Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Pogodny koniec wakacji

Niedziela, 31 sierpnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
10 82 606
Data
31 sierpnia 2014
Niedz. 10:45 14:25
Rower
Ridley Fenix
10 51 51
Kalorie
1748kcal
Czas
3:32:27
22
225
0:37 0:27 0:00
Dystans
100.02km
32
308
14.84 15.25
Prędkość
28.25km/h
47
360
23.7 33.4 53.3
Kadencja
74rpm
103
Tętno
141bpm
182
Przewyższenia
522m
35
383
       310
Nachylenie
+ 3.5% - 3.3%
+ 7.0 - 7.0
Temperatura
25.7°C
23.0 30.0

Ostatni dzień sierpnia, ostatni dzień wakacji, ostatnia przejażdżka w tym tygodniu. Kolejny raz udało się zaliczyć dłuższy dystans. W tym roku jeżdżę rzadziej niż we wcześniejszych latach, ale za to pokonuję dłuższe trasy. Oczywiście duża w tym zasługa przesiadki na rower szosowy – z definicji jest szybszy od roweru górskiego, a na dodatek wymusza jazdę po dobrej nawierzchni, co też przekłada się na wyższą prędkość średnią. Jeśli więc tylko dopisuje pogoda, to staram się dobrze wykorzystać ten czas. Tak było i dzisiaj. Wyruszyłem jeszcze przed południem. Niebo było zachmurzone i obawiałem się, że złapie mnie deszcz, ale moje obawy rozproszył wiatr, rozwiewając chmury i odsłaniając błękit nieba. W tej pogodnej scenerii poruszałem się najpierw po mieście, a potem w jego okolicach. Cieszyłem się jazdą. Do dzisiaj nie przestaje mnie fascynować fakt, że można poczuć się odprężonym, pokonując stromy podjazd, wylewając morze potu, walcząc z bólem mięśni. Co takiego jest w tej pasji, że ledwie skończę jedną przejażdżkę, już myślę, gdzie pojadę następnym razem?



Żubrostradą

Piątek, 29 sierpnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
9 81 605
Data
29 sierpnia 2014
Pt. 16:48 20:21
Rower
Ridley Fenix
9 50 50
Kalorie
1852kcal
Czas
3:25:04
29
290
0:24 0:20 0:49
Dystans
102.51km
18
202
10.41 11.31
Prędkość
29.99km/h
6
95
26.0 33.7 49.1
Kadencja
75rpm
101
Tętno
149bpm
198
Przewyższenia
386m
59
615
       254
Nachylenie
+ 3.7% - 3.4%
+ 8.0 - 4.0
Temperatura
19.1°C
17.0 24.0

Nareszcie piątek. Gdy tylko wróciłem z pracy do domu, szybko przełknąłem obiad i przygotowałem się do przejażdżki. Nie miałem skonkretyzowanego żadnego pomysłu, a w głowie znajdował się jedynie dość wątły szkic trasy. Początek był typowy. Zresztą każdy początek jest typowy, bo przecież z miejsca, w którym mieszkam, mogę pojechać na wschód, zachód, północ lub południe. Ot, taka sytuacja…

Dzisiaj pojechałem na wschód i dotarłem aż do przedmieść Bochni. Stamtąd skierowałem się na północ i jadąc wzdłuż Puszczy Niepołomickiej dotarłem do Mikluszowic, gdzie wjechałem na Żubrostradę i zagłębiłem się w puszczy. Lubię tę drogę. Pozwala oderwać się od codzienności, a nade wszystko umożliwia bliski, wręcz namacalny kontakt z przyrodą. Dziesięć kilometrów asfaltowej ścieżki gwarantuje spokój, ciszę, odprężenie. Koniec tygodnia oznacza kumulację codziennego zmęczenia. Mimo to byłem pełen energii, szybko pokonując kolejne kilometry. Dojeżdżając do końca Żubrostrady zastanawiałem się, gdzie mam skręcić? Czy pojechać do Niepołomic i wrócić do domu, czy może dojechać do drogi 964, skierować się w stronę Niepołomic, a później w stronę Nowej Huty? Wciąż czułem się świeżo, więc wybrałem drugie rozwiązanie, które zresztą gwarantowało zaliczenie dystansu powyżej 100 km. Dojechałem do ulicy Igołomskiej. Nie jest to moje ulubione miejsce. Głębokie koleiny dają kiepską alternatywę. Można jechać albo blisko środka drogi, albo poboczem. Starałem się więc szybko przejechać ten odcinek. W Nowej Hucie przejechałem przez Plac Centralny, a później musiałem trochę pokombinować, bo remontowane jest Rondo Czyżyńskie. Ostatnią odsłoną wycieczki był przejazd przez ulicę Sołtysowską, dojazd do Mostu Wandy i dotarcie do Rybitw, skąd miałem już tylko kilka kilometrów do domu.

Musiałem zwolnić, bo zapadł zmierzch, a droga przez Rybitwy jest pełna dziur. Przepraszam, nie dziur, a wykruszeń. Według pewnej pani z Zarządu Dróg w Warszawie, dziura jest na wylot, a więc na drogach nie ma dziur, tylko są wykruszenia. Pani miała problem z wypowiedzeniem słów „na wylot”, mówiąc „na wylut”. To mi przypomniało słynny reporterski debiut innej pani z TVP3, która usiłując powiedzieć coś na temat przyczyn wykolejenia pociągu, powiedziała: „najprawdopodobniej albo, albo szyny, które nie były… nie są równe, albo po prostu… no, tak jak mówiłam we wcześniejszym wejściu, yyyyy… szyny, szy… szyny były złe, aaa…, a podwozie, podwozie, podwozie… podwozie też było złe”.



Przedsmak jesieni

Poniedziałek, 25 sierpnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
8 80 604
Data
25 sierpnia 2014
Pon. 16:26 19:32
Rower
Ridley Fenix
8 49 49
Kalorie
1456kcal
Czas
2:59:28
40
395
0:38 0:28 0:00
Dystans
84.77km
42
358
14.86 16.18
Prędkość
28.34km/h
44
349
23.2 34.1 63.0
Kadencja
75rpm
110
Tętno
140bpm
175
Przewyższenia
526m
33
376
       332
Nachylenie
+ 3.5% - 3.2%
+ 8.0 - 7.0
Temperatura
18.0°C
14.0 21.0

Czas – termin stworzony, by spróbować ogarnąć przemijanie – nieubłaganie unieważnia kolejne kartki z kalendarza. Coraz szybciej przesuwające się chmury po niebie, ciemne poranki i wczesne wieczory przypominają, że jesień powoli puka do drzwi. I chociaż każda pogoda jest dobra na rower, a złe może być jedynie ubranie, to trzeba wykorzystać ostatnie tchnienia ciepłego lata.

Wyruszyłem popołudniu. Wiało, a nawet kropił deszcz, ale patrząc na chmury widziałem, że długo nie będzie padać. Przejażdżkę zamierzałem potraktować raczej relaksacyjnie, pamiętając o trudach sobotniej wyprawy. Już w trakcie standardowej rozgrzewki w Kosocicach, czyli po przejechaniu ledwie kilku kilometrów, zauważyłem, że łatwo nie będzie. Fakt, że poruszałem się pod wiatr, ale wyraźnie czułem ból w mięśniach. Cóż, widocznie w moim wieku regeneracja nie przebiega już tak szybko jak kiedyś. Na szczęście z czasem było coraz lepiej i porzuciłem pomysł, aby wyjątkowo skrócić sobie dzisiejszą zabawę. Odwiedziłem Tyniec, zawróciłem do Krakowa, potem pojechałem do Piekar, Liszek, Morawicy, Balic i Zabierzowa. Dopiero stamtąd wróciłem do domu.



Sobotni „grzebień”

Sobota, 23 sierpnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
7 79 603
Data
23 sierpnia 2014
Sob. 11:42 16:26
Rower
Ridley Fenix
7 48 48
Kalorie
2106kcal
Czas
4:26:31
4
50
1:19 0:52 0:00
Dystans
120.18km
5
53
27.86 29.97
Prędkość
27.05km/h
69
507
21.0 34.5 68.6
Kadencja
78rpm
117
Tętno
138bpm
172
Przewyższenia
1005m
5
92
       458
Nachylenie
+ 3.6% - 3.3%
+ 11.0 - 8.0
Temperatura
24.4°C
19.0 30.0

Pomysłu na dzisiejszą przejażdżkę szukałem bezpośrednio na mapie. Oczywiście mam na myśli cyfrową mapę w postaci aplikacji MapSource. Rozważałem różne warianty, aż w końcu zdecydowałem się na jeden z nich.

Pospiesznie zaplanowana trasa rozpoczynała się w Zabierzowie, a więc najpierw musiałem przejechać przez cały Kraków. Z Zabierzowa pojechałem drogą numer 79 na zachód. W dni powszednie to ruchliwa trasa, ale dzisiaj w sobotę była spokojna, więc bezpiecznie, nie martwiąc się tym, co mam za plecami, poruszałem się w stronę Krzeszowic. Jazdę utrudniał przeciwny wiatr, co w połączeniu z lekko wznoszącym się terenem, przekładało się na umiarkowaną prędkość średnią. W Krzeszowicach skręciłem na północ. Od tej pory jechałem już wyłącznie w górę. Podjazd do miejscowości Gorenice nie był specjalnie wymagający, ale dosyć długi.

Z Gorenic pojechałem do Olkusza, a zaraz potem skręciłem w drogę numer 783. Mniej więcej na wysokości Rabsztyna skręciłem na wschód. Nigdy jeszcze nie jechałem tą drogą, więc nie wiedziałem, co mnie czeka. Miałem już trochę kilometrów w nogach, zaliczyłem też trochę przewyższeń, a tymczasem musiałem się zmierzyć z serią krótkich, ale wymagających podjazdów i zjazdów. Profil przypominał grzebień. Góra, dół, góra, dół, góra, dół, góra, dół. Pierwszy podjazd przejechałem dość szybko i agresywnie, drugi już zdecydowanie wolniej, a na kolejnych musiałem przypomnieć sobie o istnieniu największej koronki w kasecie. Do wsi Trzyciąż dotarłem mocno zmęczony, a przecież to jeszcze nie był koniec.

Skręciłem na południe z zamiarem dotarcia do Skały. Droga numer 794 nie była płaska, ale na szczęście podjazdy nie były tak wymagające, jak te, które niedawno pokonywałem. W Skale rozpocząłem ostatni, najłatwiejszy etap, czyli powrót do Krakowa. Najpierw droga była jeszcze trochę pagórkowata, ale wkrótce rozpoczął się piękny, długi zjazd. Miałem nawet okazję wyprzedzić starszego pana, który bał się rozpędzić swojego forda fiestę do prędkości większej niż 60 km/h. Przejechałem przez Zielonki i wkrótce potem dotarłem do przedmieść Krakowa. I znów musiałem przejechać przez całe miasto, aby dotrzeć do domu.

Cóż. Nie mogę powiedzieć, abym wrócił wypoczęty i pełen energii. Chyba nie zdążyłem się zregenerować po wczorajszej przejażdżce, albo narzuciłem sobie zbyt mocne tempo w pierwszej połowie dystansu, co później się zemściło. To jednak nieważne. Ważne, że pomimo zmęczenia wróciłem zadowolony i już myślę, gdzie pojechać następnym razem.



Mistycznie

Piątek, 22 sierpnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
6 78 602
Data
22 sierpnia 2014
Pt. 17:03 20:08
Rower
Ridley Fenix
6 47 47
Kalorie
1582kcal
Czas
2:59:28
40
395
0:34 0:26 0:22
Dystans
86.48km
39
349
14.46 15.46
Prędkość
28.91km/h
31
256
25.2 34.4 60.4
Kadencja
74rpm
113
Tętno
147bpm
190
Przewyższenia
485m
40
431
       289
Nachylenie
+ 3.4% - 3.1%
+ 7.0 - 7.0
Temperatura
18.9°C
16.0 21.0

To chyba widać, słychać i czuć, że jestem rowerowym pasjonatem. Tak, wiem, że są maniacy, którzy prawie każdego dnia przemierzają spore dystanse, ale ja staram się znaleźć kompromis pomiędzy życiem rodzinnym, rowerem, a innymi moimi zainteresowaniami. Odkąd sięgam pamięcią, nigdy się nie nudziłem. Nieważne, czy miałem 5 czy 45 lat, zawsze czymś się interesowałem i narzekałem raczej na brak czasu, niż na brak zajęć. Do każdej mojej pasji dopisywałem jakąś filozofię i znajdowałem w niej coś mistycznego, co powodowało, że proste w gruncie rzeczy zainteresowania stawały się czymś więcej – stylem życia, sposobem na ucieczkę od szablonu dnia. Brzmi to być może patetycznie, ale jak inaczej opisać to uczucie, gdy wsiadam na rower, opieram ręce na kierownicy, wpinam buty w pedały i ruszam przed siebie. Od tej chwili jestem już tylko ja i mój rower. Świat, jego kolory, odgłosy, zapachy stają się tłem, przesuwającym się w rytm obrotów korby. Mogę liczyć tylko na siebie, gdy droga pnie się w górę, gdy do domu pozostało jeszcze sporo kilometrów, gdy zaskoczył mnie deszcz, ciemność, chłód. W tym moim mikroświecie mogę krążyć po meandrach moich myśli lub wspomnień, mogę się modlić pod błękitnymi freskami nieba, a jeśli zechcę, mogę nie myśleć wcale i tylko patrzeć na zmieniające się krajobrazy. Duchowa lewitacja ponad oceanem materii, odprężenie, spokój. Zmęczenie, ból mięśni, przyspieszony oddech, krople potu pozostały gdzieś daleko. Mistyka? Ależ oczywiście!



Polskie drogi

Niedziela, 17 sierpnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
5 77 601
Data
17 sierpnia 2014
Niedz. 10:52 14:37
Rower
Ridley Fenix
5 46 46
Kalorie
1898kcal
Czas
3:36:15
20
191
0:55 0:39 0:00
Dystans
103.18km
16
187
20.54 23.34
Prędkość
28.63km/h
35
298
22.3 35.4 56.5
Kadencja
77rpm
106
Tętno
147bpm
183
Przewyższenia
782m
15
184
       367
Nachylenie
+ 3.8% - 3.3%
+ 8.0 - 7.0
Temperatura
22.7°C
19.0 28.0

Kończy się powoli wakacyjny czas i nawet natura zdaje się to sygnalizować. Dzisiaj dość mocno wiało, po niebie żeglowały chmury, a temperatura była… wymarzona do jazdy na rowerze. Nie za zimno, nie za ciepło, po prostu w sam raz. Wyskoczyłem więc na przejażdżkę, która wieść miała na zachód, co było o tyle korzystne, że przecież w którymś momencie musiałem zawrócić, a wtedy wiatr powinien mi sprzyjać.

Rozpocząłem od dojazdu do Skawiny. Potem przejechałem przez dawno nieodwiedzane wsie Kopanka, Przeryta, Ochodza i Facimiech. Rok temu pisałem, że Kopanka ma jak najbardziej słuszną nazwę, bo cała jest rozkopana, a jakość nawierzchni drogi we wsi Przeryta idealnie pasuje do nazwy miejscowości. Coś się jednak zmieniło. W Kopance położono nowy asfalt, a Przeryta… pozostała przeryta. W Wielkich Drogach wjechałem na „wielką” drogę 44 i skierowałem się dalej na zachód. W Nowych Dworach zrezygnowałem jednak z podążania głównym szlakiem na rzecz wąskich, lokalnych dróg, które w końcu zaprowadziły mnie do Łączan.

Za Łączanami zazwyczaj od razu skręcałem na wschód, rozpoczynając powrót, ale nie dzisiaj. Dzisiaj pojechałem do wsi Kamień, która znajduje się w Rudniańskim Parku Krajobrazowym. Niestety do tego miejsca nie dotarło jeszcze hasło „Polska w budowie”, albo po prostu władze samorządowe nie potrafią napisać stosownego wniosku o dofinansowanie. Znam inne, o wiele biedniejsze miejscowości, które w przeciągu kilku lat zmieniły się nie do poznania. Mają po prostu gospodarza. Nie wiem, jak to wygląda w Rusocicach i Kamieniu, ale droga z pewnością jest wspomnieniem po PRL’u. Wspomniana droga, a raczej jej fatalny stan był pewną przeszkodą na podjeździe. O wiele łatwiej pokonuje się bardziej strome wzniesienia, ale poruszając się lepszą drogą. Na szczycie zapomniałem jednak o kłopotach, bo czekał na mnie spokojny zjazd w leśnym teatrze parku krajobrazowego. Uwielbiam taką scenerię, gdy mogę jechać pośród drzew, wsłuchując się w intymną atmosferę przyrody.

Dojechałem do drogi 780, skręciłem w stronę Krakowa, ale już po kilkuset metrach ponownie jechałem na północ. Przede mną był prawie dwukilometrowy podjazd do wsi Rybna. Początkowo zamierzałem przejechać go w relaksacyjnym tempie, ale czułem się na tyle dobrze, że pozwoliłem sobie na odrobinę „szaleństwa” i zaliczyłem go w niezłym jak na mnie tempie. Za Rybną była Sanka, a potem odprężający zjazd do wsi Zalas. Tam skręciłem na wschód i dojechałem do Frywałdu, gdzie znów zmieniłem kierunek, jadąc tym razem na południe. Droga początkowo wiodła przez las i kolejny raz trafiłem na kiepską nawierzchnię. Na szczęście wszelkie kłopoty z asfaltem wkrótce się skończyły. Przejechałem przez Baczyn i Skałki, a w Mnikowie skręciłem w stronę Cholerzyna. Aby wrócić do domu, wystarczyło jechać przed siebie, ale gdzie tam! Skręciłem do Morawicy, przejechałem przez Aleksandrowice i Balice, skierowałem się do Zabierzowa, a potem przez Rząskę dotarłem do ulicy Balickiej, rozpoczynając w ten sposób ostatnią odsłonę wycieczki.

Jeszcze tylko przejazd przez Kraków, jeszcze tylko dojazd do ulicy Wielickiej, która w niedzielę staje się nieco bardziej przyjazna – albo inaczej – nieco mniej niebezpieczna dla rowerzystów. Potem już tylko kilka kilometrów do drzwi… lodówki, za którymi czekała na mnie zimna Pepsi-Cola…


Okolice Kamienia. Gdzieś tam na horyzoncie majaczą ruiny zamku w
Rudnie.
Okolice Kamienia. Gdzieś tam na horyzoncie majaczą ruiny zamku w Rudnie.
Okolice Kamienia
Okolice Kamienia



Pagórkowato i płasko i odpustowo

Piątek, 15 sierpnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
4 76 600
Data
15 sierpnia 2014
Pt. 10:54 15:21
Rower
Ridley Fenix
4 45 45
Kalorie
2314kcal
Czas
4:21:09
7
55
1:09 0:41 0:00
Dystans
123.52km
4
39
24.54 24.29
Prędkość
28.38km/h
42
342
21.1 35.4 59.4
Kadencja
76rpm
104
Tętno
147bpm
190
Przewyższenia
931m
9
116
       387
Nachylenie
+ 3.8% - 3.8%
+ 13.0 - 15.0
Temperatura
26.4°C
23.0 31.0

Po kilkudniowej przerwie spowodowanej głównie przez fatalną pogodę, dzisiaj nareszcie wybrałem się na przejażdżkę. Głód jazdy sprawił, że zamierzałem cieszyć się przemierzaniem dróg nieco dłużej niż zwykle. Nie chciałem także iść na łatwiznę i dlatego od razu skierowałem się na ulubiony szlak rozgrzewkowy, czyli do Kosocic. Po zmierzeniu się z tamtejszymi podjazdami pojechałem do Świątnik Górnych, które – jak to już kiedyś pisałem na blogu – nazwę swoją nie zawdzięczają bynajmniej przypadkowi. Ze Świątnik Górnych pojechałem do Gorzkowa, a stamtąd dalej na wschód, aby w końcu dotrzeć do drogi 964, czyli głównego szlaku do Dobczyc. Idealna nawierzchnia, wspaniała pogoda i niezła forma powodowały, że endorfiny wydzielały się w większej obfitości niż zwykle. Cieszyłem się jazdą i z radością pokonywałem kolejne kilometry.

Z Dobczyc skierowałem się w stronę Kasiny Wielkiej, ale szybko skręciłem w stronę Stadnik. Zamierzałem dojechać do Gdowa, ale nie najkrótszą drogą tylko nieco naokoło, spodziewając się lepszej „zabawy”. Istotnie tak było, bo pomiędzy Stadnikami a Stryszową musiałem zapoznać się z urokami kilkusetmetrowego podjazdu o nachyleniu 13%. Nie mam budowy „górala”, ale mimo to uwielbiam te chwile, gdy muszę solidnie pracować, aby pokonać kolejne metry przewyższeń. Szybkie bicie serca, głębokie oddechy, krople potu spływające po twarzy. Czym trudniejsza próba, tym większa satysfakcja, gdy wreszcie pojawiam się na szczycie i widzę przed sobą zielone doliny, a nad nimi błękit nieba. I tę próbę udanie zaliczyłem i w nagrodę mogłem zasmakować wiatru we włosach na zjeździe za Zręczycami. Robiłem to jednak bardzo ostrożnie, bo – primo – droga była wąska i – secundo – leżało na niej pełno żwiru naniesionego po ostatnich ulewach. W ten oto sposób dotarłem do Gdowa.

Z Gdowa pojechałem przez Liplas do Niegowici. Tam znacznie zwolniłem, bo akurat odbywał się odpust i musiałem omijać zaparkowane samochody oraz lawirować pomiędzy całymi rodzinami, a głównie pomiędzy ich latoroślami, dumnie i radośnie dzierżącymi w dłoniach odpustowe cudeńka „made in China”. Zmieniły się czasy, zmieniły odpusty. Pamiętam, jak w dzieciństwie strzelałem z pistoletów korkowych, albo tych na kapsle, a same stragany pełne były dość siermiężnych, ale – patrząc z perspektywy wielu lat – swojskich i „klimatycznych” zabawek. Wtedy się z tego śmiałem, lekceważąc ludową tradycję i nie sądziłem, że kiedyś wrócę myślami do tamtych dni i zanucę w myślach, „…że najbardziej mi żal: kolorowych jarmarków, blaszanych zegarków, pierzastych kogucików, baloników na druciku, motyli drewnianych, koników bujanych, cukrowej waty i z piernika chaty”.

Pożegnawszy Niegowić i wspomnienia, pojechałem dalej. Przejechałem przez Cichawę, Książnice i Siedlec. Wkrótce potem jechałem już drogą 94 w stronę Krakowa. Nie zamierzałem jednak wracać do domu najkrótszą z dróg. W Targowisku ponownie skręciłem na wschód, aby dojechać do Proszówek. Tam skierowałem się na północ, a dotarłszy do Mikluszowic, skręciłem na zachód. Kolejne kilkanaście kilometrów wiodło przez Puszczę Niepołomicką. Z racji świątecznego dnia, spotykałem wielu spacerowiczów, rolkarzy, no i oczywiście rowerzystów. Ostatnią odsłoną przejażdżki było dwadzieścia kilometrów i około czterdzieści minut jazdy, które dzieliło Niepołomice od mojego domu.



VII etap Tour de Pologne, czyli Majkomania

Sobota, 9 sierpnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
3 75 599
Data
9 sierpnia 2014
Sob. 10:00 13:29
Rower
Ridley Fenix
3 44 44
Kalorie
1788kcal
Czas
3:23:42
30
300
0:23 0:18 0:00
Dystans
100.71km
26
276
10.01 10.15
Prędkość
29.67km/h
12
138
25.3 33.2 59.8
Kadencja
75rpm
94
Tętno
147bpm
164
Przewyższenia
369m
64
654
       258
Nachylenie
+ 3.7% - 3.6%
+ 6.0 - 7.0
Temperatura
32.7°C
24.0 39.0

Kraków, sobota, 9 sierpnia 2014 roku. To wspaniały dzień w historii polskiego kolarstwa. Po raz pierwszy od kiedy Tour de Pologne jest jednym z wyścigów UCI World Tour, Polak staje na najwyższym stopniu podium. Rafał Majka nie tylko wygrywa wyścig, ale wcześniej nie ma sobie równych na dwóch trudnych etapach. Dokonuje tego wszystkiego ledwie kilka dni po zakończeniu morderczego Tour de France, w którym zdobył koszulkę najlepszego górala, wygrał dwa górskie etapy, raz był drugi, a raz trzeci. No, a jeszcze wcześniej zajął szóste miejsce w Giro d’Italia. Szok, niedowierzanie, ale przede wszystkim duma i radość.

Zanim Rafał Majka przekroczył linię mety VII etapu Tour de Pologne, obudziłem się o świcie z mocnym postanowieniem zaliczenia swojej własnej jazdy na czas na czterokrotnie większym dystansie niż uczestnicy Tour de Pologne. Dlaczego jazdy na czas? Bo przecież musiałem się spieszyć, aby popołudniu stanąć przy trasie czasówki i poczuć klimat rywalizacji o zwycięstwo w naszym narodowym tourze. Wybrałem w miarę łatwą trasę, którą mógłbym nazwać „pętlą niepołomicką”, albowiem wiodła dokoła puszczy. Początkowo szło mi całkiem nieźle, ale po przejechaniu 60% dystansu wyraźnie zwolniłem. Nie rozumiałem dlaczego, dopóki nie spojrzałem na wykres temperatury. Straciłem moc wówczas, gdy zrobiło się upalnie i duszno. Ale nie to było dzisiaj najważniejsze.

Po powrocie do domu wskoczyłem oczywiście do wanny, aby zmyć z siebie morze soli. Uzupełniłem płyny, podarowałem sobie obiad, chwyciłem aparat fotograficzny i pobiegłem na trasę czasówki. Nie miałem daleko, bo jakieś pół kilometra. Stanąłem sobie w cieniu pod jednym z balonów reklamowych i czekałem. A tymczasem wokół mnie zaczęli gromadzić się kibice. Przychodziły całe rodziny i rozsiadały się wygodnie na trawie. Niektórzy z biało czerwonymi flagami, a niektórzy z… piwem ukrytym w reklamówkach. Większość z tych osób pojawiła się tutaj za sprawą magicznej mocy przyciągania skromnego człowieka z nieodległych Zegartowic – Rafała Majki. Głód sukcesu sprawiał, że z każdą chwilą ludzi było coraz więcej.

Początkowo można było zobaczyć zawodników, którzy rozgrzewali się, a przy okazji zapoznawali się z trasą. Treningowe przejazdy wkrótce ustały i na jakiś czas zapanował spokój. Aż wreszcie w oddali zauważyłem światła policyjnego motocykla. Zbliżał się pierwszy zawodnik, Australijczyk Jack Bobridge. Po nim, w mniej więcej minutowych odstępach pojawiali się kolejni zawodnicy. Pierwsza dziesiątka klasyfikacji generalnej miała startować do dwie minuty. Kolarze przejeżdżali tuż obok mnie. Dwa kilometry dalej na stacji benzynowej Lotosu był nawrót i wracali t samą drogą, dzięki czemu miałem świetną perspektywę do robienia zdjęć. Pomny ubiegłorocznych doświadczeń, kiedy okazało się, że nie wszystkie zdjęcia się udały, włączyłem w aparacie tryb „sportowy”, który wykonuje pięć zdjęć w krótkim czasie. Któreś musiało się udać. Przejeżdżali coraz lepsi zawodnicy. Każdy z nich był dopingowany oklaskami i okrzykami. Atmosfera naprawdę była wspaniała i jakże odległa od chamskiego, prymitywnego dopingu, który można zaobserwować na boiskach piłkarskich. Aż wreszcie nadszedł czas pierwszej dziesiątki…

Marek Rutkiewicz, Gianluca Brambilla, Przemysław Niemiec, Warren Barguil, Robert Gesink, Giampaolo Caruso. Teraz powinien jechać Christophe Riblon, a tymczasem minął mnie Jon Izaguirre. Chwila grozy. Czyżby Hiszpan zdążył odrobić już ponad dwie minuty? Na szczęście przypomniałem sobie, że przecież w klasyfikacji generalnej Izaguirre sąsiaduje z Intxausti, który także jeździ w barwach Movistar, a zawodnicy jednej drużyny nie mogą startować po sobie. Uff… Cóż za ulga. Przejechał Christophe Riblon, a później Benat Intxausti i wśród kibiców zapanowało radosne poruszenie, bo następnym i zarazem ostatnim zawodnikiem miał być lider wyścigu, czyli Rafał Majka. W myślach liczyłem upływające sekundy, ale nie pamiętam już, do ilu doliczyłem. Policyjne światła, powiewające flagi i krzyk kibiców oznaczały, że zbliża się nasz nowy narodowy bohater. Rafał Majka minął mnie. Z szeroko otwartymi ustami, chwytając jak najwięcej powietrza, z napiętymi mięśniami nóg, niesiony dopingiem, nadzieją i wiarą w końcowy sukces. Tymczasem z drugiej strony wracali już jego najgroźniejsi rywale: Izaguirre, Riblon, Intxausti. Zerknąłem na mój smartfon, na którym cały czas miałem otwartą oficjalną aplikację Tour de Pologne. Wszyscy trzej mieli bardzo dobry czas na półmetku. A Majka? Na razie żadnych informacji. I znów policyjne światła, i znów wrzawa, i znów powiewające flagi. A ponadto klaksony motorów i samochodów, które miały problem z przedarciem się przez kibiców, którzy weszli na drogę, aby być jak najbliżej nowego idola. Zrobiłem ostatniej zdjęcia i pobiegłem do domu…

Jeszcze po drodze przeczytałem, że Rafał Majka także miał bardzo dobry czas na półmetku. To dobrze, ale jak będzie na mecie? Wpadłem do mieszkania i włączyłem Eurosport. Rafał Majka właśnie przejeżdżał obok Wawelu. Aby wygrać wyścig, czas nie mógł być gorszy niż 30 minut i 5 sekund. Pozostał już tylko kilometr, ale trudny kilometr. Ostry skręt w ulicę Grodzką, ostry zakręt tuż przed metą i cały czas kostka. Z nieubłaganą systematycznością upływają kolejne sekundy. Gdy Rafał jest już na Rynku Głównym, wiadomo, że nie będzie lepszy od Izaguirre. Ale są jeszcze 22 sekundy w zapasie! Ostatni zakręt, ostatnie obroty korbą, ostatnie metry i meta! Rafał Majka wygrał 71 Tour de Pologne, ale… jeszcze o tym nie wie. Dowie się dopiero za kilkadziesiąt sekund.

A więc „Majkomanię” czas zacząć. Na koniec zacytuję to, co niedawno napisałem na moim facebookowym profilu.

Przewiduję klasyczny scenariusz, oparty na dwóch plusach i jednym minusie…

Część młodych ludzi zechce iść w ślady Rafała Majki lub przynajmniej wyrwie się z wirtualnego, ograniczonego wielkością pamięci i twardego dysku świata. Ci nieco starsi być może odłożą pilota i ponad przełączanie kanałów, przełożą krajobrazy, subtelnie zmieniające się w rytmie obrotu rowerowych kół. To plusy.

A minus? W ojczyźnie naszej przybędzie teraz, lekko licząc, kilka milionów specjalistów od kolarstwa. Układając wygodnie swoje brzuchy na kolanach, będą rechotać, gdy Polak pierwszy przekroczy linię mety. Jednak te same rzesze teoretyków sportu, dla których najtrudniejszym podjazdem jest wywiezienie windą na pierwsze piętro dwóch zgrzewek piwa, będą wytykać błędy, gdy ktoś inny podniesie ręce w geście zwycięstwa. Nawiasem mówiąc, to Ci sami, którzy uczyli Małysza, jak odbić się z progu, wybierali najlepszy tor jazdy dla Kubicy i tłumaczyli Gortatowi, jak się rzuca „za trzy”.


Rafał Majka w drodze po zwycięstwo.
Rafał Majka w drodze po zwycięstwo.
Dawaj Rafał, dawaj! Do mety pozostało „tylko” i „aż” 10 kilometrów. Pchamy! Pchamy! Pchamy!
Dawaj Rafał, dawaj! Do mety pozostało „tylko” i „aż” 10 kilometrów. Pchamy! Pchamy! Pchamy!
Jon Izaguirre na czasówce będzie lepszy od Rafała Majki, ale cały wyścig przegra z nim o 8 sekund.
Jon Izaguirre na czasówce będzie lepszy od Rafała Majki, ale cały wyścig przegra z nim o 8 sekund.
Benat Intxausti zajmie ostatecznie trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej.
Benat Intxausti zajmie ostatecznie trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej.
Christophe Riblon dwoił się i troił, ale pozostał na czwartym miejscu.
Christophe Riblon dwoił się i troił, ale pozostał na czwartym miejscu.
„Przemiec” czyli Przemysław Niemiec, a z pewnością „prze-gość”. Awansuje na piąte miejsce w generalce.
„Przemiec” czyli Przemysław Niemiec, a z pewnością „prze-gość”. Awansuje na piąte miejsce w generalce.
Robert Gesink – 8 w klasyfikacji generalnej.
Robert Gesink – 8 w klasyfikacji generalnej.
Petr Vakoc. Jeszcze przedwczoraj jechał w koszulce lidera, ale ostatecznie zajął 10 miejsce.
Petr Vakoc. Jeszcze przedwczoraj jechał w koszulce lidera, ale ostatecznie zajął 10 miejsce.
Marek Rutkiewicz. Do 10 miejsca w klasyfikacji generalnej zabrakło 7 sekund.
Marek Rutkiewicz. Do 10 miejsca w klasyfikacji generalnej zabrakło 7 sekund.
Sanchez Samuel wylądował na 12 miejscu w klasyfikacji generalnej.
Sanchez Samuel wylądował na 12 miejscu w klasyfikacji generalnej.
Warren Barguil ukończył wyścig na 14 miejscu.
Warren Barguil ukończył wyścig na 14 miejscu.
Ryder Hesjedal – miejsce 17.
Ryder Hesjedal – miejsce 17.
Giampaolo Caruso wyprzedza właśnie dwie kobiety z dzieckiem. To „osiągnięcie” zaprowadzi go na 18 miejsce w klasyfikacji generalnej.
Giampaolo Caruso wyprzedza właśnie dwie kobiety z dzieckiem. To „osiągnięcie” zaprowadzi go na 18 miejsce w klasyfikacji generalnej.
Maxime Monfort ukończył wyścig na 22 miejscu.
Maxime Monfort ukończył wyścig na 22 miejscu.
Oliver Zaugg ukończył wyścig na 31 miejscu, ale kibice na trasie czasówki dopingowali wszystkich zawodników Tinkoff Saxo prawie tak samo, jak Rafała Majkę.
Oliver Zaugg ukończył wyścig na 31 miejscu, ale kibice na trasie czasówki dopingowali wszystkich zawodników Tinkoff Saxo prawie tak samo, jak Rafała Majkę.
Steve Morabito uzupełnia płyny. Bidon za chwilę wyląduje na trawniku, gdzie rzucą się na niego nieustraszeni łowcy bidonów. Steve zajmie 35 miejsce w klasyfikacji generalnej.
Steve Morabito uzupełnia płyny. Bidon za chwilę wyląduje na trawniku, gdzie rzucą się na niego nieustraszeni łowcy bidonów. Steve zajmie 35 miejsce w klasyfikacji generalnej.
42 miejsce zajął Tomasz Marczyński.
42 miejsce zajął Tomasz Marczyński.
Johannes Frohlinger. Mały człowiek z wielkim kaskiem. 56 miejsce w generalce.
Johannes Frohlinger. Mały człowiek z wielkim kaskiem. 56 miejsce w generalce.
Maciej Paterski – 57 miejsce, ale zwycięstwo w klasyfikacji górskiej.
Maciej Paterski – 57 miejsce, ale zwycięstwo w klasyfikacji górskiej.
Edvald Boasson Hagen nie sięgnął „nieba”. Zawodnik grupy Sky ukończył wyścig na 61 miejscu.
Edvald Boasson Hagen nie sięgnął „nieba”. Zawodnik grupy Sky ukończył wyścig na 61 miejscu.
Fabio Aru, bożyszcze nie tylko włoskich nastolatek zameldował się na 64 miejscu w klasyfikacji generalnej.
Fabio Aru, bożyszcze nie tylko włoskich nastolatek zameldował się na 64 miejscu w klasyfikacji generalnej.
Rower Rafała Majki, na którym przejechał linię mety jako zwycięzca wyścigu.
Rower Rafała Majki, na którym przejechał linię mety jako zwycięzca wyścigu.
To z tego samochodu padała komenda „full gas!”
To z tego samochodu padała komenda „full gas!”



Przy trasie IV etapu

Środa, 6 sierpnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
2 74 598
Data
6 sierpnia 2014
Śr. 9:35 13:55
Rower
Ridley Fenix
2 43 43
Kalorie
1659kcal
Czas
3:20:05
33
316
0:32 0:25 0:00
Dystans
100.01km
33
309
13.71 13.94
Prędkość
29.99km/h
6
95
25.5 33.1 51.0
Kadencja
75rpm
106
Tętno
142bpm
180
Przewyższenia
455m
44
471
       253
Nachylenie
+ 3.3% - 3.2%
+ 8.0 - 8.0
Temperatura
21.7°C
20.0 29.0

Jako fan kolarstwa pomyślałem sobie, że grzechem byłoby nie skorzystać z okazji zobaczenia na żywo kolarzy rywalizujących w 71 Tour de Pologne. Oczywiście mogłem iść na łatwiznę i spokojnie poczekać do sobotniego etapu jazdy indywidualnej na czas, której trasa będzie przebiegać kilkaset metrów od mojego domu, ale to nie to samo, co zobaczyć cały peleton w akcji. Tak się złożyło, że IV etap wyścigu wiódł doskonale znanymi mi drogami, a więc mogłem wybrać dobre miejsce do obserwacji. Wystarczyło jedynie tam dojechać…

Gdy o poranku otworzyłem oczy i spojrzałem za okno, zrozumiałem, że słowo „dojechać” niekoniecznie będzie łatwo zamienić w czyn. Ołowiane chmury wiszące wszędzie, gdzie tylko sięgał mój wzrok, nie dawały dużej nadziei na wycieczkę po suchym asfalcie. Zacząłem się wahać, czy mój pomysł w ogóle ma szanse realizacji. Nie ma ryzyka, nie ma zabawy – powiedziałem sobie i czym prędzej rozpocząłem przygotowania do jazdy. Po dziewiątej wyszedłem z domu.

Miałem przed sobą prawie czterdzieści kilometrów. Zamierzałem dojechać do Ispiny i tam zatrzymać się przy moście na Wiśle. Most jest wąski, ruch na nim odbywa się wahadłowo, a więc liczyłem, że peleton będzie musiał nieco zwolnić, aby bezpiecznie przez niego przejechać. Miałem spory zapas czasu, ale pomimo tego starałem się jechać w miarę szybko. Umiarkowana temperatura ułatwiała to zadanie. Przemknąłem przez Podłęże, Staniątki i Niepołomice. Tam nie wybrałem najkrótszej drogi, lecz przejechałem przez Puszczę Niepołomicką. Potem jeszcze kilka kilometrów i zawitałem do Ispiny. Skręciłem w lewo w stronę Wisły, pokonałem ostatnie dwieście kilkadziesiąt metrów i zatrzymałem się przy moście. Byłem gotowy.

Wjazd na most pilnowany był przez strażaka. Dzięki temu, iż posiadał krótkofalówkę, wiadomo było, gdzie aktualnie znajduje się kolumna wyścigu. Przy okazji można było się dowiedzieć, że wójt zaprasza wszystkie osoby zabezpieczające trasę na obiad. Po kilkunastu minutach zaczęły pojawiać się pierwsze motocykle oraz samochody związane z obsługą wyścigu. Po dwudziestu minutach zjawiła się kolumna reklamowa. Kilkanaście samochodów przejechało przez most, rozdając… uśmiechy i pozdrowienia. Po kolejnych dwudziestu minutach pojawili się pierwsi kolarze – kilkuosobowa ucieczka, a niedługo po nich nadjechał mocno rozciągnięty peleton. Szum kilkuset rowerowych opon wypełnił okolicę. Kolarze przejeżdżali tuż obok mnie. Czasem używa się sformułowania „kolorowy peleton”. Dzisiaj był nieco poszarzały, bo start i pierwsze kilometry odbyły się w rzęsistym deszczu. Cały spektakl trwał ledwie kilkanaście sekund. Potem przejechały jeszcze samochody serwisowe, kilku maruderów, znów samochody serwisowe i wreszcie samochód zamykający kolumnę. Było po wszystkim. Mieszkańcy Ispiny wrócili do domów, samochody oczekujące na otwarcie drogi przejechały przez most. Zrobiło się cicho. Nadszedł i dla mnie czas powrotu.

Spojrzałem na niebo. Czarne chmury na wschodzie, ciemne chmury na zachodzie. Logika podpowiadała, aby najkrótszą drogą wrócić do domu. Ale ja wbrew logice pojechałem na wschód w stronę Świniar. Już po przejechaniu kilkuset metrów zaczęło kropić, a wkrótce potem spadł deszcz. Bardzo szybko przemokłem, a do niedawna czysty rower pokrył się brunatnym płynem, rozpryskiwanym przez koła. Mimo to nie opuścił mnie dobry nastrój. W Świniarach skręciłem na południe, aby jadąc wzdłuż wschodniej granicy Puszczy Niepołomickiej dotrzeć do Proszówek, czyli prawie do przedmieść Bochni. Z każdym przejechanym kilometrem deszcz był coraz słabszy, ale nadal padał. W Proszówkach skręciłem na zachód. Deszcz powoli ustawał, ale na dobre skończył się dopiero na wysokości Szarowa. Na ostatnich dwudziestu kilometrach towarzyszyły mi już skrawki błękitnego nieba, nieśmiało wychylające się spoza chmur.

Ja do wanny, rower do mycia, ciuchy do prania – to najkrótsze podsumowanie dzisiejszej przejażdżki. Żałuję? Ależ skąd. Było super!


Sympatyczny towarzysz marszala
Sympatyczny towarzysz marszala
Ucieczka już tu jest…
Ucieczka już tu jest…
Zbliża się lider
Zbliża się lider
Jeszcze tylko samochody serwisowe i można wracać do domu
Jeszcze tylko samochody serwisowe i można wracać do domu



Dobczyce, Gdów, Łapczyca

Sobota, 2 sierpnia 2014 • Komentarze: 0

Aktywność
1 73 597
Data
2 sierpnia 2014
Sob. 11:24 15:11
Rower
Ridley Fenix
1 42 42
Kalorie
1708kcal
Czas
3:42:35
14
147
1:02 0:43 0:00
Dystans
100.73km
25
274
20.53 25.75
Prędkość
27.15km/h
65
492
19.8 35.3 63.8
Kadencja
75rpm
102
Tętno
136bpm
169
Przewyższenia
804m
13
171
       372
Nachylenie
+ 3.9% - 3.1%
+ 9.0 - 8.0
Temperatura
37.4°C
31.0 41.0

Festiwalu ciepła ciąg dalszy. Wysoka temperatura psuje trochę moje plany wycieczkowe, bo przemierzanie wielu kilometrów po rozgrzanym asfalcie niekoniecznie musi być przyjemnością. Ale nie narzekam jak statystyczny Polak, lecz cieszę się z pięknego lata.

Dzisiaj zaliczyłem stukilometrową pętlę, którą rozpocząłem od tradycyjnej rozgrzewki w Kosocicach. Potem pojechałem do Wieliczki, a następnie skierowałem się w stronę Dobczyc. Pomimo upału całkiem nieźle radziłem sobie na licznych podjazdach. Z Dobczyc przez Stadniki pojechałem do Gdowa, a stamtąd do Łapczycy. W tym jednym krótkim zdaniu kryje się ponad dwadzieścia kilometrów jazdy pod wiatr, który skutecznie zastąpił brak istotnych podjazdów na tym etapie. W Łapczycy skręciłem w stronę Krakowa. Jechałem po drodze, która niegdyś była jedną z najbardziej ruchliwych i niebezpiecznych tras w Polsce. Niechlubna historia skończyła się z chwilą otwarcia autostrady Kraków – Tarnów. Pomiędzy Łapczycą a Targowiskiem wyprzedziły mnie trzy, może cztery samochody. W Targowisku wybrałem drogę do Niepołomic. Chcąc zaliczyć setkę, musiałem trochę pokombinować i wracać do domu niekoniecznie najkrótszą drogą.

Dzisiaj, w przeciwieństwie do poprzedniej wycieczki, pomimo zmęczenia upałem, nie zostałem odcięty. To dobrze, bo na wieczór zaplanowaliśmy z Moniką wspólny rowerowy wypad.