Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Zdążyć przed burzą

Czwartek, 30 czerwca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
13 70 856
Data
30 czerwca 2016
Czw. 15:53 19:22
Rower
Ridley Fenix
13 33 178
Kalorie
1968kcal
Czas
3:27:29
49
270
0:34 0:26 0:00
Dystans
103.53km
38
182
15.40 13.79
Prędkość
29.94km/h
14
107
26.5 30.7 55.3
Kadencja
91rpm
148
Tętno
133bpm
158
Moc
180W
47
390
152 178 711
TSS
203
41
193
Przewyższenia
471m
83
452
       254
Nachylenie
+ 3.1% - 3.5%
+ 7.8 - 8.9
Temperatura
29.0°C
25.0 33.0

Wskazujące temperaturę cyferki na wyświetlaczu znów złożyły się na wartość większą od trzydziestu stopni. To taka umowna wartość graniczna, oddzielająca „gorąco” od „upalnie”. Pamiętałem o moich ostatnich doświadczeniach z jazdą w takich warunkach, ale wcale nie zamierzałem się poddać i pozostać w chłodnym domowym zaciszu. Zweryfikowałem jedynie plany związane z profilem trasy, świadomie rezygnując z hasania po nieodległych pagórkach na rzecz płaskich dróg. A jeśli drogi mają być płaskie, to wybór jest tylko jeden – wschód.

Na trasie przejażdżki leżała oczywiście Puszcza Niepołomicka, bo po pierwsze, jadąc na wschód trudno na nią nie trafić, a po drugie, jest to jedynie miejsce, w którym można się skryć przed większością negatywnych skutków wysokiej temperatury. Zanim jednak pojawiłem się wśród kojącej zieleni, kluczyłem różnymi drogami, chcąc być pewnym, że dystans ostatniej czerwcowej eskapady przekroczy zwyczajowe 100 kilometrów. Potem wjechałem do spokojnego lasu. Daruję sobie jednak kolejny opis uroków Puszczy Niepołomickiej, bo czyniłem to już tak wiele razy, że miasto Niepołomice powinno mi przyznać tytuł honorowego obywatela, albo chociażby odznaczyć jakimś medalem w stylu „Zasłużony dla Puszczy”. Spokój został zakłócony w momencie, w którym do mojej częściowo wyłączonej świadomości – wszak w puszczy można uciec myślami bardzo daleko – dotarł charakterystyczny pomruk. Spojrzałem za siebie i uświadomiłem sobie, że to jest ten moment, aby „depnąć” mocniej, lub przekonać samego siebie, że burza jest właśnie tym, czego zawsze pragnąłem doświadczyć. I tak rozpoczęła się moja ucieczka przed deszczem. Prawdę mówiąc, byłem pewien, że to się nie uda, bo od czasu do czasu trafiały we mnie pojedyncze krople, zdając się mówić do mnie: „nie masz szans gościu”. Taka ciuciubabka trwała całe trzydzieści kilometrów, a gdy już zatrzymywałem się przed domem, będąc pewnym, że nawałnica zacznie się lada moment, okazało się, że wszystko przeszło bokiem – taka sytuacja.



Dobra jazda

Wtorek, 28 czerwca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
12 69 855
Data
28 czerwca 2016
Wt. 15:57 19:31
Rower
Ridley Fenix
12 32 177
Kalorie
2157kcal
Czas
3:27:57
48
264
1:02 0:48 0:00
Dystans
101.57km
47
237
26.13 26.66
Prędkość
29.31km/h
26
190
25.1 32.9 56.4
Kadencja
87rpm
112
Tętno
134bpm
154
Moc
213W
3
34
168 214 661
TSS
260
16
69
Przewyższenia
935m
24
114
       323
Nachylenie
+ 3.6% - 3.5%
+ 9.3 - 15.1
Temperatura
20.0°C
20.0 21.0

Czekałem na dzisiejszą przejażdżkę, bo ostatnio byłem nieco zaniepokojony drastycznym spadkiem formy. Byłem pewien, że to wina upałów, ale tylko jazda w normalnych warunkach mogła mnie o tym przekonać. A dzisiaj były właśnie takie warunki, czyli idealnie „rowerowa” temperatura i słaby wiatr.

Rozgrzewkę zaliczyłem na kosocickich pagórkach. Widząc na asfalcie ślady niedawnego deszczu i dużą chmurę na południu, zacząłem zastanawiać się, czy dobrze robię jadąc w tamtym kierunku? Okazało się, że dobrze, bo nie spadła na mnie ani jedna kropla. Optymalna temperatura sprawiła, że dzisiaj nie odczuwałem nadmiernego zmęczenia, a organizm mógł zużywać „paliwo” na pokonywanie pagórków, zamiast na chłodzenie samego siebie. A pagórków było całkiem sporo, bo pojechałem do Świątnik Górnych, a później do Mogilan. Tam przejechałem obok Parkowego Wzgórza, czyli ekskluzywnego osiedla domków jednorodzinnych – ogrodzonego, strzeżonego i zamieszkałego przez ludzi, którym w życiu tak się poszczęściło, że muszą być teraz odgradzani i strzeżeni przed plebsem. I to zapewne dzięki ich podatkom, ja – człek prosty – mogłem się raczyć jazdą po nowym asfalcie. Minąwszy oazę luksusu, pomknąłem do Radziszowa, zaliczając mój ulubiony zjazd, na którym kolejny raz zwyciężył rozsądek i miast pruć w dół z prędkością nurkującego F-16, zjechałem dość szybko, ale jednak dostojnie, spokojnie, bezpiecznie. Z Radziszowa pojechałem do Skawiny, a stamtąd oczywiście do Tyńca, a z Tyńca do Krakowa. Tam bynajmniej nie skierowałem się w stronę domu, bo na liczniku miałem ledwie czterdzieści pięć kilometrów. Przejechałem przez Most Zwierzyniecki, podążyłem wzdłuż Wisły do ulicy Mirowskiej, a później pojechałem do Kryspinowa, Cholerzyna i Morawicy. Tam znów zawróciłem i jadąc przez Balice oraz Zabierzów, wróciłem do Krakowa. Ostatnie kilometry prowadziły już przez miasto, a ja tak kombinowałem, aby na wyświetlaczu Garmina w polu dystansu pojawiły się trzy cyferki.

Zgodnie z przypuszczeniem, jechało mi się zupełnie inaczej niż za dwoma ostatnimi razami. Obiektywność tego sądu miałem potwierdzoną przez „milion” różnych wskazań rowerowego komputerka, ale nie to było najważniejsze. Najważniejsze, że znów cieszyłem się jazdą, smakując każdą chwilę i rozkoszując się pięknem krajobrazów.



Gorąca sobota

Sobota, 25 czerwca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
11 68 854
Data
25 czerwca 2016
Sob. 11:21 15:15
Rower
Ridley Fenix
11 31 176
Kalorie
1886kcal
Czas
3:43:02
18
145
0:46 0:34 0:00
Dystans
104.64km
35
165
19.54 17.35
Prędkość
28.15km/h
55
370
25.3 30.4 51.6
Kadencja
92rpm
146
Tętno
133bpm
155
Moc
162W
56
581
132 168 690
TSS
168
50
244
Przewyższenia
592m
63
306
       284
Nachylenie
+ 3.0% - 3.4%
+ 8.8 - 9.2
Temperatura
35.8°C
33.0 39.0

Moje piękne kolorowe sny zostały brutalnie przerwane nad ranem przez potężną burzę. Wiało, grzmiało i lało. Spojrzałem na ekran smartfona. Była piąta. Pomyślałem, że jeśli wstanę wcześniej, to mam szansę wyskoczyć na rower, zanim gorące słońce przejmie władzę nad światem. Przyłożyłem na chwilę głowę do poduszki i to był błąd. Gdy obudziłem się po raz wtóry, było już po dziewiątej, a cyfry na wyświetlaczu termometru odebrały resztki nadziei na orzeźwiającą przejażdżkę. Zanim zjadłem śniadanie i przygotowałem się do jazdy, zrobiło się jeszcze goręcej. Po jedenastej wsiadłem wreszcie na rower i ruszyłem przed siebie w rozgrzaną otchłań…

Musiało być ciężko. W tych warunkach nie mogło być inaczej. Asfalt potęgował uczucie gorąca, tworząc w oddali falujące wizje fatamorgany. Wilgotne powietrze zdawało się parzyć płuca i nie pozostawiać w nich wystarczającej ilości tlenu. Temperatura rosła z każdą chwilą, a ja uparcie jechałem przed siebie, mijając nielicznych śmiałków, którzy mnie podobni, miast ukryć się w cieniu ze szklanką mocno zmrożonej coli, wybrali próbę siły i charakteru. Ponownie wybrałem łatwą trasę, której spory fragment miał wieść przez migoczącą światłocieniem, zieloną głębię Puszczy Niepołomickiej. Jednak nawet tam nie znalazłem zagubionej rześkości i nie odkryłem nowych pokładów energii.

Spokojnie wracałem do domu, z rzadka mijając już nie tylko pieszych i rowerzystów, ale nawet samochody. Zbliżał się przecież moment rozpoczęcia kolejnego meczu Polaków na Euro. Cała droga należała więc do mnie. Powoli mijane słupki kilometrowe zaprowadziły mnie w końcu na krakowskie przedmieścia, skąd już blisko miałem do bezpiecznej przystani w domowym zaciszu i do szklanki mocno zmrożonej coli.



Kryzys czwartkowy

Czwartek, 23 czerwca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
10 67 853
Data
23 czerwca 2016
Czw. 15:41 19:28
Rower
Ridley Fenix
10 30 175
Kalorie
1959kcal
Czas
3:41:16
21
157
0:57 0:42 0:00
Dystans
104.76km
33
162
23.17 22.40
Prędkość
28.41km/h
49
337
24.2 31.3 60.8
Kadencja
90rpm
132
Tętno
129bpm
151
Moc
176W
50
446
140 171 808
TSS
194
43
203
Przewyższenia
749m
48
203
       292
Nachylenie
+ 3.2% - 3.4%
+ 9.1 - 14.6
Temperatura
29.4°C
27.0 32.0

Czwartek jest dniem, gdy organizm zaczyna mi przypominać o deficycie snu. A sen, oprócz właściwego odżywiania, jest przecież podstawą właściwej regeneracji. Jeśli więc dopada mnie kryzys, to dzieje się to przeważnie właśnie w czwartek. Kryzys ma trochę z katastrofy. Przeważnie nie jest spowodowany jednym czynnikiem, lecz splotem różnych, niekorzystnych zdarzeń. Do zmęczenia i niewyspania dołączył upał, który skutecznie potrafi wyssać z człowieka resztki energii.

Trasa nie była wymagająca. Przeczuwając problemy natury fizycznej, pojechałem w stronę Puszczy Niepołomickiej. Już po przejechaniu pierwszych kilkunastu kilometrów wiedziałem, że to nie będzie mój najlepszy dzień. Obiektywnie potwierdzał to miernik mocy. Postanowiłem więc, że nie będę się zaginał i realizował czegoś, co szumnie mógłbym nazwać „planem treningowym”, lecz skupię się po prostu na spokojnej jeździe i będę czerpał radość z mijanych krajobrazów. O wpływie temperatury na samopoczucie mogłem przekonać się wszędzie tam, gdzie wjeżdżałem do cienia. Nagle okazywało się, że mogę jechać szybciej i mocniej. Gdy tylko dosięgały mnie gorące promienie letniego słońca, „silnik” natychmiast się przegrzewał i musiałem zwalniać. Dobrze, że nie zapomniałem o dodatkowej butelce wody mineralnej na „czarną godzinę”, bo nie obyłoby się bez dodatkowego „tankowania” po drodze. O ile pierwsza część trasy była płaska, o tyle powrót przez Bochnię oznaczał konieczność zmierzenia się z pagórkowatością tego rejonu Małopolski. Szło mi różnie, a wszystko znów zależało od tego, czy podjazdy raczyły mnie słońcem, czy cieniem.

Do domu dotarłem dość mocno zmęczony, ale oczywiście zadowolony, bo każda trudność i każdy wysiłek składa się na doświadczenie.



Powitanie lata

Wtorek, 21 czerwca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
9 66 852
Data
21 czerwca 2016
Wt. 15:44 19:18
Rower
Ridley Fenix
9 29 174
Kalorie
2087kcal
Czas
3:31:25
43
234
1:11 0:49 0:00
Dystans
105.12km
30
157
29.56 28.78
Prędkość
29.83km/h
17
124
24.8 35.2 53.7
Kadencja
92rpm
150
Tętno
135bpm
163
Moc
202W
17
100
159 197 715
TSS
237
25
121
Przewyższenia
980m
19
97
       382
Nachylenie
+ 3.3% - 3.5%
+ 10.6 - 8.8
Temperatura
25.8°C
23.0 30.0

Pierwszy dzień kalendarzowego lata uczciłem – a jakże – przejażdżką rowerową. Tym razem nie miałem dokładnego planu w rozumieniu zaprojektowanej i wrzuconej do GPS’a trasy. Postanowiłem pojechać trochę „na czuja”, tak, żeby w sumie zebrało się około setki kilometrów, czyli – jak kiedyś pisałem – dystans powszedni. Jazda bez szczegółowej nawigacji ma dodatkowo tę zaletę, że Garmin informuje mnie o zbliżaniu się do kolejnych segmentów, więc jeśli tylko mam ochotę – a przeważnie mam – mogę spróbować poprawić swój rekord, a nawet zmierzyć się z mistrzem danego odcinka trasy.

Trasa miała dwa oblicza. Pierwsze płaskie i drugie mocno pagórkowate. Po krótkiej rozgrzewce w najbliższej okolicy skierowałem się na wschód. W ten sposób dojechałem do Gruszek, gdzie znajduje się niedługi, ale słusznego nachylenia podjazd, niegdyś ustanowiony przez kogoś segmentem. Byłem już dobrze rozgrzany, więc spróbowałem poprawić swój najlepszy czas. Próba zakończyła się pełnym sukcesem, bo przy okazji zostałem także liderem segmentu. Faktem jednak jest, że gdy dotarłem na szczyt podjazdu, nie wyglądałem na wypoczętego i odprężonego gościa. A przede mną było jeszcze sporo kilometrów. Dojechałem do Targowiska, gdzie taktycznie skręciłem do Grodkowic i dopiero tam wjechałem na chwilę na drogę 94. Za mostem na Rabie skręciłem na południe, pomknąłem do Chrostowej, a później do Łapanowa. Tam rozpoczęła się druga część trasy, ta zdecydowanie bardziej pofałdowana i na dodatek pod wiatr. Za Łapanowem czekał na mnie ponad dwukilometrowy podjazd, za którego szczytem mogłem troszkę poszaleć na serpentynach, które sprowadziły mnie znów na niski pułap, ale tylko po to, aby po chwili wspinać się krótkim podjazdem do Zagórzan. Kilka kilometrów dalej przywitał mnie Gdów, ale ja szybko skręciłem na zachód, by przez Stadniki dotrzeć do Dobczyc. A stamtąd pojechałem w stronę Koźmic Małych, co oczywiście oznaczało zaliczenie jednego solidnego i kilku pomniejszych podjazdów. Ten solidny, czyli prowadzący od ronda w Dobczycach do Dziekanowic, także okazał się segmentem, więc spróbowałem i tutaj pobić swój dotychczasowy rekord. I znów się udało, ale liderem segmentu tym razem nie zostałem. Nie mogło zresztą być inaczej, bo miernik mocy był bezwzględny w swojej obiektywnej ocenie – potrafiłem wygenerować jedynie 2/3 tej mocy, co na podjeździe w Gruszkach. Widocznie byłem już zmęczony, chociaż mocno tego nie odczuwałem. Z Koźmic Małych pojechałem oczywiście do Świątnik Górnych, a potem dotarłem do południowych granic Krakowa. Byłem już blisko celu, ale do setki trochę brakowało. Przejechałem więc jeszcze do Wieliczki i dopiero stamtąd wróciłem do domu.



Zaczarowane krajobrazy

Sobota, 18 czerwca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
8 65 851
Data
18 czerwca 2016
Sob. 10:29 14:43
Rower
Ridley Fenix
8 28 173
Kalorie
2337kcal
Czas
3:54:26
12
108
1:26 0:55 0:00
Dystans
107.01km
23
128
32.31 29.82
Prędkość
27.39km/h
69
455
22.4 32.0 69.6
Kadencja
90rpm
149
Tętno
133bpm
159
Moc
204W
14
87
160 177 902
TSS
270
12
52
Przewyższenia
1220m
5
39
       453
Nachylenie
+ 3.8% - 4.1%
+ 14.4 - 17.6
Temperatura
26.6°C
22.0 32.0

Kolejny raz nic nie wyszło z moich wielkich, rowerowych planów i musiałem wybrać się na „przejażdżkę zastępczą”. Okazało się jednak, że zafundowałem sobie całkiem wymagającą trasę. A wszystko zaczęło się od przejazdu przez całe miasto, bo jeśli się mieszka przy jego południowej granicy, a celem wyjazdu są drogi położone na północ i na zachód od Krakowa, to po prostu nie da się inaczej. Kraków w sobotę wcale nie jest cichym, spokojnym i bezpiecznym dla rowerzystów miastem, więc mając oczy z przodu, z tyłu, z boku, czyli ogólnie wszędzie, jechałem ku północy, a konkretnie w stronę ulicy Łokietka, gdzie rozpoczynała się właściwa część dzisiejszej wycieczki.

Ulica Łokietka wyprowadziła mnie z królewskiego miasta i zawiodła do wsi Giebułtów. Dawno już tamtędy nie jechałem i podjazd, który kiedyś wydawał mi się dość wymagający, dzisiaj pokonałem bez trudu. Jest postęp – pomyślał „starszy” pan i pojechał dalej, a dokładniej mówiąc, pomknął mocnym zjazdem w dół, ku skrzyżowaniu z drogą 794. Tamże skręciłem na północ, ale wkrótce znów zmieniłem kierunek, skręcając w stronę Korzkwi, a potem w stronę Prądnika Korzkiewskiego. A ostatni raz jechałem tą drogą trzy lata temu, a więc w czasach, gdy przemierzałem świat na rowerze górskim. No i jakoś nie zapamiętałem sobie, że na jednym kilometrze będę musiał wspiąć się sto metrów w górę. Prosty rachunek daje więc dziesięcioprocentowe średnie nachylenie. To z kolei oznacza, że jeśli gdzieś na takim podjeździe trafiamy na „marne” kilka procent, to za chwilę musi być grubo ponad dziesięć, żeby całość nam się zgadzała. Do roboty! W niezbyt ekscytującym tempie poruszałem się w górę, ale to był dopiero początek trasy, więc trzeba było rozważnie dysponować energią. Za szczytem wzniesienia dotarłem do skrzyżowania z drogą 94, a potem zaliczyłem zjazd do wsi Ujazd. To dobra nazwa, gdy człowiek jest już „ujechany”, ale ja na szczęście byłem wciąż w niezłej formie, więc skręciłem na północ, rozpoczynając tym samym kolejny podjazd, tym razem do Zelkowa. Nie był już tak stromy, jak ten poprzedni, ale dwa i pół kilometra o średnim nachyleniu nieco ponad pięciu procent raczej nie przejeżdża się rozpędem, chyba, że jedzie się w dół. Trud wynagradzany jest malowniczymi widokami Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Nieodmiennie mnie zachwycają, może dlatego, że stosunkowo rzadko tam się pojawiam, a może dlatego, że po prostu są piękne i nie sposób się nimi znudzić. Dodatkową nagrodą może też być krótki postój w Zelkowie, przy stawie z krystalicznie czystą wodą, filuternie iskrzącą się tysiącami odbić gorącego, czerwcowego słońca.

Za Zelkowem znów był zjazd, a potem kolejny podjazd. Tym razem od wsi Wierzchowie do Bębła. I znów przyszło mi jechać romantycznie położoną, wąską i krętą drogą, czasem ukrytym będąc w cieniu stuletnich drzew, a innym razem mając ponad sobą niczym nie zmącony błękit nieba. Po drodze minąłem Jaskinię Wierzchowską – cel weekendowych wypadów dla wielu spragnionych ucieczki od betonowej pustki codzienności. W Bęble powoli żegnałem Jurę, skręcając na południe, ale bynajmniej nie rozstając się z pięknymi krajobrazami. Wręcz przeciwnie. Wjeżdżałem bowiem na obszar Dolinek Krakowskich – miejsca magicznie pięknego, wciąż nieskażonego toksycznym oddechem cywilizacji. Przejechałem przez Będkowice, Kobylany, Brzezinkę i Rudawę. Potem przez Nielepice i Brzoskwinię. Dwukrotnie przeciąłem autostradę A4 – raz górą, raz dołem. Zjechałem do Mnikowa i skierowałem się na wschód. Minąłem Cholerzyn.

Półnaga, hałaśliwa, „pachnąca” piwem i grillowaną kiełbasą ciżba miłośników wypoczynku nad zalewem w Kryspinowie, przerwała mój przecudowny sen rowerowej wyprawy, sprowadzając do rzeczywistości zamkniętej w granicach administracyjnych miasta. Musiałem jeszcze przejechać przez cały Kraków, mając wciąż przed oczami widoki dopiero co mijanych krajobrazów. Jeszcze się nimi nie nasyciłem. Będę musiał tu wrócić.


Zelków
Zelków
Bębło
Bębło
Wyjeżdżam z Brzoskwini
Wyjeżdżam z Brzoskwini



Nucąc

Czwartek, 16 czerwca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
7 64 850
Data
16 czerwca 2016
Czw. 15:57 19:39
Rower
Ridley Fenix
7 27 172
Kalorie
2093kcal
Czas
3:33:22
37
217
0:35 0:31 0:00
Dystans
107.61km
22
121
16.12 17.01
Prędkość
30.26km/h
9
66
27.1 32.4 53.7
Kadencja
91rpm
118
Tętno
131bpm
153
Moc
188W
36
278
155 179 1550
TSS
215
36
165
Przewyższenia
561m
67
335
       324
Nachylenie
+ 3.5% - 3.4%
+ 9.6 - 7.2
Temperatura
24.7°C
22.0 27.0

Dzisiaj nie było nieznanych dróg, lecz płasko i rutynowo, co wcale nie oznacza, że nudno i nieciekawie. Po prostu inaczej. Rozpocząłem od rozgrzewki w Kosocicach, a potem poniosło mnie w okolice Niepołomic i oczywiście do samej Puszczy Niepołomickiej. Kolejny już raz wisiały nade mną ciemne chmury, ale znów nie przyniosły deszczu. Mogłem więc spokojnie jechać przed siebie, szukając ciszy i spokoju, nucąc sobie pod nosem „Constantly Reminded” – bezapelacyjnie cudowny kawałek Raya Wilsona i zespołu Stiltskin. Jest w nim nostalgia i tęsknota, zapisane słowami, oznaczone nutami na pięciolinii, idealnie dostrojone do częstotliwości mojej duszy. Przecież nie samym rowerem żyje człowiek…

„Constantly reminded of you
Everywhere I look I see your face
It's painted on my mind (…)”



Igraszki z burzą

Wtorek, 14 czerwca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
6 63 849
Data
14 czerwca 2016
Wt. 15:51 19:36
Rower
Ridley Fenix
6 26 171
Kalorie
2283kcal
Czas
3:37:15
29
183
1:19 0:46 0:00
Dystans
105.22km
28
152
32.87 26.68
Prędkość
29.06km/h
33
238
24.8 34.5 59.5
Kadencja
92rpm
129
Tętno
136bpm
159
Moc
210W
5
49
169 192 848
TSS
271
11
49
Przewyższenia
1157m
8
52
       381
Nachylenie
+ 3.5% - 4.4%
+ 14.5 - 14.3
Temperatura
20.1°C
17.0 24.0

Kontynuuję poszukiwania nieznanych mi wcześniej dróg, ukrytych pośród zielonych małopolskich wzgórz, pól i łąk. To fascynujące zajęcie, które pozwala strzepnąć z siebie pył rutyny i codzienności, poczuć smak przygody i wrócić do czasów, gdy każda rowerowa wyprawa oznaczała odkrywanie nowych krajobrazów.

Dzisiaj miałem trochę pod górkę, zarówno dosłownie jak i w przenośni. Dosłownie, bo zaplanowana trasa płaską bynajmniej nie była. W przenośni, bo nad Małopolską krążyło widmo burzy w postaci ciemnych chmur. Prawdę mówiąc, nawet zastanawiałem się, czy warto ryzykować jazdę w takich warunkach, tym bardziej, że kilka kilometrów od mojego domu mocno lało. Jednak w końcu doszedłem do wniosku, że żaden element roweru nie jest zrobiony z cukru, ja też jestem wodoodporny, a dodatkowy dreszczyk emocji jest jak najbardziej wskazany. Na wszelki wypadek włożyłem tylko telefon do szczelnego woreczka i wyruszyłem w drogę.

Ledwie kilka razy przekręciłem korbą, a dopadły mnie pierwsze krople deszczu, niczym woda święcona z kropidła. Nie dałem za wygraną i spojrzawszy na niebo doszedłem do wniosku, że mam szanse uciec przed burzą. I uciekłem. A potem już uciekałem cały czas, bo wszędzie tam, gdzie się pojawiłem, tuż za mną wisiała ciemna kurtyna deszczowego dramatu. Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów było dojazdem do początku drogi, którą jeszcze nigdy nie jechałem. Zaczynała się we wsi Ubrzeź i prowadziła na południowy wschód do Łąkty Górnej. Mało ruchliwa, cicha i spokojna, pozwalała cieszyć się życiem i delektować jazdą. W Łąkcie Górnej skręciłem na północ na drogę 965, którą łączy Bochnię z Limanową. Tam ruch był nieco większy, ale bez przesady – czułem się bezpieczny i mogłem się skupić na jeździe pod górę. Podjazd skończył się na rondzie w Muchówce. Skręciłem na zachód, a wkrótce potem na południe. Nadszedł czas zjazdów. Poruszałem się boczną, wąską i krętą drogą, wijącą się pośród domostw, pól i lasów. Dość dobra nawierzchnia prowokowała do szybkiej jazdy, ale pomny doświadczeń, zachowywałem umiar i rozsądek. Tymczasem ciemnych chmur jakby przybyło. Byłem pewien, że nie mam szans, aby suchym kołem wrócić do domu.

Na znajome drogi wjechałem w okolicach Nowego Wiśnicza. Tam nadszedł czas powrotu. Musiałem zaliczyć jeszcze podjazd do Gierczyc, a potem wystarczyło dojechać do drogi 94 i pokonać ostatnie dwadzieścia kilka kilometrów. Mimo, że cały czas uciekałem przed deszczem i nie żałowałem sił, kiedy droga pięła się w górę, nie czułem zmęczenia. Gdy w Siedlcu skręcałem na zachód, zostałem dodatkowo wspomożony przez wschodni wiatr. Teraz mogło już padać. I wtedy okazało się, że zwiastun rychłej nawałnicy zniknął, rozpłynął się w powietrzu lub odszedł gdzieś daleko. Widziałem już tylko lekko zachmurzone niebo, po którym żeglowały białe obłoki. A więc uciekałem przez osiemdziesiąt kilometrów na darmo? Cóż, bywa i tak – pomyślałem, uśmiechnąłem się i… mocniej nacisnąłem na pedały, by szybciej dotrzeć do miejsca, z którego niedawno wyruszałem, błogosławiony kroplami deszczu.


Widok na wschód z okolic Gierczyc
Widok na wschód z okolic Gierczyc
Droga do Gierczyc
Droga do Gierczyc



Po kiepskich drogach

Niedziela, 12 czerwca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
5 62 848
Data
12 czerwca 2016
Niedz. 10:29 14:09
Rower
Ridley Fenix
5 25 170
Kalorie
2223kcal
Czas
3:35:37
31
195
1:11 0:53 0:00
Dystans
106.26km
25
138
31.68 29.03
Prędkość
29.57km/h
20
153
26.5 32.4 54.7
Kadencja
93rpm
147
Tętno
134bpm
158
Moc
206W
11
71
165 197 771
TSS
255
18
82
Przewyższenia
991m
17
95
       320
Nachylenie
+ 3.1% - 3.4%
+ 9.3 - 10.7
Temperatura
23.3°C
20.0 27.0

Po kilku dniach przerwy wybrałem się dzisiaj na północ, w rejony, w które rzadko się zapuszczam. Rzadko, bo z racji swojego położenia za Nową Hutą, nie mam do nich najlepszego dojazdu. Z jednej strony szkoda, bo to teren mocno pagórkowaty i pokonanie pozornie łagodnych wzniesień przekłada się na całkiem poważną wartość przewyższeń. Z drugiej strony trzeba jednak powiedzieć, że nie są to okolice szczególnie piękne, oferujące zapierające w dech piersiach widoki, których wspomnienie powraca potem w snach. Na dodatek, w wielu miejscach ostatni raz widziano służby drogowe w latach… osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Ryzykowne jest podążanie nieznanymi szlakami, a właśnie z takim zamiarem wybrałem się w te rejony. Wcześniej zaprojektowałem sobie trasę, na której znalazły się dwie, niczym nie wyróżniające się miejscowości, Goszcza oraz Skrzeszowice, połączone drogami, które jeszcze mnie nie widziały – ani ja ich. I wszystko szło zgodnie z planem. Wykaz nieznanych dróg zmniejszał się z każdą chwilą, dopóki nie dotarłem do Szczepanowic. Tam okazało się, że przyzwoicie na mapie wyglądająca droga do Skrzeszowic, jest w rzeczywistości drogą gruntową, przy której szutrowe odcinki Strade Bianche wyglądają jak supernowoczesna autostrada. Nie ryzykowałem i dalej pojechałem objazdem, a nieszczęsną drogę dodałem do listy dróg zakazanych.

Dalsza część przejażdżki nie przyniosła już żadnych niespodzianek – jechałem wszakże doskonale sobie znanymi drogami. I jeśli na cokolwiek zwróciłem uwagę, to były to wyprzedzające lub mijające mnie samochody, zdobne flagami lub szalikami w barwach Najjaśniejszej Rzeczypospolitej – dowód nieustającej wiary w to, że hasło „Polacy, nic się nie stało”, zostanie raz na zawsze pogrzebane pod grubą warstwą piachu historii. Kilka godzin później mój spokój został zaburzony przez ryk gawiedzi i buczenie trąb dobiegające zza okna, stanowiące niepodważalny dowód na to, iż pierwszy szpadel zapomnienia spadł już na wspomniane hasło. Ech.. A mnie się marzy, żeby Polak wygrał jakiś wielki tour…



W trybie awaryjnym

Środa, 8 czerwca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
4 61 847
Data
8 czerwca 2016
Śr. 15:59 19:37
Rower
Ridley Fenix
4 24 169
Kalorie
2065kcal
Czas
3:34:59
34
205
0:53 0:39 0:00
Dystans
104.86km
32
161
22.08 20.78
Prędkość
29.27km/h
28
197
25.0 31.3 47.0
Kadencja
90rpm
140
Tętno
132bpm
158
Moc
195W
26
168
154 198 708
TSS
227
32
146
Przewyższenia
737m
50
211
       251
Nachylenie
+ 3.3% - 3.6%
+ 9.0 - 11.3
Temperatura
23.9°C
22.0 25.0

Po ostatniej przejażdżce, częściowo wiodącej drogami, których jeszcze nie znałem, uświadomiłem sobie, że w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od mojego domu, trudno jest mi znaleźć drogę, po której jeszcze nie jechałem. Zauważyłem to, korzystając z programu BaseCamp, który po prostu naniósł na mapę ślady wszystkich moich wycieczek i okazało się, że białych plam praktycznie nie ma. Dzisiejsza przejażdżka nie była więc oryginalna, tym bardziej, że postanowiłem, iż odpocznę małe co nieco i wybiorę się w spokojne okolice, położone na wschód od Krakowa. Jadąc obok Puszczy Niepołomickiej, wpadłem na pomysł, aby rozszerzyć plan wycieczki najpierw o Nowe Brzesko, a później o kilka dróg leżących na północ od niego. W Ispini (wydawało mi się, że poprawna forma powinna brzmieć „w Ispinie”, ale jadąc przez tę wieś zauważyłem szyld „jakiś-tam-urząd w Ispini”) przejechałem przez most na Wiśle, pokonałem kilka kilometrów i w Wawrzeńczycach skręciłem na północ. Tutaj teren nie był już płaski i obfitował w całe mnóstwo niewielkich podjazdów. Nie były ani długie, ani strome, a w porównaniu z tymi, które pokonywałem niedawno, były ledwie delikatnymi zmarszczkami na powierzchni. Coś jednak było nie tak, bo zacząłem odczuwać zmęczenie i wybierać coraz lżejsze przełożenia. Przełączyłem się więc w „tryb awaryjny”, ograniczyłem prędkość, przestałem zwracać uwagę na wskaźnik mocy i spokojnie jechałem w stronę Kocmyrzowa, przypominając sobie, że tuż przed nim czeka na mnie podjazd przez duże „P”. Na szczęście złapałem na nim właściwy rytm i wolniej niż zwykle, ale szybciej niż myślałem, dotarłem do drogi 776, którą zjechałem do Nowej Huty. Potem wystarczyło już tylko przejechać przez Mogiłę i Rybitwy, aby dotrzeć w okolice domu.