Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Walka z wiatrem

Sobota, 30 stycznia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
14 14 800
Data
30 stycznia 2016
Sob. 10:27 13:58
Rower
Ridley X-Bow
14 14 46
Kalorie
1536kcal
Czas
3:24:34
52
293
0:40 0:28 0:00
Dystans
88.25km
61
339
14.02 15.11
Prędkość
25.88km/h
116
713
20.6 31.5 52.3
Kadencja
92rpm
116
Tętno
134bpm
159
Przewyższenia
579m
66
321
       331
Nachylenie
+ 4.1% - 3.5%
+ 9.0 - 10.0
Temperatura
14.4°C
12.0 18.0

Mam taki zwyczaj, który nie jest niczym szczególnym, a rzekłbym nawet, iż jest czymś normalnym. Przed wyjazdem sprawdzam prognozę pogody. Muszę przecież wiedzieć, czy wystarczy założyć małą czapkę pod kask, czy raczej kominiarkę, która zasłoni całą twarz z wyjątkiem oczu. Może nie będę musiał nakładać ochraniaczy na buty, a być może trzeba będzie założyć drugą parę ciepłych skarpet? Tak więc, gdy wczorajsza jednoosobowa burza mózgów przyniosła efekt w postaci pomysłu na dzisiejszą przejażdżkę, zacząłem oczywiście od sprawdzenia prognozy. Była dość optymistyczna. Ciepło, bez opadów i tylko wiatr, a raczej jego siła budziła mój lekki niepokój. Miał jednak wiać początkowo z zachodu, a później z południa, więc nie powinien być dużą przeszkodą. Zresztą, nie ma przecież złej pogody, tylko złe ubranie. Prawda?

Już prawie dwa miesiące nie widziałem Puszczy Niepołomickiej. To stanowczo zbyt długo. Właśnie tam skierowałem się w dzisiejsze sobotnie przedpołudnie. Podobnie jak wczoraj, jazdę rozpocząłem od rozgrzewki w Kosocicach. Puszcza jest płaska, więc chcąc zebrać parę „punktów” za przewyższenia, mogłem tego dokonać wyłącznie w najbliższej okolicy. Zjechałem do Wieliczki, aby przez Czarnochowice dotrzeć do Kokotowa i dalej, w kierunku Niepołomic. Jechało mi się całkiem sympatycznie. Wiatr, którego się obawiałem, nie był tak silnym, jak sądziłem. Nie utrudniał, ani nie ułatwiał jazdy. Po prostu był. Ponieważ jazda za dnia nadal jest czymś wyjątkowym – mamy przecież środek zimy – cieszyłem się widokiem okolic, których nie odwiedzałem od prawie dwóch miesięcy.

Puszcza Niepołomicka powitała mnie majestatyczną ciszą zamkniętą pośród tysięcy drzew, przez które przebijał się jaskrawy blask słońca. Z rzadka słyszałem pojedyncze, ciche, jakby nieśmiałe śpiewy ptaków. Nie nadszedł jeszcze czas wiosennego przebudzenia. Jechałem przez tę świątynię spokoju, chłonąc jej nierzeczywistość, pragnąc zarazić się tą ciszą i zabrać ją z sobą, aby stłumiła hałas codzienności współczesnego świata. Wolno płynął czas w tym wspaniałym, nieodległym od Krakowa miejscu, ale w końcu musiał nadejść moment, gdy obraz otaczających mnie drzew zostanie za plecami, a ja, będąc wciąż myślami pośród nich, ruszę w drogę powrotną.

Z puszczy wyjechałem w Damienicach i niemal natychmiast zderzyłem się z… wiatrem. To nie tak miało być. Natura zrobiła mi przykry dowcip, nie dostosowując się do prognozy pogody. Nie dość, że wiało bardziej z zachodu niż z południa, to na domiar złego dmuchało naprawdę solidnie. Tak solidnie, że dym z kominów okolicznych domów układał się równolegle do ziemi. Tymczasem ja miałem przed sobą ponad trzydzieści kilometrów, i wszystkie te kilometry były na zachód, i wszystkie te kilometry były pod wiatr. Nie będę udawał, że świetnie się bawiłem. Bynajmniej. To była masakra. Prędkość na płaskim spadała miejscami do 15 km/h, a gdy przestawałem pedałować na zjeździe o nachyleniu 3%, rower zwalniał! Miałem ze sobą tylko dwie galaretki energetyczne. To było zbyt mało. Na kilkanaście kilometrów przed domem zapaliły mi się wszystkie możliwe kontrolki – byłem całkowicie odłączony. Siłą woli dociągnąłem do Krakowa. Pośród budynków przedmieścia było już nieco łatwiej, ale i tak te ostatnie kilometry dłużyły się w nieskończoność. I w końcu ostatnia prosta. Meta. Ulga. Odprężenie.


Puszcza za mną…
Puszcza za mną…
… i przede mną.
… i przede mną.



Piątek, piąteczek, piątunio

Piątek, 29 stycznia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
13 13 799
Data
29 stycznia 2016
Pt. 16:04 18:05
Rower
Ridley X-Bow
13 13 45
Kalorie
819kcal
Czas
1:46:41
123
1113
0:32 0:23 1:38
Dystans
46.21km
125
1049
11.48 12.36
Prędkość
26.00km/h
110
692
21.2 31.8 54.8
Kadencja
88rpm
114
Tętno
136bpm
159
Przewyższenia
444m
89
490
       335
Nachylenie
+ 3.9% - 3.6%
+ 9.0 - 14.0
Temperatura
5.4°C
4.0 6.0

Kto nie lubi piątku, ręka w górę! Nie widzę… Koniec tygodnia pracy, niezła pogoda, spoko temperatura. Czegóż chcieć więcej? Z tej okazji wybrałem się na przejażdżkę i nawet udało mi się zaliczyć kolejne dwadzieścia kilka minut jazdy, nim popołudniowe słońce powiedziało „see you tomorrow” i zniknęło za horyzontem.

Nie chcąc iść, a raczej pojechać na łatwiznę, zacząłem od sprawdzenia wydolności oddechowej na kosocickich pagórkach. Przy okazji przetestowałem działanie przerzutki, która zawiodła mnie dwa dni wcześniej. Jej reanimacja zakończyła się pełnym sukcesem i mniemam, że ma więcej kilometrów przed, niż za sobą. Świeżo nasmarowany łańcuch ledwie słyszalnie pieścił zębatki, a ja mknąłem przed siebie na spotkanie zmierzchu. Słowo „mknąłem” na tym etapie jest nieco przesadzone, bo wpadłem na pomysł, aby odwiedzić Libertów, a tenże umiejscowiony jest na górze, na którą należało wyjechać. Wyjechałem. Wkrótce potem zjeżdżałem już do Skawiny. Tam czekała na mnie przymusowa przerwa przed zamkniętym przejazdem kolejowym. Później pojechałem do Tyńca, zastanawiając się po drodze, którędy mam wrócić do Krakowa? Nie chciałem powielać banału jazdy wzdłuż Wisły i dlatego szybko skręciłem w ulicę Winnicką, później przejechałem ścieżką rowerową wzdłuż Bobrzyńskiego, docierając ostatecznie na ulicę Kobierzyńską i dalej na Rydlówkę.

Byłem w samym centrum miasta. Ruch był okrutny, a oczy i uszy wypadało mieć wszędzie, aby nie trafić do policyjnej kroniki wypadków. Jechałem Rzemieślniczą, a potem Wadowicką, Kalwaryjską i Limanowskiego. Wkrótce wjechałem na drogę rowerową i mogłem odpocząć od otaczających mnie samochodów. Pokonując ostatnie kilometry, myślami byłem już przy sobocie i planach na nią. Rowerowych planach…



Odrobina (technicznego) dziegciu

Środa, 27 stycznia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
12 12 798
Data
27 stycznia 2016
Śr. 16:03 18:37
Rower
Ridley X-Bow
12 12 44
Kalorie
1154kcal
Czas
2:21:37
90
674
0:32 0:26 2:14
Dystans
60.32km
98
703
12.70 11.96
Prędkość
25.56km/h
117
764
23.6 27.3 51.9
Kadencja
88rpm
124
Tętno
141bpm
161
Przewyższenia
409m
96
559
       288
Nachylenie
+ 3.2% - 3.5%
+ 10.0 - 8.0
Temperatura
8.5°C
7.0 10.0

Jechało mi się dzisiaj nadspodziewanie lekko. To zapewne było zasługą trzech czynników: trzydniowej przerwy od roweru, wiosennej temperatury oraz braku kominiarki, skutecznie utrudniającej głębokie oddychanie. Jednak do tej olbrzymiej beczki rowerowego miodu, podstępnie wkradła się łyżka dziegciu…

Pamiętam, że w młodości jedną z moich ulubionych książek typu kompendium wiedzy, był „Zarys Historii Sportu Samochodowego” Jana Andrzeja Litwina. Na jej kilkuset stronach autor opisywał najważniejsze wydarzenia od tych najstarszych, aż po czasy współczesne. A że czynił to z polotem, będąc obdarowany przez stwórcę ewidentną lekkość pióra, książkę czytało się jednym tchem. Jednym z opisanych wydarzeń było zwycięstwo któregoś z pionierów wyścigów samochodowych (niestety nie mogę przypomnieć sobie jego nazwiska), który pomimo awarii skrzyni biegów, jadąc na jedynym dostępnym przełożeniu – wstecznym – wygrał wyścig.

Jechałem właśnie przez Witkowice. Jest tam podjazd. Niespecjalnie stromy, niezbyt trudny, ale dość długi. Zamierzając spokojnie go pokonać, przerzuciłem łańcuch na małą tarczę z przodu i jedną ze środkowych zębatek z tyłu. Jakież było moje zdziwienie, gdy mniej więcej co trzy obroty korbą, łańcuch wskakiwał na moment na większą zębatkę kasety, by po chwili wrócić na właściwą. W ten sposób nie dało się normalnie jechać. Pomyślałem, że widocznie mam źle wyregulowaną przerzutkę, więc naprędce spróbowałem skorygować naciąg linki. To nic nie dało. Z całego bogactwa dwudziestu przełożeń zostały mi praktycznie cztery. Właśnie wtedy przypomniałem sobie książkę, o której pisałem powyżej.

Pomimo kłopotów, nie mogąc używać żadnej z mniejszych zębatek kasety, spokojnie i bezpiecznie dotarłem do domu, gdzie mogłem odkryć przyczynę awarii. Co się stało i jak sobie poradziłem, opisuję na blogu technicznym.



Kolejny mroźny dzień

Sobota, 23 stycznia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
11 11 797
Data
23 stycznia 2016
Sob. 10:53 13:01
Rower
Ridley X-Bow
11 11 43
Kalorie
876kcal
Czas
1:55:57
120
1008
0:22 0:19 0:00
Dystans
50.03km
120
994
8.78 8.79
Prędkość
25.89km/h
114
707
23.8 27.4 39.5
Kadencja
90rpm
122
Tętno
135bpm
156
Przewyższenia
285m
117
867
       255
Nachylenie
+ 3.2% - 3.1%
+ 5.0 - 5.0
Temperatura
- 3.6°C
- 7.0 - 2.0

Magicznie iskrzące się w promieniach porannego słońca kryształki śniegu powitały mnie, gdy zaspanymi oczami ogarnąłem pejzaż za oknem. Jedynym śladem życia było jakieś bliżej nieznane mi ptaszysko, siedzące na jednej z gałęzi mojego ulubionego dębu. Gdybym przed laty nie wrzucił biologii do „trzeciego koszyka”, czyli wirtualnego miejsca przeznaczonego na przedmioty, których nie warto się uczyć, bo do niczego mi się nie przydadzą, pewnie wiedziałbym co to za stwór. Potem zogniskowałem wzrok na termometrze i zrozumiałem, dlaczego obraz za oknem pozbawiony jest życia. Było -12 °C, czyli akuratna temperatura, aby pomyśleć o… rowerowym treningu.

Monika wyszła na zajęcia, więc nikt nie mógł ostentacyjnie popukać się w czoło, widząc jak wychodzę z rowerem w otwartą przestrzeń kosmiczną. W międzyczasie natura zrobiła mi psikusa i temperatura wzrosła o całe 4 stopnie. No trudno. W takim „upale” też da się jechać. Na zewnątrz było sucho, a na asfalcie można było zauważyć charakterystyczny nalot soli – pozostałość po pracy drogowców, którzy wbrew świeckiej tradycji nie zostali zaskoczeni zimą. Tym razem pojechałem w kierunku północno – zachodnim. Ruch był niewielki, bo sobota, bo przedpołudnie, bo część akumulatorów odmówiła posługi podczas próby zakręcenia rozrusznikiem. Miałem więc święty spokój i mogłem rozkoszować się jazdę w warunkach, które powszechnie są uważane za niezbyt sprzyjające rowerzystom. Dotarłem do Ronda Ofiar Katynia, potem pojechałem ulicą Ojcowską i zaliczyłem przejazd ulicą Gaik. Ulicą Łokietka wróciłem do centrum. Przejechałem w pobliżu Wawelu, potem przez Kazimierz i wreszcie przez Podgórze. Stamtąd mogłem najkrótszą drogą wrócić do domu, ale to byłoby zbyt proste. Jeszcze raz przejechałem więc na drugi brzeg Wisły, dotarłem do Dąbia i dopiero stamtąd skierowałem się w stronę ulicy Lipskiej, gdzie po raz nie wiem który, wzniosłem się ponad tory i przewody trakcji elektrycznej, jadąc kładką pieszo-rowerowo-tramwajową. W ten sposób pojawiłem się w Płaszowie. No, a stamtąd miałem już blisko.

Całkiem nieźle wygląda tegoroczny styczeń. Rzecz jasna pod względem rowerowym. Z moich prywatnych statystyk wynika, że jest najchłodniejszy od lat. A poza tym zanosi się, że przejadę całkiem słuszną liczbę kilometrów – jak na zimę oczywiście.



Lasek Wolski zimą

Piątek, 22 stycznia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
10 10 796
Data
22 stycznia 2016
Pt. 10:37 12:53
Rower
Ridley X-Bow
10 10 42
Kalorie
1027kcal
Czas
2:06:35
110
864
0:35 0:27 0:00
Dystans
51.48km
116
921
12.04 10.98
Prędkość
24.40km/h
130
970
20.6 24.0 47.3
Kadencja
90rpm
116
Tętno
140bpm
181
Przewyższenia
509m
74
402
       359
Nachylenie
+ 4.2% - 4.6%
+ 12.0 - 12.0
Temperatura
- 2.6°C
- 4.0 - 1.0

Wyruszając na dzisiejszą przejażdżkę, nie miałem bladego pojęcia, dokąd mam pojechać. Nie chciałem po raz tysięczny odwiedzać tych samych miejsc, tłumacząc potem sobie i innym, że przecież jest zima, a więc czas odłożyć do wiosny pokonywanie atrakcyjnych szlaków. Pustka w głowie była przerażająca. Jechałem przed siebie i intensywnie szukałem pomysłu. Niewiele brakowało, aby moje poszukiwania zakończyły się dość szybko. Niedaleko domu wpadłem bowiem na zakręcie na coś, co z daleka wydawało się tylko nierównością, a w rzeczywistości było solidnym kawałem lodu. Przednie koło straciło przyczepność, a ja oczami wyobraźni widziałem już siebie leżącego pośród krzaków na poboczu. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, nie wiem, jak utrzymałem równowagę… Wiem jednak, że dokładnie w tym samym momencie wpadł mi do głowy pomysł na dzisiejszą wycieczkę.

Najpierw był Park Bednarskiego. Bynajmniej nie dlatego, że chciałem doświadczyć samotności pośród nagich drzew, ale postanowiłem sprawdzić, czy nowe opony, o których pisałem poprzednim razem, dadzą radę w konfrontacji z zaśnieżonym podjazdem. Opony dały radę. Ukontentowany tym faktem pojechałem dalej, zamierzając dotrzeć do Balic. Jechałem, jechałem, a gdy byłem już na Woli Justowskiej, pomyślałem, że po cholerę mam jechać do Balic? Tam już bywałem zimą, a przecież niedaleko jest miejsce, w którym jeszcze nie widziano mnie w styczniu. Moment zawahania i po chwili jechałem już w stronę ZOO.

Jakkolwiek podjazd do ZOO zmusił moje mięśnie do solidniejszej pracy, nie miałem specjalnych problemów z jego pokonaniem. No może z jednym wyjątkiem. Potrzebowałem hektolitrów tlenu, a kominiarka skutecznie blokowała jego dopływ do płuc. Naciągnąłem ją więc na brodę i uparcie wspinałem się ku szczytowi wzniesienia. Nie było to specjalnie trudne, bo droga była odśnieżona. Problemy pojawiły się dopiero później. Czarny asfalt skończył się tuż za parkingiem przy ogrodzie zoologicznym. I wszystko byłoby w porządku, gdybym nie wpadł na pomysł, aby zjechać Aleją Wędrowników. Dukt ów soli nie widział, więc przywitało mnie morze bieli aż po horyzont. To jednak nic w porównaniu z faktem, iż nie przewidziałem, że zimową porą dziatwa wykorzysta słuszne nachylenie tej drogi, zmieniając ją w tor saneczkowy. Reasumując, było stromo, biało i ślisko. Efekt? Po raz pierwszy w życiu zjeżdżałem wolniej niż wjeżdżałem. Nie mogłem się rozpędzić, bo hamulce gwarantowały jedynie blokadę kół, a nieobracające się koła są wystarczającym powodem do wejścia w bardzo intymny kontakt z gęsto rozrzuconymi po okolicy drzewami. Jechałem więc wolno, odprowadzany pełnym zdziwienia spojrzeniem dzieciaków. Jeden z nich, wytarzany w śniegu od stóp do głów, powiedział nawet: „ale hardcore”. Chyba nie widział przerażenia w moich oczach i duszy na ramieniu…

W jednym kawałku zjechałem do ulicy Księcia Józefa. Nadszedł czas powrotu. Tym razem obyło się bez przygód i bezpiecznie wróciłem do domu.



Aleja Wędrowników w okowach zimy.
Aleja Wędrowników w okowach zimy.

Ridley X-Bow – „zimowy” rower w zimowej scenerii.
Ridley X-Bow – „zimowy” rower w zimowej scenerii.



Na nowych oponach

Środa, 20 stycznia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
9 9 795
Data
20 stycznia 2016
Śr. 10:58 13:03
Rower
Ridley X-Bow
9 9 41
Kalorie
946kcal
Czas
1:57:22
116
985
0:18 0:15 0:00
Dystans
52.48km
115
886
7.54 7.40
Prędkość
26.83km/h
91
547
24.7 29.0 38.9
Kadencja
90rpm
112
Tętno
140bpm
164
Przewyższenia
260m
120
929
       249
Nachylenie
+ 3.4% - 3.4%
+ 7.0 - 9.0
Temperatura
- 3.1°C
- 4.0 - 1.0

Wspominałem już, że opony, z których dotychczas korzystałem w Ridleyu X-Bow, czyli Maxxis Overdrive Excel, nadają się wyłącznie do jazdy figurowej po śniegu. Ich jedyną zaletą była „pancerność”, którą i tak udało mi się pokonać przy pomocy zwykłej, małej agrafki. Zmywając wczoraj z roweru tonę błota i soli, postanowiłem, że nadszedł czas, aby wymienić je na coś bardziej pasującego do zimowych warunków. W ten oto sposób na moich obręczach pojawiły się Continentale Cyclocross Speed, czyli typowo przełajowe opony, z dość gęstym bieżnikiem, a przy tym podejrzanie lekkie, co mogłoby sugerować, że do mistrzów wytrzymałości nie należą. Do opon „śniegowych” też bym ich nie zaliczył, ale w porównaniu ze swoimi poprzedniczkami, dawały nadzieję, że to ja będę kontrolował rower, a nie on mnie.

Lekki mróz przywitał mnie, gdy idealnie czystym rowerem wybierałem się na dzisiejszą przejażdżkę. Mróz sprawił, że drogi były suche, co dawało nadzieję, że następne mycie roweru będzie mogło zostać odłożone w czasie. Specjalnie wybrałem taką trasę, na której spodziewałem się spotkać zaśnieżone odcinki, gdzie mógłbym przetestować słuszność wyboru ogumienia. Pojechałem więc w kierunku ulicy Mirowskiej, ale zanim dotarłem do jakichkolwiek zaśnieżonych dróg, ze zdziwieniem zauważyłem, że nowe opony, jakkolwiek nieco szersze niż poprzednie, mają niższe opory toczenia. Pomimo przeciwnego wiatru, jechałem szybciej niż zwykle. No a potem dotarłem do ścieżki rowerowej na północnych wałach wiślanych. Biel po horyzont. Zmrożony śnieg. Idealne warunki do testów. Full-gas? Nie do końca, bo śnieg ograniczył moje prędkościowe zapędy, stawiając słuszny opór. Mimo to spokojnie trzymałem kierunek jazdy, chociaż rower od czasu do czasu potrafił lekko zatańczyć na nierównej, zaśnieżonej, śliskiej nawierzchni. Było jednak o całe niebo lepiej, niż wcześniej, co upoważnia mnie do stwierdzenia, że opony są ok.

Przejechałem na drugi brzeg Wisły, kończąc śnieżny test, bo droga po przeciwnej stronie była prawie w całości odśnieżona. Ku mojej nieskrywanej radości, do domu wróciłem na czystym rowerze – ostatnie mycie nie okazało się syzyfową pracą.



Wśród płatków śniegu

Poniedziałek, 18 stycznia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
8 8 794
Data
18 stycznia 2016
Pon. 9:49 12:06
Rower
Ridley X-Bow
8 8 40
Kalorie
1070kcal
Czas
2:13:17
102
780
0:34 0:26 0:00
Dystans
56.38km
105
772
12.19 13.77
Prędkość
25.38km/h
121
786
21.1 31.1 45.1
Kadencja
90rpm
119
Tętno
139bpm
175
Przewyższenia
466m
86
460
       331
Nachylenie
+ 3.8% - 3.3%
+ 9.0 - 7.0
Temperatura
- 2.0°C
- 3.0 - 1.0

W Małopolsce rozpoczęły się właśnie ferie zimowe. Z tej okazji pozwoliłem sobie wziąć kilka dni urlopu, aby nieco więcej czasu spędzić z moimi dzieciakami, o ile dzieciakami można nazwać studentkę i ucznia gimnazjum. To oczywiście ma swoje plusy, bo dzieci w tym wieku są całkowicie samowystarczalne, a więc jest czas, aby… wyskoczyć na rower.

Wstałem dość wcześnie. Biel za oknem nie wystraszyła mnie. Kilka stopni mrozu też nie robiło wrażenia, zwłaszcza, że świeciło słońce. Szybko przygotowałem się do wyjścia i wkrótce byłem gotowy na kolejną zimową wycieczkę. Rozpocząłem ją od rozgrzewki w okolicach domu, a potem pojechałem w stronę Wieliczki, by ostatecznie zjechać do Kokotowa. Stamtąd dotarłem do Brzegów. Jechałem wśród pól, które wkrótce będą miejscem Światowych Dni Młodzieży. Cała okolica, niegdyś zaniedbana i zapomniana, wygląda dzisiaj zupełnie inaczej, chociaż zimowy krajobraz nie pozwala w pełni docenić skali transformacji. Potem skręciłem w stronę Krakowa, przejechałem przez Rybitwy, dotarłem w okolice Centrum Kongresowego, skąd pojechałem do ulicy Kapelanka. Chociaż słońce skryło się już za chmurami, było relatywnie ciepło. Od czasu do czasu prószył drobny śnieg, który nie przeszkadzał w jeździe. Nie zamierzałem psuć sobie zabawy, więc pojechałem w stronę ulicy Zawiłej, przejechałem obok osiedla Kliny, a później skierowałem się do Swoszowic. Później był tradycyjny podjazd na ulicy Sawiczewskich. I na tym zamierzałem zakończyć, ale czułem jeszcze niedosyt, więc pojechałem do Wieliczki. Po drodze zaczął sypać gęsty śnieg, który – oczywista oczywistość – tym mocniej szczypał mnie w twarz, im szybciej jechałem. Dałem jednak radę. Z Wieliczki wyjechałem ulicą Czarnochowską i do domu wróciłem tą samą drogą, którą go opuszczałem dwie godziny wcześniej.



Władziu i Kaziu

Sobota, 16 stycznia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
7 7 793
Data
16 stycznia 2016
Sob. 10:58 12:48
Rower
Ridley X-Bow
7 7 39
Kalorie
770kcal
Czas
1:42:34
127
1143
0:16 0:15 0:00
Dystans
40.11km
130
1203
5.88 5.60
Prędkość
23.46km/h
132
1086
21.1 21.6 37.0
Kadencja
89rpm
113
Tętno
134bpm
155
Przewyższenia
250m
123
955
       239
Nachylenie
+ 4.3% - 4.3%
+ 9.0 - 10.0
Temperatura
- 0.1°C
- 2.0 1.0

Odwiedzając stolicę Małopolski, turysta zalicza zazwyczaj standardowy szlak wycieczkowy, czyli Rynek Główny, Wawel, Kazimierz. Oczywiście tylko wtedy, gdy nie jest Anglikiem, który zawitał do królewskiego miasta na wieczór kawalerski – jego marszruta jest znacznie krótsza, aczkolwiek bardziej kręta. Mieszkańcy Krakowa znają oczywiście więcej miejsc wartych uwagi, albo takich, gdzie można po prostu spędzić czas w ciszy i spokoju, z dala od zgiełku codzienności. Nie sposób wyliczyć wszystkie „magiczne” zakątki, bo ilekroć wydaje mi się, że już nic mnie nie zaskoczy, natychmiast odkrywam coś nowego, coś co wcześniej umknęło mej uwadze, skryte za wzgórzem, schowane pod morzem zieleni, zagubione w plątaninie ulic.

Dzisiaj zawitałem w takie niepozorne miejsce. To położona na Wzgórzu Lasoty nieopodal maleńkiego kościoła św. Benedykta, pozostałość Starego Cmentarza Podgórskiego. Pozostałość, bo wiatry historii nie były łaskawe dla tego miejsca. Najpierw Niemcy zrównali z ziemią czwartą jego część, gdy budowali linię kolejową. Potem w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, dzieła zniszczenia dopełniła władza ludowa, wytyczając nową ulicę i bezpowrotnie degradując cmentarz, z którego pozostał jedynie maleńki skrawek. Na nim ledwie kilkanaście, może kilkadziesiąt grobów. Każdy z nich jest klamrą zamykającą czyjąś historię, zakończonym scenariuszem życia. Niektóre nagrobki są okazałe, należące do ludzi majętnych, obok imion i nazwisk których, wypisane są tytuły i funkcje, tak jakby to miało ułatwić im drogę do wieczności. Inne skromne, niepozorne, schowane gdzieś pomiędzy drzewami. Jeden z nich przyciągnął mój wzrok i przeniósł w czasie na koniec dziewiętnastego stulecia. Władziu i Kaziu, najukochańsze dzieci Pawła i Maryi Nowaków. Pierwszy z braci żył tylko miesiąc, drugi – urodzony trzy lata później – ledwie trzy tygodnie. Skromny napis, za którym ukryta jest historia sprzed ponad stu lat.

Zamknąłem drewnianą bramę, pozostawiając za sobą historie ludzi, których losy związały się na zawsze z tym miejscem. Wróciłem mentalnie do teraźniejszości i ruszyłem przed siebie, aby pisać swoją historię…


Nagrobek Władzia i Kazia na Starym Cmentarzu Podgórskim.
Nagrobek Władzia i Kazia na Starym Cmentarzu Podgórskim.



W rytmie wieczoru

Czwartek, 14 stycznia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
6 6 792
Data
14 stycznia 2016
Czw. 16:18 18:10
Rower
Ridley X-Bow
6 6 38
Kalorie
800kcal
Czas
1:44:12
125
1129
0:28 0:21 1:52
Dystans
43.28km
126
1112
9.71 10.32
Prędkość
24.93km/h
126
877
20.7 28.2 45.1
Kadencja
85rpm
110
Tętno
136bpm
164
Przewyższenia
357m
107
680
       336
Nachylenie
+ 3.7% - 3.4%
+ 9.0 - 7.0
Temperatura
0.1°C
- 1.0 1.0

Widzę już pierwsze „dobre zmiany”. Nie, nie mówię o polityce, lecz o dniu, który jest już wyraźnie dłuższy. Co prawda tylko o pół godziny, ale niewątpliwie jest to krok w dobrym kierunku. Wychodząc po południu na przejażdżkę, widziałem na niebie chmury, które miast ginąc w czerni, wyraźnie odcinały się od ciemno błękitnego, a z czasem granatowego koloru tła. Minęło trochę czasu nim zapadła całkowita ciemność, rozpraszana jedynie blaskiem ulicznych latarni i samochodowych świateł.

Jakkolwiek kolejny raz jeździłem po mieście, to tym razem wybrałem nieco inne jego rejony. Już na początku uciekłem na południe, aby zmusić mięśnie oddechowe do zdecydowanie szybszej pracy na okolicznych podjazdach. Pagórkowatość okolic, które położone są tak blisko mojego miejsca zamieszkania, rozprasza monotonię i zabija nudę, która mogłaby zakraść się do scenariusza przejażdżki w innym, mniej ciekawym miejscu. Musiałem wszakże uważać, ponieważ pagórkowaty profil oznacza tyle samo podjazdów co zjazdów, a na tych ostatnich kryły się pułapki w postaci śliskich fragmentów. Niewiele brakowało, abym na jednej z takich niespodzianek pożegnał gładki asfalt i zapoznał się z urokami jazdy w ciemności wśród drzew i krzewów. Udało mi się jednak zachować kontakt z rzeczywistością i dalej poruszałem się już zdecydowanie ostrożniej. Dotarłszy do Swoszowic, skierowałem się w stronę ulicy Kobierzyńskiej, a potem zjechałem ulicą Skotnicką do Tynieckiej i pojechałem w stronę miejsca, od którego ulica ta wzięła swoją nazwę. Nie zamierzałem jednak zawitać w Tyńcu, bo nader często tam bywałem, lecz skręciwszy w ulicę Kolną, dojechałem do Wisły i tradycyjnie, rutynowo, spokojnie i dość monotonie, jadąc Wiślaną Trasą Rowerową, wróciłem w okolice Wawelu.

Czas mnie trochę gonił, bo nie samym rowerem żyje człowiek, a przed wyjazdem okazało się, że w mojej lodówce hula wiatr, jednoznacznie dając do zrozumienia, że czas zaopatrzyć się w zapasy produktów węglowodanowych, białkowych i wszelakich innych. Krótko mówiąc, musieliśmy z Moniką wybrać się na zakupy wieczorową porą. Wybrałem więc (prawie) najkrótszą z dróg i jadąc pośród cieni kreowanych sztucznym światłem wieczoru, wróciłem do domu.



Szarość raz jeszcze

Poniedziałek, 11 stycznia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
5 5 791
Data
11 stycznia 2016
Pon. 15:10 17:01
Rower
Ridley X-Bow
5 5 37
Kalorie
786kcal
Czas
1:42:54
126
1140
0:19 0:16 1:02
Dystans
42.58km
127
1131
6.83 7.33
Prędkość
24.83km/h
127
888
21.4 26.7 42.0
Kadencja
86rpm
121
Tętno
136bpm
157
Przewyższenia
251m
121
950
       256
Nachylenie
+ 3.7% - 3.3%
+ 10.0 - 6.0
Temperatura
2.4°C
2.0 3.0

Widząc słońce ze oknem, byłem w stanie uwierzyć, że prognoza pogody nie sprawdzi się. Miało przecież padać i w ogóle być mało sympatycznie. Cieszyłem się więc, że zanosi się na pogodną przejażdżkę. Ale nic z tego. Błękitne niebo towarzyszyło mi w czasie, w którym pracowałem, ale gdy tylko wyłączyłem komputer, niebo zasnuło się ciemnymi chmurami i wszystko wróciło do ponurej normy. Popołudniową przejażdżkę rozpoczynałem więc w szarości. Jej trasa znów wiodła przez miasto. Było mokro i mglisto. Mój rower, jeszcze przedwczoraj czysty, szybko pokrył się brunatnym nalotem. Piach wgryza się wszędzie, osiada na tarczach hamulcowych, zagłębia w ogniwa łańcucha, pokrywa tryby i zębatki. Trudno jest dbać o sprzęt w takich warunkach, bo efekty każdego mycia nikną bardzo szybko, przywołując skojarzenia z mitologicznym Syzyfem. Niecierpliwie wyczekuję wiosny…