Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Co w głowie uradzi…

Niedziela, 29 maja 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
11 57 843
Data
29 maja 2016
Niedz. 9:53 12:17
Rower
Ridley Fenix
11 20 165
Kalorie
1382kcal
Czas
2:22:39
88
664
0:19 0:17 0:00
Dystans
75.03km
70
438
9.39 8.89
Prędkość
31.56km/h
2
8
28.4 30.6 54.1
Kadencja
91rpm
145
Tętno
140bpm
164
Moc
178W
49
424
155 178 752
TSS
95
56
348
Przewyższenia
284m
118
871
       252
Nachylenie
+ 3.0% - 3.2%
+ 5.9 - 8.0
Temperatura
28.7°C
26.0 32.0

Wszystkie „długoweekendowe” plany wzięły w łeb. W czwartek miałem zamiar pojechać z Krakowa do Strzelec Opolskich. Wszystko miałem dokładnie zaplanowane, trasę opracowaną z dokładnością do pojedynczego kilometra, pokaźny zestaw batonów energetycznych czekał na włożenie do kieszonek, akumulatory w aparacie fotograficznym, komórce i komputerku rowerowym były naładowane w 100%, nasmarowany łańcuch błyszczał czystością, a rower czekał jedynie, aby ściągnąć go ze ścienny i wczesnym świtem wyruszyć przed siebie. To miało być ponad 170 kilometrów wspaniałej przygody, która w większości miała prowadzić po drogach, których nigdy wcześniej nie odwiedzałem. Gdy już wszystko było gotowe, siadłem sobie wygodnie przed telewizorem, aby w środowe popołudnie obejrzeć transmisję z kolejnego etapu Giro d’Italia. Siadłem, ale już nie wstałem. Silny ból w dole pleców zatrzymał moje ciało w tragikomicznej pozie kłaniającego się ziemi drzewa, przegrywającego nierówną walkę z huraganem. Na nic zdała się rozgrzewająca kąpiel, na nic cudowne wytwory firm farmaceutycznych. Miałem jeszcze nadzieję, że noc coś zmieni i przywitam nowy dzień w euforycznym nastroju zwycięstwa nad słabością. Nadzieja jednak zawiodła.

Nie było dobrze. Wiedziałem, że nie ma szans, abym dał radę wsiąść na rower, nie mówiąc już o przejechaniu choćby kilku kilometrów. Nie wznosiłem jednak wzroku ku niebu z pretensją i niemym pytaniem, że przecież miało być tak wspaniale, więc dlaczego takie doświadczenie spłynęło na mnie właśnie dzisiaj? Bynajmniej. Pomyślałem sobie, że kto wie, czy przypadkiem nie miało mnie spotkać coś gorszego niż rwa kulszowa? Pogodzony z losem, pojechałem do Strzelec Opolskich samochodem, obiecując sobie, że zaraz po powrocie wskoczę na rower, choćby nie wiem co.

Moja szwagierka, genialna fizjoterapeutka, posiadaczka rąk, „które leczą” postawiła mnie na nogi. I chociaż wciąż czułem lekki ból, tak jak sobie obiecałem, w niedzielne przedpołudnie wybrałem się na przejażdżkę. Planu nie było. Zamierzałem po prostu nieco się rozruszać, nie wierząc zbyt mocno w to, że uda mi się zaliczyć więcej niż 30, może 40 kilometrów. Jakość małopolskich dróg sprawiła jednak, że wytrzymałem znacznie więcej i mógłbym pewnie nawet dobić do setki, ale nie chciałem zbyt mocno obciążać kręgosłupa, który wciąż nie jest w najlepszej formie.



Niekoniecznie zachowawczo

Wtorek, 24 maja 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
10 56 842
Data
24 maja 2016
Wt. 16:10 19:43
Rower
Ridley Fenix
10 19 164
Kalorie
2055kcal
Czas
3:30:53
44
235
1:04 0:42 0:00
Dystans
103.65km
37
178
27.72 23.46
Prędkość
29.49km/h
23
163
25.8 32.8 56.4
Kadencja
89rpm
122
Tętno
137bpm
159
Moc
193W
31
196
158 176 704
TSS
334
2
7
Przewyższenia
891m
28
128
       302
Nachylenie
+ 3.2% - 3.8%
+ 8.5 - 12.7
Temperatura
24.2°C
21.0 27.0

Teoretycznie powinienem dzisiaj jechać dość spokojnie i zachowawczo, bo kolejny raz zaplanowałem coś większego w najbliższych dniach, a więc dobrze byłoby nie zmuszać organizmu do zbyt dużego wysiłku. Ale jak można zachować spokój, jeśli po raz drugi w życiu jedzie się z miernikiem mocy? To jest właśnie ta „zabawka”, o której wspominałem dwa dni wcześniej, gdy opisywałem całkowicie nieudaną – pod względem samopoczucia – wycieczkę. Dzisiaj byłem już wypoczęty, o ile oczywiście można być wypoczętym popołudniu, po spędzeniu większej części dnia w pracy. Tak czy owak, należy jednak uznać, że dopiero dzisiaj miała się odbyć premiera nowego urządzenia. O samym mierniku napiszę nieco więcej na moim blogu technicznym. Tutaj jedynie naszkicuję słowami zarys trasy, po której podążałem samotnie w dzisiejsze popołudnie.

Pojechałem na wschód, pod wiatr, który według meteo.pl powinien być umiarkowany, ale w rzeczywistości stawiał solidny opór. Przejechałem przez Zakrzów, a w Staniątkach skręciłem na południe. Zaliczyłem pierwszy tego dnia podjazd w Suchorabie, zapominając, że przecież miałem jechać spokojnie i korzystać raczej z „miękkich” przełożeń. Dotarłem do Książnic, przejechałem na drugą stronę Raby i jadąc drogą 967, podążałem w kierunku Łapczycy. To nie był najlepszy pomysł, bo droga ta nie należy do najprzyjaźniejszych dla rowerzystów. Spory ruch i brak poboczy sprawia, że trudno tutaj się odprężyć, a dusza lewituje w okolicach ramion. Wiatr potęgował to poczucie braku bezpieczeństwa, nie pozwalając na zachowanie idealnie równego i stabilnego toru jazdy. Gdy więc już dotarłem do Łapczycy, odetchnąłem z ulgą, bo chociaż na drodze 94 ruch był jeszcze większy, to miałem do dyspozycji bezpieczne, szerokie pobocza.

Nadal jechałem na wschód, zamierzając dotrzeć do Bochni, co też wkrótce uczyniłem. Tam skierowałem się w stronę mojego ulubionego szlaku, czyli Górnego Gościńca, rozpoczynając w ten sposób drogę powrotną. Tym razem wiatr mi raczej sprzyjał. Raczej, bo nie wiał dokładnie ze wschodu, ale i tak było o niebo lepiej, niż wcześniej. Powrót nieco sobie wydłużyłem, decydując się na krótką wizytę w Niepołomicach, zapominając o mocnym postanowieniu, że dzisiejsza przejażdżka będzie jedynie delikatnym rozruchem.



To miał być wielki dzień

Niedziela, 22 maja 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
9 55 841
Data
22 maja 2016
Niedz. 12:17 15:52
Rower
Ridley Fenix
9 18 163
Kalorie
1965kcal
Czas
3:24:05
54
298
0:49 0:42 0:00
Dystans
101.93km
44
222
22.83 22.46
Prędkość
29.97km/h
13
103
27.6 31.9 57.1
Kadencja
88rpm
136
Tętno
142bpm
163
Moc
194W
29
185
154 186 711
TSS
328
3
9
Przewyższenia
689m
54
238
       308
Nachylenie
+ 3.0% - 3.1%
+ 7.8 - 9.6
Temperatura
28.2°C
26.0 30.0

To miał być „wielki dzień”, bo gdy duży chłopiec zamierza pobawić się nową „zabawką”, to dzień musi być wielki. Stało się niestety inaczej, a wszystko zawdzięczam mojemu siostrzeńcowi, który w sobotni wieczór aż nadto dbał o gości na imprezie urodzinowej swojej żony. Wróciłem do domu raczej późno, poznając drugie znacznie słów Galileusza: „a jednak się kręci”. A w niedzielny poranek obudziłem się z bólem głowy i totalną niechęcią do jakiejkolwiek formy wysiłku fizycznego, nie licząc siły potrzebnej na naciskania klawiszy pilota. Wewnętrzny głos – jak się potem okazało, rozsądku – podpowiadał mi, aby zostać w domu i ciesząc się błogim lenistwem, obejrzeć sobie na Eurosporcie transmisję z czasówki na Giro. No, ale przecież nowy „gadżet” czekać nie mógł! Zamiast więc porzucić rowerowe plany, przełożyłem je wpierw z poranka na przedpołudnie, a potem z przedpołudnia na południe i czując, że z każdą chwilą wracają kolory na moją monochromatyczną twarz, niemalże w samo południe wyruszyłem na trasę. Początek przejażdżki zwiódł mnie, oszukał, dał fałszywe przeświadczenie, że „moc” wróciła. Jechałem więc przed siebie, coraz bardziej oddalając się od domu, zapominając o prostej prawidłowości, że z miejsca, do którego dojadę, będę musiał wrócić – o własnych siłach oczywiście. Kryzys dopadł mnie około sześćdziesiątego kilometra, skąd do domu miałem ich jeszcze około czterdziestu. I nie było żadnej drogi na skróty. Cóż miałem zrobić? Przełączyłem się w „tryb awaryjny” i jechałem bardzo spokojnie. Słońce mocno przygrzewało, potęgując zmęczenie, a na dodatek wszystko zaczęło mnie boleć – głowa, żołądek, ramiona. I tylko mój tyłek czuł się w miarę dobrze, udowadniając, że Fizik Antares był dobrym wyborem. Wolno uciekały kolejne dziesiątki metrów, jeszcze wolniej setki, a kilometry zdawały się stać w miejscu. W takim momencie zaczyna jechać „głowa”, którą warto zdopingować pozytywnym myśleniem. Tak też uczyniłem i w końcu przekroczyłem wirtualną linię mety nieopodal domu.

Za komentarz niech posłuży to, co zobaczyłem na ekranie komputera rowerowego. Asystent odpoczynku w Garminie ma zwyczaj informowania mnie, jak długo powinienem wypoczywać. Po zaliczeniu trasy Kraków – Tarnów – Kraków, czyli po przejechaniu 174 kilometrów, zaproponował 22 godziny. Dzisiaj, po pokonaniu niecałych 102 kilometrów, przeczytałem, że powinienem odpoczywać – uwaga – 48 (słownie: czterdzieści osiem) godzin!

Zaraz, zaraz, a gdzie opis testu wspomnianej „zabawki”? A tak w ogóle, to co to za „zabawka”? O tym napiszę następnym razem, bo dzisiaj testowałem raczej swoją wytrzymałość.



Bez planu, lecz treściwie

Czwartek, 19 maja 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
8 54 840
Data
19 maja 2016
Czw. 15:03 18:34
Rower
Ridley Fenix
8 17 162
Kalorie
1821kcal
Czas
3:24:25
53
294
1:10 0:47 0:00
Dystans
102.86km
40
193
30.12 27.58
Prędkość
30.19km/h
11
73
25.7 34.8 59.9
Kadencja
94rpm
119
Tętno
141bpm
166
Przewyższenia
1080m
11
68
       420
Nachylenie
+ 3.6% - 4.0%
+ 12.1 - 12.0
Temperatura
18.9°C
17.0 21.0

Po trzech dniach przerwy, głodny połykania kolejnych kilometrów, wyruszyłem popołudniową porą na rowerowy rekonesans. Wyjechałem nieco wcześniej niż zwykle, bo kolejny raz korzystałem z dobrodziejstwa, jakim jest praca zdalna. Trasy nie miałem zaplanowanej, bo po prostu nie miałem na to czasu, więc postawiłem na spontaniczność, mając przemyślany jedynie początkowy kierunek, a potem zamierzając na bieżąco podejmować decyzje, czy mam skręcić w prawo, czy w lewo, a może pojechać prosto?

Zacząłem od wielce tradycyjnej rozgrzewki w Kosocicach. Potem zjechałem do Wieliczki, by rozpocząć podjazd do Sierczy. Później skierowałem się w stronę Chorągwicy. Stało się jasne, że tego dnia raczej nie będę zwiedzał płaskich przestrzeni. Z Chorągwicy pojechałem do Raciborska, a potem, jadąc przez Dobranowice i Hucisko, dotarłem do drogi 967. Tam mogłem skręcić w lewo i dojechać do pobliskiego Gdowa, lub skręcić w prawo i pojechać w stronę bardziej odległych Dobczyc. Prawdę mówiąc, nie lubię tej drogi, bo nie jest wzorem bezpieczeństwa, więc skręciłem… w prawo. Do Dobczyc dojechałem bez gwałtownych skoków ciśnienia, bo wszyscy kierowcy zachowywali bezpieczny odstęp – rzecz bez precedensu w tych okolicach! Przejechałem na drugą stronę Raby, by wkrótce dość tradycyjnie przejechać przez Skrzynkę i Stadniki, docierając do Gdowa.

Noga dość dobrze podawała, więc zdecydowałem się na skręt w stronę Łapanowa, co wiązało się z pokonaniem fajnego podjazdu i późniejszym odebraniem nagrody za trud, w postaci długiego zjazdu. Za Łapanowem zaczął się łatwiejszy fragment trasy. Pojechałem do wsi Siedlec, za którą wjechałem na drogę 94. Tym razem nie zamierzałem dojechać nią do Krakowa, ale jedynie do Brzezia. Zdziwiłem się, bo panował na niej wyjątkowo duży ruch. Tajemnica wyjaśniła się, gdy skręciwszy na północ, przejechałem pod autostradą. A tam samochodów wszelakich ciągnęły się szeregi, prosto, długo, daleko, jako morza brzegi… Coś się musiało złego wydarzyć i cała wschodnia nitka autostrady była totalnie zablokowana. Dojechałem do Staniątek, a potem zatrzymałem się na chwilę na wiadukcie. Autostrada nadal tkwiła w bezruchu, niczym fotograficzny kadr. Ludzie spacerowali, siedzieli na barierkach, nerwowo palili papierosy, rozmawiali przez telefon, lub po prostu ukrywali się w samochodach i czekali. Gdy robiłem zdjęcie, niektórzy z nich spojrzeli na mnie, być może pewną zazdrością, bo oni stali, a ja w każdej chwili mogłem wsiąść na rower i pojechać dalej. I pojechałem, mając przed sobą ostatnie kilkanaście kilometrów…


Samochodów wszelakich ciągną się szeregi. Prosto, długo, daleko, jako morza brzegi…
Samochodów wszelakich ciągną się szeregi. Prosto, długo, daleko, jako morza brzegi…



Po segmentach

Niedziela, 15 maja 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
7 53 839
Data
15 maja 2016
Niedz. 10:31 14:07
Rower
Ridley Fenix
7 16 161
Kalorie
1921kcal
Czas
3:26:08
51
280
1:01 0:43 0:00
Dystans
102.78km
41
196
27.76 23.43
Prędkość
29.92km/h
15
109
27.0 32.0 59.0
Kadencja
92rpm
123
Tętno
139bpm
163
Przewyższenia
908m
27
122
       309
Nachylenie
+ 3.3% - 3.9%
+ 10.2 - 12.5
Temperatura
14.0°C
11.0 17.0

Wiosenna złośliwość polega na tym, że przez pięć dni, czyli od poniedziałku do piątku jest w miarę przyzwoita pogoda, a gdy przychodzi weekend, to leje, albo wieje, albo i leje i wieje. Jakkolwiek dla kolarza nie ma złej pogody, to jednak lubię pokonywać ciekawe trasy wówczas, gdy w pełni mogę docenić ich niepowtarzalne piękno. Z moich sobotnich planów nic więc nie wyszło, bo od rana lało. Dzisiaj miało być lepiej, ale z kolei temperatura przypominała zaawansowaną jesień, a nie środek maja, a na dodatek dość solidnie wiało z zachodu. Pomyślałem więc, że co się odwlecze, to nie uciecze i wybrałem się na przejażdżkę „zastępczą”, ale wcale nie należy przez to rozumieć, że nieciekawą czy mniej wymagającą. Jechałem po prostu przez miejsca, które odwiedzałem po wielokroć, a więc trudno było doszukać się aspektu oryginalności. Z jednym wszakże wyjątkiem…

Owym wyjątkiem była funkcjonalność komputera Garmin Edge 1000, który umożliwia wirtualne ściganie się na tzw. segmentach, czyli ciekawszych fragmentach trasy, np. na podjazdach, lub nawet na całych solidnych, kilkudziesięciokilometrowych odcinkach. Segmenty można zdefiniować samemu, lub wykorzystać te, które wcześniej ktoś zapisał. Jeśli w trakcie przejażdżki pojawimy się w okolicy takiego segmentu, Edge informuje o tym i można zacząć się ścigać. I tak się szczęśliwie złożyło, że trafiłem dzisiaj na trzy segmenty, które zresztą już kiedyś pokonywałem. Jednak gdy na ekranie komputerka ujrzałem cyferki, które sugerowały, że mogę pobić swój rekord, odezwał się we mnie uśpiony duch rywalizacji. Nie bacząc na przeciwny wiatr, nie zważając na ból w mięśniach, pochłaniając hektolitry powietrza, ruszyłem, by walczyć z moim niewidzialnym ja. Trzy segmenty i trzy sukcesy. Nie sprawdzałem jeszcze, jak wypadłem w porównaniu z innymi, ale przesunąłem dalej granicę własnych możliwości. Wow! To jest fajne!



Dystans powszedni

Czwartek, 12 maja 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
6 52 838
Data
12 maja 2016
Czw. 15:57 19:34
Rower
Ridley Fenix
6 15 160
Kalorie
2091kcal
Czas
3:30:43
45
236
0:50 0:37 0:00
Dystans
110.48km
14
96
24.07 21.31
Prędkość
31.46km/h
3
12
28.4 33.9 54.3
Kadencja
94rpm
119
Tętno
140bpm
160
Przewyższenia
751m
46
201
       329
Nachylenie
+ 3.1% - 3.6%
+ 8.8 - 9.6
Temperatura
21.6°C
18.0 23.0

Nie uląkłem się silnego wiatru, który jak onegdaj „czerwona zaraza” wiał ze wschodu i mężnie ruszyłem mu naprzeciw, wiedząc przecież, iż w którymś momencie zawrócę, a wtedy zyskam dodatkowy napęd. Tym razem jakoś niespecjalnie oszczędzałem siły, bo profil trasy nie wywoływał większych emocji – raczej płasko, spokojnie, przewidywalnie. Kluczyłem trochę po okolicy, aby nie oddalając się bardzo daleko od miejsca zamieszkania, zaliczyć jednak te „powszednie” sto kilometrów. Mniej więcej tyle staram się przejechać w taki zwykły dzień, w tym najbardziej sprzyjającym rowerowej aktywności okresie. Pamiętam, jak przed laty wybrałem się na pierwszą przejażdżkę, będąc absolutnie przekonanym, że fakt posiadania przerzutek cudownie sprawi, że wystarczy pedałować, a cała reszta będzie czystą formalnością. Już pierwszy, zresztą bardzo skromny podjazd, brutalnie wskazał moje miejsce w szeregu. Wróciłem do domu z podkulonym ogonem, czyli innymi słowy z bolącą du**, ledwo żywy, mając na liczniku skromne osiemnaście kilometrów i będąc przekonanym, że nie będzie następnego razu. Następny raz był po dwóch dniach, ale dystans choćby 50 kilometrów wydawał się wyzwaniem na miarę podróży na Marsa i z powrotem. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że za kilka lat będę w miarę spokojnie „kręcił” setki, potraktowałbym to równie poważnie, co próbę udowodnienia przyczyn katastrofy lotniczej za pomocą puszki z parówkami.



Świątniki Górne, Dobczyce, Łapczyca, Brzezie

Wtorek, 10 maja 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
5 51 837
Data
10 maja 2016
Wt. 15:57 19:39
Rower
Ridley Fenix
5 14 159
Kalorie
2003kcal
Czas
3:39:46
24
169
1:21 0:54 0:00
Dystans
108.36km
19
113
34.88 30.92
Prędkość
29.59km/h
19
150
25.5 34.0 67.6
Kadencja
93rpm
117
Tętno
141bpm
160
Przewyższenia
1166m
6
49
       386
Nachylenie
+ 3.3% - 3.8%
+ 10.0 - 12.0
Temperatura
20.4°C
17.0 24.0

Sobotnia wyprawa do Tarnowa zaostrzyła mój apetyt na dłuższe eskapady rowerowe. Po pierwsze, przekonałem się, że umiejętnie rozkładając siły, właściwie się nawadniając i odżywiając, można przejechać więcej niż zwykle, a po powrocie wciąż nadawać się do życia. Po drugie, wszystko wskazuje na to, że wreszcie wybrałem właściwe siodełko, więc nie muszę obawiać się dyskomfortu, który potrafił zepsuć niejedną przejażdżkę. A więc nic, tylko wsiąść na rower i jazda! Niestety w tygodniu jest to trochę utrudnione, bo gdy wracam z pracy, przełykam w pośpiechu obiad i przygotowuję się do wyjazdu, do zachodu słońca pozostają góra cztery godziny. A dłuższa jazda w ciemności mnie nie bawi, bo tak właśnie jeżdżę od listopada do marca, więc mam prawo mieć serdecznie dość czerni dookoła. Jest jeszcze kwestia zmęczenia. Gdy się śpi po kilka godzin, to człowiek nie tryska taką energią jak w weekend, gdy może sobie pozwolić na nadrobienie sennych zaległości. Z tych powodów moje „powszednie” wycieczki liczą sobie co najwyżej sto kilka kilometrów i na taką właśnie wybrałem się dzisiaj.

Krótsza, nie musi jednak oznaczać mniej wymagającej. Aby poczuć coś więcej niż tylko smak beznamiętnego pedałowania w imię niezaspokojonej żądzy połykania kolejnych kilometrów, wybrałem się w moje ulubione regiony, leżące na południe od Krakowa, obficie obdarowane przez Stwórcę wzniesieniami wszelakimi. Po krótkiej rozgrzewce w okolicach domu pojechałem do Wieliczki. Stamtąd na chwilę wróciłem na obrzeża wielkiego miasta, ale tylko po to, by z niego uciec w stronę Świątnik Górnych. Tam skręciłem na wschód i przez pewien czas jechałem tradycyjnie, czyli zaliczyłem Gorzków, Koźmice Małe, Dobczyce, skąd równie tradycyjnie pojechałem przez Stadniki do Gdowa. A tam skręciłem w stronę Łapanowa. Tubylcy, tudzież stali bywalcy tych okolic wiedzą, że nielekka to droga i zanim człowiek złapie oddech na zjeździe do Łapanowa, najpierw musi naprawdę solidnie popracować. W Łapanowie skończyła się trudniejsza część jazdy i pozostało mi jeszcze około czterdziestu kilometrów w lżejszych klimatach małopolskich dróg. We wsi Ubrzeź skręciłem na północ, przejechałem przez Kamyk, Chrostową i skręciłem do Nieznanowic. Potem znów parłem na północ, mijając Niewiarów, Niegowić, Cichawę, aż do Brzezia. A tam skręciłem na drogę 94, która niedawno dołączyła do zestawu moich ulubionych szlaków, czego zupełnie pojąć nie mogę, bo jest to wszakże droga krajowa, a więc teoretycznie mniej urokliwa od innych. Na drodze tej kończy się historia dzisiejszej wycieczki, bo jadąc po idealnej nawierzchni, szybko dotarłem do krakowskich przedmieść, skąd już tylko krok dzielił mnie od domu.



Nostalgicznie w wigilię urodzin

Sobota, 7 maja 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
4 50 836
Data
7 maja 2016
Sob. 7:56 14:50
Rower
Ridley Fenix
4 13 158
Kalorie
3004kcal
Czas
6:01:35
2
9
1:15 1:01 0:00
Dystans
174.07km
2
5
31.33 30.33
Prędkość
28.88km/h
36
259
24.8 29.6 49.9
Kadencja
93rpm
117
Tętno
132bpm
150
Przewyższenia
972m
20
102
       285
Nachylenie
+ 3.1% - 3.2%
+ 10.2 - 9.6
Temperatura
19.0°C
14.0 25.0

Na ten pomysł wpadłem kilka dni temu. Zrazu wydawał mi się niedorzeczny i przerastający moje możliwości. Ale w końcu zapytałem sam siebie, dlaczego nie miałbym spróbować? Przecież taka okazja już się nie powtórzy, bo tylko raz w życiu obchodzi się pięćdziesiąte urodziny. Czyż nie jest dobrym pomysłem, aby w wigilię tego dnia wybrać się do miejsc z przeszłości, odwiedzić swoje rodzinne miasto, udowodnić samemu sobie, że z pięćdziesiątką na karku da się żyć życiem pełnym wrażeń, pisząc wciąż nowe rozdziały, miast tworzenia przedwczesnego spisu treści? Po prostu musiałem to zrobić, chociaż obawiałem się, że może nie być lekko…

Wyruszam tuż przed ósmą rano. Słońce już dawno wzeszło i choć króluje teraz na błękitnym niebie, temperatura jest dosyć niska. Wieje niezbyt mocny, wschodni wiatr. Jadę do Wieliczki. Przejeżdżam przez miasto i na krótki czas pojawiam się na drodze wiodącej do Gdowa. Szybko z niej uciekam i dojeżdżam do drogi 94. Od tej pory, do samego Tarnowa zamierzam jechać trasą, którą kiedyś znałem lepiej, niż własną kieszeń. To pierwszy element dzisiejszej nostalgii, pierwsze spojrzenie wstecz, wspomnienie minionych zdarzeń i twarzy. Ileż to razy przejeżdżałem tą drogą w czasach, gdy o autostradzie jeszcze nikt nie śnił, szczytem marzeń był Fiat 126p, a wolna Polska w zjednoczonej Europie wydawała się perspektywą równie realną, jak inwazja Marsjan. Nie była to wówczas bezpieczna trasa, o czym świadczą krzyże stojące na poboczu – milczący świadkowie tragicznie zakończonych życiorysów. Dzisiaj jadę po idealnie gładkim asfalcie, korzystam z szerokich poboczy i po prostu czuję się bezpiecznie. Pierwsze kilkanaście kilometrów traktuję jako rozgrzewkę. Poranny chłód szybko przestaje mi przeszkadzać. Staram się jechać równo, a przede wszystkim bardzo, bardzo spokojnie. Wszystkie podjazdy pokonuję na miękkich przełożeniach, a na zjazdach korzystam z dobrodziejstw grawitacji. Muszę rozłożyć siły, oszczędzić je na potem. To przecież dopiero początek drogi.

Po godzinie jazdy łapię właściwy rytm. Jestem już w okolicach Bochni. Nie zamierzam korzystać z obwodnicy i przejeżdżam przez miasto. Ono także zmieniło się przez te wszystkie lata. Niegdyś szare i zaniedbane, zresztą jak większość miast, dzisiaj zdaje się pachnieć nowością i przytłaczać feerią barw. Przejazd zajmuje mi trochę czasu, bo mimo soboty, panuje tutaj spory ruch. W końcu jednak powracam na „dziewięćdziesiątkę czwórkę” i jadę dalej. Kolejnym etapem, oddalonym o dziesięć kilometrów, jest Brzesko – miasto mniejsze i spokojniejsze od Bochni. I znów nie skręcam na obwodnicę, ale szybko i sprawnie przejeżdżam przez centrum. Jestem coraz bliżej mojego rodzinnego Tarnowa. Teren wciąż jest pagórkowaty, więc cały czas nie forsuję tempa i spokojnie wspinam się na mniejsze i większe pagórki. Wiatr, który jeszcze dwie godziny temu był relatywnie słaby, teraz przybrał na sile. Czuję wyraźny opór i nawet jazda po płaskim wymaga silniejszego nacisku na pedały.

Przejeżdżam przez Wojnicz, a wkrótce potem przez most nad Dunajcem. To rzeka mojego dzieciństwa. Gdy byłem dzieckiem, spędzałem nad nią – ale nie w tym miejscu, lecz w Krościenku nad Dunajcem – wszystkie wakacje. I znowu podjazd. Niezbyt długi, jak większość na tej trasie, ale tym razem już na pewno ostatni. Gdy wyjeżdżam na szczyt, w oddali widzę panoramę Tarnowa. Nie czuję absolutnie żadnego zmęczenia. Regularnie uzupełniałem płyny i równie regularnie uszczuplałem zapas batoników. Dodatkowym napędem są niewątpliwie emocje. Sięgają szczytu, gdy wreszcie mijam tablicę z napisem Tarnów.

Rodzinne miasto wita mnie zapachem świeżo ściętej trawy i kwitnących drzew. To dziwne, ale mam wrażenie, że cofam się w czasie, że ten zapach przywrócił dawne cyferblaty zegarów wszechświata, że jeśli spojrzę teraz w lustro, zobaczę gładką twarz szesnastolatka, przed którym świat szeroko otwiera swoje podwoje – „the sky is the limit”…

Pora jednak na chwilę zejść na ziemski padół. Włodarze Tarnowa w dość osobliwy sposób traktują rowerzystów. Skoro jest moda na ścieżki rowerowe – twórzmy je! No i stworzyli. Po prostu podzielili chodniki na dwie wąskie części i gotowe. Chodnik są wyłożone kostką – szosowcy tego nie lubią. Krawężniki na skrzyżowaniach są obniżone, ale nie do końca – szosowcy tego nie lubią. Na części chodnika, szumnie zwanej drogą dla rowerów, stoją słupy – rowerzyści tego nie lubią. Musiałem jednak pokonać tę drogę przez mękę, bo… prawo jest prawem.

Przejeżdżam pod wiaduktem kolejowym, mijam mój parafialny kościół Misjonarzy i jestem już prawie w centrum miasta. Jadę ulicą Krakowską, dzisiaj niezbyt szeroką, ale gdy byłem dzieckiem, wydawała się szeroka jak pas startowy na Heathrow. Mijam kamienicę, w której onegdaj mieściła się Drogeria Bracha, przejeżdżam przez Plac Kazimierza i po chwili jestem już na tarnowskim rynku. Zatrzymuję się, zsiadam z roweru i daję czas na powrót wszystkich wspomnień, które wiążą się z tym miejscem. Pięknie tu, przytulnie, kolorowo, kwieciście, wiosennie. Jednak oczami wyobraźni widzę świat, którego już nie ma, sprzed wielu lat, gdy byłem pewien, że nigdy nie opuszczę mojego Tarnowa. Zanim rozpocznę „powrót do przyszłości” muszę zajrzeć jeszcze w jedno miejsce. To dom rodzinny, w którym pięćdziesiąt lat temu przyszedłem na świat. Dzisiaj stoi prawie zapomniany, bo nikt z mojej rodziny już tutaj nie mieszka. Zimne, niszczejące i ciche mury, które przez lata były najpiękniejszym miejscem na ziemi, tętniły życiem i były niemym świadkiem radości, wzruszeń, sukcesów, porażek, śmiechu i łez. Nie sposób wymienić wszystkich wspomnień, przywołać wszystkie chwile, ale jedna z nich jest wciąż żywa – to moment, gdy żegnałem mojego ojca, który wkrótce miał przekroczyć ostatnią granicę…

Nuta nostalgii wciąż towarzyszy mi, gdy kierując się na północ, opuszczam mój Tarnów. Walcząc z wiatrem, mijam dawno niewidziane miejscowości. Nadal nie czuję zmęczenia. To dobrze, bo do przejechania mam prawie sto kilometrów. Dojeżdżam do Niedomic i skręcam na zachód. Teraz wiatr wieje mi w plecy, dając dodatkowe waty mocy. Przejeżdżam przez Biskupice Radłowskie i dojeżdżam do wsi Wał-Ruda. Nieopodal znajduje się łąka, miejsce słynnej operacji III Most, którą opisywałem na tym blogu i która kiedyś stała się pretekstem, aby wybrać się tutaj na rowerze. Dzisiaj po prostu mijam to miejsce i jadę dalej. Duża część drogi wiedzie przez las. Uwielbiam taką oprawę. Kolejne kilometry mijają nadspodziewanie szybko. Czy to efekt wiatru, czy może wspomnień, które, choć oddalam się od rodzinnego miasta, wciąż powracają żywymi barwami? Dojeżdżam do Uścia Solnego, przejeżdżam przez most na Rabie, dojeżdżam do wsi Niedary i skręcam na południe w stronę Mikluszowic.

To już ostatni etap. Jadę przez Puszczę Niepołomicką, Niepołomice, Grabie i Brzegi. Mijając tablicę z napisem Kraków, uświadamiam sobie, że choć Gród Kraka jest moim miejscem na ziemi, to Tarnów na zawsze pozostanie w moich wspomnieniach jako punkt na osi życia, w którym rozpoczęła się moja podróż w trzech wymiarach rzeczywistości.

Przedziwny był to dzień. Połączyłem w nim dwa moje światy. Ten miniony, który już dawno nie istnieje, żyjąc jedynie w mych wspomnieniach i ten teraźniejszy, prawdziwy, rzeczywisty, którego historię piszę każdego dnia, żyjąc, kochając, pracując i realizując wszystkie moje pasje. Wśród nich jest także ta, która powiodła mnie dzisiaj daleko od domu w poszukiwaniu zatartych obrazów przeszłości.


Moje tarnowskie „selfie”
Moje tarnowskie „selfie”
Tarnowski Rynek w oprawie barw wiosny
Tarnowski Rynek w oprawie barw wiosny
W zaułkach króluje światło i cień…
W zaułkach króluje światło i cień…
…tworząc scenerię niezwykłą
…tworząc scenerię niezwykłą
„Koci Zamek” – jedna z tarnowskich osobliwości
„Koci Zamek” – jedna z tarnowskich osobliwości
To za tym oknem rodziła się kiedyś moja ciekawość świata
To za tym oknem rodziła się kiedyś moja ciekawość świata



Lekki rozruch

Czwartek, 5 maja 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
3 49 835
Data
5 maja 2016
Czw. 16:36 19:15
Rower
Ridley Fenix
3 12 157
Kalorie
1297kcal
Czas
2:36:08
78
540
0:40 0:35 0:00
Dystans
74.29km
72
444
17.71 17.85
Prędkość
28.55km/h
44
311
26.1 29.8 50.6
Kadencja
90rpm
119
Tętno
127bpm
155
Przewyższenia
538m
69
365
       305
Nachylenie
+ 3.0% - 3.0%
+ 8.7 - 9.4
Temperatura
16.0°C
12.0 18.0

Zanim wybrałem się na przejażdżkę, nad Krakowem przeszła spora ulewa. To zupełnie normalne, gdy dzień wcześniej umyło się rower. Poczekałem chwilę, aż drogi nieco przeschną, ale i tak nie udało mi się uchować idealnie czystej ramy przed wątpliwej urody sztuką nowoczesną w postaci małych, brunatnych kropelek. Jechałem bardzo spokojnie, co było absolutnie przemyślaną decyzją, ponieważ przymierzam się do zaliczenia w sobotę nieco dłuższej trasy niż zwykle. Mam nadzieję, że pogoda nie pokrzyżuje moich planów, bo sobotnia wyprawa ma pewną myśl przewodnią, której na razie nie zdradzę, aby nie zapeszyć – choć wcale nie jestem przesądny. Dzisiejsza przejażdżka była więc jedynie spokojnym i niewymagającym treningiem, który pozwoliłem sobie wykonać na nieodległych od mojego miejsca zamieszkania drogach.



Pogodne promienie optymizmu

Poniedziałek, 2 maja 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
2 48 834
Data
2 maja 2016
Pon. 10:57 14:44
Rower
Ridley Fenix
2 11 156
Kalorie
1761kcal
Czas
3:39:36
25
173
0:32 0:23 0:00
Dystans
106.50km
24
133
14.43 11.64
Prędkość
29.10km/h
31
224
26.9 29.6 54.6
Kadencja
94rpm
118
Tętno
130bpm
147
Przewyższenia
429m
92
524
       250
Nachylenie
+ 3.0% - 3.8%
+ 6.0 - 10.2
Temperatura
16.5°C
13.0 20.0

Wczoraj było mniej ważne święto. Jutro będzie to bardziej ważne. A dzisiaj też jest święto – Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej. Powiem szczerze, że jakoś go nie czuję, uważając, że ojczyznę i jej symbole szanować trzeba zawsze, a nie tylko od święta. Ale to tylko taka mała uwaga na marginesie.

Skorzystałem z magicznej mocy słowa „urlop” i nie pracowałem. Obudził mnie szary i pochmurny poranek. A potem ten odwieczny dylemat: jechać czy nie jechać? Wczoraj zaliczyłem setkę, więc może dzisiaj lepiej posiedzieć spokojnie na czterech literach i zająć się dalszymi modyfikacjami mojego bloga? Chwilę się wahałem, to fakt. Ale w końcu podjąłem jedyną słuszną decyzję – jadę! Solidna porcja musli na śniadanie, chwila przygotowań i w drogę.

Celowo wybrałem dość łatwą trasę. Dość łatwą, czyli w zasadzie pozbawioną sensownych podjazdów. Najpierw pojechałem do Niepołomic. Na przedmieściach zostałem dogoniony i wyprzedzony przez peletonik, złożony z kilku kolarzy. Jazda w grupie ma jednak swoje dobre strony. Ja niestety byłem skazany na samotną walkę z przeciwnym wiatrem, ale przecież szosowa samotność jest wpisana w naturę moich eskapad. Z Niepołomic wyjechałem na wschód drogą numer 964. GPS pokazał, że do kolejnego skrętu mam ponad dwadzieścia kilometrów. Przede mną był więc spory kawałek dość prostej, dość łatwej do pokonania drogi. Wystarczyło tylko jechać przed siebie. Wrzuciłem „na ruszt” jeden z batoników i cierpliwie parłem naprzód, walcząc od czasu do czasu z niezbyt silnym, ale jednak przeciwnym wiatrem. A wkrótce musiałem zmierzyć się także z deszczem. Nie był ulewny, ale wystarczająco obfity, aby szybko pokryć drogę cienką warstewką wody, która porywana przez opony odrywała się od nich, bezczelnie pokrywając mój rower brązowymi kroplami, tudzież powodując mokry dyskomfort w najmniej szlachetnej części mojego ciała. Owe wątpliwe atrakcje towarzyszyły mi do Ispiny, gdzie droga nareszcie zrobiła się sucha.

Kierunek jazdy zmieniłem w Niedarach, gdzie miałem zaliczoną mniej więcej połowę trasy. Teraz jechałem na południe do Gawłówka, a potem do Proszówek. Tam skręciłem na wschód i rozpocząłem etap zwany powrotem. Ku mojemu, dość niemiłemu zaskoczeniu okazało się, że po zmianie kierunku wiatr wcale mi nie pomaga, albowiem wiał bardziej z północy niż ze wschodu. Wyjścia jednak nie miałem, ukrytego silniczka w rowerze też nie, więc po prostu cierpliwie pedałowałem, racząc się od czasu do czasu solidnymi łykami izotonika. Pogoda tym razem mi sprzyjała. Spoza chmur zaczęło wyzierać słońce, napełniając ziemię i umysł pogodnymi promieniami optymizmu. Tak, tego mi było trzeba, no i jeszcze… zimnego, złotego napoju, czekającego cierpliwe w lodówce.


Przy małej wiejskiej kapliczce, stojącej wedle drogi…
Przy małej wiejskiej kapliczce, stojącej wedle drogi…