Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Ja wiedziałem, że tak będzie

Niedziela, 30 sierpnia 2015 • Komentarze: 0

Aktywność
14 88 736
Data
30 sierpnia 2015
Niedz. 9:57 14:46
Rower
Ridley Fenix
14 52 127
Kalorie
2188kcal
Czas
4:32:25
5
46
2:00 1:08 0:00
Dystans
116.45km
8
60
36.47 40.66
Prędkość
25.65km/h
105
751
18.1 35.8 63.1
Kadencja
88rpm
115
Tętno
138bpm
170
Przewyższenia
1534m
3
18
       594
Nachylenie
+ 4.2% - 3.7%
+ 15.0 - 12.0
Temperatura
34.9°C
28.0 39.0

Wszystkie znaki na niebie i ziemi, dodatkowo poparte prognozą pogody, wskazywały, że dzisiaj będzie bezchmurny i upalny dzień. Rozsądek podpowiadał, aby znaleźć sobie spokojną, lekką, najlepiej ukrytą w bezpiecznym cieniu drzew, trasę. Jednak życie byłoby nudne, bezbarwne i bardzo przewidywalne, gdyby kierować się w nim wyłącznie rozsądkiem. Tak więc, w pełni świadomie i dobrowolnie, wybrałem się w mocno górzysty teren i chociaż nie były to góry przez duże „G”, to jednak trasa, którą chciałem pokonać, miała być czymś więcej niż tylko hasaniem po okolicznych pagórkach. A upał? Pal licho upał!

Wyruszyłem przed dziesiątą, co miało sprawić, że większą część trasy pokonam, gdy słońce nie pokaże do końca, na co go stać. Przejazd do Skawiny i dalej, do Radziszowa, potraktowałem jako rozgrzewkę. Potem był pierwszy, skromny podjazd do Jurczyc, skąd dotarłem do drogi 953 i skręciłem w stronę Kalwarii Zebrzydowskiej. Nie jeżdżę tędy bardzo często, ale ponieważ ładnych kilka razy pojawiałem się już w tym miejscu, daruję sobie szczegółowy opis tego odcinka. Jest mocno pagórkowaty, choć podjazdy są raczej dość krótkie i łagodne. Póki co, jechało mi się nad wyraz sprawnie i szybko, pomimo faktu, że z każdą chwilą robiło się coraz cieplej – na kalwaryjskim rynku było już 35°C. Skręciłem na wschód i przez krótki czas jechałem drogą 52 do wsi Brody. Stamtąd skierowałem się na południe. Droga zaczęła się delikatnie wznosić, a wraz z nią… temperatura. Zacząłem to odczuwać głównie wtedy, gdy nieco zwolniłem, rozpoczynając w Leśnicy pokonywanie nieco bardziej solidnego podjazdu. Jego szczyt osiągnąłem we wsi Stronie, skąd szybko zjechałem do Stryszowa. Długi zjazd sprawił, że schłodziłem ciało, a umysł miał czas na przygotowanie się do kolejnych wyzwań, które czekały tuż za zakrętem…

Skręciłem na południe w stronę Wielkiego Pola. Znak drogowy radośnie informował, że mogę spodziewać się 14% nachylenia. Jednak nie to było problemem, ale nawierzchnia drogi, która przypomniała mi moje nadmorskie eskapady sprzed miesiąca. Stosunek dziur do nie-dziur wynosił jakieś 75 procent, więc zamiast ekscytować się nachyleniem, skupiłem się na wyborze optymalnego toru jazdy, czyli takiego, który pozwoliłby na ominięcie większości drogowych „niespodzianek”. Dla ścisłości wspomnę jednak, że znak drogowy kłamał i nachylenie nie przekraczało 11%. Za Wielkim Polem droga ucywilizowała się, co bardzo mnie ucieszyło, bo mogłem zaliczyć kolejny szybki zjazd. Jego koniec był jednak gwałtowny i niespodziewany niczym atak serca. I nie mam na myśli kolarskich szlifów lub bliskich spotkań z bujnym drzewostanem na poboczu, lecz zderzenie z geologiczną rzeczywistością w postaci kolejnego podjazdu, który na „dzień dobry” przywitał mnie 15% nachyleniem. Rozpocząłem wspinaczkę. Wolna jazda oznaczała, że powietrze przestało mnie chłodzić, oferując w zamian urok niepowtarzalnej symulacji wielkiego pieca. Słońce było tak wysoko na niebie, że drzewa nie dawały już cienia. Płuca domagały się tlenu, a tego zdawało się brakować w gorącym powietrzu. Metr za metrem, uparcie pokonywałem podjazd. Niecały kilometr o średnim nachyleniu ponad 10%. Potem 200 metrów wypłaszczenia i „deser” w postaci 150 metrów o nachyleniu 8%. Energia, którą cieszyłem się dwie godziny wcześniej, ulatywała niczym powietrze z przebitej dętki. Jednak z każdą chwilą zbliżałem się do szczytu, na którym czekała nagroda za trud w postaci wspaniałego widoku małopolskich, mieniących się wszystkimi odcieniami zieleni, wzgórz. Byłem w Marcówce.

4 kilometry zjazdu do Budzowa nie pozwoliły na pełną regenerację sił. Poruszałem się w pełnym słońcu, a świeżość wyparowała jak okoliczne potoki. Tymczasem przed mną było 16 kilometrów podjazdu. Rzecz jasna, bardzo łagodnego, z ledwie kilkoma miejscami, gdzie trzeba było wykrzesać więcej energii. W każdych innych warunkach byłaby to rowerowa odmiana spaceru, ale nie dzisiaj. A przecież była to dopiero połowa planowanego dystansu. Przejechałem przez Jachówkę, a potem przez Bieńkówkę, w której bywałem już z racji pokonywania jednego z popularniejszych małopolskich podjazdów – pod Sołtysi Dział. Tuż za Bieńkówką wspiąłem się na najwyższą tego dnia wysokość – 594 m n.p.m. To oznaczało także koniec podjazdu i początek równie długiego zjazdu do Stróży. Jadąc z góry, mogłem nieco odpocząć. A nowe siły były mi bardzo potrzebne, bo o ile odcinek ze Stróży do Myślenic jest płaski, to nie można tego samego powiedzieć o jakiejkolwiek drodze pomiędzy Myślenicami a Krakowem.

W Myślenicach pozwoliłem sobie na dziesięciominutowy postój. Przelałem rezerwę na „czarną godzinę” z półlitrowej butelki, którą wiozłem w kieszonce koszulki, do jednego z bidonów. Wody nie powinno mi zabraknąć. A energii? Była 13:30, a więc rozpoczynała się najgorętsza część dnia. Nie będę ściemniał, że przejazd przez Polankę, Górę, Olszowice i Konary do Świątnik Górnych był rutynową łatwizną i okazją do podreperowania statystyk wydajności. Było dokładnie na odwrót. Upał – niezaspokojony w swej zachłanności wampir – wyssał ze mnie całą energię. Każdy podjazd wydawał się przedłużoną wersją Gliczarowa, nachylenia zdawały się być przynajmniej trzykrotnie większe, zjazdy były zdecydowanie za krótkie, a woda z bidonów miast orzeźwiać i chłodzić, spokojnie mogła posłużyć do zaparzenia herbaty. Z niedowierzaniem patrzyłem na wskazania średniej prędkości, która bardziej pasowała do hulajnogi niźli roweru. W Konarach musiałem zatrzymać się przy sklepie, bo na kilkunastu kilometrach od Myślenic, zużyłem cały zapas wody. Zimna Kryniczanka przywróciła mnie do świata żywych. Przede mną było ostatnie kilkanaście kilometrów.

Bliskość celu wyprawy dodawała mi sił, a wizja tradycyjnej szklanki zimnej Coca-Coli działała niczym EPO. Wkrótce podjechałem pod dom, kończąc dzisiejszą wyprawę, która okazała się być najtrudniejszą w tym roku. Taki właśnie scenariusz podpowiadał mi rozsądek, o którym wspominałem na początku. Razem z Grzegorzem Halamą mógłbym zaśpiewać, że „Ja wiedziałem, że tak będzie. Yhy, yhy. Ja wiedziałem”. Ale przecież musiałem się przekonać i… wcale nie żałuję. Łatwe osiągnięcia nikną w mroku zapomnienia, a trudne pozostają w pamięci, budując coś, co nazywa się doświadczeniem.


Klimat jednego z podjazdów za Stryszowem.
Klimat jednego z podjazdów za Stryszowem.
Kapliczka w Marcówce na szczycie podjazdu.
Kapliczka w Marcówce na szczycie podjazdu.
Widok z Marcówki na małopolskich wzgórz niezmierzone przestrzenie.
Widok z Marcówki na małopolskich wzgórz niezmierzone przestrzenie.
Nie ukrywam – byłem zadowolony.
Nie ukrywam – byłem zadowolony.
Krótki odpoczynek w cieniu myślenickich drzew. Stąd do domu miałem już tylko 26 kilometrów, ale w upale…
Krótki odpoczynek w cieniu myślenickich drzew. Stąd do domu miałem już tylko 26 kilometrów, ale w upale…
Profil dzisiejszej trasy.
Profil dzisiejszej trasy.



Spokojnie przed zmierzchem

Środa, 26 sierpnia 2015 • Komentarze: 0

Aktywność
13 87 735
Data
26 sierpnia 2015
Śr. 16:11 19:33
Rower
Ridley Fenix
13 51 126
Kalorie
1602kcal
Czas
3:21:23
49
309
0:42 0:28 0:00
Dystans
100.80km
48
272
17.45 16.57
Prędkość
30.03km/h
17
91
24.9 35.1 60.2
Kadencja
93rpm
117
Tętno
137bpm
175
Przewyższenia
627m
46
284
       294
Nachylenie
+ 3.6% - 3.8%
+ 8.0 - 11.0
Temperatura
23.0°C
19.0 28.0

Mniej więcej w środku tygodnia organizm zaczyna się buntować i przemawia do rozsądku mniej więcej tymi słowami: „Słuchaj chłopie. Musisz się zdecydować. Albo jesteś rannym ptaszkiem, albo nocnym markiem”. Inaczej rzecz ujmując, deficyt snu daje o sobie znać i tak będzie aż do soboty. To oczywiście musi mieć wpływ na kondycję, więc trudniejsze przejażdżki planuję na weekend lub na początek tygodnia. Dzisiaj miało być więc łatwo, spokojnie, bez nadmiernego wysiłku. Nie miałem jednak żadnego pomysłu, dokąd i którędy mam pojechać. A więc znów, może nie wielka, ale jednak improwizacja. Początek był faktycznie łatwy: Czarnochowice, Kokotów, Brzegi, Grabie, Niepołomice, Stanisławice, Damienice, Proszówki. Nie licząc kilku „zmarszczek”, była to zdecydowanie płaska trasa. Dość rutynowa, bo z wyjątkiem kilku kilometrów w Puszczy Niepołomickiej, poruszałem się doskonale mi znanymi drogami. Potem pojechałem do Bochni. Tam skończyły się monotonne, płaskie krajobrazy. Jadąc po pagórkach, dotarłem do Chełmu, zjechałem do drogi 94, którą poruszałem się aż do Zagórza. Tam rozpocząłem ostatnią część wycieczki, która zarazem była najmniej ciekawa, bo ileż razy można jechać przez Staniątki, Podłęże, Zakrzów i Węgrzce Wielkie. Taki już urok wycieczek rozpoczynanych pod domem, które również tam kończyć się mają… Ale i tak było fajnie. Jak zawsze, zresztą.



Teatr pasji

Poniedziałek, 24 sierpnia 2015 • Komentarze: 0

Aktywność
12 86 734
Data
24 sierpnia 2015
Pon. 16:16 20:06
Rower
Ridley Fenix
12 50 125
Kalorie
1842kcal
Czas
3:46:48
14
126
1:28 0:51 0:23
Dystans
107.66km
15
120
31.96 32.12
Prędkość
28.48km/h
52
318
21.6 37.6 69.9
Kadencja
91rpm
117
Tętno
138bpm
171
Przewyższenia
1217m
7
40
       383
Nachylenie
+ 3.8% - 3.8%
+ 16.0 - 10.0
Temperatura
24.5°C
22.0 29.0

Żyje we mnie niespokojny duch, który nie pozwala cieszyć się beztroskimi chwilami, spędzonymi przed telewizorem z pilotem w ręku. Nie pozwala nawet na spokojny, rowerowy relaks, nieustannie domagając się choćby szczypty emocji i nowych doznań. Dzisiaj znów dał o sobie znać, gdy wracając z pracy, zastanawiałem się, gdzie mam się wybrać na popołudniową przejażdżkę. No i niemal natychmiast pojawił się pomysł, aby odrzucić wszystkie koncepcje łatwych, rekreacyjnych, czyli po prostu płaskich tras, i pojechać tam, gdzie profil będzie bardziej przypominał kolejkę górską, niźli monotonię płaskich krajobrazów. Jednocześnie wcale nie chciałem rezygnować z pomysłu, aby pokonać przynajmniej 100 kilometrów. A to już oznaczało pewną trudność, bo oczywistą oczywistością jest, że po pagórkach jeździ się wolniej niż po płaskim, a dni przecież krótsze i zmrok zapada znacznie wcześniej. Jazda w ciemności szosówką, zwłaszcza taką, w której walka o każdy gram nie pozwoliła na założenie potężnego reflektora, lecz jedynie skromnego światełka pozycyjnego, nie należy do szczególnie bezpiecznych zajęć. Połączenie wszystkich założeń taktycznych, czyli ponad 100 kilometrów po pagórkach przed zmierzchem, oznaczało, że wielce wskazane było być w formie i tryskać na lewo i prawo nadmiarem energii. Czy tak jest w rzeczywistości – nie wiedziałem. Aby się o tym przekonać… pojechałem.

Etap pierwszy, to dojazd do Świątnik Górnych przez Wrząsowice. Można powiedzieć, że to rutyna, bo tyle razy jechałem już tą drogą. Sporo tutaj pagórków i kiedy indziej mógłbym napisać, że całkiem słuszne przewyższenia, ale dzisiaj ten fragment trasy miał być jedynie rozgrzewką. Ze Świątnik Górnych pojechałem do Gorzkowa, a potem zjechałem do Dobczyc. Tym razem nie jechałem przez Koźmice Małe, ale przez Podlas. Na razie było łatwo, a nawet bardzo łatwo, bo za Dobczycami skręciłem w moją ulubioną drogę do Gdowa przez Stadniki. No i gdzie ta „kolejka górska”, te pagórki, te setki metrów przewyższeń?

„Schody” zaczęły się, gdy z drogi 966 skręciłem do Zręczyc. Niecały kilometr, ale miejscami nachylenie dochodziło do 16% – to lubię! Czuję wtedy, że żyję. Za Zręczycami chwila oddechu, ale nie na długo, bo jadąc na południe, musiałem dotrzeć do drogi w okolicy wsi Mierzeń. Problem w tym, że ta droga była kilkadziesiąt metrów wyżej, a póki co jechałem prawie po płaskim. Wyniesione ze szkoły resztki wiedzy geograficznej nie pozostawiały złudzeń – ostatnie kilkaset metrów musi być strome. I było. A konkretnie 14%. Takie nachylenie mają zresztą swój dyskretny urok. Wystarczy, że spadnie do 9-10% i wydaje się człowiekowi, jakby jechał po płaskim. Dotarłem do bardziej cywilizowanej drogi i skręciłem w stronę Łapanowa. Na tym odcinku mogłem żywić swoje jestestwo endorfinami, których nadprodukcja był związana z faktem szybkiego poruszania się w dół. W Łapanowie znów było płasko. Dojechałem do wsi Ubrzeź i tam skręciłem na północ. Tylko pierwsze kilkaset metrów było mi znane. Potem skręciłem w stronę Cichawki i Królówki, wjeżdżając tym samym w całkowicie dziewicze dla mnie rejony.

Początkowo było łatwo, ale wkrótce zaczął się kolejny podjazd. I to nie byle jaki. Jego najtrudniejszy fragment miał około kilometra długości i 100 metrów przewyższenia. Tam najmniejsze nachylenie wynosiło 8%, a maksymalne 13%. Wspinałem się swoim tempem, równo, bez zrywów i szaleństw. Przecież to jeszcze nie był koniec zabawy, a stąd do domu miałem jeszcze ponad 40 kilometrów. Dotarłem na szczyt i zgodnie z logiką zjechałem w dół. Zaliczyłem jeszcze kilka pomniejszych pagórków, zanim w Zawadzie zacząłem kolejną wspinaczkę. Tym razem było już zdecydowanie łatwiej, a nachylenia wróciły do świata jednocyfrowych wartości. Teoretycznie powinienem odczuwać już trudy wcześniejszych zmagań, ale dziwnym trafem nic takiego nie miało miejsca. Powoli nadchodził zmierzch, gdy meldowałem się w Gierczycach i rozpoczynałem szybki zjazd do drogi 967. Przejechałem przez nią i niecałe dwa kilometry dalej skręciłem na zachód.

Rozpocząłem ostatni etap – powrót do domu. Miał być szybki, łatwy i oczywiście przyjemny. Początkowo poruszałem się po drodze 94, ale w Grodkowicach skręciłem do Targowiska, aby wracać standardową trasą przez Gruszki, Zakrzów i Węgrzce Wielkie. Wszystko, co było trudne, było już poza mną. Teraz wystarczyło jechać, jechać i jechać, widząc przed sobą czerwoną poświatę na zasnutym chmurami horyzoncie. Kurtyna zachodzącego słońca właśnie zapadała, kończąc spektakl pogodnego dnia. A ja kończyłem występ w teatrze mojej rowerowej pasji. To teatr jednego aktora, bez publiczności, bez świateł sceny, w którym każde przedstawienie jest premierą, grane wyłącznie jeden raz, a pozostaje po nim jedynie wspomnienie i wpis na blogu.


Profil dzisiejszej trasy.
Profil dzisiejszej trasy.



Piątkowy relaks

Piątek, 21 sierpnia 2015 • Komentarze: 0

Aktywność
11 85 733
Data
21 sierpnia 2015
Pt. 8:52 12:24
Rower
Ridley Fenix
11 49 124
Kalorie
1323kcal
Czas
3:26:02
42
281
0:28 0:23 0:00
Dystans
101.36km
39
244
12.10 12.29
Prędkość
29.52km/h
27
161
25.6 30.9 47.0
Kadencja
91rpm
111
Tętno
121bpm
144
Przewyższenia
410m
80
557
       251
Nachylenie
+ 3.4% - 3.2%
+ 7.0 - 4.0
Temperatura
23.6°C
18.0 31.0

Kolejny rowerowy dzień. Spodziewając się, że mogę czuć w nogach wczorajszą eskapadę, wybrałem się na coś, co można byłoby nazwać rowerowym relaksem. Wychodząc rano z domu, nie miałem żadnego sprecyzowanego planu. Chciałem się po prostu odprężyć i wrócić myślami do wczorajszej wycieczki. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz uda mi się odkryć miejsca, których dotąd nie poznałem, chociaż – być może – przejeżdżałem wielokrotnie tuż obok nich. Dzisiaj jednak nie rozglądałem się wokół siebie, lecz zwyczajnie cieszyłem jazdą.



Z historią w tle – Epilog

Czwartek, 20 sierpnia 2015 • Komentarze: 0

Aktywność
10 84 732
Data
20 sierpnia 2015
Czw. 8:29 14:44
Rower
Ridley Fenix
10 48 123
Kalorie
2221kcal
Czas
5:28:07
2
12
1:30 1:01 0:00
Dystans
153.88km
1
10
31.80 35.75
Prędkość
28.14km/h
57
371
21.0 34.7 58.1
Kadencja
90rpm
116
Tętno
125bpm
154
Przewyższenia
1311m
4
30
       376
Nachylenie
+ 4.1% - 3.7%
+ 13.0 - 13.0
Temperatura
26.4°C
16.0 33.0

Gdy dwa dni temu poznałem tragiczną historię kapitana Jana Dubaniowskiego „Salwy”, zrozumiałem, że mam szansę, aby do moich rowerowych wypraw dopisać jeszcze jedną, która dopełni historycznego wątku, spinając klamrą dwa symboliczne miejsca. Pierwszym z nich było, opisane przedwczoraj, miejsce zamachu na zdrajców ojczyzny. Drugim jest miejsce wiecznego spoczynku kapitana – cmentarz parafialny w Zakliczynie. To tam właśnie zamierzałem pojechać, aby w ten swoisty sposób okazać cześć wszystkim bohaterom tamtych, okrutnych czasów terroru i komunistycznego bezprawia.

To nie miała być łatwa przejażdżka. Po dwóch dniach solidnego jeżdżenia musiałem bowiem pokonać ponad 150 kilometrów. Wstałem wcześnie rano, pochłonąłem solidną porcję węglowodanów w dwóch postaciach – musli, a później spaghetti. Przygotowałem rower, spakowałem batony i galaretki energetyczne, napełniłem bidony. Jeszcze tylko chwila koncentracji, wyciszenia, i byłem gotowy. Chciałem wyruszyć jak najwcześniej, póki wschodni wiatr nie zacznie swoich nieokiełznanych harców.

Dojechałem do Wieliczki. Tam wciąż rozkopana jest połowa miasta, ale nie zamierzałem korzystać z objazdów. W pewnym momencie po prostu zsiadłem z roweru i przeszedłem przez kamienisty krajobraz budowy, lawirując pośród koparek, spychaczy i zdziwionych robotników. Doszedłem do asfaltu, ponownie wsiadłem na rower i… tyle mnie widzieli. Kilka kilometrów przejechanych drogą 966 w stronę Gdowa, od zawsze stanowi wyzwanie, pełne niezapomnianych wrażeń, związanych głównie z gwałtownymi skokami ciśnienia. Człowiek nigdy nie wie, jakie auto przejedzie tuż obok, nie zachowawszy bezpiecznego odstępu – samochód osobowy, bus, ciężarówka? Loteria. Z ulgą skręciłem w stronę Szczygłowa. Tam mogłem już spokojnie i bezpiecznie rozkoszować się jazdą. Przejechałem przez Niegowić, Nieznanowice i Chrostową. Potem zaczęły się pierwsze solidne pagórki. Wiedząc, jaka trasa przede mną, oszczędzałem siły i podjazdy pokonywałem w dość rekreacyjnym tempie. Minąłem Nowy Wiśnicz, Stary Wiśnicz i dojechałem do drogi 75, kierując się na południe. W miejscowości o mało ciekawej nazwie Gnojnik skręciłem na południowy wschód, aby skrótem dotrzeć do drogi 980, biegnącej wzdłuż Dunajca i mającej doprowadzić mnie do Zakliczyna.

Odkąd sięgam pamięcią, zawsze miałem sentyment do Zakliczyna – urokliwego miasteczka, położonego nad Dunajcem. Gdy w zamierzchłych czasach mojego dzieciństwa jeździłem z Tarnowa na wakacje do Krościenka nad Dunajcem, autobus zatrzymywał się przed starym, drewnianym mostem, tak kiepskim, że pasażerowie wysiadali i pokornie szli za pojazdem, który pusty przejeżdżał przez most. Potem wszyscy wsiadali, a już po chwili autobus wjeżdżał na zakliczyński rynek. Patrzyłem wtedy na małe domki, na stragany, na furmanki wieśniaków i wydawało mi się, że jestem już blisko celu podróży, bo te widoki tak bardzo kojarzyły mi się z Pieninami. Drewnianego mostu już dawno nie ma, furmanki zostały zastąpione samochodami, stragany przybrały bardziej zorganizowaną postać, ale domy pozostały. Dzisiaj mogłem też stwierdzić, że pozostał także urok i klimat. Gołym okiem widać, jak bardzo skorzystał Zakliczyn na przemianach, które zaszły w Polsce w ostatnich latach. Czyste ulice, chodniki, gładki asfalt, wyremontowane budynki, zieleń i radosne kolory kwiatów. I ludzie, jakby inni, bez tego polskiego grymasu nieszczęścia, przyklejonego do twarzy. Jeśli jakiś idiota nadal twierdzi, że Polska jest zrujnowana, niech tu przyjedzie i na własne oczy zobaczy te „ruiny”. Ale nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie cała rzesza ludzi, którzy ponad swoje dobro przedłożyli dobro ojczyzny, jakże często płacąc za to cenę najwyższą. Jechałem właśnie do jednego z nich…

Bez trudu trafiłem na parafialny cmentarz, mimo tego, iż GPS się uparł, aby pokierować mnie przez nieistniejący mostek nad niewielkim strumieniem. Gorzej było ze znalezieniem grobu wśród setek innych miejsc wiecznego spoczynku. Dwóch napotkanych robotników nie było w stanie mi pomóc. Kierując się skromnymi wskazówkami, które zapamiętałem z przeczytanego w sieci artykułu, spacerowałem po alejkach, szukając wzrokiem miejsca, które było przecież celem mojej dzisiejszej wyprawy. Minęło prawie pół godziny, aż wreszcie pośród królestwa wiecznej ciszy, odkryłem granitową tablicę bohatera mojej opowieści. Na świeżo odnowionym grobowcu stał wazon z biało-czerwonymi kwiatami, świadcząc, że spoglądający na mnie z medalionu młody mężczyzna, nie odszedł na zawsze w świat zapomnienia. Wśród krzyży hulał wiatr, nucąc pieśń chwały, w której można było usłyszeć łopot skrzydeł orła w koronie. Odszedłem na krótką chwilę z teraźniejszości, usiłując wyobrazić sobie to miejsce 68 lat temu. Zapewne skromna i cicha była ostatnia droga kapitana Jana Dubaniowskiego „Salwy”. Z młodych drzew spadały pierwsze jesienne liście, z oczu żałobników spływały łzy, dyskretnie ocierane dłońmi. Wokoło nie było tak wspaniałych kolorów jak dzisiaj, a w sercach powoli umierała nadzieja. Trzeba było czekać prawie pół wieku, aby móc przywrócić do życia historię kapitana „Salwy”.

Nadeszła pora powrotu. Zanim wyjechałem z Zakliczyna, spojrzałem jeszcze na te wąskie uliczki, drewniane domy, rynek. Zrobiłem kilka zdjęć i ruszyłem w drogę. Teoretycznie była łatwiejsza, bo wiatr wiał mi w plecy, ale przecież miałem już w nogach sporo kilometrów, a przede mną były jeszcze solidne podjazdy. Szybko zjechałem z drogi 980, skręcając na północ w stronę Dębna. Dzisiaj dane mi było poznać wiele nieznanych wcześniej dróg. Ta była jedną z nich. Wkrótce rozpoczął się podjazd. Nie wymagał ode mnie wielkiego wysiłku, ale był długi. Potem nastał czas zjazdów, podczas których mogłem poczuć odświeżającą mieszankę adrenaliny i endorfin. Jadąc pośród romantycznych, zalesionych wzgórz i pagórków, dotarłem wreszcie do wsi Porąbka Uszewska. Tam skręciłem w stronę Jadownik. Niemal natychmiast za zakrętem zaczął się kolejny podjazd. I to nie byle jaki. Powoli wspinałem się coraz wyżej i wyżej, patrząc na wskaźnik nachylenia, a ten bardzo rzadko pokazywał wartość poniżej 8 procent, za to bardzo często wskazywał 10 i więcej, dochodząc nawet do 13 procent. Pierwszy kilometr podjazdu wlókł się niemiłosiernie. Trudno się temu dziwić, bo jego średnie nachylenie to 10%. Potem kilkusetmetrowe wypłaszczenie i ostatnie 600 metrów o średnim nachyleniu około 5%. Nagrodą za trudy był widok ze szczytu wzniesienia. Za mną rozpościerał się pagórkowaty krajobraz, który gdzieś tam na horyzoncie przechodził w majestatyczne góry. Przed sobą widziałem rozległe równiny, a na nich małopolskie wsie, miasta i miasteczka. Mogłem nawet dostrzec w oddali mój rodzinny Tarnów, z którego onegdaj poniosło mnie na studia do Grodu Kraka i gdzie już pozostałem. Po chwili nostalgii, ruszyłem w dół. Zjazd był dość wąski i kręty, więc nie mogłem za bardzo poszaleć i czujnie trzymając dłonie na manetkach, zbliżałem się do Jadownik.

Dotarłem do drogi 94 i miałem pewne obiekcje, czy to dobry pomysł, aby jechać nią aż do Bochni. Wszakże kiedyś była jedną z najbardziej niebezpiecznych tras w kraju. Wiele się jednak zmieniło. Ruch przeniósł się na autostradę, drogę 94 wyremontowano, a szerokie pobocza pozwalają na bezpieczne poruszanie się rowerem. Powiem szczerze, że pomimo tego, iż ruch był dość spory, czułem się bezpiecznie jak nigdzie indziej, a już na pewno o wiele bezpieczniej, niż na wspomnianej na początku drodze 966 z Wieliczki do Gdowa. Turbodoładowanie w postaci wiatru sprawiło, że szybko dojechałem do Bochni. Tam skręciłem na północ, a w Proszówkach przejechałem na drugi brzeg Raby. Do domu miałem już tylko 35 kilometrów, które wiodły po doskonale znanych mi drogach. Jadąc, mogłem powoli zbierać myśli, wstępnie podsumowując dzisiejszą wyprawę. Od czasu do czasu staram się wpleść w moje rowerowe eskapady jakąś myśl przewodnią, inną niż kolarstwo. Dzisiaj właśnie tak było. Myśl, która zrodziła się w mojej głowie dwa dni wcześniej, bardzo szybko dała owoce. Miałem pomysł, który udało mi się zrealizować. Dopisałem epilog do przedwczorajszej wycieczki, podczas której poznałem dzieje jednego człowieka – kapitana Jana Dubaniowskiego „Salwy”. Nie udało się komunistom wymazać go z kart historii najnowszej. Pamięć o nim, a także o innych bohaterach była przekazywana przez pokolenia, nie pozwalając by pogrążył ich całun zapomnienia. Dzięki temu stali się nieśmiertelni. I niechaj tak pozostanie…


Grób kapitana Jana Dubaniowskiego „Salwy” na cmentarzu parafialnym w Zakliczynie.
Grób kapitana Jana Dubaniowskiego „Salwy” na cmentarzu parafialnym w Zakliczynie.
Cmentarz wojenny numer 294 w Zakliczynie. Miejsce spoczynku żołnierzy austro-węgierskich i rosyjskich.
Cmentarz wojenny numer 294 w Zakliczynie. Miejsce spoczynku żołnierzy austro-węgierskich i rosyjskich.
Urokliwa uliczka nieopodal zakliczyńskiego rynku.
Urokliwa uliczka nieopodal zakliczyńskiego rynku.
Ratusz w Zakliczynie.
Ratusz w Zakliczynie.
Koniec podjazdu za Porąbką Uszewską.
Koniec podjazdu za Porąbką Uszewską.



Pod wiatr, bez kalorii

Środa, 19 sierpnia 2015 • Komentarze: 0

Aktywność
9 83 731
Data
19 sierpnia 2015
Śr. 8:52 12:36
Rower
Ridley Fenix
9 47 122
Kalorie
1375kcal
Czas
3:31:52
31
229
0:27 0:21 0:00
Dystans
101.84km
33
225
12.38 11.34
Prędkość
28.84km/h
41
270
26.7 31.4 53.7
Kadencja
92rpm
112
Tętno
123bpm
143
Przewyższenia
399m
83
586
       249
Nachylenie
+ 3.2% - 3.5%
+ 5.0 - 5.0
Temperatura
25.9°C
19.0 32.0

Miałem kilka pomysłów na dzisiejszą przejażdżkę. Jeden z nich miał być kontynuacją wczorajszego, historycznego wątku, ale rano nie czułem się najlepiej i nie chciałem ryzykować długiej jazdy. Postanowiłem zatem zaliczyć dość łatwą trasę. Nie przewidziałem jednak, że pogoda skutecznie zmieni status „łatwy” na „męczący”, a wszystko z powodu wiatru. Co prawda od czasu powrotu znad polskiego morza przestałem narzekać na wiatr, ale ten dzisiejszy był naprawdę solidny. Jechałem w stronę Nowego Brzeska, poruszałem się po idealnie równej nawierzchni, a miejscami prędkość spadała do jakichś 20 km/h. Trochę oddechu złapałem jadąc do Ispiny, ale potem znów skierowałem się na wschód, więc cała zabawa zaczęła się od początku. W Świniarach skręciłem na południe. Tam mogłem ocenić faktyczną moc wiatru. Od czasu do czasu byłem niemalże spychany z drogi przez silne porywy. Dopiero w Mikluszowicach, gdy wjechałem do Puszczy Niepołomickiej, mogłem odetchnąć z ulgą. Sześćdziesięciokilometrowa walka z pogodowymi przeciwnościami w połączeniu z niezbyt kalorycznym śniadaniem zrobiły jednak swoje. Byłem po prostu zmęczony. Energia zawarta w batonikach nie starczyła na długo i dziesięć kilometrów przed domem osiągnąłem stan lekkiego „odcięcia”. Ostatni fragment trasy przejechałem więc bardzo spokojnie.



Z historią w tle

Wtorek, 18 sierpnia 2015 • Komentarze: 0

Aktywność
8 82 730
Data
18 sierpnia 2015
Wt. 9:19 13:23
Rower
Ridley Fenix
8 46 121
Kalorie
1771kcal
Czas
3:47:55
13
122
1:15 0:53 0:00
Dystans
112.31km
10
80
30.13 32.26
Prędkość
29.57km/h
25
155
23.8 36.3 61.9
Kadencja
94rpm
115
Tętno
135bpm
162
Przewyższenia
1054m
13
75
       381
Nachylenie
+ 3.5% - 3.3%
+ 11.0 - 9.0
Temperatura
24.4°C
22.0 28.0

Opisy wycieczek czasem przychodzą łatwo, a czasem rodzą się w bólach. Bywa, że opisuję dokładnie całą trasę, ale zdarza się też, że próżno znaleźć choćby jedno słowo na temat mijanych miejsc. Jadąc dzisiaj, zastanawiałem się, o czym napiszę po powrocie. I gdy miałem już wykrystalizowany pomysł, gdy słowa w myślach spontanicznie ułożyły się w zdania, zobaczyłem skromny brzozowy krzyż…

Kilka razy przejeżdżałem obok. Czasem nawet odwracałem wzrok i zastanawiałem się, co to za miejsce, co się tutaj wydarzyło? Jednak nigdy nie stanąłem, nie zsiadłem z roweru, nie sprawdziłem. Nigdy. Do dzisiaj. Symbol Polski Walczącej sprawił, że zatrzymałem się. A może to mój śp. tato, żołnierz Armii Krajowej, szepnął mi do ucha – synu, stań. Skraj lasu tuż za Łapanowem. Prosty kamień, skromny krzyż, a na nim zdjęcie jakiegoś mężczyzny w mundurze. I podpis. Kapitan Jan Dubaniowski „Salwa”. Kim był? Z kim walczył? Czy tutaj spoczywa? A może tutaj zginął? Nadaremno szukam wzrokiem jakiejś tablicy z informacją. Znajduję jedynie puste miejsce na granitowej płycie. Nic więcej. Jeszcze jedno historyczne miejsce zagubione pośród małopolskich wzgórz. Robię zdjęcia i jadę dalej. Sprawdzę w domu. Przemierzę wirtualne szlaki niezmierzonych zasobów sieci w poszukiwaniu historii tego miejsca.

Jan Dubaniowski ps. „Salwa”, rocznik 1912, był jednym z wielu, którzy po II Wojnie Światowej nie potrafili pogodzić się z „porządkiem” narzuconym przez komunistyczne władze. Nie złożył broni, nie zamierzał chylić czoła przed zdrajcami prawdziwej Polski, pachołkami sowieckiej swołoczy. Zorganizowany przez niego oddział partyzancki tropił i likwidował konfidentów, funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, komendantów Milicji Obywatelskiej. Miejsce, które odkryłem, było sceną właśnie jednej z takich akcji. 31 marca 1946 roku wracali tędy z propagandowego wiecu przedstawiciele bocheńskiej milicji, Urzędu Bezpieczeństwa oraz ważni działacze PPR. Tuż za mostem na Stradomce partyzanci urządzili zasadzkę. W strzelaninie zginęło około dziesięciu zdrajców, a przynajmniej drugie tyle odniosło ciężkie rany. Żołnierze „Salwy” nie ponieśli strat. Było to jednak pyrrusowe zwycięstwo. Represje wobec miejscowej ludności, rosnąca w siłę komunistyczna władza, zwiększająca się liczba konfidentów i prowokatorów przenikających w struktury coraz słabszego podziemia, zrobiła swoje. Nic nie mogło powstrzymać nieuchronnego biegu tragicznej historii Rzeczypospolitej. W starciach ginęli kolejni niepokorni, a wobec tych, których schwytano zapadały wyroki śmierci. 27 września 1947 zginął także kapitan Jan Dubaniowski „Salwa” – jeden z wielu bohaterów, dzięki którym mogę dzisiaj przemierzać drogi pięknego, wolnego, niepodległego nadwiślańskiego kraju, mojej Polski.


Miejsca zasadzki z 31 marca 1946 roku.
Miejsca zasadzki z 31 marca 1946 roku.



Skała, Kocmyrzów, Niepołomice

Sobota, 15 sierpnia 2015 • Komentarze: 0

Aktywność
7 81 729
Data
15 sierpnia 2015
Sob. 8:59 12:50
Rower
Ridley Fenix
7 45 120
Kalorie
1753kcal
Czas
3:43:06
17
143
0:58 0:42 0:00
Dystans
109.05km
14
110
23.21 25.24
Prędkość
29.32km/h
29
186
23.8 35.2 59.2
Kadencja
94rpm
115
Tętno
136bpm
158
Przewyższenia
777m
27
188
       419
Nachylenie
+ 3.3% - 3.0%
+ 8.0 - 12.0
Temperatura
33.3°C
25.0 40.0

O cześć Wam bracia i siostry Polacy, iż tak umiłowaliście weekendowe zakupy, że jeśli sklepy są zamknięte, to nie wyściubiacie swych zacnych czterech liter na zewnątrz, dzięki czemu ulice i drogi są puste, ciche i bezpieczne. Grzechem byłoby z tego nie skorzystać i dlatego rozpocząłem dzisiejszą wyprawę od spokojnego przejazdu przez ciąg ulic Wielickiej, Kamieńskiego i Konopnickiej. Nie liczyłem samochodów, które mnie wyprzedzały, ale było tego naprawdę niewiele. Miałem więc komfortowe warunki. Za Mostem Dębnickim skręciłem w stronę Wawelu, z zamiarem przejechania przez Stare Miasto. Na co dzień unikam tych miejsc, bo trudno jest się przebić przez tłumy turystów, ale w sobotni poranek było tu jeszcze pusto. Przejechałem przez Rynek, potem przez Plac Matejki, ulicą Długą dotarłem do Nowego Kleparza, skręciłem we Wrocławską, a później w Łokietka. Dopiero tam uciekłem z mojego cudownego miasta.

Nie miałem konkretnego planu – wykrystalizował się dopiero w magicznej stenografii średniowiecznych kamieniczek. To tam wpadłem na pomysł, aby pojechać do Skały. Upał nie zagościł jeszcze na dobre, więc perspektywa długiego podjazdu kusiła mnie. Przepaliłem więc nogę na wzniesieniach w Giebułtowie, dotarłem do drogi 794 i skręciłem na północ. Tutaj także było cicho i spokojnie. Swoim tempem wyjeżdżałem coraz wyżej i wyżej, delikatny wiatr chłodził mnie, a idealna nawierzchnia drogi gwarantowała spokojną jazdę. Dotarłem do Skały i musiałem szybko zdecydować, czy mam skręcić w lewo, czy w prawo, a może pojechać prosto? Ok, skręcam w prawo, na wschód.

Drogą 773 dojechałem do Iwanowic Włościańskich. Skierowałem się na południe. Droga wiła się omijając skaliste i zalesione wzgórza. Cień chronił mnie przed palącym słońcem, które z każdą chwilą stawało się coraz gorętsze. Dotarłem do drogi krajowej numer 7, ale już w Michałowicach skręciłem na wschód z zamiarem dojechania do Kocmyrzowa. Warunki stawały się coraz cięższe, bo z każdą chwilą temperatura podnosiła się, zbliżając do magicznej granicy 40 stopni. Coraz częściej sięgałem po bidony, a pokonanie każdego kilometra kosztowało mnie znacznie więcej wysiłku niż wcześniej. Z Kocmyrzowa jest już bardzo blisko do Krakowa, ale myliłby się ten, kto myślałby, że najkrótszą drogą zamierzałem dotrzeć do domu. Nic z tych rzeczy. Skręciłem w ulicę Darwina i pojechałem do Ruszczy, a potem do Niepołomic.

Ostatni akt przejażdżki rozpocząłem po przejechaniu przez most na Wiśle. Przed sobą miałem ostatnie dwadzieścia kilometrów, łatwych ze względu na profil trasy, ale trudnych przez wzgląd na słońce, które właśnie rozpoczęło swój upalny spektakl.



Rutynowo popołudniu

Czwartek, 13 sierpnia 2015 • Komentarze: 0

Aktywność
6 80 728
Data
13 sierpnia 2015
Czw. 16:25 19:53
Rower
Ridley Fenix
6 44 119
Kalorie
1637kcal
Czas
3:27:08
40
274
0:34 0:26 0:00
Dystans
105.40km
17
148
15.23 15.03
Prędkość
30.53km/h
10
45
26.3 34.4 57.3
Kadencja
93rpm
111
Tętno
136bpm
156
Przewyższenia
480m
64
438
       255
Nachylenie
+ 3.2% - 3.2%
+ 5.0 - 7.0
Temperatura
29.4°C
26.0 34.0

Podobno nadchodzi kres upalnych dni. Tak przynajmniej twierdzą prorocy zwani synoptykami. Jednak póki co, nadal jest gorąco, co niezmiennie mnie cieszy, choć wokoło wszyscy narzekają. W tym całym upalnym szaleństwie zupełnie niepostrzeżenie umknął inny fakt, a mianowicie ten, że dzień stał się wyraźnie krótszy. I o ile pogoda raz może być lepsza, a raz gorsza, to z prawami rządzącymi wszechświatem powalczyć się nie da. Wcześniejszy zachód słońca sprawia, że powoli wraca RPP i nie mam na myśli Rady Polityki Pieniężnej, lecz Rutynową Przejażdżkę Popołudniową. Przejażdżkę taką należy rozpocząć jak najwcześniej i z tego właśnie powodu, będąc unikalnym połączeniem nocnego marka z rannym ptaszkiem, pojawiam się w pracy już o szóstej rano. Wracam więc wcześniej do domu, błyskawicznie wtłaczam w siebie solidną dawkę węglowodanów, zazwyczaj w formie ulubionego spaghetti, i nie tracąc czasu, przeprowadzam cały rytuał przygotowania do jazdy. Nie spieszę się zbytnio, by dać organizmowi czas na transfer energii, która na razie spoczywa w żołądku. A potem jadę. Trasę dobieram tak, aby była dostosowana do pory roku, typu roweru oraz stanu mojego samopoczucia. W lecie jest łatwo, bo dzień jest długi. W pozostałe pory roku muszę trochę kombinować, bo jazda rowerem szosowym po zmroku nie zawsze jest bezpieczna. Oświetlenie mam, i owszem, ale bardziej pozycyjne, niż rozświetlające nicość mroku przed kołami, co może sprowokować złośliwy los, do postawienia np. solidnej dziury na mej drodze. A te, coraz rzadziej, ale wciąż się zdarzają. Teraz, w pierwszej połowie sierpnia, nie martwię się jeszcze zbyt krótkim dniem, ale muszę brać pod uwagę wysoką temperaturę, która może mi nieco utrudnić realizację pomysłu zaliczenia stu-iluś-tam kilometrów w terenie mocno pagórkowatym. I z tego powodu, ostatnio zaliczam zdecydowanie łatwiejsze trasy.

Taką właśnie łatwiejszą trasę pokonałem dzisiaj. Kolejny raz wybrałem kierunek wschodni i pojawiłem się w Puszczy Niepołomickiej. Pośród gęstego listowia temperatura była niższa, a gdy już opuściłem zieloną oazę kojącej ciszy, słońce było wystarczająco nisko nad horyzontem, aby dać ziemi chwile chłodniejszego wytchnienia. Do Krakowa wróciłem kilka minut przed zachodem, uświadamiając sobie właśnie to, o czym napisałem wcześniej – dzień jest krótszy. Ech, nieuchronny koniec lata już się zbliża…



Oblicza energii

Wtorek, 11 sierpnia 2015 • Komentarze: 0

Aktywność
5 79 727
Data
11 sierpnia 2015
Wt. 16:06 19:42
Rower
Ridley Fenix
5 43 118
Kalorie
1630kcal
Czas
3:25:58
43
282
0:32 0:28 0:00
Dystans
100.01km
55
309
14.16 15.54
Prędkość
29.13km/h
33
216
25.9 32.3 50.5
Kadencja
92rpm
130
Tętno
137bpm
156
Przewyższenia
462m
66
464
       255
Nachylenie
+ 3.3% - 3.1%
+ 7.0 - 7.0
Temperatura
33.8°C
29.0 37.0

Pięknego lata ciąg dalszy. Tak pięknego, że po latach powrócił koszmar dwudziestego stopnia zasilania. Kiedyś, w minionych latach komuny, to oznaczało, że wyłączą. Brakowało wszystkiego – prądu też. Teraz okazało się, że również będą wyłączać. Jest jednak jedna, subtelna różnica. Wówczas wyłączano prąd obywatelom, a socjalistyczne zakłady pracy miały priorytet. Dzisiaj odbiorcy prywatni są górą, a martwić muszą się kapitaliści. Jest więc zasadniczy postęp, chociaż cieszyć się nie powinniśmy, bo jeszcze kilka takich upalnych lat i będziemy mieli energetyczny problem. Tak to już jest, gdy inwestuje się w elektrownie węglowe rodem z XIX wieku, miast sięgnąć po nowoczesne technologie. Ot chociażby po energię jądrową. To się jednak nie uda, bo głośno wrzeszcząca garstka nawiedzonych ekologów potrafi zagłuszyć każdy głos rozsądku. A więc czekamy aż problem sam się rozwiąże. Powodzenia.

O energii wspomniałem z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że poruszając się rowerem, czyli jak najbardziej ekologicznie poprawnym pojazdem, nie potrzebuję energii elektrycznej. Nie wpływam więc negatywnie na ledwo zipiący system zasilania. A drugi powód wynika wprost ze znaczenia słowa „energia”. Wszakże takowa jest potrzebna, aby silnik pojazdu mógł pracować. A tym silnikiem jestem oczywiście ja. I właśnie w tym miejscu, zakręciwszy pełne koło, wracam do początku tekstu, gdzie wspomniałem o związku upałów z energią, a raczej z jej deficytem.

Dzisiejsza przejażdżka miała bowiem cztery fazy, cztery oblicza energetyczne. Pierwsze kilkanaście kilometrów to rozgrzewka. Nie powiem, żebym czuł wówczas szczególną moc. Po dniu pracy spędzonym w nieklimatyzowanym pomieszczeniu, organizm musiał przyzwyczaić się do wysiłku w pełnym słońcu. Druga faza była już przyjemna. Pomimo upału, jechało mi się całkiem przyzwoicie, a wykreowany w ten sposób pęd powietrza, dawał wytchnienie rozgrzanemu ciału. I tak działo się przez kilkadziesiąt kilometrów, aż do momentu, w którym dopadł mnie kryzys. Jaki? Energetyczny, rzecz jasna. Wysoka temperatura zrobiła swoje i organizm nie był w stanie produkować tyle mocy, ile bym sobie życzył. Zwolniłem i spokojnie pokonywałem kolejne kilometry. I wtedy nadszedł wieczór, a wraz z nim spadła temperatura, chociaż słowo „spadła” brzmi dziwnie, gdy termometr wskazuje 30 stopni. Ale na to właśnie czekały przegrzane mięśnie. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nagle i niespodziewanie, niczym silnik samochodu po wtłoczeniu doń podtlenku azotu, ruszyłem z kopyta – lub raczej z pedała – do przodu. Nie dziwi więc fakt, że ostatnie dwadzieścia kilometrów pokonałem w ekspresowym, jak na mnie, tempie.

A zatem przez analogię, wystarczy kilka stopni mniej i pożegnamy na jakiś czas dwudziesty stopień zasilania.


A tak było w sobotę na
czasówce. Trochę ciepło…
A tak było w sobotę na czasówce. Trochę ciepło…