Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Maciejowice

Środa, 30 lipca 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
11 72 596
Data
30 lipca 2014
Śr. 11:51 15:43
Rower
Ridley Fenix
11 41 41
Kalorie
1699kcal
Czas
3:40:54
15
163
0:48 0:34 0:00
Dystans
100.94km
24
266
17.10 19.03
Prędkość
27.42km/h
61
451
21.0 32.8 65.5
Kadencja
72rpm
114
Tętno
136bpm
177
Przewyższenia
622m
25
287
       319
Nachylenie
+ 3.6% - 3.2%
+ 10.0 - 7.0
Temperatura
33.2°C
28.0 40.0

Tytułowe Maciejowice bynajmniej nie były same w sobie celem dzisiejszej przejażdżki, ale pi raz drzwi leżały w połowie trasy. Tym razem, pomimo kolejnego upalnego dnia, świadomie i dobrowolnie zamierzałem przejechać około stu kilometrów. Jednakowoż nie posiadałem żadnego wykrystalizowanego planu. W takiej sytuacji zazwyczaj wybieram jeden z kilku standardowych szlaków, zastanawiając się po drodze, gdzie mógłbym skierować koła mojego roweru. Najpierw pojechałem więc do Puszczy Niepołomickiej, która – o czym wielokrotnie już pisałem – jest dobrym kierunkiem na gorące dni. Potem eksplorowałem różne, raz lepsze, raz gorsze dukty w okolicy drogi 964. Dotarłszy do drogi 75, pojechałem do Ruszczy. Stamtąd nie skierowałem się tak jak zazwyczaj do Nowej Huty, ale pojechałem dalej na północ. Przejechałem przez Dojazdów, Sulechów i wspomniane Maciejowice. Droga wcale nie była łatwa. Mocno pagórkowaty teren zmuszał mnie do solidnej pracy w palącym słońcu.

Z Maciejowic pojechałem do Łuczyc, a potem przejechałem przez Sieborowice, Więcławice Dworskie, Więcławice Stare, Masłomiącą i dojechałem do Michałowic. Tam skręciłem na południe, w stronę Krakowa. Znalazłem się więc na trasie Kraków – Warszawa, co miało pewne zalety, takie jak dobra nawierzchnia, szerokie pobocza, ale i jedną zasadniczą wadę, czyli spory ruch. Na szczęście żaden z kierowców nie próbował wyprzedzać mnie bez zachowania odpowiedniego odstępu. Mimo to nie czułem się komfortowo, zwłaszcza wówczas, gdy wyprzedzały mnie tiry. Powstające wiry powietrzne zdawały się „zasysać” mnie w kierunku środka drogi, ale na szczęście dawałem radę utrzymać właściwy kierunek. Na zjazdach tuż przed Krakowem problemy się skończyły, bo jechałem na tyle szybko, że zdecydowanie rzadziej byłem wyprzedzany.

Słońce potrafi wyssać z człowieka ostatnie pokłady energii. Pomimo wypicia „morza” wody mineralnej i skonsumowania kilku galaretek energetycznych, wjeżdżając do Krakowa, zacząłem odczuwać trudy dzisiejszej przejażdżki. Na dziesięć kilometrów przed domem zostałem prawie całkowicie odłączony. Ostatni etap przejażdżki odbywał się więc w rekreacyjnym tempie.



Kolejny upalny dzień

Niedziela, 27 lipca 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
10 71 595
Data
27 lipca 2014
Niedz. 12:06 16:03
Rower
Ridley Fenix
10 40 40
Kalorie
1675kcal
Czas
3:44:06
13
137
0:52 0:39 0:00
Dystans
100.44km
27
287
18.77 22.08
Prędkość
26.89km/h
72
537
21.6 33.2 57.1
Kadencja
73rpm
106
Tętno
134bpm
166
Przewyższenia
647m
21
267
       280
Nachylenie
+ 3.4% - 2.9%
+ 6.0 - 5.0
Temperatura
35.2°C
31.0 40.0

Pomny wczorajszych doświadczeń, dzisiaj zaopatrzyłem się w większy zapas wody. Nie planowałem także zbyt długiej przejażdżki, bo dzień był wyjątkowo upalny, a zamierzałem wyruszyć w samo południe.

Pojechałem najpierw w stronę Skawiny. Poruszałem się dosyć wolno, aby rozgrzać się i złapać właściwy rytm. Zauważyłem, że wcale nie jest tak źle, jak mi się wydawało. Pomimo gorąca dało się spokojnie oddychać, a wiatr skutecznie chłodził rozgrzane ciało. Już po kilku kilometrach pomyślałem, że jest szansa, aby krótka przejażdżka zamieniła się w nieco dłuższą. Gdy dojechałem do Skawiny, tradycyjnie skierowałem się w stronę Tyńca. To oznaczało zmianę kierunku i konieczność jazdy pod wiatr. Z Tyńca wróciłem do Krakowa, przejechałem przez Most Zwierzyniecki i pojechałem w stronę Kryspinowa, a później do Liszek. Tam kolejny raz skręciłem i pojechałem do Morawicy. Ponieważ organizm nie protestował, przejechałem przez Balice, Zabierzów, Rząskę, zanim pojawiłem się w Krakowie na Rondzie Ofiar Katynia. Zacząłem odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia, ale nie zamierzałem skracać sobie dobrej zabawy. Przejechałem przez centrum miasta, dojechałem do Ronda Polsadu, a ulica Dobrego Pasterza zaprowadziła mnie do Nowej Huty. Powrót przez Mogiłę i Most Wandy nie był już zakłócany przez przeciwny wiatr. Skręciłem z ulicy Półłanki w stronę Brzegów, przejechałem przez Kokotów i dopiero stamtąd wróciłem do domu.

Tym razem wody mi nie zabrakło. Energii też nie, chociaż mogłoby być zdecydowanie lepiej. Wieczorem usłyszałem w TV, że w upalne dni powinno unikać się dużego wysiłku fizycznego, zwłaszcza w godzinach południowych. No cóż. Za późno…



Dość opornie

Sobota, 26 lipca 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
9 70 594
Data
26 lipca 2014
Sob. 16:54 20:02
Rower
Ridley Fenix
9 39 39
Kalorie
1254kcal
Czas
3:03:22
38
378
0:22 0:18 0:00
Dystans
85.02km
41
356
8.56 9.63
Prędkość
27.82km/h
55
401
22.8 31.7 60.2
Kadencja
70rpm
98
Tętno
128bpm
143
Przewyższenia
317m
76
779
       255
Nachylenie
+ 3.7% - 3.3%
+ 4.0 - 6.0
Temperatura
25.0°C
22.0 27.0

Przed południem poświęciłem dwie godziny na doprowadzenie do porządku roweru, który po wczorajszej nawałnicy dopraszał się o solidne mycie. Potem jeszcze musiałem zająć się obiadem, bo w weekendy to ja staram się być szefem kuchni. Byłem więc wolny dopiero popołudniu i nie mając innego pomysłu na spędzenie wolnego czasu, wybrałem się na przejażdżkę.

Pojechałem w kierunku Puszczy Niepołomickiej. Początkowo jechało mi się dobrze, ale gdzieś tak na dwudziestym kilometrze poczułem, że nie jest dobrze. Jechało mi się stosunkowo ciężko, noga ewidentnie nie podawała. Nie było gorąco, ale powietrze było jakieś ciężkie, pozbawione tlenu. Bardzo często sięgałem po bidon, a przygotowując się do przejażdżki, zasugerowałem się temperaturą, i nie miałem dużego zapasu płynów.

W Mikluszowicach skręciłem na południe, a w Proszówkach na zachód. Teraz było nieco łatwiej, bo wiatr wiał mi w plecy, ale każdy podjazd – a przecież na tej trasie nie są one zbyt trudne – musiałem pokonywać na miękkich przełożeniach. Na szczęście z każdym przejechanym kilometrem byłem bliżej domu.



Burza

Piątek, 25 lipca 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
8 69 593
Data
25 lipca 2014
Pt. 17:55 20:39
Rower
Ridley Fenix
8 38 38
Kalorie
1271kcal
Czas
2:33:18
55
569
0:24 0:19 0:06
Dystans
71.12km
56
501
9.75 10.20
Prędkość
27.84km/h
53
397
23.4 31.2 54.4
Kadencja
72rpm
106
Tętno
142bpm
191
Przewyższenia
370m
63
652
       280
Nachylenie
+ 3.8% - 3.8%
+ 8.0 - 7.0
Temperatura
21.9°C
18.0 24.0

Piątek. Początek weekendu i… urlopu. Widząc przyjazne niebo za oknem, podarowałem sobie śledzenie na żywo 19 etapu Tour de France. Etap płaski, szanse na emocje prawie żadne, a wieczorna przejażdżka bezcenna. Wyszedłem z rowerem przed dom i od razu zauważyłem, że nie całe niebo wygląda sympatycznie. Hen na południowym zachodzie płynęły sobie ciemne chmury, a na ich kursie ewidentnie znajdowało się osiedle, na którym mieszkam. Burza to zjawisko lokalne, a więc pomyślałem sobie, że pojadę sobie tam, gdzie niebo niebieskie i trawy zielone, spokojne strumienie i łagodne powiewy wiatru. Zapachniało poezją… Pojechałem więc wprzódy na północ, potem na zachód, potem na południe, później znów na zachód. W końcu zawróciłem i pomknąłem na wschód. Cały czas widziałem na południu czarne chmury, które zdawały się powoli odpływać na wschód. Trochę nawet pokropiło, ale to wszystko. Widząc, że pogoda nie jest taka zła, w ostatniej chwili zdecydowałem się na lekkie wydłużenie trasy. To nie był najlepszy pomysł…

Dojechałem do Brzegów i zorientowałem się, że wokół mnie nagle zrobiło się ciemno. Zaczęło kropić. Zrazu delikatnie i spokojnie, ale z każdą chwilą coraz mocniej. Szosa wokół mnie szybko zrobiła się mokra, ale jeszcze nie było źle. Prawdziwa nawałnica dopadła mnie dopiero na podjeździe do Kokotowa. Z nieba lały się wiadra wody, drogą płynęły strumienie, pioruny waliły w okolicy. Oczywiście byłem całkowicie przemoczony. W Kokotowie skręciłem w stronę domu. Miałem do przejechania tylko 6 kilometrów, ale w tych warunkach to było wyzwanie. Gdzieniegdzie kałuże miały głębokość kilku centymetrów, gwarantując mi dodatkowy prysznic. Mimo to… uśmiechałem się, a na jednym ze zjazdów nawet pokrzyczałem sobie z radości. Mniemam, że w tych warunkach nikt mnie nie słyszał, bo zapewne pomyślałby, że oto jedzie wariat. Czasem mówię przyjaciołom, że na rowerowych przejażdżkach „czym gorzej, tym lepiej”. Tak właśnie było dzisiaj.

Totalnie przemoczony, nieco zmarznięty, ale uśmiechnięty od ucha do ucha, wróciłem do domu. I co za pech. Moja ukochana akurat umyła podłogę, gdy w drzwiach stanął jej ociekający wodą facet z równie mokrym rowerem. Nie. Nie zostałem wygoniony na korytarz. Gdy już się przebrałem, ująłem mopa w dłoń i doprowadziłem przedpokój do stanu używalności ;).



Na spotkanie burzy…
Na spotkanie burzy…



W morzu barw zachodu

Wtorek, 22 lipca 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
7 68 592
Data
22 lipca 2014
Wt. 18:36 20:52
Rower
Ridley Fenix
7 37 37
Kalorie
1085kcal
Czas
2:07:27
89
854
0:25 0:21 0:15
Dystans
62.18km
74
643
10.26 13.00
Prędkość
29.28km/h
22
196
23.7 35.7 61.7
Kadencja
74rpm
112
Tętno
144bpm
188
Przewyższenia
362m
65
668
       260
Nachylenie
+ 3.5% - 2.8%
+ 7.0 - 5.0
Temperatura
24.1°C
22.0 26.0

Po upalnym dniu nadszedł kojący wieczór. Orzeźwiający wiatr poruszył zastygłe drzewa i zmarszczył leniwie płynącą Wisłę. Słońce filuternie wychylało się spoza chmur, malując przestrzeń kolorami ciepła. Pogrążone w wakacyjnym letargu królewskie miasto powoli wyciszało się, przygotowując do snu. W takiej scenerii wyruszyłem na trasę, by złapać ostatnie okruchy dnia, by choć na krótki czas znaleźć się pośród nieskończoności, odrywając się od wszystkiego, co można zamknąć w kruchych pudełkach codzienności. Kilometr za kilometrem, krajobraz za krajobrazem. Tylko ja i mój świat, aż do chwili, gdy słońce rzucając ostatnie tęskne spojrzenie, ukryło się za powieką horyzontu.


Impresja o zachodzie
Impresja o zachodzie



Pchamy! Pchamy! Pchamy!

Niedziela, 20 lipca 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
6 67 591
Data
20 lipca 2014
Niedz. 11:10 14:56
Rower
Ridley Fenix
6 36 36
Kalorie
1842kcal
Czas
3:40:47
16
164
0:46 0:32 0:00
Dystans
100.34km
28
290
16.98 17.76
Prędkość
27.27km/h
62
474
21.9 32.9 65.2
Kadencja
72rpm
104
Tętno
142bpm
181
Przewyższenia
544m
32
359
       292
Nachylenie
+ 3.2% - 3.0%
+ 9.0 - 7.0
Temperatura
36.3°C
32.0 41.0

Gdy łapałem rowerowego bakcyla, nie oznaczało to automatycznego zainteresowania się wyczynowym kolarstwem. Prawdę mówiąc, nie wyobrażałem sobie, co może być pasjonującego w kilkugodzinnym obserwowaniu pedałującego peletonu. Równie nieprawdopodobne wydawało mi się słuchanie komentatorów, no bo o czym można gadać przez tak długi czas? Przecież to co najciekawsze, dzieje się dopiero niedaleko przed metą. Oglądnięcie w TVP jednego z etapów Tour de Pologne, tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie ma czego żałować. Pozbawiony emocji głos komentatora, który na co dzień zajmuje się milionem innych dyscyplin sportowych, dyletanta czerpiącego wiedzę o kolarstwie z google’a i Wikipedii, brzmiał obco, nieciekawie, a wręcz odpychająco. Jednak rok później przypadkowo włączyłem Eurosport podczas jednego zetapów Tour de France. Włączyłem i przez kolejne trzy godziny znajdowałem się w zupełnie innym świecie. Postarali się o to Tomasz Jaroński i Krzysztof Wyrzykowski. Kopalna kolarskiej wiedzy w połączeniu ze specyficznym poczuciem humoru nie pozwoliło mi oderwać się od telewizora. Od tej pory stałem się zagorzałym kibicem, starając się nie przegapić transmisji żadnego z wielkich tourów. Oczywiście w Eurosporcie.

Wczoraj oglądałem sobie spokojnie 14 etap Tour de France. Prawdę mówiąc, ani przez moment nie przyszło mi do głowy, że ucieczka, w której jechał Rafał Majka może mieć jakiekolwiek szanse powodzenia. Ale gdy rozpoczął się ostatni podjazd, gdy na dziewięć kilometrów przed metą Polak wyskoczył do przodu, a jego przewaga zaczęła rosnąć, w sercu zrodziła się nadzieja, że nareszcie, że może dzisiaj, może za chwilę będę świadkiem czegoś wielkiego. I być może nawet zachowałbym resztki spokoju, gdyby nie wspomniani wcześniej panowie Jaroński i Wyrzykowski. W ostatnich kilkudziesięciu minutach relacji przeszli samych siebie, odjechali na Mont Ventoux komentatorskiej sztuki, dając fantastyczny popis spontanicznej ekspresji, emocji i oczywiście poczucia humoru. Mam nadzieję, że zaczerpnięte z wczorajszej transmisji, tytułowe „Pchamy! Pchamy! Pchamy!” i inne słowotwórcze, jakże sympatyczne i humorystyczne „smaczki” przejdą do historii. Bo przecież zawsze będą się kojarzyć z wielkim sukcesem Rafała Majki, który – mocno wierzę – jest dopiero początkiem wielu polskich zwycięstw w najważniejszych wyścigach.

Na zakończenie słów kilka o dzisiejszej przejażdżce. Wyjechałem tuż po jedenastej. Nie był to najlepszy czas. Upał sprawił, że cała moc gdzieś uleciała. Mocno się nawadniałem, ale niewiele to dawało. Przez kilkadziesiąt kilometrów jeszcze jako tako dawałem radę, chociaż byłem wyraźnie słabszy niż zwykle. Ostatnie dwadzieścia parę kilometrów, to jazda na „awaryjnych”. Miękkie przełożenie, wygodna pozycja na siodełku. Krótko mówiąc: byle do domu.



Uście Solne wieczorem

Piątek, 18 lipca 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
5 66 590
Data
18 lipca 2014
Pt. 16:34 20:09
Rower
Ridley Fenix
5 35 35
Kalorie
1831kcal
Czas
3:29:55
23
244
0:29 0:22 0:00
Dystans
103.71km
14
176
11.81 12.41
Prędkość
29.64km/h
14
141
24.2 33.8 54.2
Kadencja
72rpm
105
Tętno
146bpm
184
Przewyższenia
433m
50
515
       258
Nachylenie
+ 3.7% - 3.5%
+ 8.0 - 5.0
Temperatura
25.9°C
22.0 30.0

W piątkowe popołudnie wskoczyłem na rower z zamiarem odprężenia po całym tygodniu pracy. Tym razem wybrałem niezbyt wymagającą, przynajmniej pod względem profilu, trasę. Na początku, jadąc przez Targowisko i Proszówki, dotarłem aż do przemieść Bochni. Przejechałem na drugi brzeg Raby i skręciłem na północ. Jadąc drogami, których nawierzchnia była raczej w kiepskim stanie, dojechałem do Uścia Solnego. Byłem mniej więcej w połowie drogi. Najpierw skręciłem na zachód, a po przejechaniu mostu na Rabie, na południe. Teraz poruszałem się równolegle do trasy, którą dopiero co pokonałem. W Mikluszowicach zniknąłem z pola widzenia, wjeżdżając w soczyście zieloną gęstwinę Puszczy Niepołomickiej. Te klimaty towarzyszyły mi przez kolejne kilkanaście kilometrów, aż do samych Niepołomic. Stamtąd pojechałem do Staniątek, a niedługo potem znalazłem się w Zakrzowie, skąd najkrótszą drogą dotarłem do domu.



Piekiełko

Niedziela, 13 lipca 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
4 65 589
Data
13 lipca 2014
Niedz. 11:28 16:14
Rower
Ridley Fenix
4 34 34
Kalorie
2284kcal
Czas
4:26:40
3
49
1:55 0:59 0:00
Dystans
113.94km
9
70
33.16 37.80
Prędkość
25.63km/h
87
753
17.2 38.0 66.5
Kadencja
76rpm
103
Tętno
144bpm
171
Przewyższenia
1491m
1
19
       548
Nachylenie
+ 4.5% - 3.9%
+ 14.0 - 11.0
Temperatura
30.3°C
24.0 38.0

Niejeden raz pisałem, że okolice Krakowa są idealnymi miejscem dla kolarza amatora. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Są płaskie trasy, są takie mniej lub bardziej pagórkowate, a jak ktoś lubi, to góry też się znajdą. Rozochocony poprzednią przejażdżką, postanowiłem dzisiaj nieco solidniej poszaleć po małopolskich górkach. Trasa, którą dość szybko i sprawnie zaplanowałem, nie dawała praktycznie żadnych szans na przemierzanie długich płaskich odcinków. Wyłącznie podjazdy i zjazdy, zero nudy, zero lenistwa.

Warunki pogodowe idealne. Było ciepło, wiał lekki wiatr. Zaopatrzony w stosowną ilość płynów, żeli i batoników, wyruszyłem w trasę o 11:30. Pierwszym zadaniem było dotarcie najkrótszą drogą do Wieliczki. Skromny ruch samochodowy sprawił, że bez duszy na ramieniu pojechałem po prostu ulicą Wielicką. W solnej stolicy Polski skręciłem na południe, by drogą numer 964 pojechać w stronę Dobczyc. Ten mocno pagórkowaty odcinek potraktowałem jako rozgrzewkę, starając się przygotować na późniejsze atrakcje. Za Dobczycami kontynuowałem jazdę drogą 964, aż do zjazdu na Raciechowice. Kilka kolejnych kilometrów było w miarę łatwe i tylko brak zacienionych miejsc dawał się trochę we znaki – temperatura na asfalcie przekraczała 30°C.

Dojechałem do Zegartowic i skręciłem w stronę Góry Świętego Jana. Widziałem przed sobą niekończący się podjazd. Nachylenie bardzo szybko przekroczyło 8% i to był jedynie początek. Później wartość stała się dwucyfrowa, osiągając 12%, a tuż za wsią nachylenie doszło nawet do 14%. Zegartowice to rodzinna miejscowość Rafała Majki. Mając takie warunki geograficzne trudno nie zostać dobrym „góralem”.

Za Górą Świętego Jana mogłem złapać trochę oddechu na zjeździe do wsi Szczyrzyc. Byłem już tutaj przed laty, więc tym razem nie zamierzałem zatrzymywać się przy zabytkowym klasztorze Cystersów. Jechałem nadal na południe, chłonąc atmosferę pięknych, zalesionych wzgórz okalających drogę. Ukryty w cieniu drzew, znajdując się w jakby innym świecie, mogłem spokojnie piąć się w górę, coraz wyżej i wyżej. Wysokościomierz cierpliwie i niespiesznie odmierzał kolejne metry, by ostatecznie zatrzymać się na wartości 549 m n.p.m. Byłem wówczas w miejscowości Porąbka, gdzie droga skręcała na wschód, by po kilku kilometrach zaprowadzić mnie do Dobrej. Tam wybrałem boczną drogę, wiodącą przez Podłopień i Tymbark do tytułowej wsi Piekiełko.

Nie licząc nazwy, Piekiełko nie jest żadną szczególną wsią. Na uwiecznienie w tytule tego wpisu zasłużyło sobie głównie tym, że leżało po prostu w połowie trasy, i właśnie tam zmieniałem kierunek eskapady, rozpoczynając powrót do domu. Z drugiej strony patrząc, dzisiejsza przejażdżka przez wzgląd na liczne podjazdy była swego rodzaju „piekiełkiem”.

Połowa drogi wcale nie oznaczała, że teraz będzie łatwiej. Owszem, najbardziej strome i najdłuższe podjazdy oraz największą wysokość miałem już za sobą. Ale teraz byłem już trochę zmęczony. Droga znowu zaczęła piąć się w górę. W subtelnym tempie pokonywałem kilometr za kilometrem. Za wsią Nowe Rybie było już jednak w miarę łatwo, a po dotarciu do wsi Stare Rybie mogłem rozkoszować się długim i stromym zjazdem po malowniczej, krętej, ukrytej w lesie drodze. Liczne zakręty z drobnymi kamyczkami naniesionego przez niedawną ulewę żwiru nie pozwalały na całkowite szaleństwo, ale poziom adrenaliny i endorfin był wystarczająco wysoki. Będąc już na dole, szybko przejechałem kilka kilometrów, które dzieliły mnie od Łapanowa. Tam skręciłem w stronę Gdowa. I znów pagórki, i znów droga, która każe zapomnieć o nudzie. Dopiero ostatnie trzy kilometry były płaskie, pozwalając nieco zregenerować się po wcześniejszych trudach.

Z Gdowa nie wybrałem najkrótszej drogi powrotnej, ale pojechałem na północ przez Liplas i Wiatowice. Zanim dotarłem do drogi 94, musiałem się zmierzyć z krótkim, ale treściwym podjazdem we wsi Zabłocie. Muszę przyznać, że choć pokonałem dzisiaj dłuższe i bardziej strome podjazdy, ten był chyba najtrudniejszy, bo w nogach miałem już prawie sto kilometrów. To był jednak ostatni trudny fragment. Po przejechaniu na drugą stronę drogi 94, pojechałem przez Słomiróg do Zakrzowca i znalazłem się na doskonale sobie znanej, często przemierzanej i opisywanej tutaj trasie. Skręciłem na zachód, aby przez Zakrzów, Węgrzce Wielkie i Kokotów dotrzeć do Krakowa.

Z roweru zsiadałem po niecałych czterech i pół godzinach jazdy. Zmęczony, ale bardziej niż zwykle zadowolony. To nie była rekreacyjna wycieczka, a na dodatek prowadziła przez miejsca, w których jeszcze nie byłem, a które potrafiły zachwycić mnie swoim naturalnym, nieskażonym cywilizacją pięknem. Bo rower to nie tylko beznamiętne kręcenie korbą i zaliczanie kolejnych kilometrów do statystyk. To przede wszystkim pretekst, by być bliżej tego, co trudno dostrzec wokół siebie w szablonowej, powtarzalnej, rutynowej codzienności – by być bliżej pięknego świata.


Wyjeżdżam z Zegartowic. Za chwilę 14%…
Wyjeżdżam z Zegartowic. Za chwilę 14%…
Kościół na (w) Górze Świętego Jana
Kościół na (w) Górze Świętego Jana
Piekiełko, czyli połowa drogi…
Piekiełko, czyli połowa drogi…
Zielone krajobrazy
Zielone krajobrazy
Krajobrazów ciąg dalszy
Krajobrazów ciąg dalszy



Popołudniowa setka

Czwartek, 10 lipca 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
3 64 588
Data
10 lipca 2014
Czw. 16:36 20:08
Rower
Ridley Fenix
3 33 33
Kalorie
1781kcal
Czas
3:28:27
25
257
0:57 0:48 0:00
Dystans
100.96km
23
265
21.45 28.16
Prędkość
29.06km/h
29
237
22.3 34.7 52.3
Kadencja
76rpm
110
Tętno
144bpm
176
Przewyższenia
823m
12
161
       388
Nachylenie
+ 3.8% - 2.9%
+ 11.0 - 6.0
Temperatura
23.0°C
20.0 27.0

Oczywistą oczywistością, co zapewne przyzna każdy, kto przesiadł się z roweru górskiego na szosowy, jest fakt, iż na tym ostatnim jeździ się szybciej. Wynika to z czterech głównych powodów. Po pierwsze, mniejsze opory toczenia. Opona szosowa przy terenowej wygląda wszakże, niczym odpustowy balonik przy Zeppelinie. Po drugie, rower szosowy jest lżejszy, o wiele lżejszy lub mega lżejszy od górskiego. Po trzecie, pozycja na rowerze szosowym jest z reguły bardziej aerodynamiczna, co przekłada się na mniejszy opór powietrza. No i wreszcie po czwarte, szosówką zapewne nie eksplorujemy kamienistych, górskich ścieżek, ograniczając się do utwardzonych dróg. Z pierwszej oczywistej oczywistości wynika druga oczywistość oczywista, że skoro jeździmy szybciej, to – uwaga, teraz zapachnie fizyką – w tej samej jednostce czasu będziemy w stanie pokonać dłuższy odcinek drogi.

Z opisanych powyżej faktów staram się w tym roku czerpać pełnymi garściami, a raczej pełnymi obrotami korby. Jeśli pogoda sprzyja, jeżeli nie mam jakiegoś kryzysu formy, to nawet w tzw. tygodniu roboczym, pomimo deficytu snu i bądź co bądź zmęczenia, udaje mi się zaliczać całkiem sensowne dystanse.

Trzy dni bez roweru i bez dobrej pogody zrobiły swoje. Wiedziałem, że dzisiaj dopadnie mnie głód jazdy. Wyruszyłem około pół do piątej, czyli mniej więcej wtedy, gdy Michał Kwiatkowski miał jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do mety 6 etapu Tour de France. Swoją drogą szkoda, że nie wygrał, ale co się odwlecze… Na początku wybrałem absolutny standard i rutynę, żeby nie powiedzieć „rowerową nudę” i pojechałem na wschód po doskonale znanych drogach. W ten sposób dojechałem do Targowiska , gdzie szablonowość się skończyła, bo pomyślałem, że skoro tyle razy w tym miejscu skręcam na północ, to dzisiaj skręcę na południe. Pojechałem więc przez Łężkowice do Książnic, a tam skręciłem na drogę 967, zamierzając dotrzeć do Gdowa. Prosta, prawie płaska trasa była wyjątkowo spokojna. Z rzadka wyprzedzały mnie samochody. Mogłem więc cieszyć się jazdą, tym bardziej, że na horyzoncie widziałem góry, a krajobraz w bezpośredniej bliskości pełen był zalesionych wzgórz.

Początkowo planowałem, że w Gdowie będę kontynuował jazdę drogą 967 do Dobczyc, ale zmieniłem zamiar. To znaczy pomysł dotarcia do Dobczyc pozostał, ale nie tą drogą. Skręciłem na południe, przejechałem przez most na Rabie i zaraz za nim skręciłem w stronę Stadnik. To boczna droga, która kiedyś była zapewne koszmarną hybrydą dziur i asfaltu, ale po przeszłości nie pozostała żaden ślad – zresztą, jak na wielu małopolskich drogach. Ruchu na niej nie było prawie żadnego, co potęgowało radość z jazdy. Widoki także był przednie – i te przednie, i te boczne, i nawet te tylne. Wszędzie góry, lasy, zieleń. Odprężenie, cisza, spokój, radość. W Stadnikach miałem nawet zamiar pojechać dalej na południe, ale na horyzoncie zauważyłem niepokojąco ciemne chmury. Kontynuowałem więc jazdę stronę Dobczyc, do których wkrótce dotarłem.

W Dobczycach wybrałem drogę 964 i pojechałem na północ. To oznaczało, że wkrótce będę się musiał zmierzyć z podjazdami, które na krótkim odcinku wyniosą mnie prawie 200 metrów w górę. Nie wiem dlaczego, nie wiem jak, ale dzisiaj wszystko było proste. Nadspodziewanie sprawnie i bez zadyszki wywiozłem w górę swoje, ponad 80-cio kilogramowe ciało. A wiatru bynajmniej nie miałem w plecy. W Koźmicach skręciłem na zachód, by przez Gorzków i Rzeszotary dotrzeć do Świątnik Górnych. Tam skręciłem na północ, zamierzając wrócić do Krakowa. W Grodzie Kraka wcale nie zamierzałem skierować się szybko do domu. Różnymi drogami dotarłem do ulicy Tynieckiej, potem wzdłuż Wisły dojechałem na Podgórze, tam masochistycznie po bruku wspiąłem się ulicą Parkową, przejechałem przez Bonarkę, a potem ulicami Sławka i Łużycką dotarłem do Cechowej. A tam niespodzianka. Chmura, którą widziałem wcześniej na południu, dotarła niedawno w to miejsce i musiałem pokonać kilkaset metrów mokrego asfaltu. Potem już tylko ulica Obronna, Kostaneckiego, Jakubowskiego, kawałeczek Wielickiej i byłem w domu.



Na oparach

Niedziela, 6 lipca 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
2 63 587
Data
6 lipca 2014
Niedz. 11:42 15:27
Rower
Ridley Fenix
2 32 32
Kalorie
1849kcal
Czas
3:37:07
19
184
0:26 0:22 0:00
Dystans
105.80km
12
143
10.64 12.82
Prędkość
29.24km/h
23
200
23.8 33.6 47.3
Kadencja
75rpm
100
Tętno
144bpm
173
Przewyższenia
395m
57
594
       253
Nachylenie
+ 3.7% - 3.0%
+ 8.0 - 4.0
Temperatura
35.4°C
27.0 44.0

Gdzie w okolicach Krakowa można szukać ratunku przed słońcem? Oczywiście w Puszczy Niepołomickiej. Taki był właśnie cel mojej dzisiejszej przejażdżki, na którą wybrałem się w samo południe. Dwa pełne bidony i półtora litra wody w plecaku zdawały się być gwarantem, że pomimo upału dam radę zaliczyć sensowny dystans.

Do puszczy dojechałem w miarę sprawnie i szybko. Słońce nie dawało się we znaki, bo spora część drogi była spowita kojącym cieniem drzew. Puszcza Niepołomicka gwarantowała jeszcze lepsze warunki do jazdy. Kilkanaście kilometrów pośród gęstych, rozłożystych, cudownie rozkwitłych, pokrytych zieloną gęstwiną drzew działało niczym chłodzący okład na rozgrzane ciało. W Mikluszowicach dobre się skończyło. Skręciłem na północ i szybko wyjechałem poza granicę cienia. Teraz nie miałem żadnej osłony przed palącym słońcem. Temperatura gwałtownie wzrosła i powietrze na drodze przede mną falowało, zamieniając przestrzeń w nierzeczywistą projekcję fatamorgany. Pokłady energii, które jeszcze przed chwilą zdawały się być niespożyte, powoli zaczęły się wyczerpywać. A przecież przejechałem ledwie 50 km.

W Ispinie przejechałem na drugi brzeg Wisły. W Nowym Brzesku zatrzymałem się na chwilę, aby poratować się batonikiem energetycznym. Skręciłem na zachód i rozpocząłem powrót do domu. Przed sobą miałem około czterdziestu kilometrów i póki co żadnych drzew, żadnej ochłody, żadnego cienia. Spojrzałem na termometr. Temperatura przekroczyła 40 stopni. Uff… Wiedziałem, że nie będzie łatwo. Wolno mijały kolejne kilometry. Zacząłem odczuwać zmęczenie. Zapasy wody, które niedawno wydawały się obfite, teraz zaczęły kurczyć się w zastraszającym tempie. Za Pobiednikiem skręciłemw stronę Niepołomic. Wiatr wiał mi w plecy, więc złapałem trochę oddechu. Za mostem na Wiśle skręciłem w stronę Krakowa. Pozostało już tylko 20 km, ale w tych warunkach był to poważny dystans. Woda w bukłaku właśnie się skończyła. Pozostało tylko jakieś pół litra w bidonach.

Czym bliżej byłem domu, tym coraz wolniej jechałem. Ostatnie kilometry pokonałem na oparach energii. Prawie 40 stopni w słońcu nie jest najlepszą scenografią rowerowej wyprawy…