 376
Chorągwica
Chorągwica



Kraków – Zator – Alwernia - Kraków

Wtorek, 22 kwietnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
9 38 562
Data
22 kwietnia 2014
Wt. 10:11 14:35
Rower
Ridley Fenix
7 7 7
Kalorie
1837kcal
Czas
4:01:43
10
90
0:57 0:43 0:00
Dystans
116.66km
7
59
22.45 25.93
Prędkość
28.96km/h
30
251
23.4 35.8 60.6
Kadencja
78rpm
112
Tętno
140bpm
155
Przewyższenia
747m
16
204
       287
Nachylenie
+ 3.3% - 2.8%
+ 7.0 - 8.0
Temperatura
26.9°C
21.0 37.0

Dzisiaj miałem urlop, bo już niejeden raz przekonałem się, że po świętach wskazany jest wolny dzień, aby dojść do siebie. Oczywiście nie zamierzałem spędzać wolnego czasu na kanapie i z pilotem w ręku, ale zamierzałem wybrać się na nieco dłuższy wyjazd. Tym razem nie miał być to „spontan”, ale wgrana do GPS trasa. Zanim ją zaplanowałem, musiałem zdecydować się na kierunek. Po dłuższym zastanowieniu wybrałem południowy zachód.

Pierwszym etapem był dojazd do Skawiny. Nie kombinowałem, wybrałem najkrótszą drogę. Ze Skawiny pojechałem w stronę Oświęcimia. Droga była idealna. Założyłem, że dzień po świętach nie będzie dużego ruchu i faktycznie tak właśnie było. Mimo to jeden z kierowców tirów postarał się, aby podnieść mi ciśnienie. Ciężarówka, sądząc po rejestracji z Brzeska, wyprzedziła mnie w odległości góra pół metra. Uciekłem maksymalnie do prawej krawędzi drogi, ale potężna naczepa zbliżała się nieuchronnie. Rozważałem już ucieczkę w krzaki, ale na szczęście nie musiałem aż tak dosłownie integrować się z przyrodą.

Przejechałem przez Borek Szlachecki, Wielkie Drogi, Jaśkowice, Brzeźnicę, Kossową, Półwieś, Ryczów, Spytkowice. Profil na tym etapie nie był specjalnie wymagający. Owszem zdarzały się podjazdy, ale niezbyt długie i niezbyt strome. Pokonywałem je na miękkich przełożeniach, starając się oszczędzać siły na dalszą część drogi. W końcu dotarłem do Zatora, ale wbrew trasie zapisanej w GPS, nie skręciłem od razu w stronę mostu na Wiśle, ale pojechałem na zatorski rynek.

Na rynku zafundowałem sobie krótki wypoczynek. Było południe. Małe miejscowości są zazwyczaj uśpione, pogrążone w letargu, ciche. Tutaj nie znalazłem spokoju. Dookoła wrzała praca. Drogowcy właśnie wymieniali nawierzchnię drogi dookoła rynku. Mimo wszechobecnego hałasu i zgiełku, miło było spojrzeć, jak zmienia się zatorska rzeczywistość. Doskonale pamiętam, jak wyglądał kraj, jak wyglądały małe miejscowości, zanim Polska została członkiem Unii Europejskiej. Bieda, dziurawe drogi, odpadające tynki, krzywe chodniki, wszechobecny brud i nieład. Oj nie dojechałbym tutaj podówczas w jednym kawałku. Jeśli nawet rower by to przeżył, to po drodze wypadłyby mi wszystkie plomby z zębów.

Po krótkim postoju ruszyłem w dalszą drogę. Przejechałem przez most na Wiśle, minąłem Jankowice, Olszyny i niedługo potem byłem już w Babicach. Tam skręciłem na wschód w stronę Krakowa. Od tego momentu skończyło się dobre, bo musiałem jechać pod wiatr, który na otwartych przestrzeniach potrafił nieźle dać w kość. Profil trasy także się zmienił i stał się zdecydowanie bardziej pagórkowaty. W połączeniu ze wspomnianym wiatrem, mocnym słońcem i pierwszymi oznakami zmęczenia, rokowania na dalszą część drogi nie były zbyt optymistyczne.

Tak swoją drogą zastanawiam się, skąd te oznaki zmęczenia? Rowerem górskim pokonywałem znacznie dłuższe odcinki, zanim poczułem, że zaczynam się męczyć. Odrzuciłem kwestię braku komfortu. Siodełko mam idealnie dopasowane, coraz lepiej „rozumiem” się z nową pozycją na rowerze, brak amortyzacji nie przeszkadza na dobrej nawierzchni. Pozostają zatem inne powody. Po pierwsze, zauważyłem, że nie potrafię spokojnie jeździć na rowerze szosowym. Radość z jazdy na nim sprawia, że jak tylko ruszam w trasę, chciałbym jechać coraz szybciej i szybciej. To oczywiście oznacza większy wydatek energetyczny, o którego regularnym uzupełnianiu w trasie nie zawsze pamiętam. Następnym razem muszę na to zwrócić uwagę. Po drugie, dopiero rozkręcam się. Pomimo braku śniegu i mocnych mrozów, okres zimowy nie sprzyjał długim wycieczkom, sprzyjał natomiast odkładaniu się tłuszczu tu i ówdzie, którego teraz się pozbywam. Zobaczę, jak będzie w dalszej części sezonu.

Pomimo opisanych trudności parłem do przodu z całkiem przyzwoitą prędkością średnią. Podjazdy wszelkiej maści pokonywałem jednak w miarę spokojnie, nie szarpiąc się na początku, a potem łapczywie chwytając powietrze, ale pokonując je równym tempem. Także i na tej drodze ruch był raczej umiarkowany, a jeśli już pojawiało się więcej samochodów, to jadących od, a nie do Krakowa. Dojechałem do Liszek i skręcając na południe, pożegnałem drogę numer 780. Dotarłem do Piekar, gdzie zatrzymałem się na chwilę, aby uwiecznić tynieckie opactwo, które właśnie z tej strony Wisły wygląda najbardziej malowniczo.

Ostatni etap wiódł po wiślanych wałach wzdłuż ulicy Księcia Józefa. Potem przejechałem przez centrum Krakowa, a ponieważ opisywane wcześniej zmęczenie nie było aż tak duże, żeby psuć sobie zabawę, wydłużyłem nieco trasę i do domu wróciłem od strony Rybitw.


Rzut oka na zatorski rynek
Rzut oka na zatorski rynek
Opactwo w Tyńcu
Opactwo w Tyńcu



Zlany w poniedziałek

Poniedziałek, 21 kwietnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
8 37 561
Data
21 kwietnia 2014
Pon. 11:20 13:46
Rower
Ridley Fenix
6 6 6
Kalorie
1162kcal
Czas
2:21:23
69
675
0:45 0:32 0:00
Dystans
67.03km
61
552
16.57 19.71
Prędkość
28.45km/h
38
326
21.8 36.1 63.0
Kadencja
76rpm
108
Tętno
146bpm
167
Przewyższenia
658m
20
261
       367
Nachylenie
+ 4.0% - 3.3%
+ 8.0 - 10.0
Temperatura
24.8°C
20.0 29.0

W święta jest co spalać. Planowałem więc, że w poniedziałek wstanę wcześniej i wybiorę się na dłuższą przejażdżkę. Niestety braki snu spowodowały, że wstałem późno i „misterny” plan spalił na panewce. Na długą wyprawę nie miałem już czasu, ale mogłem przecież wybrać nieco krótszą trasę. Zjadłem więc szybkie i skromne śniadanie i ruszyłem przed siebie.

Rozpocząłem rutynowo, jadąc przez Kokotów i Węgrzce Wielkie. To niezbyt wymagający odcinek, który doskonale nadaje się na rozgrzewkę. Dojechałem do Zakrzowa. W tym miejscu zazwyczaj kieruję się do Niepołomic, ale dzisiaj skręciłem na południowy zachód i pojechałem w stronę Wieliczki. W ten sposób wkroczyłem w pagórkowate klimaty, które miały mi towarzyszyć przez większość drogi. Krótki dojazd do Wieliczki był swoistą uwerturą, która co chwilę wynosiła mnie to w górę, to w dół. W Wieliczce trochę zwolniłem, bo remontowana ulica Asnyka nie pozwalała na szybką jazdę. Potem nie miałem już możliwości rozpędzenia się, bo po skręcie w ulicę Lednicką rozpocząłem podjazd do wsi Rożnowa.

Po raz pierwszy pokonywałem ten podjazd na rowerze szosowym. Nie szalałem, wybrałem miękkie przełożenie i cierpliwie piąłem się w górę. Gdy byłem już niedaleko szczytu, z samochodu który mnie wyprzedzał polał się na mnie strumień wody. No tak, dzisiaj jest przecież śmigus-dyngus, czyli lany poniedziałek. W innych warunkach pewnie bym się wkurzył. Na szybkim zjeździe taka niespodzianka mogłaby wytrącić mnie z toru jazdy i kontakt z numerem 112 miałbym jak w banku, ale na podjeździe taki prysznic był bardzo odświeżający.

W Rożnowej skręciłem na północ, a potem na zachód. Przejechałem przez Sierczę, Sygneczów i Zbydniowice. To kolejny mocno pagórkowaty fragment dzisiejszej trasy. Szybkim zjazdem dotarłem do Wrząsowic i kilka kilometrów dalej, jadąc nadal na zachód, pojawiłem się przy zakopiance. Przejechałem na drugą stronę i rozpocząłem podjazd do Libertowa. Chwilę trwało zanim pojawiłem się w jego najwyższym punkcie. Tym razem żaden z samochodów nie zafundował mi funkcji zraszania. Przejechałem przez Libertów, na którego końcu czekał na mnie jeden z ulubionych zjazdów – do Skawiny. Jedyną jego wadą jest to, iż wyjście z jednego z zakrętów nie jest widoczne i zawsze przed nim zwalniam. Gdyby nie to, pewnie pojechałbym znacznie szybciej. Skoro już jestem przy zjazdach, to muszę przyznać, iż Ridley zachowuje się nich bardzo stabilnie, niezależnie od prędkości, z jaką się porusza.

Przejechałem przez Skawinę i pojechałem w stronę Tyńca. Ta droga jest częściowo wyremontowana i tam jechało się dobrze, ale większość nawierzchni jest tak zniszczona, że bruki Paris-Roubaix są przy niej gładkie niczym ciało dwudziestolatki. Na jednym z zakrętów czekała na mnie niespodzianka w postaci kałuży o szerokości większej niż szerokość drogi i nieznanej głębokości. Z racji tego ostatniego nie zdecydowałem się na bezpośrednie sforsowanie przeszkody wodnej, ale ominąłem ją, jadąc mocno wyboistym poboczem. Gdy ominąłem wszystkie dziury i pokonałem niewielki podjazd przed Tyńcem, okazało się, że nie wykorzystam w pełni długiego zjazdu, bo burza, która przeszła nad tą okolicą w nocy, zostawiła ślady w postaci żwiru, piachu, kamieni i połamanych gałęzi. Kolejny raz musiałem więc uważać po czym jadę. Za Tyńcem nie było już żadnych niespodzianek i spokojnie przejechałem ulicą Tyniecką, aż do Dębnik. Na Rondzie Grunwaldzkim skręciłem w Dietla, a potem w Krakowską. Przejechałem przez Podgórze. Ostatnim etapem była ulica Wielicka. Ruch samochodowy był niewielki, więc szybko i bezpiecznie wróciłem do domu.



Puszcza w Wielki Piątek

Piątek, 18 kwietnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
7 36 560
Data
18 kwietnia 2014
Pt. 15:36 19:11
Rower
Ridley Fenix
5 5 5
Kalorie
1731kcal
Czas
3:20:11
32
315
0:22 0:19 0:00
Dystans
100.05km
31
307
9.00 11.16
Prędkość
29.99km/h
6
95
24.4 34.2 51.0
Kadencja
74rpm
109
Tętno
151bpm
165
Przewyższenia
355m
67
685
       256
Nachylenie
+ 3.9% - 3.2%
+ 8.0 - 7.0
Temperatura
17.6°C
16.0 20.0

Wcześniej niż zwykle wróciłem z pracy. Popołudnie było pogodne i ciepłe. Żal byłoby spędzić je w domu. Szybko przebrałem się i ruszyłem przed siebie. Na szosówce. Pojechałem na wschód. Ruch samochodowy był niewielki, a więc jechało się szybko i bezpiecznie. Przejechałem przez Kokotów i Węgrzce Wielkie, a potem przez Zakrzów i Zakrzowiec. Początkowo zamierzałem dojechać jedynie do Niepołomic, ale zmieniłem plany. Dotarłem do Targowiska, przejechałem przez Cikowice, Damienice i wjechałem do Proszówek. Byłem więc na wschodniej granicy Puszczy Niepołomickiej. Skręciłem na północ i jadąc wzdłuż lasu, dotarłem do Mikluszowic. Tam skręciłem na zachód i zagłębiłem się w puszczy.

A puszcza jest już soczyście zielona i tak cudowna, że tłumić musiałem cisnące się na usta okrzyki radosnego zachwytu nad pięknem świata. Jechałem wśród drzew, chłonąc nastrój obudzonej do życia przyrody. W tym miejscu zawsze mogłem oderwać się od prozy dnia powszedniego, zatopić się we własnych myślach, tych bardziej nostalgicznych i tych, które wybiegają w przyszłość. A dzisiaj był ku temu idealny moment. Wszakże Wielki Piątek jest szczególnym dniem dla wszystkich chrześcijan. Nie sposób w takiej chwili choć przez moment nie zastanowić się nad duchową stroną życia.

Dojeżdżając do Niepołomic miałem już ponad 60 km w nogach, a w zasadzie w kołach. Zacząłem odczuwać zmęczenie, bo przestrzegając tradycyjnego postu, nie pochłonąłem odpowiedniej ilości kalorii. Na dodatek zaczęły mnie boleć ramiona. Liczę, że to tylko kwestia przyzwyczajenia do nowej pozycji na rowerze i wcześniej bądź później problem zniknie. Pomimo kłopotów „energetycznych” nie wybrałem najkrótszej drogi do domu, ale pojechałem w stronę ulicy Igołomskiej, a potem w kierunku Nowej Huty.

Gdy wreszcie podjeżdżałem pod dom, byłem już naprawdę solidnie zmęczony, ale zadowolony, że zaliczyłem pierwszą setkę w tym roku.



Widać tak miało być

Środa, 16 kwietnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
6 35 559
Data
16 kwietnia 2014
Śr. 17:06 19:38
Rower
Giant Boulder
2 31 204
Kalorie
1025kcal
Czas
2:05:38
93
880
0:24 0:19 0:04
Dystans
55.19km
86
810
9.01 9.80
Prędkość
26.37km/h
79
630
22.0 30.8 41.1
Kadencja
78rpm
105
Tętno
145bpm
166
Przewyższenia
300m
80
831
       261
Nachylenie
+ 3.3% - 3.1%
+ 6.0 - 5.0
Temperatura
6.8°C
6.0 7.0

Niezrażony kolejnym szarym i mokrym dniem, postanowiłem popedałować tu i tam popołudniową porą. Przygotowany do jazdy zszedłem po rower, ale nie dane mi było rozpocząć przejażdżki o zaplanowanej godzinie, albowiem przednie koło było pozbawione powietrza. Niezrażony tym faktem, wymontowałem je z roweru i pokornie wróciłem do mieszkania, aby zakasawszy rękawy, spokojnie – wszakże dni są już dłuższe – zabrać się do pracy. Szybko zlokalizowałem przebicie w dętce i równie szybko znalazłem tego przyczynę. Winowajca wyglądał niczym kolec zmutowanej róży i był raczej wytworem natury, niźli człowieka. Musiałem najechać na niego podczas poprzedniej przejażdżki i zdarzyło się niedaleko od domu, bo przecież spokojnie doń dotarłem. Przykleiłem łatkę, założyłem ponownie dętkę na koło, napompowałem i podjąłem kolejną, tym razem udaną, próbę wyjścia na rower.

Jeździłem sobie po małopolskiej stolicy, starając się omijać najbardziej zatłoczone dukty. Było raczej chłodno, ale słaby wiatr nie potęgował tego odczucia, więc gdy już tylko rozgrzałem się, jechało mi się całkiem przyjemnie. Radość z jazdy była na tyle duża, że postanowiłem nieco wydłużyć przejażdżkę. Jest jednak takie staropolskie powiedzenie „co w głowie uradzi, do skutku nie doprowadzi”…

Ledwo co pomyślałem, aby pojeździć dłużej, poczułem, że rower jest podejrzanie „miękki”. Spojrzałem na przednią oponę. Wydawało mi się, że tam, gdzie styka się z podłożem, robi się coraz szersza i szersza. Nie miałem wątpliwości. Guma, flak, kapeć… Cały misterny plan na nic. Trzeba się zatrzymać i kolejny raz dzisiaj naprawić koło. Byłem podówczas w okolicy Centrum Handlowego M1, więc rozłożyłem się na ławeczce, wyciągnąłem narzędzia i zabrałem się do pracy. Tym razem winne było szkło, a sądząc z koloru, mały fragment butelki – bynajmniej nie po odżywce dla niemowląt. Zapewne jakiś degenerat, dres, idiota lub inny menel, miast kulturalnie wyrzucić butelkę do kosza, wolał sobie ją rozbić. Żałuję, że do tego celu nie użył swojej głowy. Wielkiej straty dla społeczeństwa nie byłoby.

Kolejna łatka powędrowała na dętkę. Jak tak dalej pójdzie, powierzchnia zajęta przez łatki będzie większa od tej nienaruszonej. Chyba będę musiał wkrótce wymienić dętkę. Ponownie założyłem koło do roweru, spakowałem narzędzia do organizera – muszę przyznać, że plecak Evoc CC 10 sprawdził się doskonale. Słońce już zachodziło. Zrezygnowałem z pomysłu wydłużenia przejażdżki. Włączyłem oświetlenie i spokojnie, chociaż nie najkrótszą drogą, wróciłem do domu.

Czasem nasze plany nie mogą być zrealizowane. Dzisiaj ewidentnie nie było mi sądzone wyjechać o tej porze, o której chciałem i dojechać tam, gdzie chciałem. Tak widocznie miało być. Może miało mnie spotkać coś gorszego? Dobrze mieć rowerowego Anioła Stroża.


Główny oskarżony w
sprawie przebicia dętki
Główny oskarżony w sprawie przebicia dętki
Bezdętkowa „Alumiłość”? Mimo wszystko proponowałbym jakieś zabezpieczenie, bo skumulowane geny Agnieszki i Marcina mogą spowodować, że ich potomstwo przytaszczy na Kładkę Bernatka cały czołg, jako – uwaga Agusiu i Marcinie, teraz będzie trudne słowo – alegorię
Bezdętkowa „Alumiłość”? Mimo wszystko proponowałbym jakieś zabezpieczenie, bo skumulowane geny Agnieszki i Marcina mogą spowodować, że ich potomstwo przytaszczy na Kładkę Bernatka cały czołg, jako – uwaga Agusiu i Marcinie, teraz będzie trudne słowo – alegorię

Bezdętkowa „Alumiłość”? Mimo wszystko proponowałbym jakieś zabezpieczenie, bo skumulowane geny Agnieszki i Marcina mogą spowodować, że ich potomstwo przytaszczy na Kładkę Bernatka cały czołg, jako – uwaga Agusiu i Marcinie, teraz będzie trudne słowo – alegorię niezniszczalnej miłości.

Kładka Bernatka
Kładka Bernatka



W deszczu

Poniedziałek, 14 kwietnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
5 34 558
Data
14 kwietnia 2014
Pon. 16:13 17:58
Rower
Giant Boulder
1 30 203
Kalorie
807kcal
Czas
1:41:31
120
1151
0:09 0:10 0:00
Dystans
42.45km
118
1134
3.79 4.38
Prędkość
25.09km/h
93
847
23.1 26.0 38.7
Kadencja
76rpm
107
Tętno
143bpm
165
Przewyższenia
153m
121
1233
       242
Nachylenie
+ 4.0% - 3.6%
+ 4.0 - 4.0
Temperatura
7.7°C
6.0 9.0

Tydzień minął od mojej ostatniej przejażdżki. Tak długa przerwa nie była konsekwencją kiepskiej pogody, lecz eksperymentu… medycznego. Postanowiłem ostatecznie rozwiązać kwestię moich nagniotków, których istnienie zawdzięczam butom rowerowym. Po raz pierwszy problem pojawił się już cztery lata temu. Przez jakiś czas byłem zmuszony do korzystania ze zwykłego obuwia. Później jakoś sobie radziłem, ale czasem zdarzało się, że odczuwałem ból. Postanowiłem więc użyć specyfiku o nazwie ABE, który regularnie stosowany miał doprowadzić do usunięcia nagniotków. Daruję sobie opis szczegółów, ale po usunięciu zgrubień okazało się, że miejsca po nich bolą bardziej, niż bolały wcześniej. Miałem kłopot z normalnym obuwiem, a o rowerowym mogłem zapomnieć. Dopiero dzisiaj byłem w stanie wsiąść na rower.

Nie był to najlepszy czas na rowerowe igraszki. Od wczesnego popołudnia w Krakowie pojawiały się przelotne opady deszczu, a gdy po pracy wróciłem do domu, nad miastem rozpętała się potężna nawałnica. Waliły pioruny, a z nieba leciał grad. Pomimo tego, powoli i spokojnie przygotowywałem się do jazdy. Gdy tylko deszcz przestał padać, ja już ruszałem przed siebie. Wiedziałem, że opady jeszcze wrócą, więc jechałem na moim „zimowym” rowerze, który od lat pełni niewdzięczną rolę sprzętu do specjalnych poruczeń, czyli do jazdy w trudnych warunkach. Istotnie miałem rację i ledwie ujechałem kilka kilometrów, znowu zaczęło padać. Pojedyncze krople szybko zamieniły się w deszcz, a ten po chwili przeszedł w regularną ulewę. Im gorzej, tym lepiej – pomyślałem i z uśmiechem na ustach parłem do przodu. Niejeden kierowca musiał pomyśleć o mnie „wariat”, bo cóż innego można pomyśleć widząc zadowolonego z siebie gościa, który brnie przez kałuże zamiast leżeć w kapciach przez telewizorem? Opady trwały dobre kilkanaście minut, potem zelżały, aż wreszcie zupełnie ustały. Z utrudnień pozostał już tylko wiatr, który przeszkadzał mi aż do Mostu Zwierzynieckiego. Tam zawróciłem i jadąc z wiatrem, szybko wróciłem do domu.

Zacząłem od nagniotków i na nich skończę. Po kilkudziesięciu kilometrach odczuwałem lekki ból, ale to nic. Kilka dni temu dowiedziałem się, że projektanci Shimano zauważyli, że różne stopy są na świecie i przygotowali odpowiedni model butów. Uradowany tym faktem wysłałem zapytanie do kilku internetowych sklepów i… okazało się, że owszem, buty dla osób z szerszą stopą istnieją, ale nie są przewidziane do dystrybucji w Polsce. Hmm, czyżby Polacy mieli wyjątkowo drobne stópki? Nie mając wyjścia, odłożyłem na bok patriotyzm i zamówiłem buty w Niemczech. A przecież chciałem dać zarobić polskim firmom…

Aura nie zachęcała do wyjścia z domu…
Aura nie zachęcała do wyjścia z domu…



Kłaj – tam i z powrotem

Poniedziałek, 7 kwietnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
4 33 557
Data
7 kwietnia 2014
Pon. 16:31 18:22
Rower
Ridley Fenix
4 4 4
Kalorie
816kcal
Czas
1:49:15
111
1088
0:19 0:17 0:00
Dystans
54.27km
88
833
7.98 10.09
Prędkość
29.81km/h
11
127
24.9 34.6 45.6
Kadencja
74rpm
116
Tętno
138bpm
155
Przewyższenia
300m
80
831
       257
Nachylenie
+ 3.8% - 2.9%
+ 8.0 - 4.0
Temperatura
20.2°C
19.0 22.0

Dzisiaj wybrałem się na nieco krótszą przejażdżkę. Świadomie nie wybrałem zbyt oryginalnej trasy. Chciałem po prostu cieszyć się jazdą w ciepłe, słoneczne, pogodne popołudnie. Pojechałem na wschód w stronę Niepołomic. Dojechałem do Szarowa, a później do Kłaja. Tam zawróciłem na rondzie i skierowałem się na zachód. Pisanie o tym, że wiało, staje się powoli nudne, ale… faktycznie tak było. Przeciwny wiatr nie był przerażająco silny, ale dawał się we znaki zwłaszcza na otwartej przestrzeni. Dojechałem do Niepołomic, a potem jednym z moich tradycyjnych szlaków, czyli przez Grabie i Brzegi, dotarłem do Grodu Kraka.



Niedzielny tour

Niedziela, 6 kwietnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
3 32 556
Data
6 kwietnia 2014
Niedz. 13:56 17:38
Rower
Ridley Fenix
3 3 3
Kalorie
1619kcal
Czas
3:23:16
31
302
0:44 0:33 0:00
Dystans
96.09km
35
313
17.17 18.67
Prędkość
28.36km/h
43
347
23.2 33.1 60.6
Kadencja
75rpm
114
Tętno
143bpm
164
Przewyższenia
610m
26
293
       317
Nachylenie
+ 3.6% - 3.2%
+ 13.0 - 11.0
Temperatura
19.0°C
17.0 26.0

Coraz swobodniej czuję się na rowerze szosowym. Nie muszę już całej uwagi koncentrować na sterowaniu rowerem, na obserwowaniu jego zachowania. Mogę więc czerpać coraz więcej radości z jazdy. W słoneczne, niedzielne popołudnie postanowiłem zaliczyć nieco dłuższą wycieczkę, zaczynając ją od sprawdzenia, jak nowy rower zachowa się na kilkunastoprocentowym podjeździe. Uważni czytelnicy mojego bloga mogą więc podejrzewać, iż pierwsze kroki, a raczej obroty kół, skierowałem do Kosocic. Ulica Kosocicka na odcinku od Wielickiej do Hallera lekko się wznosi, a lekko w tym przypadku oznacza maksymalne nachylenie 5%. Rozgrzewałem się, więc zamiast szaleć na twardych przełożeniach, spokojnie wyjeżdżałem pod górę. Skręciłem w ulicę Hallera, która wita cyklistów krótkim 8-procentowym podjazdem. Potem jest kilkaset łatwych metrów i kolejny podjazd, tym razem o wiele dłuższy. Jego dwa fragmenty mają po 8-9%, a cała reszta jakieś 5-6%. Nie mogę powiedzieć, abym pokonał go na absolutnym luzie, ale nie byłem też specjalnie zmęczony. Z zadowoleniem zauważyłem, że rower łatwo wspina się pod górę. Wystarczy mocniej nacisnąć pedały lub wstać z siodełka, a Ridley wyrywa się do przodu, niemalże uciekając kolarzowi. Nie oznacza to, że jedzie sam, ale wspinaczka wydaje się łatwiejsza. Czy to zasługa niskiej wagi, małych oporów toczenia, a może pochłoniętych na obiad węglowodanów? Pewnie wszystkiego po trochu. Jednak ulica Hallera była jedynie skromnym preludium. Prawdziwy test miał nastąpić wkrótce po tym, gdy dotarłem do ulicy Żelazowskiego.

Skręciłem w lewo, a po stu metrach w prawo, w moją ulubioną ulicę Gruszczyńskiego. Od dłuższego czasu wybierałem ten szlak, aby sprawdzać swoje możliwości, a nade wszystko po to, aby trenować pokonywanie relatywnie stromych podjazdów na stosunkowo twardych przełożeniach. Dzisiaj po raz pierwszy pojawiłem się tutaj na rowerze szosowym. Władze Krakowa chyba przewidziały moje zamierzenia, bo jakiś czas temu pojawił się tutaj nowy asfalt. Ulica Gruszczyńskiego (od strony Żelazowskiego) rozpoczyna się lekkim zjazdem, potem jest krótki podjazd, a następnie dosyć stromy zjazd. Niestety bałem się pójść na całość, bo po obu stronach drogi jest las, na końcu jest zakręt i nie widać, co jest za nim. Za zjazdem jest oczywiście podjazd, który choć stromy, pokonuje się szybko łatwo i przyjemnie. Jeszcze jeden zjazd. To ostatnia szansa na złapanie oddechu, bo niedługo potem rozpoczyna się wisienka na wspinaczkowym torcie. Początek jest w miarę łatwy. Można nawet próbować pokonać go na największym blacie. Ale nie warto tracić sił, bo pomimo tego, że potem jest krótkie wypłaszczenie, organizm nie zdąży wystarczająco zregenerować się przed pokonaniem ostatnich stu metrów. A to nie byle jakie sto metrów, chyba, że przez „byle jakie” rozumiemy nachylenie 14%. W rowerze górskim miałem ten komfort, że w przypadku gorszego dnia lub większego zmęczenia, mogłem użyć „młynka” w połączeniu z najmniejszą koronką z tyłu. Wówczas na jeden obrót korby, przypadało ledwie trzy czwarte obrotu koła – małego, 26-calowego. W moim rowerze szosowym, na jeden obrót korby przypada 1,21 obrotu 28-calowego koła. W przeliczeniu na metry wygląda to tak. Rower górski: 1,55m. Rower szosowy: 2,55m. To cały metr różnicy! Czy zniwelują go wspomniane wcześniej niska waga roweru oraz mniejsze opory toczenia? Zacząłem od przełożenia 34/19. Szybko zmieniłem na 34/21. Po kilkunastu metrach przerzuciłem na 34/24. Byłem już niedaleko szczytu i dałbym radę wyjechać, ale chciałem sprawdzić, czy odczuję różnicę przy najmniejszym przełożeniu 34/28. Odczułem, ale skłamałbym mówiąc, że na końcu podjazdu byłem świeży, wypoczęty i uśmiechnięty od ucha do ucha. Skręciłem w ulicę Kuryłowicza i przez pierwsze kilkadziesiąt metrów łapczywie chwytałem powietrze. Powoli wrzucałem kolejne biegi. To był stromy podjazd, ale krótki. Czy dałbym radę wyjechać na Sołtysi Dział, albo na Jamną? Tam przecież używałem najniższych górskich przełożeń. Chyba będzie ciężko, ale jak nie spróbuję, to się nie przekonam…

Rozpisałem się okrutnie, a to dopiero pierwsze kilometry. Kolejne były zdecydowanie łatwiejsze. Zjechałem do Myślenickiej. Zjazd był szybki i gdybym zamiast siedzieć na siodełku, usiadł wzorem profesjonalistów na ramie, byłoby jeszcze szybciej. Ale powolutku, na wszystko przyjdzie czas. Przejechałem Kąpielową, dotarłem do Zakopiańskiej i skierowałem się w stronę Klinów, a następnie do ulicy Zawiłej. Skręciłem w stronę Babińskiego. Jechałem więc na zachód. Nie wspomniałem o tym wcześniej, ale dzisiaj akurat wiało z zachodu. Dodam, że solidnie wiało. Prawdę mówiąc jestem tym już trochę zmęczony. Każda kwietniowa przejażdżka oznacza walkę z wiatrem. Skręciłem w Skotnicką, potem w Winnicką i dojechałem do Tynieckiej. Nie pojechałem jednak do Tyńca, tylko skierowałem się w stronę centrum Krakowa. Odcinek do Mostu Zwierzynieckiego pozwolił mi na odpoczynek. Wiatr działał niczym połącznie KERS’u z DRS’em w Formule 1, więc niedługo potem przejeżdżałem już nad Wisłą. Tam jednak dobre się skończyło, bo znów pojechałem na zachód. Kilka kilometrów do Mirowskiej były prawdziwą męczarnią. Starałem się przyjąć jak najbardziej pochyloną pozycję, aby do minimum ograniczyć opory powietrza, ale niewiele to pomogło. I chociaż szlak był płaski niczym biust enerdowskiej biegaczki, czułem się tak, jakbym pokonywał długi podjazd. Wreszcie skręciłem w Mirowską.

Dojechałem do Księcia Józefa i zamiast iść na łatwiznę i wrócić do domu, skręciłem w stronę Kryspinowa. Najpierw podjazd. W porównaniu z opisaną wcześniej ulicą Gruszczyńskiego – łatwizna. Potem zjazd. Długi. Ponad kilometrowy. Później niewielki podjazd i zameldowałem się na remontowanym rondzie w Kryspinowie. Wolniutko przejechałem przez żwir, piasek, wertepy i wszelkie pozostałe atrybuty remontu i pojechałem w stronę Liszek. I znów było pod wiatr, czyli ciężko. W Liszkach skręciłem na północ. Tam mogłem poczuć siłę wiatru. Niczym żeglarz poruszałem się w przechyle, aby nie zostać zepchniętym z drogi. Pagórki za Cholerzynem stłumiły nieco porywy wiatru. Dotarłem do Morawicy i skręciłem w stronę Balic. Nareszcie jechałem z wiatrem. Z Balic pojechałem do Zabierzowa, stamtąd do Rząski, a z Rząski do ulicy Jasnogórskiej. Budowa kanalizacji – uwaga, mamy XXI wiek! – spowodowała zamknięcie ulicy Gaik, ale poradziłem sobie, ostrożnie pokonując wertepy i wkrótce potem pojawiłem się na ulicy Łokietka.

Przejechałem już spory dystans i pojawiły się pierwsze skutki uboczne. Po pierwsze, zacząłem odczuwać ból w ramionach. Oj, niedobrze – pomyślałem. Planuję przecież znacznie dłuższe eskapady. Mam nadzieję, że to tylko kwestia treningu i przyzwyczajenia. Muszę poszukać w necie, co z tym fantem zrobić. Po drugie, oprócz bólu w ramionach, obtarły mi się dłonie. No tak, to skutki górnego chwytu. Nie robię z tego tragedii, bo skóra w końcu się przyzwyczai. Po trzecie, źle obliczyłem ilość potrzebnego płynu i w bidonie pozostało go niewiele. Czas wracać do domu – pomyślałem.

Z wiatrem jechało się jednak na tyle sprawnie, że powrót do domu nieco się opóźnił. Przejechałem przez centrum Krakowa i zamiast prosto do domu, skierowałem się do Nowej Huty. Dopiero tam obrałem właściwy kierunek. Ostatnie kilometry jechałem już na „oparach” życiodajnego płynu. Na koniec czekał mnie jeszcze krótki odcinek pod wiatr, którego miałem już serdecznie dość. Pod dom dotarłem na „awaryjnych”, ale – jak zwykle – z uśmiechem na ustach.


Witamy w Balicach
Witamy w Balicach