Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Bezkompromisowo

Czwartek, 28 kwietnia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
11 46 832
Data
28 kwietnia 2016
Czw. 15:56 19:12
Rower
Ridley Fenix
9 9 154
Kalorie
1648kcal
Czas
3:08:36
61
360
1:07 0:47 0:00
Dystans
84.79km
63
357
24.16 25.72
Prędkość
26.97km/h
84
522
21.4 32.6 61.6
Kadencja
91rpm
126
Tętno
136bpm
157
Przewyższenia
1068m
13
71
       423
Nachylenie
+ 4.4% - 4.2%
+ 17.7 - 13.3
Temperatura
12.1°C
10.0 15.0

Przednią zabawę zafundowałem sobie w dzisiejsze popołudnie, bo kolejny raz wybrałem się na zwiedzanie świata małopolskich wzniesień. Plan tej eskapady narodził się w… godzinach pracy, ale gdyby jakiś „nadszyszkownik” czytał te słowa i poczuł się zaniepokojony, to spieszę wyjaśnić, że stało się to podczas ustawowej przerwy śniadaniowej. A że ta ostatnia jest raczej krótka, więc zarys trasy musiał powstać szybko bez zbędnego rozczulania się nad sobą, które zazwyczaj przejawia się głosem rozsądku, mówiącym: chłopie, tu będzie za stromo, tam będzie za bardzo wiało, itp. Zresztą, prawdę mówiąc, nawet nie zerknąłem na profil, co miało dwa pozytywne skutki. Po pierwsze, nie wiedziałem, co mnie czeka. Po drugie – które wynika z pierwszego – nie musiałem zadawać pytania: czy sobie poradzę? To ostatnie zdanie brzmi groźnie. Czyżby trasa miała być aż tak trudna? Nie, ale jak się później okazało, znalazł się na niej jeden fragment, który zmusił moje mięśnie do solidnej, nieprzerwanej, mocnej, rzetelnej, uczciwej roboty…

A wszystko zaczęło się od dotarcia do Wieliczki, które potraktowałem jako rozgrzewkę. Była potrzebna, bo pogoda znów nie zamierzała mnie rozpieszczać. Było raczej chłodno i oczywiście wiał wiatr, oczywiście z zachodu, oczywiście obniżając odczuwalną temperaturę. Potrzebowałem więc tych kilkunastu kilometrów, aby w przenośni i dosłownie poczuć w sobie energetyczny żar, tudzież wejść w odpowiedni rytm. Z Wieliczki wyjechałem drogą 966, która wiedzie do Gdowa, a której osobiście bardzo nie lubię – jest stosunkowo wąska, ruchliwa i „pi razy drzwi” co trzeci kierowca ma problem ze zrozumieniem przepisu o bezpiecznym odstępie od wyprzedzanego rowerzysty. Dlatego z wielką ulgą, tuż za rondem na ulicy Gdowskiej, skręciłem na południe, z zamiarem wyjechania na Chorągwicę.

Byłem tam niedawno, ale tym razem wybrałem drogę przez Lednicę Górną. Szybko okazało się, że było to dość ambitne zadanie, bo dukt ten bezpardonowo wykradał naturze kolejne metry przewyższeń. Jeśli nawet w pewnym momencie pomyślałem, że jest ciężko, to bardzo szybko musiałem zweryfikować tę opinię, bo nagle wjechałem na odcinek, którego nawierzchnię wyłożono betonowymi, dziurkowanymi płytami. Nim zdążyłem sobie zadać pytanie „po jaką cholerę?”, poznałem na nie odpowiedź – aby zimą była szansa na wyjechanie tutaj samochodem. Droga bowiem zdawała się bez zbędnych kompromisów wieść ku chmurom. Niezbyt długi to fragment, ale jego nachylenie dochodzi miejscami do 20%, nie pozostawiając miejsca i czasu na przysłowiowe złapanie oddechu. Potem było już łatwiej, ale cały czas w górę i w górę, aż do samej Chorągwicy.

Z Chorągwicy pojechałem do Raciborska, potem na wschód do Dobranowic, a stamtąd do Sułowa. To był kolejny fragment trasy, który wymagał ode mnie mocnej pracy, bo na stosunkowo krótkim dystansie musiałem wznieść się o ponad osiemdziesiąt metrów pionie. Potem było już zdecydowanie łatwiej, chociaż nie brakowało pagórków. Łazany, Trąbki, Zabłocie, Suchoraba, Zborczyce, Szczytniki i wreszcie Brzezie. Wkrótce skręcałem już na zachód, a więc rozpoczynałem jazdę pod wiatr. Nie czułem się zmęczony, więc gdy dojechałem do Węgrzców Wielkich, nie wybrałem najkrótszej drogi, ale zaliczyłem przejazd przez Grabie, Brzegi i Kokotów. Stąd miałem bardzo blisko do domu, ale… wciąż odczuwałem pewien niedosyt, więc pojechałem jeszcze do Podgórza, aby zaliczyć podjazd na ulicy Parkowej, potem na Bonarce, a jeszcze później na ulicy Łużyckiej. Wciąż było mi mało, więc łupem padła jeszcze ulica Niebieska, gdzie dobiłem do tysiąca metrów przewyższeń. A potem już tylko zjazd do domu, uśmiech na twarzy, satysfakcja, radość, odprężenie…


Na podjeździe w Lednicy Górnej nie zatrzymywałem się. To zdjęcie zrobiłem dzień później.
Na podjeździe w Lednicy Górnej nie zatrzymywałem się. To zdjęcie zrobiłem dzień później.
To nie był najbardziej stromy fragment podjazdu. Za zakrętem było gorzej, tzn. lepiej.
To nie był najbardziej stromy fragment podjazdu. Za zakrętem było gorzej, tzn. lepiej.



Krótko, lecz treściwie

Wtorek, 26 kwietnia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
10 45 831
Data
26 kwietnia 2016
Wt. 15:44 18:02
Rower
Ridley Fenix
8 8 153
Kalorie
1173kcal
Czas
2:12:31
103
794
0:53 0:35 0:00
Dystans
61.07km
94
666
21.00 19.73
Prędkość
27.65km/h
59
419
23.4 33.4 51.4
Kadencja
92rpm
121
Tętno
133bpm
155
Przewyższenia
761m
44
195
       385
Nachylenie
+ 3.6% - 3.9%
+ 8.9 - 11.0
Temperatura
12.9°C
12.0 14.0

Powoli mam już dość wiatru. Jakaś dziwna zasada zapanowała tej wiosny. Jak nie wieje, to leje, a jak nie leje, to wieje. I tak źle, i tak niedobrze. Nie żebym specjalnie mocno narzekał, bo przecież cyklista radzić sobie musi w każdych warunkach, ale marzy mi się fajna przejażdżka w pogodnym i bezwietrznym dniu.

Dzisiaj nie miałem wiele czasu, więc na zaliczenie setki szans nie było. Postanowiłem zatem przekuć ilość w jakość i zamiast wypuścić się w płaskie rejony, skierowałem koła mojego roweru na południe. Na dobry początek pomknąłem do Wieliczki, a następnie wspiąłem się do Sierczy. Skręciłem na wschód i dojechałem do wsi Rożnowa. Miałem zamiar wyjechać na Chorągwicę, ale przecież niedawno tam byłem, więc zmieniłem plany i skręciłem na południe. Dojechałem do Pawlikowic, a potem do Raciborska, gdzie skręciłem na zachód z mocnym postanowieniem, że nie bacząc na przeciwny wiatr, dojadę do Gorzkowa, a potem jeszcze dalej, do Świątnik Górnych. Postanowienie widać faktycznie było mocne, bo wiatr nijak mi nie przeszkodził, choć bardzo się starał. Ze Świątnik pojechałem do Wrząsowic, za którymi skręciłem w stronę Swoszowic. Jeździłem jakiś czas po okolicy, aby ostatecznie pojechać do Kurdwanowa, zjechać do ulicy Kamieńskiego, zaliczyć Bonarkę i dotrzeć na Podgórze. Tam stwierdziłem, że nadszedł już czas powrotu.

W ten oto sposób uczciłem trzydziestą rocznicę uwolnienia… zawartości reaktora jądrowego w Czarnobylu. Ponieważ dość często wracam myślami do „starych, dobrych” lat ’80 ubiegłego wieku („Remember the good old 1980s, when things were so uncomplicated?” – śpiewało ELO w utworze „Ticket to the Moon” na płycie „Time”), pozwolę sobie na małą dygresję z gatunku „off-topic”. Pamiętam, że była piękna, słoneczna wiosna, a o spektakularnej porażce sowieckiej techniki atomowej dowiedziałem się z Radia Wolna Europa, a nie z Telewizji Polskiej, która była wówczas tubą propagandową komunistycznej władzy. No i proszę, czasy się zmieniły, a po trzydziestu latach historia zdaje się zataczać koło. Czarnobyl co prawda nie „huknął” ponownie, ale TVP wróciła do ówcześnie obowiązujących schematów. Przykre…



Zły dzień

Piątek, 22 kwietnia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
9 44 830
Data
22 kwietnia 2016
Pt. 15:07 19:12
Rower
Ridley Fenix
7 7 152
Kalorie
1728kcal
Czas
3:45:44
15
130
1:05 0:51 0:00
Dystans
100.26km
53
295
25.21 24.88
Prędkość
26.65km/h
99
587
23.0 28.9 54.3
Kadencja
90rpm
118
Tętno
126bpm
148
Przewyższenia
819m
37
164
       294
Nachylenie
+ 3.2% - 3.3%
+ 9.4 - 11.7
Temperatura
15.9°C
12.0 19.0

Są takie dni, kiedy cała energia gdzieś znika, a rowerowy wyjazd zamiast doprowadzać do stanu euforii, zamienia się w walkę o przetrwanie. Taki dzień przytrafił mi się właśnie dzisiaj. Zaplanowałem sobie trasę, dokładnie się przygotowałem, nie zapomniałem o solidnej dawce węglowodanów w postaci makaronu. Wszystko na nic. Już po przejechaniu kilkunastu kilometrów wiedziałem, że będzie źle. Owszem, wiało i to bardzo mocno, ale w którą stronę bym się nie kierował, nie mogłem złapać właściwego rytmu. Mimo to realizowałem plan, bo jestem cholernie uparty. Metr za metrem przedzierałem się przez wietrzną zaporę, lecz nadszedł taki moment, gdy zrozumiałem, że to nie ma sensu i pora odpuścić. Przerwałem więc nawigację, świadomie rezygnując z zaliczenia kilku podjazdów i sporej liczby kilometrów. Wybrałem powrót do domu spokojnymi szlakami i tylko trochę naokoło, aby dociągnąć do setki.

Jaka była przyczyna? Zmęczenie, niewyspanie, wiek, pogoda? Nie wiem. Może po prostu dzień, zły dzień…


Zdążyłem wrócić jeszcze przed zachodem słońca
Zdążyłem wrócić jeszcze przed zachodem słońca



Czwartek na 104%

Czwartek, 21 kwietnia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
8 43 829
Data
21 kwietnia 2016
Czw. 16:03 19:46
Rower
Ridley Fenix
6 6 151
Kalorie
1867kcal
Czas
3:33:11
39
219
0:54 0:41 0:04
Dystans
104.12km
36
171
23.98 20.56
Prędkość
29.30km/h
27
192
26.6 29.7 60.4
Kadencja
94rpm
128
Tętno
142bpm
159
Przewyższenia
817m
38
166
       327
Nachylenie
+ 3.4% - 4.1%
+ 10.5 - 16.6
Temperatura
15.1°C
12.0 17.0

Zaprawdę powiadam Wam, piękne było to czwartkowe popołudnie, a do pełni szczęścia zabrakło jedynie nieco wyższej temperatury i nieco słabszego wiatru. Na przejażdżkę wybrałem się zgodnie z powszednim harmonogramem, czyli wczesnym popołudniem. Zdążyłem nawet przygotować plan trasy, który zakładał przejechanie stu kilometrów. Tradycyjnie czułem przecież przejmujący głód jazdy, wzmożony trzema dniami „urlopu” od roweru.

Początek był dość standardowy, bo w końcu na ile różnych sposobów można wyjechać spod domu? Pojechałem do Kosocic, zjechałem do ulicy Myślenickiej, a potem pojechałem do Lusiny. Tam jednak nie skręciłem w stronę Swoszowic, ale w przeciwną, mając zamiar dojechania do wsi Gaj. Droga wznosiła się ku górze, początkowo bardzo delikatnie, a potem już zdecydowanie wyraźniej. Nie zamierzałem dojeżdżać na wprost do zakopianki, lecz mniej więcej w połowie wsi skręciłem na północ. To nie był dobry pomysł, bo kilkusetmetrowy odcinek drogi, którą przyszło mi jechać, jakkolwiek był asfaltowy, to jednak jego nawierzchnia pamiętała czasy towarzysza Edwarda Gierka. Po dotarciu do zakopianki, przeprawiłem się na drugą jej stronę. Celowo użyłem tego słowa, bo jeśli ktoś pomyślałby, że mogłem po prostu przejść przez przejście dla pieszych, byłby w błędzie. Przejście owszem jest, a ja nawet zsiadłem z roweru, aby być w zgodzie z przepisami. Jednak dotarcie na drugą stronę wymaga połączonych: refleksu, szybkości, odwagi, determinacji, szczęścia i… bożej opieki. Skoro piszę, to znaczy, że mi się udało…

Dojechałem do Skawiny i pojechałem drogą 44 na zachód. Szybko tego pożałowałem, bo nie jest to szlak, na którym można byłoby się odprężyć. Duży ruch, a na dodatek cała masa idiotów, którym wydaje się, że pół metra odstępu przy wyprzedzaniu spokojnie wystarczy. Znamienne, że większość tych kierowców to mieszkańcy małych miejscowości, dla których auto nadal jest wyznacznikiem statusu społecznego, dając błędne przekonanie o ich wyższości: „Z drogi! Tera ja jade!”. Z ulgą zjeżdżałem z głównej drogi w Wielkich Drogach, ale ulga długo nie trwała, bo okazało się, że most nad Kanałem Łączańskim jest remontowany i musiałem się wrócić ponad trzy kilometry.

Po drugiej stronie kanału rozpoczął się drugi etap przejażdżki. Minąłem wsie o romantycznych nazwach Ochodza, Przeryta, Kopanka Druga, Kopanka i znów pojawiłem się w Skawinie. Potem pojechałem do Tyńca i jadąc wzdłuż Wisły, dotarłem do Mostu Zwierzynieckiego. Koniec jazdy? Ależ skąd. Przejechałem na drugą stronę i pojechałem do Piekar, a potem do Liszek. Stamtąd dotarłem do Cholerzyna, a w końcu do Kryspinowa. Dopiero stamtąd wróciłem do centrum Krakowa, a później do domu, realizując w 104% plan na dziś.



Drogowy absurd

Niedziela, 17 kwietnia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
7 42 828
Data
17 kwietnia 2016
Niedz. 9:27 13:14
Rower
Ridley Fenix
5 5 150
Kalorie
1565kcal
Czas
3:33:12
38
218
0:48 0:39 0:00
Dystans
100.30km
52
292
20.93 19.29
Prędkość
28.23km/h
53
362
25.7 29.0 62.9
Kadencja
91rpm
119
Tętno
131bpm
150
Przewyższenia
635m
57
274
       328
Nachylenie
+ 3.0% - 3.3%
+ 8.5 - 11.1
Temperatura
24.0°C
20.0 29.0

Po wczorajszych harcach po małopolskich wzgórzach, dzisiaj wybrałem się na zdecydowanie spokojniejszą przejażdżkę. Tym razem nie robiłem żadnych planów i po prostu pojechałem przed siebie. Jazda miała różne oblicza, których wizerunki kreślone były przez pogodę, a dokładnie mówiąc, przez wiatr. Gdy wyjeżdżałem, nic nie wskazywało na to, że słaby południowy wiatr, może się zmienić. Ja to jednak wiedziałem, bo nim wsiądę na rower, zawsze zerkam na meteo.pl. I faktycznie już około jedenastej wiatr zmienił kierunek na zachodni i stał się na tyle mocny, że jazda na zachód oznaczała walkę z przeciwnościami natury. Być może nieco przesadzam, ale wczorajsze zmagania z pagórkami sprawiły, że nie tryskałem dzisiaj świeżą energią. Pod wiatr jechałem zatem spokojnie, odrabiając zaległości wówczas, gdy zawracałem na wschód.

I pewnie na tym zakończyłbym opis wycieczki, gdybym nie wpadł na pomysł, aby przejechać się nową drogą, której otwarcie szumnie ogłoszono niedawno w mediach. Droga ta powstała z okazji Światowych Dni Młodzieży, aby umożliwić pielgrzymom dotarcie do miejscowości Brzegi. Ujęcia z drona pokazywały świeżutki asfalt i pachnącą nowością drogę dla rowerów. Pojechałem więc do Brzegów i na rondzie, które nosi imię Światowych Dni Młodzieży – ech ta polska mania nazywania wszystkiego – skręciłem na zachód. Podejrzenie budził fakt, że wjazd był oznaczony znakiem ślepej drogi, ale pomyślałem sobie, że widocznie ktoś nie dopilnował, aby ten znak ściągnąć. Jechałem wolno, bo na odkrytym terenie wiatr dawał się szczególnie mocno we znaki. Dotarłem do ostatniego zakrętu, a za nim czekała na mnie niespodzianka. Droga, której otwarcie ogłoszono przy dźwiękach fanfar, którą zapewne skropiono litrami wody święconej pośród dymu z kadzideł, a do przecięcia wstęgi użyto złotych nożyc, okazała się prowadzić donikąd. Stalowe bariery broniły dostępu do placu budowy, rozkopanej ziemi, chaszczy, kamieni i brunatnych kałuży. Tylko kilkudziesięciu metrów zabrakło do pełnego sukcesu i połączenia z ulicą Śliwiaka. Oczami wyobraźni zobaczyłem setki tysięcy pielgrzymów potykających się o kamienie, wpadających w kałuże, przeskakujących barierki… Zapewne do lipca powstanie ten krótki odcinek, ale w takim razie po jaką cho****ogłoszono zakończenie budowy? Zsiadłem z roweru i zanim zafundowałem sobie mały spacerek, zrobiłem kilka zdjęć. A może wyślę je do programu „Absurdy drogowe”?


Herzlich willkommen umiłowani pielgrzymi. Idźcie tą drogą…
Herzlich willkommen umiłowani pielgrzymi. Idźcie tą drogą…
…i niech Anioł Stróż nad Wami czuwa.
…i niech Anioł Stróż nad Wami czuwa.



Góra Chełm po latach

Sobota, 16 kwietnia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
6 41 827
Data
16 kwietnia 2016
Sob. 10:06 14:34
Rower
Ridley Fenix
4 4 149
Kalorie
2228kcal
Czas
4:12:57
8
70
1:54 1:04 0:00
Dystans
112.76km
10
76
39.10 37.28
Prędkość
26.75km/h
96
570
20.5 34.7 55.3
Kadencja
90rpm
122
Tętno
143bpm
161
Przewyższenia
1675m
2
7
       638
Nachylenie
+ 4.3% - 4.5%
+ 14.3 - 14.3
Temperatura
20.7°C
17.0 25.0

Pasjonat kolarstwa to dziwny człowiek. W sobotę, zamiast wyspać się za wszystkie czasy, tkwić w błogim lenistwie, popijać zimne piwo, zrywa się o świcie – no dobra… prawie o świcie – i rozpoczyna rytuał przygotowań do kolejnej rowerowej eskapady. To nie wszystko. Zamiast wybrać spokojną, relaksującą, niewymagającą trasę, kreśli w głowie plan, który przewiduje zmagania z solidnymi podjazdami, gwarantującymi litry wylanego potu, tętno w okolicy maksimum, ból w nogach i grymas wysiłku na twarzy. Może właśnie przestaję być tzw. normalnym człowiekiem, przekraczając ostatnią granicę, dzielącą mnie od bycia przypadkiem medycznym z dziedziny psychiatrii?

Powyższe myśli towarzyszyły mi, gdy w dość pogodne przedpołudnie wyruszałem w trasę. Bardzo chciałem, aby nie była zbyt łatwa i dlatego już wczoraj siedziałem nad mapą i planowałem, dokąd pojadę. Przy okazji zamierzałem w ten sposób sprawdzić, jak nowy GPS poradzi sobie z nawigacją. Mam go już pół roku i sam nie wiem, dlaczego jeszcze nie testowałem funkcji nawigacji. No i jeszcze jedno. Ciekaw byłem, czy kolejna jazda na nowym siodełku nie sprawi, że zmienię moją wstępną o nim opinię – pozytywną opinię.

Etap pierwszy to dojazd do Skawiny, który potraktowałem jako rozgrzewkę. Niewiele brakowało, aby zakończyła się spektakularnym lotem przez kierownicę, gdy jadące przede mną BMW nagle stanęło w miejscu – do teraz nie wiem, z jakiego powodu – a ja zostałem zmuszony do gwałtownego hamowania. Niestety moje tylne koło szybko straciło kontakt z Matką Ziemią, przednie się zatrzymało, a ja poczułem, jak powoli zaczynam szybować w stronę bagażnika stojącego przede mną samochodu. Przytomnie puściłem jednak hamulce, odzyskałem minimum kontroli, powtórnie zahamowałem i jakiś cudem zatrzymałem się. Uff… Ciśnienie mi podskoczyło i uznałem, że właśnie zakończyła się rozgrzewka, po której miała nastąpić przystawka przed głównym daniem dnia. Przejechałem przez Radziszów, a potem dotarłem do drogi 52. Z duszą w okolicy ramienia – bo okrutny ruch tam panował – przejechałem niecałe cztery kilometry i w Biertowicach skręciłem na południe. Dotarłem do Sułkowic, gdzie skręciłem w stronę Myślenic. Nieznającym tej drogi wspomnę, że zaliczenie jej do grona szlaków płaskich, z góry skazane jest na porażkę. Już na dzień dobry jest dość krótki, ale stromy podjazd, a potem jeszcze kilka razy: góra – dół, góra – dół, zanim wreszcie nie rozpocznie się szybki zjazd do Myślenic. Właśnie tam czekała na mnie największa atrakcja tego dnia…

Myślenice są ciekawym miastem. Kierowcom jadącym z Krakowa w stronę Zakopanego wydaje się, że dotarli już w góry. Faktycznie miasto otoczone jest licznymi wzniesieniami. Jedno z nich było moim celem. To Chełm – góra położona na południe od miasta, po lewej stronie zakopianki, patrząc w kierunku stolicy Tatr. Podjazd, liczony od parkingu przy Rabie mniej więcej do końca asfaltu, liczy sobie około sześciu i pół kilometra. Przewyższenia to około 350 metrów. Łatwo policzyć, że średnie nachylenie wynosi jakieś 5,4%. I to ma być wyzwanie? Tak, to jest wyzwanie, bo nieopodal szczytu mamy prawie kilometrowy, bardzo łatwy fragment, a nachylenie pozostałej części podjazdu nie jest równomierne. Są więc miejsca, gdzie można złapać nieco oddechu, ale coś za coś – kilkunastoprocentowych odcinków jest pod dostatkiem. Już tam kiedyś byłem na rowerze górskim, ale to się nie liczy, bo wówczas korzystałem z „młynka”, czyli przełożenia 24/32, a więc teoretycznie miałem łatwo. Teoretycznie, bo w rzeczywistości nieźle się zmęczyłem, a zaraz po zjeździe, grzecznie i spokojnie, najkrótszą drogą wróciłem do Krakowa. Dzisiaj miało być inaczej, ale po kolei…

Podjazd rozpoczynałem, mając w nogach prawie pięćdziesiąt przejechanych kilometrów w terenie mocno pagórkowatym. Mimo to nie czułem praktycznie żadnego zmęczenia, a ekscytacja związana z faktem, że oto po kilku latach znów tutaj jestem, dopingowała mnie do ambitnego pokonywania drogi wiodącej na szczyt. Na podjazdach czas biegnie zupełnie inaczej, powoli, dostojnie. Równie wolno mijają kolejne setki metrów, a cyferki na liczniku zmieniają się niespiesznie, opornie, leniwie. I tylko tętno przyspiesza, i oddech, a po twarzy zaczyna spływać pot, którego krople odrywając się od niej, mają czelność spaść wprost na ramę, zaburzając jej idealną czystość. Uparcie wspinałem się, nie spoglądając zbyt często na licznik, ale wiedząc, że każdy obrót koła, to dwa metry bliżej celu, to dwa metry wyrwane z moich słabości. Dotarłem do wioski Chełm. Cudownie położona na zboczu. Widoki z okien muszą zapierać dech w piersiach, ale pewnie na mieszkańcach nie robią wrażenia – mają je na co dzień. Ja chłonąłem te krajobrazy, zapominając o zmęczeniu, zapominając, że to jeszcze nie jest koniec, że wypłaszczenie wkrótce się skończy, a mnie pozostaną jeszcze dwa kilometry wspinaczki. Pokonałem je i zadowolony z siebie stanąłem w miejscu, w którym kończył się asfalt. Dalej była płaska droga gruntowa, wiodąca do wyciągu narciarskiego. Wystające kamienie, kałuże i błoto sprawiły, że nie zdecydowałem się na użycie Ridleya w charakterze roweru górskiego. Zawróciłem więc, aby odebrać zasłużoną, jak sądzę, nagrodę w postaci zjazdu. Nie mogłem do końca dać upustu emocjom, bo żwir leżący tu i ówdzie na drodze nie miał chyba pokojowych zamiarów, a ja nie miałem ochoty na zwiedzenie oddziału chirurgii myślenickiego szpitala. Jechałem więc umiarkowanie szybko. Gdy jakość nawierzchni poprawiła się, mogłem nareszcie śmiało popędzić w dół, wciąż jednak słuchając rozsądku, który podpowiadał mi, że wejście w zakręt nie gwarantuje, że z niego wyjdę. W końcu pojawiłem się w miejscu, w którym niedawno rozpoczynałem wspinaczkę. A więc Chełm zaliczony. Pora wracać do Krakowa.

Szukając mocnych wrażeń w walce z samym sobą, zafundowałem sobie dość osobliwą formę powrotu. Stwierdziłem, że przewyższeń nigdy za wiele, więc zamiast pojechać „na krechę”, skierowałem się do Dobczyc. To oznaczało jazdę niezwykle malowniczą drogą, wiodącą wzdłuż Zalewu Dobczyckiego. A że brzeg zalewu nie przypomina żadnego regularnego kształtu, tak i droga wije się pozornie nieskładnie, to zbliżając się, to oddalając od tafli wody. No i oczywiście nie jest położona na jej poziomie, ale wznosi się ku niebu, by potem opaść o kilkadziesiąt metrów w dół tylko po to, aby po chwili kolejny raz zmusić mięśnie do wysiłku. Osieczany, Droginia, Brzezowa, Kornatka i nareszcie Dobczyce. Kolejne kilkaset metrów przewyższenia poza mną. Nie ukrywam, że zacząłem odczuwać zmęczenie, a przecież to jeszcze nie był koniec. Do Krakowa pozostawało ponad dwadzieścia kilometrów i kolejne setki metrów przewyższenia. Jadąc przez Bieńkowice w stronę Gorzkowa, nie byłem już wzorem niewyczerpanej mocy. Pokornie korzystałem z najmniejszego przełożenia i spokojnie pokonywałem podjazdy. Odżyłem w Gorzkowie, gdy skręciłem w stronę Świątnik Górnych. Ten fragment trasy był stosunkowo łatwy, a bliskość celu podróży była dodatkowym bodźcem do sięgnięcia po najgłębiej ukryte pokłady energii. Powrót ze Świątnik Górnych – ostatnie kilkanaście kilometrów – to już rutyna, w której kolejny raz znalazło się miejsce na ostatni podjazd, który można poczuć w nogach, czyli ulicę Sawiczewskich.

To był dobry dzień. Jeden z tych, kiedy żałuję, że tak późno odkryłem rowerową pasję i zarazem jeden z tych, kiedy cieszę się, że w ogóle ją odkryłem. Mogłem przecież, wzorem wielu, wyspać się za wszystkie czasy, tkwić w błogim lenistwie, popijać zimne piwo. Zimne piwo? Hmm… Dobry pomysł!

PS. Nawigacja się sprawdziła. Siodełko też nie zawiodło. W sumie same plusy – zresztą co innego może być w sumie? Minusy są przecież w różnicy.


Drzewa – świadkowie moich zmagań z górą Chełm
Drzewa – świadkowie moich zmagań z górą Chełm
Rzut oka na Zalew Dobczycki
Rzut oka na Zalew Dobczycki



Poszukiwań siodełka – kolejny akt

Środa, 13 kwietnia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
5 40 826
Data
13 kwietnia 2016
Śr. 15:54 19:38
Rower
Ridley Fenix
3 3 148
Kalorie
1629kcal
Czas
3:34:31
35
209
1:13 0:48 0:08
Dystans
109.30km
18
108
31.59 27.56
Prędkość
30.57km/h
7
43
25.9 34.0 62.0
Kadencja
95rpm
130
Tętno
141bpm
159
Przewyższenia
1074m
12
70
       387
Nachylenie
+ 3.4% - 4.0%
+ 11.0 - 9.9
Temperatura
18.8°C
14.0 22.0

Jak długo można szukać siodełka idealnego? Takie pytanie zadałem sobie dzisiejszego popołudnia, gdy wyruszałem w drogę, aby przetestować to, na czym spoczywały moje cztery litery. Rozsądek nakazywałby wybranie nieco krótszej trasy, albo przynajmniej leżącej stosunkowo niedaleko domu. To tak na wypadek, gdyby okazało się, że miast czerpać przyjemność z jazdy, cierpię katusze. Ja jednak postąpiłem inaczej i pokładając wiarę w sensowność wyboru (zawsze wierzę w słuszność mych wyborów), zamierzałem zaliczyć dystans w granicach 100 kilometrów.

Rozpocząłem od krótkiego rozruchu na pobliskich ulicach, by ostatecznie skierować się na wschód. Na tym etapie dość często zmieniałem kierunki, ale w końcu pojawiłem się w Staniątkach, skąd przez Zagórze dotarłem do drogi 94. Dosyć często wracam nią do Krakowa, ale dzisiaj pojechałem w przeciwną stronę. Pamiętam tę drogę z czasów, gdy była głównym szlakiem komunikacyjnym, łączącym stolicę Małopolski ze wschodem. Poruszanie się wówczas rowerem mogłoby zostać uznane za próbę samobójczą i skutkować obowiązkowym pobytem w klinice psychiatrycznej. Powstanie autostrady A4 zmieniło wszystko. Na wyremontowanej dziewięćdziesiątce czwórce dominuje teraz ruch lokalny, samochody poruszają się przeważnie zgodnie z przepisami, czasem przemknie jakiś tir, ale nie przeszkadza to rowerzyście mknącemu szerokim, gładkim poboczem. Jechałem więc sobie spokojnie i relatywnie szybko, ciesząc się względną ciszą, oraz… brakiem przykrych doznań w dolnej części mojej miednicy. Przejechanych kilometrów było jednak zbyt mało, aby dąć w trąby zwycięstwa.

Przejechałem przez most na Rabie i skręciłem na południe. Nadszedł czas, aby zmierzyć się z pagórkami, którymi Stwórca obficie przyodział małopolską ziemię. Minąłem Siedlec, Nieszkowice, Stradomkę, Chrostową. Wkrótce jechałem już w stronę Ubrzezia. Dotarłem do „wielce historycznej” drogi numer 966 i skręciłem na zachód. Dlaczego „wielce historycznej”? Jakoś tak skojarzyło mi się z datą Chrztu Polski, którego 1050 rocznicę będziemy obchodzić już jutro. Przejechałem przez Łapanów i zacząłem się wspinać. Nie dość, że pod górę, to dodatkowo jechałem pod wiatr, ale szło mi podejrzanie lekko. Gdy już dotarłem do szczytu wzniesienia, mogłem lekko zaszaleć na serpentynach, którymi zjechałem do Zagórzan. Potem jeszcze jeden, tym razem skromniejszy podjazd, a później płasko do Gdowa. Tam skręciłem w stronę Stadnik z zamiarem dotarcia do Dobczyc. Jak się czuła moja pupa? Pojawił się niewielki dyskomfort, nie mający jednak nic wspólnego z cierpieniem. Parłem więc niewzruszenie przed siebie i cieszyłem się, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że spokojnie dobiję do planowanej setki.

Za Dobczycami czekała na mnie kolejna seria całkiem słusznych pagórków. Dziekanowice, Rudnik, Jankówka i wreszcie Koźmice Małe. Tam miałem wybór. Mogłem albo pojechać do Wieliczki, albo do Świątnik Górnych. Nie wahałem się długo i wybrałem wariant drugi, gwarantujący dłuższą i ciekawszą trasę. Powoli nadciągał zmierzch. Jechałem w stronę zachodzącego słońca, którego czerwony blask wypełniał niebo przede mną. Widoki warte uwiecznienia, ale ja nie chciałem się zatrzymywać i jechałem przed siebie, smakując każdą chwilę. W Świątnikach Górnych skręciłem na północ, rozpoczynając zarazem ostatni etap dzisiejszej wyprawy. Gdy byłem w okolicach Wrząsowic, słońce ostatecznie przekroczyło linię horyzontu. Kończyła się także moja przygoda. Jeszcze tylko kilka pagórków, a potem „finałowy” podjazd na ulicy Sawiczewskich, po którym czekał mnie już tylko zjazd w stronę domu.

Zatrzymałem się, wyłączyłem oświetlenie, zapisałem trasę w pamięci Garmina i wtedy zorientowałem się, że nic mnie nie boli. Ostatnie kilkanaście kilometrów tak bardzo mnie pochłonęły, że przestałem myśleć o tym, na czym siedzę. Czyżbym wreszcie trafił na siodełko idealne? Na taką deklarację jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie, ale widzę światełko w tunelu i chyba nie jest to lokomotywa… Pora więc zdradzić, na czym dzisiaj siedziałem. To Fizik Antares R5 K:IUM, czyli połączenie niepowtarzalnego włoskiego designu z niską wagą. Twarde, ale nie jak deska, lecz dostosowujące swój kształt do anatomii. Wybrałem akurat ten model, bo wedle klasyfikacji Fizika, jestem „kameleonem”, czyli mój tułów jest średnio elastyczny – w swobodnym zgięciu dłonie nie dotykają stóp, ale plasują się w dolnej części piszczeli. Spełniłem więc wymagania teorii, a dzisiejsza jazda była pierwszą odsłoną praktycznego testu. Wkrótce przyjdzie czas na kolejne.


Fizik Antares R5 K:IUM. Jeśli wygoda dorówna wyglądowi, to będzie super.
Fizik Antares R5 K:IUM. Jeśli wygoda dorówna wyglądowi, to będzie super.



Po deszczowym weekendzie

Poniedziałek, 11 kwietnia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
4 39 825
Data
11 kwietnia 2016
Pon. 16:06 18:34
Rower
Ridley X-Bow
2 37 69
Kalorie
1034kcal
Czas
2:13:25
101
777
0:33 0:28 0:00
Dystans
60.04km
100
715
12.99 13.00
Prędkość
27.00km/h
82
514
23.6 26.9 56.5
Kadencja
91rpm
127
Tętno
140bpm
162
Przewyższenia
489m
79
427
       284
Nachylenie
+ 3.8% - 3.8%
+ 10.2 - 11.5
Temperatura
9.7°C
9.0 11.0

Kwiecień przypomniał o swojej nieprzewidywalnej naturze i w procesie przeplatania przeszedł ze stanu „trochę lata” do czegoś, co można nazwać „trochę jesieni”. Zrobiło się chłodno i przede wszystkim mokro. Cały weekend przesiedziałem w domu, co w moim przypadku jest rzeczą wyjątkową. Myliłby się jednak ten, kto pomyślałby, że ten czas był rowerowo absolutnie zmarnowany. Nic z tych rzeczy. Po pierwsze, na moim blogu pojawił się nowy „ficzer”. To wykres profilu przejechanej trasy. Docelowo będzie prezentowany nieco inaczej i będzie częścią większej całości, ale nie mogłem się oprzeć pokusie, aby już teraz wrzucić go do sieci, jako zapowiedź „dobrej zmiany”. Po drugie, w niedzielę obejrzałem transmisję kultowego wyścigu Paryż – Roubaix. Sześć godzin przed telewizorem! Mam zresztą z tego powodu wyrzuty sumienia – wszakże nie zachowałem się tak, jak winien postąpić Polak najlepszego sortu i nie spędziłem tego dnia pogrążony w smutku, zadumie i żądzy odwetu z okazji szóstej rocznicy sami wiecie czego. A ciekawe hasła podobno padały z ust ludzi głębokiej wiary – jak sami o sobie mówią. Coś o najwyższym wymiarze kary i wieloletnim, ciężkim więzieniu. Jak dobrze, że mogę wsiąść na rower i uciec od tego języka „miłości”. No i jak dobrze, że mam prawo jazdy, bo właśnie jakiś idiota wpadł na pomysł (o ile idioci w ogóle myślą), że dobrze byłoby wprowadzić karty rowerowe dla dorosłych, bo podobno rowerzyści powodują zbyt dużo wypadków. Oj chyba ktoś nie lubi cyklistów. Ciekawy jestem, kiedy ktoś rzuci koncepcję, że rowerzysta powinien płacić podatek akcyzowy za każdą paczkę makaronu, bo węglowodany są dla rowerzysty paliwem, a paliwo akcyzą obłożone być musi?

Niedziela skończyła się i nastał poniedziałek, który przyniósł pewną poprawę pogody, czyli nadal było pochmurno i wydawało się, że lada moment spadnie deszcz. Ridley Fenix pozostał więc w domu, a ja wybrałem się w drogę na moim „zimowym” sprzęcie. Poruszałem się głównie po mieście, starając się jednak wybierać takie szlaki, które gwarantowały względny spokój, ciszę i sensowną prędkość jazdy. Żeby nie było zbyt łatwo i zbyt nudno, pozwoliłem sobie zaliczyć podjazd ulicą Orlą, a że poszło mi podejrzanie łatwo, to na deser zafundowałem sobie jeszcze podjazd na Kopiec Kościuszki od strony ulicy Malczewskiego. A jeśli pozostajemy w kulinarnych realiach, to podwieczorkiem były podjazdy na ulicy Parkowej, w Bonarce oraz na ulicy Łużyckiej. A kolacja? A skromną kolację zjadłem w domu. Słuchając muzyki. Z dala od telewizora.



Drugi test „nowej zabawki”

Czwartek, 7 kwietnia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
3 38 824
Data
7 kwietnia 2016
Czw. 15:41 19:03
Rower
Ridley Fenix
2 2 147
Kalorie
1414kcal
Czas
3:19:17
56
324
0:52 0:36 0:00
Dystans
102.50km
42
204
23.59 19.66
Prędkość
30.86km/h
5
32
27.1 32.3 55.0
Kadencja
95rpm
122
Tętno
139bpm
156
Przewyższenia
751m
46
201
       329
Nachylenie
+ 3.2% - 3.9%
+ 8.6 - 12.7
Temperatura
18.6°C
14.0 23.0

Korzystając z jeszcze jednego pogodnego i ciepłego dnia, kolejny raz wyskoczyłem na przejażdżkę pod hasłem „test nowej zabawki”. Z premedytacją używam słowa „zabawka”, ponieważ wszem i wobec wiadomo, że proces dojrzewania u mężczyzn polega głównie na tym, że stają się większymi chłopcami i używają coraz droższych zabawek. To zupełnie inny schemat, niż analogiczny proces u statystycznej przedstawicielki płci przeciwnej. One przeważnie przeistaczają się w rozsądne, poważne, trzeźwo myślące, do bólu praktyczne istoty, zupełnie nie rozumiejące potrzeb mężczyzn swojego życia w zakresie zaspokajania dziecięcych marzeń, przeniesionych w realia dorosłości, czyli proporcjonalnie kosztowniejszych w realizacji. W zasadzie wszystko byłoby w porządku, gdyby ten brak zrozumienia przekładał się na akceptację lub przynajmniej tolerancję takiego stanu rzeczy. Niestety życie pokazuje, że bardzo często niewiasty usiłują nas zmienić, wtłoczyć w garnitur poważnego i statecznego mężczyzny. Znam kilku facetów, którzy przeszli podejrzanie szybką metamorfozę swoich zachowań wkrótce po tym, jak zmienili stan cywilny. Z zawsze uśmiechniętych miłośników aktywnej formy życia, stali się zgorzkniałymi posiadaczami wciąż rosnącego brzucha. I tutaj niestety muszę się przyznać, że kiedyś sam tego doświadczyłem, a więc to o czym piszę, w dużej mierze oparte jest na moich własnych przeżyciach. Na szczęście dzięki nieprawdopodobnemu splotowi zdarzeń, udało mi się przerwać tę spiralę samozniszczenia i otworzyć zupełnie nowy rozdział mojego życia. A bohaterka tego rozdziału należy do elitarnej grupy mądrych kobiet, rozumiejących, że w męskim ciele ukryta jest chłopięca dusza i trzeba ją zaakceptować taką, jaka jest. Aby sprawiedliwości stało się zadość, odwdzięczam się tym samym, a więc nawzajem możemy realizować swoje pasje i spełniać nasze marzenia. Czyż to nie jest piękne?

No proszę. A przecież miałem opisać moją przejażdżkę, a nie zagłębiać się w socjologiczno-psychologiczne rozważania na temat różnic między płciami. Szybko skreślę więc słów kilka na rzeczony, rowerowy temat.

Przedwczoraj dominowały przewyższenia, a więc dzisiaj postanowiłem, że wybiorę przewagę płaskich krajobrazów. A gdzie ich szukać, jeśli nie w Puszczy Niepołomickiej? Dotarłem tam drogą, której zdecydowanie nie można nazwać najkrótszą. Kluczyłem po okolicy i często zmieniałem kierunek. Miałem nadzieję, że uda mi się zaliczyć dystans 100 kilometrów, a często bywa tak, że zbliżając się do tej granicy, jestem już na tyle blisko domu, że po prostu nie chce mi się na siłę kombinować i „dokręcać” tych kilkunastu brakujących kilometrów. Przejechałem przez Kokotów i Brzegi, które ostatnio często goszczą w mediach z racji druzgocącej oceny przygotowań do Światowych Dni Młodzieży. Potem przejechałem przez Grabie i skręciłem w stronę Węgrzców Wielkich. Stamtąd pojechałem do Staniątek, gdzie znów zmieniłem kierunek i pojawiłem się w Podłężu. Dopiero potem pojechałem do Niepołomic, by ostatecznie podążyć dalej i wniknąć w głąb puszczy. Uspokajające kilkanaście kilometrów pośród cichego otoczenia lasu minęło bardzo szybko. Wyjechałem w Damienicach, dotarłem do Stanisławic i na chwilę zmieniłem kierunek jazdy, skręcając do Cikowic. Tam moja kierownica wykonała kolejny znaczący obrót i jechałem na wschód. Przejechałem przez Kłaj i Targowisko, a tuż przed Gruszkami zdecydowałem się, aby dojechać do Brzezia i kontynuować jazdę drogą numer 94. Zbliżając się do Krakowa, zorientowałem się, że może mi braknąć jakichś dziesięciu kilometrów. Czułem się dobrze, więc pozwoliłem sobie wydłużyć trasę, wybierając powrót do domu ulicami Krzemieniecką, Kuryłowicza i Drogą Rokadową.

To była druga przejażdżka, podczas której korzystałem z Dura-Ace Di2. Dość szybko przyzwyczajam się do tej „nowej zabawki”, jak ją nazwałem na początku, która niebawem zapewne zupełnie spowszednieje. Najważniejsze, że niezależnie od ilości bajerów i technologicznych cudeniek, cieszę się jazdą i wciąż odczuwam jej głód.



Electric Light Orchestra

Wtorek, 5 kwietnia 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
2 37 823
Data
5 kwietnia 2016
Wt. 15:51 18:51
Rower
Ridley Fenix
1 1 146
Kalorie
1265kcal
Czas
2:57:24
65
408
1:06 0:43 0:00
Dystans
88.91km
58
335
29.19 25.11
Prędkość
30.07km/h
12
87
26.4 34.3 68.2
Kadencja
93rpm
124
Tętno
141bpm
163
Przewyższenia
938m
23
113
       383
Nachylenie
+ 3.2% - 3.8%
+ 8.6 - 11.9
Temperatura
24.4°C
21.0 27.0

Dzisiaj po raz pierwszy w tym roku wyruszyłem na trasę na moim podstawowym rowerze. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym pozwolił mu spokojnie przezimować i nie dokonać w tym czasie żadnych modyfikacji. A zmiany były dość istotne, więc myślą przewodnią dzisiejszej przejażdżki miał być test „starego”, ale jednak „nowego” roweru. Już od rana odczuwałem lekki niepokój i dreszczyk zbliżających się emocji. Przecież teoretycznie coś mogło się nie udać, a fakt perfekcyjnego działania sprzętu na stojaku serwisowym nie może być w prosty sposób ekstrapolowany na realne warunki. Dlatego chciałem, aby trasa była maksymalnie zróżnicowana, bo to zwiększałoby szansę na obiektywną ocenę, pozwalając jednocześnie na przeprowadzenie solidnego testu.

Co takiego zmieniło się w moim rowerze, że wymagało przetestowania? No cóż… Zrealizowałem absolutnie szalony pomysł, aby wyposażyć go w elektroniczny napęd, rodem ze świata profesjonalnego kolarstwa. Czy dzięki niemu stanę się lepszym kolarzem? Nie. Czy będę jeździł szybciej? Nie. Czy wystartuję w Tour de France? Nie. Ale przecież nie o to chodzi. Nigdy nie ukrywałem, że uwielbiam bajery, gadżety i technologiczne nowinki, a moja rowerowa pasja czasem lubi wymykać się spod kontroli nudnego i bezbarwnego rozsądku.

Pierwsze kilometry zaliczyłem w okolicach domu – tak na wszelki wypadek, gdyby coś poszło nie tak. Jednak wszystko działało poprawnie, przełożenia zmieniały się szybko i precyzyjnie, a ja powoli oswajałem się z nowym sposobem zmiany biegów za pomocą klikania. Ruszyłem więc w dalszą drogą. Pojechałem do Wieliczki, a później znów zawitałem w południowe okolice Krakowa, by ostatecznie skierować się w stronę Świątnik Górnych. Ten odcinek trasy miał sprawdzić, jak zachowa się rower na podjazdach. Tutaj także obyło się bez niespodzianek. Odczuwałem coraz większą przyjemność z jazdy, zaliczając kolejne kilometry, wspinając się na liczne wzniesienia i czując przysłowiowy wiatr we włosach na szybkich zjazdach. Ze Świątnik Górnych pojechałem na wschód, dotarłem do Gorzkowa, a potem do Koźmic Małych, by ostatecznie skierować się do Dobczyc. Tam zakończyłem najbardziej pagórkowatą część trasy. Przez Skrzynkę i Stadniki dotarłem do Gdowa, skąd zamierzałem dotrzeć do drogi numer 94. Te zamiary zrealizowałem, jadąc przez Liplas i Niegowić, a tuż przed wsią Brzezie minąłem Świątniki Dolne, a więc można powiedzieć, że zaliczyłem komplet Świątnik. Powoli zbliżał się zachód słońca, a ja wciąż nie miałem dość i jak dziecko cieszyłem się nową zabawką. Nadszedł jednak czas powrotu i postanowiłem, że nie będę odbijał z głównej drogi, tylko skorzystam z jej świetnej nawierzchni i szerokich, bezpiecznych poboczy. W ten sposób wróciłem do Krakowa i do domu.

Czas na podsumowanie. Nowy napęd sprawdził się rewelacyjnie, ale nie oszukujmy się. Równie dobrze sprawowała się w ubiegłym roku jego mechaniczna wersja. Teraz po prostu nie muszę używać siły, bo do zmiany przełożenia wystarczy lekkie kliknięcie. Myślę, że bardziej zaskoczył mnie efekt innej zmiany. W tym sezonie zrezygnowałem z opon 23-milimetrowych na rzecz 25-milimetrowych. Tylko 2 milimetry różnicy, a komfort jazdy jest o niebo lepszy. A więc to prawdziwa „dobra zmiana”. Generalnie jestem zadowolony z kolejnej mutacji mojego roweru. Mam tylko wątpliwości, czy wybrałem dobre siodełko, bo po kilkudziesięciu kilometrach zacząłem czuć, że na nim siedzę. Z ostateczną oceną muszę jednak poczekać przynajmniej kilkaset kilometrów.

A na koniec wyjaśniam tytuł. Electric Light Orchestra to mój ulubiony zespół (nie mylić z ELO Part II). Od dzisiaj będzie także ksywką mojego roweru. „Electric”, bo elektryczne przerzutki. „Light”, bo lekki. A „Orchestra” bynajmniej nie dlatego, że coś w nim zgrzyta i piszczy, ale dlatego, że razem ze mną stanowi dobrze nastrojony duet. Że co? Że niepoważne? Lubię być niepoważny… i już.


Ridley Fenix w oczekiwaniu na nowe wyzwania…
Ridley Fenix w oczekiwaniu na nowe wyzwania…