Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Mocny akcent

Czwartek, 31 marca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
11 35 821
Data
31 marca 2016
Czw. 15:57 18:46
Rower
Ridley X-Bow
11 35 67
Kalorie
1081kcal
Czas
2:40:09
73
508
1:00 0:43 0:00
Dystans
71.02km
77
506
21.39 23.36
Prędkość
26.61km/h
100
594
21.3 32.1 59.3
Kadencja
89rpm
125
Tętno
138bpm
160
Przewyższenia
929m
25
117
       419
Nachylenie
+ 4.3% - 4.0%
+ 12.8 - 12.4
Temperatura
16.2°C
14.0 18.0

Cudowna pogoda towarzyszyła mi podczas ostatniej marcowej przejażdżki. Wychodząc z domu, nie miałem do końca sprecyzowanego planu, dokąd mam pojechać, ale chciałem, aby nie było to zwyczajne, banalne pedałowanie. Zamierzałem zmusić organizm do wytężonej pracy, poczuć ból w nogach, a z twarzy ścierać spływający pot. Odpowiednich do realizacji tego pomysłu dróg, nie musiałem szukać. One leżą nieopodal mojego miejsca zamieszkania, kusząc widokami budzącej się z zimowego snu przyrody, wyświetlając w kadrze wzroku niezmierzone krajobrazy, powołane do życia boską partyturą stworzenia.

Rozpocząłem tradycyjnie, od rozgrzewki w Kosocicach. Pierwsze, skromne podjazdy i test popołudniowej formy. Było nieźle, a więc skierowałem się do Wieliczki. Stamtąd pojechałem do Sierczy. W tym krótki zdaniu kryje się solidna praca, którą musiałem wykonać, aby na stosunkowo niedługim podjeździe wznieść się ponad 100 metrów w górę. Potem przejechałem do wsi Rożnowa, skąd doskonale widziałem maszt radiowo-telewizyjny na Chorągwicy. Nie zamierzałem patrzeć na niego z dala – to był mój kolejny cel i przy okazji kolejny podjazd. Dawno nie wspinałem się na Chorągwicę, więc czas upływał nader szybko, a trudów podjazdu specjalnie nie odczuwałem. Może dlatego, że od pewnego czasu jest tutaj nowa nawierzchnia, którą zbudowano oczywiście za unijne pieniądze. Gdy w takim momencie przypominam sobie, że są idioci, którzy próbują udowodnić, iż Polska straciła na akcesie do wspólnoty europejskiej i najlepiej byłoby zrezygnować z członkostwa, to… zalewa mnie nie tylko pot.

Z Chorągwicy pojechałem do Raciborska, a potem do Dobranowic. Tam skręciłem w stronę Biskupic. Widząc przed sobą wzniesienie, wiedziałem, że uczyniłem słusznie. Kolejne sto metrów w górę na stosunkowo niedługim podjeździe. Chciałeś się pomęczyć, to masz – powiedziałem sam do siebie i zabrałem się do pracy. Dotarłem na szczyt, pokonałem krótki, płaski odcinek, a potem góra oddała to, co zabrała. Szybki, bardzo szybki, gwarantujący nawałnicę połączonych sił adrenaliny i endorfin, zjazd przez Łazany do drogi numer 966. A potem znów były mniejsze lub większe pagórki, bo właśnie takie są uroki małopolskiej ziemi. Przejechałem przez Trąbki, Zabłocie, Wyczesaną, Suchorabę, Zborczyce i Krakuszowice. Skręciłem na północ, by niedługo potem dotrzeć do wsi Brzezie. Tam zakończyła się moja „pagórkowata” przygoda. Ostatnie trzydzieści kilometrów było już łatwe, z niewielkimi „zmarszczkami”, spokojne, odprężające.

Dzisiejsza przejażdżka była szczególna z jeszcze jednego powodu. Po raz pierwszy od wielu lat nie używałem licznika Sigma ROX. Został zastąpiony przez Garmin Edge 1000. Kupiłem go, gdy „padł” mój Edge 705. Początkowo miał służyć wyłącznie jako GPS, ale szybko przekonałem się, że ma takie możliwości, których niewykorzystanie byłoby grzechem. Testowałem go więc od kilku miesięcy, jednocześnie przygotowując odpowiednie oprogramowania, które miało zapewnić „ciągłość” statystyk na moim blogu, o czym zapewne kiedyś napiszę, mając na względzie tych, którzy łączą rowerową pasję z zamiłowaniem do techniki.



Wiosenne deja vu

Wtorek, 29 marca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
10 34 820
Data
29 marca 2016
Wt. 9:41 12:54
Rower
Ridley X-Bow
10 34 66
Kalorie
1491kcal
Czas
3:01:57
63
385
0:46 0:34 0:00
Dystans
82.26km
66
374
18.36 17.33
Prędkość
27.13km/h
79
495
23.9 30.2 51.4
Kadencja
89rpm
118
Tętno
141bpm
188
Przewyższenia
635m
57
274
       288
Nachylenie
+ 3.5% - 3.7%
+ 7.0 - 8.0
Temperatura
17.9°C
15.0 23.0

Zupełnie nie wiem, jak to się stało, że w święta nie znalazłem czasu, aby choć raz wybrać się na przejażdżkę. A przecież pogoda sprzyjała. Oj, nieładnie, nieładnie… Nie powinien zatem dziwić fakt, że dzisiaj żadna siła nie była w stanie zatrzymać mnie w domu i choćby się waliło i paliło, na rower wyjść musiałem. Dzięki tej decyzji mogłem przeżyć pewnego rodzaju deja vu i poczuć się niemal dokładnie tak samo jak wtedy, gdy spędzałem urlop nad polskim morzem. Ta sama temperatura, ten sam, silny wiatr. I tylko jeden szczegół różnił te dwa pogodowe obrazki. Na urlopie byłem w lipcu, a teraz mamy koniec marca.

Wiatr dawał się we znaki. Niejeden raz skutecznie wytrącał mnie z rytmu i kierunku jazdy. Jednak nie marudziłem i nie narzekałem, bo skumulowany przez święta bagaż węglowodanów wymagał ode mnie podjęcia zdecydowanych kroków. Pracowałem więc solidnie, niewzruszenie i uparcie wgryzając się w masy pędzącego na mnie powietrza, pocieszając się oczywistą myślą, że w którymś momencie zawrócę, a wtedy ta cała zawierucha porwie mnie i popędzę do przodu niczym drapieżny ptak, pikujący ku swej ofierze.

Trasa była kompozycją różnych widoków. Na początku zawitałem do centrum miasta, by potem uciec w kierunku Nowej Huty. Stamtąd wróciłem w okolice Alei 29 Listopada i skierowałem się w stronę Witkowic. Zjechałem do Zielonek, dojechałem do ulicy Gaik, przez Rząskę dotarłem do Balic. Stamtąd pojechałem do Kryspinowa, gdzie wreszcie nadeszła wspomniana chwila, gdy poczułem uderzenia wiatru w plecy i już spokojnie, bez wysiłku, lekko tak i swobodnie mogłem jechać w kierunku domu.

Na marginesie wspomnę, że nadszedł czas zmian. Była to ostatnia przejażdżka, podczas której używałem licznika Sigma ROX 9.1. Byłem mu wierny od wielu lat, więc śmiało mogę powiedzieć, że to koniec pewnej epoki. Zamierzam nawet popełnić okolicznościowy wpis na ten temat.


Widok z okolic Fortu „Marszowiec”
Widok z okolic Fortu „Marszowiec”



Przedziwny dzień

Piątek, 25 marca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
9 33 819
Data
25 marca 2016
Pt. 10:49 14:36
Rower
Ridley X-Bow
9 33 65
Kalorie
1714kcal
Czas
3:41:20
20
156
0:35 0:28 0:00
Dystans
101.77km
45
229
14.02 15.22
Prędkość
27.59km/h
62
427
23.9 31.7 52.9
Kadencja
91rpm
112
Tętno
136bpm
155
Przewyższenia
516m
73
394
       257
Nachylenie
+ 3.7% - 3.3%
+ 9.0 - 7.0
Temperatura
10.6°C
9.0 14.0

Wielki Piątek. Dzień, w którym, przynajmniej teoretycznie, zwalniamy nieco szalony pęd trybów codzienności. Być może kierujemy nawet nasze myśli w stronę odwiecznej i niezmierzonej tajemnicy bytu, ale prawdę mówiąc nie wiem, ile w tym tradycji, a ile prawdziwej wiary. Śmiem twierdzić, że najwięcej w tym powierzchowności, pozorów, kiepskiego aktorstwa przed sąsiadami, a mało zrozumienia. Okazujemy oburzenie widząc człowieka jedzącego bułkę z kiełbasą – toż to zabronione w Wielki Piątek – by za chwilę przejść obojętnie obok biedaka – bo to na pewno pijak… i złodziej, „bo każdy pijak to złodziej”. I żeby było jasne – ja nie moralizuję, bo niestety mam sobie wiele do zarzucenia. A zmienić siebie jest najtrudniej…

No dobra – bracia i siostry – koniec kazania, bo przecież miałem jedynie szczery zamiar skreślenia słów kilku na temat dzisiejszej przejażdżki. Jednak nigdy nie ukrywałem, że moje rowerowe eskapady są nierzadko czasem przeznaczonym na coś więcej niż tylko beznamiętne pedałowanie. Wielokrotnie uciekam w skomplikowany świat moich myśli. A Wielki Piątek jest właśnie jednym z kilku takich dni, które tworzą naturalną scenografię dla ich projekcji. Musiałem więc pojechać tam, gdzie nie docierają żadne dźwięki cywilizacji, gdzie akustycznym tłem jest szum drzew i śpiew ptaków. Ci, którzy znają mnie lub mój blog, dobrze wiedzą, że taką świątynią jest dla mnie Puszcza Niepołomicka. To właśnie tam pojechałem, a jechało mi się tak dobrze, że początkowo planowane 50 kilometrów zamieniło się w 60, potem w 70, następnie w 80, a gdy już dotarłem do 90, to pomyślałem, że grzechem byłoby nie dociągnąć do 100 kilometrów. Nie zgrzeszyłem.

Wracając do domu ogarnęła mnie niespodziewana nostalgia. Kolejne święta, spadająca kolejna kartka z kalendarza, kolejna wiosna. Która to już? Przecież niedawno była szesnasta, a drzwi do świata były szeroko otwarte. Potem dwudziesta, trzydziesta, a później czas zwariował, przyspieszył, uciekł gwałtownie do przodu, brutalnie ciągnąc mnie ze sobą.

Wielki Piątek. Zaiste przedziwny to dzień…



Liche krople deszczu

Środa, 23 marca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
8 32 818
Data
23 marca 2016
Śr. 16:21 18:42
Rower
Ridley X-Bow
8 32 64
Kalorie
1058kcal
Czas
2:14:33
99
764
0:31 0:27 0:45
Dystans
60.47km
96
696
11.76 14.70
Prędkość
26.97km/h
85
523
22.2 31.6 47.5
Kadencja
89rpm
114
Tętno
138bpm
161
Przewyższenia
499m
77
411
       332
Nachylenie
+ 4.2% - 3.4%
+ 10.0 - 9.0
Temperatura
5.3°C
4.0 6.0

Początek wiosny nie jest ekscytujący pogodowo. W niedzielę lało. W poniedziałek i wtorek też. Deszcz mi nie przeszkadza, ale akurat w niedzielę umyłem rower i jakoś tak żal było od razu go upaprać. Miałem zresztą co robić, bo mój podstawowy rower wciąż nie jest przygotowany do nowego sezonu. Deszczowe popołudnia poświęciłem więc na podgonienie prac i jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, to najpóźniej na koniec marca sprzęt będzie gotowy.

Deszcz odpuścił dzisiaj. Nie od razu i nie do końca, ale warunki były już na tyle dobre, że spragniony tradycyjnej, popołudniowej aktywności, zaplanowałem krótki rekonesans podmiejsko-miejskich szlaków. Gdy tylko wyruszyłem, ciemne zwaliska chmur raczyły mi przypomnieć, kto tutaj rządzi. Pojawiła się dziwna postać opadów, jakaś forma przejściowa pomiędzy mżawką a pełnoprawnym deszczem. Droga szybko zrobiła się wilgotna i śliska, a odczuwalna temperatura spadła jeszcze bardziej. Po kilkunastu minutach opady ustały, by wkrótce powrócić. I tak kilka razy. Potem było już sucho, ale ciemne niebo wciąż przypominało, że wiosna istnieje tylko teoretycznie.



Pożegnanie zimy

Sobota, 19 marca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
7 31 817
Data
19 marca 2016
Sob. 11:38 14:46
Rower
Ridley X-Bow
7 31 63
Kalorie
1478kcal
Czas
3:04:38
62
370
1:00 0:38 0:00
Dystans
82.55km
65
372
21.20 21.12
Prędkość
26.83km/h
91
547
21.2 33.2 60.3
Kadencja
91rpm
112
Tętno
139bpm
155
Przewyższenia
865m
31
140
       405
Nachylenie
+ 4.1% - 4.0%
+ 9.0 - 19.0
Temperatura
7.5°C
5.0 10.0

Koniec zimy. Przynajmniej tej kalendarzowej, która nawiasem mówiąc, wcale zimy nie przypominała. Postanowiłem jednak godnie pożegnać tę całkowicie zbędną porę roku i zaplanowałem nieco bardziej treściwą przejażdżkę, niźli czynię to w popołudnie dnia powszedniego. Pogoda zasadniczo mi sprzyjała, czyli nic nie padało, ani nie sypało. Wiatr też nie był „porywająco” silny. Nawet słońce pięknie świeciło. Do pełni szczęścia brakowało jedynie nieco wyższej temperatury, ale nie można mieć wszystkiego. Początkowo zamierzałem wyruszyć dość wcześnie, ale mój organizm zbuntował się i postanowił odebrać należny mu sen wraz z odsetkami za zwłokę. O godzinie, o której miałem jechać, ja dopiero wstawałem z łóżka i zanim byłem gotowy, napojony i nakarmiony, minęło jeszcze sporo czasu. Pierwsze obroty korbą wykonałem więc dopiero po jedenastej.

Często piszę, że plan był prosty. Nie inaczej było i tym razem. Plan był prosty i należało go tylko zrealizować. Najpierw pojechałem do Świątnik Górnych, a więc dość szybko mogłem powiedzieć „dzień dobry” mniejszym i większym pagórkom, których zdobycie oznaczało konieczność pokonania mniej lub bardziej stromych podjazdów, które – jak powszechnie wiadomo – są solą kolarstwa. Nieco bardziej „puszyści” amatorzy tej pięknej dyscypliny sportu nie przepadają za nimi. Lubią je ci, których postura przypomina rysunki z podręcznika do anatomii, a konkretnie z rozdziału opisującego układ kostny człowieka. Złośliwi zaliczają mnie do tej drugiej kategorii, ale uwierzcie – to wierutne kłamstwo i nadużycie. Faktem jednak jest, że od kiedy zrzuciłem balast kilkunastu zbędnych kilogramów, to po pierwsze, udowodniłem empirycznie, że taniej jest odchudzić siebie niż rower, a po drugie, odkryłem prawdziwą radość pokonywania geomorfologicznych wyzwań.

Ze Świątnik Górnych pojechałem do Mogilan, a więc na trasie nadal dominowały pagórki. Potem zjechałem do Radziszowa, gdzie skręciłem w stronę Skawiny. Przede mną było kilka płaskich kilometrów i dopiero tuż przed Tyńcem musiałem zaliczyć niewielki pagórek. Dotarłem do Stopnia Wodnego Kościuszko i przejechałem na drugi brzeg Wisły, aby wkrótce zaliczyć serpentyny na ulicy Księcia Józefa i skierować się w stronę mekki weekendowego (w lecie) wypoczynku Krakowian – Kryspinowa. Przejechałem jeszcze kilka kilometrów na zachód, zanim skręciłem na drogę prowadzącą do Morawicy, a po kolejnych paru kilometrach skręcałem już na wschód, rozpoczynając w ten sposób powrót do Krakowa. Ta część trasy była już łatwa, pozbawiona nadmiaru naturalnej „iny”, czyli endrofiny i adrenaliny. Dotarłem do miasta i bez problemu przejechałem przez spokojne ulice.

Zima pożegnana, ale jak znam logikę pogody w naszym nadwiślańskim kraju, to pewnie wkrótce… sypnie śniegiem. I tym „miłym” akcentem, wierząc, że się nie sprawdzi, żegnam się do następnego razu.



Na granicy zmierzchu

Środa, 16 marca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
6 30 816
Data
16 marca 2016
Śr. 16:12 18:44
Rower
Ridley X-Bow
6 30 62
Kalorie
1259kcal
Czas
2:29:48
81
599
0:43 0:30 0:58
Dystans
67.33km
83
546
15.93 16.91
Prędkość
26.97km/h
85
523
22.1 33.2 57.6
Kadencja
90rpm
111
Tętno
143bpm
189
Przewyższenia
599m
62
298
       323
Nachylenie
+ 3.8% - 3.5%
+ 10.0 - 12.0
Temperatura
4.9°C
2.0 7.0

Połowa marca. Oj chciałoby się, aby nastał już czas wiosny, takiej prawdziwej, ciepłej, zielonej, pachnącej. Na razie pozostaje cieszyć się z coraz dłuższego dnia, który sprawia, że podczas moich popołudniowych przejażdżek, coraz dłużej mogę podziwiać świat w dziennym świetle. Czasem jest to tylko światło, z trudem przenikające przez grubą kołdrę chmur, a czasem – tak jak dzisiaj – piękne słońce. To słońce wygoniło mnie z domu, wdziękiem swojego blasku zapraszając do wspólnej podróży po nieodległych drogach. I tak, najpierw pojechałem do Wieliczki, by tradycyjnym szlakiem wiodącym przez ulice Kuryłowicza i Sawiczewskich, dotrzeć do ulicy Myślenickiej. Stamtąd skierowałem się w stronę Libertowa, chcąc sprawdzić swoją dyspozycję na dość długim podjeździe. Potem wybór był oczywisty. Zjechałem do Skawiny. Słońce zmieniło już barwę i poczęło składać się do snu. Ostatecznie powiedziało mi „dobranoc” w Tyńcu. Zrobiło się chłodniej, a po chwili jeszcze chłodniej, gdy skręciłem w stronę centrum Krakowa i okazało się, że będę jechał pod wiatr. Zmierzch powoli przechodził w wieczór. Jego szare i ciemne odcienie wypełniały przestrzeń, kradnąc barwy ze wszystkiego, co jeszcze przed chwilą mieniło się kolorami dnia.



Ludzie, przesiądźcie się na rowery!

Poniedziałek, 14 marca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
5 29 815
Data
14 marca 2016
Pon. 15:51 17:44
Rower
Ridley X-Bow
5 29 61
Kalorie
916kcal
Czas
1:45:46
124
1119
0:32 0:21 0:01
Dystans
47.94km
124
1025
12.81 11.28
Prędkość
27.20km/h
77
483
23.8 30.9 49.4
Kadencja
90rpm
115
Tętno
146bpm
178
Przewyższenia
439m
91
498
       337
Nachylenie
+ 3.4% - 3.8%
+ 8.0 - 9.0
Temperatura
6.7°C
6.0 8.0

Apokalipsa, paraliż, komunikacyjny dramat, czarny sen, tragedia – wołały dzisiejsze nagłówki portali internetowych w sekcji wiadomości lokalnych z Grodu Kraka. To wszystko z jednego powodu. Otóż zamknięto estakadę im. Obrońców Lwowa, która łączyła Al. Powstańców Śląskich z Al. Powstańców Wielkopolskich, znakomicie ułatwiając przejazd w stronę Nowej Huty. Zamknięto ją nie bez powodu. Rozpoczęto właśnie realizację kluczowego etapu największej krakowskiej inwestycji, jaką niewątpliwie jest budowa łącznicy kolejowej pomiędzy przystankami Kraków Zabłocie a Kraków Krzemionki. To wspaniałe przedsięwzięcie inżynieryjne, o czym można się przekonać, przeglądając wizualizacje projektu. Jako człowiek w tzw. średnim wieku, doskonale pamiętam czasy, gdy w siermiężnej rzeczywistości pogrążonej w permanentnym kryzysie, nic się budowało, a wyasfaltowanie pięciu metrów chodnika zasługiwało na wzmiankę w mediach. Nieustannie więc odczuwam niekłamaną radość i dumę, widząc, jak zmienia się obraz kraju, w którym żyję. Tak na marginesie wypada wspomnieć, że oczywiście nie wszyscy mają podobne zdanie, a są nawet tacy, którzy twierdzą, że kraj jest w ruinie. To jednak inna bajka, a w zasadzie przypadek z zacnej medycznej specjalności, jaką jest psychiatria.

Zmotoryzowany Kraków istotnie stanął w miejscu i mam przypuszczenie graniczące z pewnością, że kierowcy tkwiący w kilkukilometrowych korkach i tracący godziny na pokonanie niezbyt długiego dystansu, mieli gdzieś wzniosłe myśli o potężnych inżynieryjnych osiągnięciach. Miast hymnów pochwalnych, artykułowali zapewne „warczące” słowa, uznane powszechnie za niecenzuralne. Postanowiłem zatem połączyć się z nimi w cierpieniu i zaraz po pracy wybrałem się na przejażdżkę, aby naocznie przekonać się, co i jak.

Moim pierwszym i dość oczywistym spostrzeżeniem było to, iż nie zauważyłem ani jednego rowerzysty tkwiącego w korku. Drugim, że w większości aut osobowych znajdował się tylko kierowca. Trzecim, że pojazdy komunikacji miejskiej poruszały się znacznie szybciej od prywatnych. Nietrudno się domyślić, że zmierzam do jednego słusznego wniosku: Ludzie, przesiądźcie się na rowery! A jeśli nie możecie, to choćby do tramwaju lub autobusu. I w tym momencie widzę jak oni wszyscy pukają się znacząco w czoło, uparcie wybierając tkwienie w korku. Tymczasem ja jestem przykładem gościa, który swego czasu świadomie wybierał marnotrawienie czasu w drogowych zatorach. Nawet już wtedy, gdy rower stał się moją pasją, nadal do pracy jeździłem samochodem. Ale nadszedł dzień, w którym wprowadzono opłaty za parkowanie w centrum miasta i cała zabawa stała się, delikatnie mówiąc, mało opłacalna. Postanowiłem wtedy, że czas przetestować krakowskie MPK. I co? I stał się cud! Oto ja, człek wygodny, bez problemu przyzwyczaiłem się do komunikacji miejskiej. I mimo tego, że czasem trafiam na specyficznie „pachnącego” menela lub spragnionego miłośnika promili, to nie wyobrażam sobie powrotu do dryfowania w morzu wolno poruszających się samochodów.

A więc raz jeszcze powtarzam… Ludzie, przesiądźcie się na rowery!


Nie widać jeszcze
wielkich konstrukcji…
Nie widać jeszcze wielkich konstrukcji…
... ale korki tak.
... ale korki tak.



Pogoda gorszego sortu

Sobota, 12 marca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
4 28 814
Data
12 marca 2016
Sob. 9:40 11:18
Rower
Ridley X-Bow
4 28 60
Kalorie
771kcal
Czas
1:33:38
130
1198
0:21 0:20 0:00
Dystans
40.41km
129
1191
8.14 9.17
Prędkość
25.90km/h
113
706
23.2 27.0 40.6
Kadencja
90rpm
119
Tętno
142bpm
178
Przewyższenia
295m
116
845
       259
Nachylenie
+ 3.6% - 3.2%
+ 10.0 - 8.0
Temperatura
5.0°C
5.0 5.0

Dzisiaj nieważne były dystans i prędkość. Nawet trasa miała drugorzędne znaczenie. Dzisiaj liczyło się tylko to, że w ogóle wyszedłem z domu, bo tam, po drugiej stronie drzwi, czekała na mnie Kraina Deszczowców. Przygnębiające ciemnoszare tło, zimny wiatr i to, czego nie lubię najbardziej – mżawka. Wypełniała całą przestrzeń, napełniając ją nieskończoną wilgocią, bezlitośnie obejmując wszystko swoim mokrym, zimnym dotykiem. Nie jest to świat przyjazny rowerzystom, więc tym bardziej miałem ochotę chociaż przez chwilę być jego częścią. Przez całe półtorej godziny poruszałem się w takich warunkach. Rower zaliczył ten test na szóstkę, czego nie mogę powiedzieć o mojej teoretycznie wodoodpornej odzieży. Ochraniacze na buty, spodnie i rękawiczki niezbyt długo broniły się przed deszczem, w końcu poddając się i nasiąkając wodą. Zwłaszcza w przypadku rękawiczek było to frustrujące, bo nie dość, że stały się ciężkie, to dodatkowo wychładzały moje dłonie. Mimo to nie poddawałem się i dzielnie walczyłem z wszelkimi przeciwnościami pogody.

Ot i cała dzisiejsza historia, którą niezwłocznie publikuję.



Spokojnym tempem

Wtorek, 8 marca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
3 27 813
Data
8 marca 2016
Wt. 16:08 18:29
Rower
Ridley X-Bow
3 27 59
Kalorie
1084kcal
Czas
2:15:34
96
748
0:25 0:22 0:56
Dystans
60.45km
97
698
9.92 12.11
Prędkość
26.75km/h
95
568
23.1 32.1 51.2
Kadencja
90rpm
113
Tętno
139bpm
181
Przewyższenia
400m
101
581
       332
Nachylenie
+ 4.0% - 3.3%
+ 10.0 - 8.0
Temperatura
7.9°C
7.0 8.0

Są dni, kiedy jeździ mi się wyraźnie lepiej. Szybko mijam krajobrazy, napawam się ich widokiem, a sama jazda daje mi wiele radości, przynosząc odprężenie, wprowadzając w subtelny błogostan. Dzisiaj… nie miałem takiego dnia. Już po przejechaniu pierwszych kilku kilometrów zauważyłem, że coś jest nie tak. Miałem wrażenie, że wiatr wieje z każdej strony, że doskonale znane podjazdy stały się bardziej strome, że rama wypełniona jest betonem, z opon uszło całe powietrze, a w nogach zamiast mięśni mam gąbkę. Krótko mówiąc – było ciężko. Pomyślałem, że po rozgrzewce wszystko wróci do normy, ale czas upływał, kilometry mijały, a lekkość jazdy w żaden sposób powrócić nie chciała. Cóż było robić? Mogłem oczywiście wrócić do domu, powiesić rower na ścianie i popijając gorącą herbatę, ponarzekać trochę na brak formy. Mogłem także spróbować sięgnąć do ostatnich, głęboko ukrytych pokładów energii i ryzykując „zatarcie silnika”, siłą zwalczyć słabość. Mogłem wreszcie włączyć tryb „turystyczny” i dalszą część trasy pokonać spokojnym tempem. I właśnie tę opcję wybrałem…



Czekam na więcej

Sobota, 5 marca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
2 26 812
Data
5 marca 2016
Sob. 11:12 14:49
Rower
Ridley X-Bow
2 26 58
Kalorie
1787kcal
Czas
3:32:08
42
227
0:45 0:29 0:00
Dystans
100.59km
51
282
17.53 16.55
Prędkość
28.45km/h
45
326
22.9 33.4 60.5
Kadencja
93rpm
115
Tętno
143bpm
192
Przewyższenia
630m
59
281
       297
Nachylenie
+ 3.6% - 3.7%
+ 8.0 - 11.0
Temperatura
10.4°C
8.0 13.0

Już od kilku dni planowałem, że w sobotę, podobnie jak tydzień temu, ucieknę z miasta. Miałem także nadzieję, że uda mi się zaliczyć pierwszą setkę Anno Domini 2016. Niebiosa zdecydowanie mi sprzyjały, bo pogoda była całkiem sympatyczna, czyli nie padało i było dość ciepło. Wystarczyło tylko wsiąść na rower i ruszyć w drogę. Pierwotnie zamierzałem wyjechać dość wcześnie, ale okazało się to niemożliwe z jednego banalnego powodu. Wybraliśmy się wczoraj z Moniką do kina, aby obejrzeć nagrodzony Oscarem „Spotlight”. Seans zakończył się tuż przed północą, a potem – nie ukrywam, że mocno wstrząśnięci – jeszcze przez dwie godziny dyskutowaliśmy o filmie. Na marginesie wspomnę, że choć nie jest to blog filmowy, a ja nie aspiruję do roli krytyka, proponuję abyście obejrzeli ten obraz… Poszedłem więc spać bardzo późno i proporcjonalnie później zmusiłem swój mocno zaawansowany wiekowo organizm, aby zwlókł się z łóżka.

Wyjechałem dopiero po jedenastej, wybierając jedną z moich prywatnych „klasycznych tras rowerowych”. Zakładając przejechanie nieco większej liczby kilometrów, prócz pełnego bidonu, uzbroiłem się także w batoniki energetyczne. Zacząłem od dojazdu do Rybitw. Potem pojechałem do Brzegów, gdzie – jak Krakowianom powszechnie wiadomo – odbędą się Światowe Dni Młodzieży. Wspominam o tym dlatego, że miejscowość ta wielce na tym zyskała. Pojawiły się nowe drogi, na istniejących wymieniono nawierzchnię, zbudowano parkingi. Zauważyłem nawet pachnącą świeżością kładkę ponad potokiem, co jest o tyle śmieszne, że ani przed nią, ani za nią nie ma chodnika, po którym można byłoby do niej dojść. Z Brzegów pojechałem do Niepołomic, a zaraz potem zagłębiłem się w Puszczy Niepołomickiej. Jadąc na wschód, dotarłem do Mikluszowic, a tam skręciłem w stronę Bochni. Nie odczuwałem zmęczenia, ani tym bardziej znudzenia, bo wyposzczony w okresie zimowym organizm, ewidentnie domagał się dłuższych, pozamiejskich wycieczek. W Bochni skręciłem na zachód, aby moim szczególnie ulubionym Górnym Gościńcem dotrzeć do wsi Chełm. Tam zjechałem do drogi 94 z zamiarem powrotu do Krakowa. Zorientowałem się jednak, że w ten sposób setki nie zaliczę, a więc dojechawszy do wysokości Zagórza, skręciłem w stronę Staniątek, wybierając w ten sposób nieco okrężną trasę. Manewr ten powtórzyłem w Krakowie, aby „dokręcić” brakujące kilka kilometrów.

Jest więc dobrze. Pierwsze w tym roku sto kilometrów za jednym zamachem – zaliczone. Czekam na więcej i… jeszcze więcej i… jeszcze o wiele więcej. Przecież to moja pasja.