Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Hej Sobótka, Sobótka

Sobota, 30 lipca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
11 81 867
Data
30 lipca 2016
Sob. 10:48 16:19
Rower
Ridley Fenix
11 44 189
Kalorie
2613kcal
Czas
5:02:12
4
22
0:59 0:46 0:00
Dystans
137.37km
4
17
23.30 23.74
Prędkość
27.27km/h
74
473
23.5 30.6 63.8
Kadencja
87rpm
149
Tętno
130bpm
148
Moc
164W
54
561
136 190 819
TSS
251
21
89
Przewyższenia
744m
49
205
       370
Nachylenie
+ 3.2% - 3.2%
+ 8.8 - 9.1
Temperatura
26.7°C
22.0 32.0

Być w okolicach Oławy i nie pojechać do mekki kolarstwa polskiego? Nie mogłem nie skorzystać z takiej okazji, tym bardziej, że trasę miałem opracowaną od dawna. Założenia były proste. Celem wyprawy miało być zaliczenie podjazdu na Ślężę, a konkretnie jego asfaltowej części. Tradycyjnie miałem się poruszać głównie bocznymi drogami, zagubionymi pośród pól i lasów, łączącymi wioski leżące na krańcach cywilizacji. Takie właśnie trasy, z dala od utartych szlaków, dają najlepszą możliwość poznania prawdziwego oblicza rejonu, w którym się znajdują i życia jego mieszkańców.

Rozpocząłem od przejazdu przez centrum Oławy. Widać tam niespójność, jeśli chodzi o politykę rowerową. Ścieżki pojawiają się i znikają, a wyłożone są kostką brukową, która nie zalicza się do przyjaciół szosówki. Najgorsze są jednak przejazdy przez ulice. Krawężniki są obniżone, ale nie do poziomu jezdni, lecz wystają ponad nią o kilka centymetrów. To sprawia, że jazda jest mało komfortowa. Z ulgą wyjechałem więc poza miasto i skierowałem się w stronę Strzelina.

Główną drogą dojechałem do Pelczyc, gdzie skręciłem w stronę Nowojowic. Już kilkadziesiąt metrów dalej przyszło mi zrozumieć błąd w mych dzisiejszych rachubach. Przyzwyczajony do małopolskich dróg, które w olbrzymiej większości, niezależnie od ich znaczenia, posiadają idealną nawierzchnię, naiwnie założyłem, że w Dolnośląskiem nie może być inaczej. Niestety jest. Pierwotny asfalt, pamiętający zapewne czasy Gomułki, przez dziesięciolecia łatany byle czym i byle jak, dla pojazdów innych niż maszyny rolnicze jest drogą przez mękę. To symulacja rajdu Dakar, to offroad, to raj Beara Gryllsa, to późne średniowiecze, a nie współczesny szlak komunikacyjny. Patrząc na tę ruinę inżynierii lądowej, chcąc nie chcąc człowiek zadaje sobie pytanie, czy aby Polska faktycznie nie jest w ruinie? Mrzonką było założenie, że czeka mnie odprężająca jazda. Cały czas musiałem być skupiony na omijaniu nierówności i wyszukiwaniu dziur, wpadnięcie w które mogłoby sprawić, że rower już w nich zostanie, a ja pojadę (polecę) dalej. Mogłem się oczywiście wycofać, ale to nie byłoby w moim stylu. Jechałem więc przed siebie, traktując dzisiejszą trasę jako nowe doświadczenie i nowe wyzwanie. Od czasu do czasu trafiałem na całkiem niezły asfalt. Nieraz były to całkiem długie odcinki, więc moje początkowe, fatalne wrażenie, z czasem zacierało się, ustępując oczekiwanej radości z jazdy. Patrzyłem też na mijane miejscowości. Nie widziałem w nich luksusu i bogactwa. Zdawały się być wyjęte z kadrów filmów wojennych. Tu i ówdzie patrzyły na mnie puste i martwe oczodoły okien rozpadających się poniemieckich domów. Pomiędzy nimi stały inne, niewiele lepiej wyglądające, ale z pomalowanymi okiennicami i firankami, sugerujące, że za odrapanymi murami toczy się życie. Na porośniętych zielskiem, surrealistycznie krzywych chodnikach, nie ujrzałem jednak nikogo. Cisza. I tylko mój rower zakłócał spokój tych miejsc, stanowiąc jedyny dysonans w nieruchomym obrazie ziem odzyskanych. Ktoś powie, że przesadzam, że wyciągam wnioski na podstawie kilku widoków, że z pewnością widziałem zupełnie inne wsie – tętniące życiem, kolorowe, ładne. Tak, to prawda. Ale istotne jest to, co pozostaje w pamięci. A w mojej pamięci pozostanie przygnębiający widok, alegoria biedy, stagnacji, upadku.

Kolejna niespodzianka czekała na mnie za Tyńcem nad Ślęzą. Ta miejscowość okazała się nielicznym wyjątkiem na trasie. Czysta, zadbana, czuć w niej dobrą rękę Sołtysa. Nie o tym jednak chciałem napisać, a o drodze do Pustkowa Wilczkowskiego. Widząc ją z daleka, pomyślałem, że będę poruszał się po jasnym, prawie białym asfalcie. Wkrótce przekonałem się, że to nie asfalt, ale… kostka brukowa – idealnie równo ułożona, co sugeruje, że budowali ją przedwojenni mieszkańcy tych ziem. Jakkolwiek kostka ułożona jest równo, to wcale nie oznacza, że rower szosowy sunie po niej, niczym transatlantyk po spokojnym oceanie. Bynajmniej. Miałem wrażenie, że pogubię nie tylko wszystkie plomby, ale nawet zęby wypadną z dziąseł. Każdy organ mojego ciała drżał w dramatycznym rytmie wyznaczonym prędkością roweru i nierównością nawierzchni. Z podziwem pomyślałem o kolarzach walczących na trasie wyścigu Paris – Roubaix. Tam przecież jest jeszcze gorzej. Moje nowe doświadczenie skończyło się po kilku kilometrach. Przeżyłem ja, przeżył mój rower i nawet bidony pozostały na swoich miejscach.

Odskocznię od złych dróg znalazłem w okolicach Sobótki. Mogłem skupić się na celu wyprawy, który widziałem na horyzoncie od samego początku, gdy tylko wyjechałem z Oławy. Teraz Ślęża była tuż obok mnie, na wyciągnięcie ręki, czekając, by skierować się na drogi ukryte na jej zielonych zboczach. Skorzystałem z tego zaproszenia i niedaleko za Sobótką skręciłem w stronę Przełęczy Tąpadła z oczywistym zamiarem jej zdobycia. Jechałem dość zachowawczo, jakby spodziewając się, że za kolejnym zakrętem będę musiał zmierzyć się z czymś wyjątkowym. Tymczasem podjazd okazał się dość łatwy i tylko w nielicznych miejscach Garmin pokazywał nachylenie przekraczające 9%. W najwyższym punkcie asfaltowej drogi zatrzymałem się na chwilę. Z podziwem patrzyłem na starszych ode mnie kolarzy, „wycieniowanych”, uśmiechniętych, zadowolonych, spokojnie i bez zadyszki zdobywających przełęcz. Wkrótce ruszyłem przed siebie, radując się perspektywą długiego i szybkiego zjazdu po nowej, idealnie równej drodze. Szybko pojawiłem się w Sulistrowiczkach, a potem w Sulistrowicach. Tam zaliczyłem niedługi podjazd, ciesząc oko ksywkami kolarzy wymalowanymi na asfalcie. Przez chwilę poczułem się niczym zawodowiec, oczami wyobraźni widząc tłumy dopingujących kibiców.

Moja dzisiejsza przygoda teoretycznie dobiegała końca. Teoretycznie, bo twórcy mapy topograficznej, wedle której zaprojektowałem dzisiejszą trasę, umieścili na niej drogę łączącą Jordanów Śląski i Siemianów. Droga owszem jest, ale… gruntowa. Pomyślałem: co mi szkodzi? To tylko dwa kilometry. Popełniłem błąd. Droga z każdą chwilą stawała się trudniejsza, a kiedy zamieniła się w polną ścieżkę, uznałem, że muszę zawrócić. Kolejny raz tego dnia mój rower musiał udowodnić, że nie jest delikatną zabawką przeznaczoną na idealnie gładkie nawierzchnie. Wróciwszy do Jordanowa, pojechałem objazdem, dokładając kilka nadprogramowych kilometrów. Pozostała część trasy nie kryła żadnych niespodzianek, nie licząc oczywiście wspomnianych na początku dróg z piekła rodem.

To była ostatnia lipcowa przejażdżka i zarazem ostatnia na Dolnym Śląsku. Jutro, gdy pielgrzymi na Światowe Dni Młodzieży 2016 będą opuszczać Gród Kraka, nadejdzie dla mnie czas powrotu w rodzinne strony. Wkrótce znów pojawię się na małopolskich drogach – idealnych, ale jednocześnie tak bardzo mi znanych. Wtedy przypomnę sobie, że wiele mam jeszcze miejsc do odkrycia, gdzie nie zaprowadzą mnie równe połacie asfaltu, ale do których warto zawitać i poznać ich unikalność. Tak właśnie było dzisiaj.



Brukowana droga za Tyńcem nad Ślęzą.
Brukowana droga za Tyńcem nad Ślęzą.

Ciemne chmury nad Ślężą.
Ciemne chmury nad Ślężą.

W najwyższym punkcie dzisiejszej trasy.
W najwyższym punkcie dzisiejszej trasy.



Strzelce Opolskie – Oława (Ścinawa)

Czwartek, 28 lipca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
10 80 866
Data
28 lipca 2016
Czw. 11:58 16:40
Rower
Ridley Fenix
10 43 188
Kalorie
2311kcal
Czas
4:14:29
7
65
0:12 0:20 0:00
Dystans
121.44km
7
48
6.00 8.88
Prędkość
28.63km/h
40
296
28.1 26.6 40.3
Kadencja
90rpm
142
Tętno
132bpm
146
Moc
154W
57
633
143 155 625
TSS
191
44
206
Przewyższenia
218m
130
1050
       229
Nachylenie
+ 3.6% - 3.5%
+ 4.2 - 3.5
Temperatura
26.1°C
21.0 30.0

Po dwóch dniach zasłużonego odpoczynku w gościnnych progach teściów mych umiłowanych (uwierzcie, są naprawdę cudowni), nadszedł czas, by kontynuować rowerową eskapadę w kierunku zachodnim. Pretekstem był pomysł, aby spędzić kilka dni u rodziny Moniki, którą onegdaj losy rzuciły w okolice Oławy. Spojrzałem na mapę, chwilę pomyślałem i wkrótce miałem gotowy plan trasy.

Zapowiadano duże zachmurzenie i przelotne opady deszczu, ale tym razem nie przejąłem się pogodą. Spokojnie zjadłem śniadanie i tuż przed południem wyruszyłem w drogę. Nie zamierzałem oczywiście poruszać się głównymi drogami, lecz eksplorować boczne drogi, wijące się pośród żyznych pól, od czasu do czasu kryjące się w leśnej gęstwinie. Przejechałem przez Rozmierkę, Kadłub, Krasiejów i Ozimek. Wkrótce znalazłem się w okolicach Jeziora Turawskiego. Dojechawszy do Kotorza Wielkiego, zboczyłem z głównej drogi, aby zawitać do Turawy. Tam zatrzymałem się naprzeciwko niszczejącego, XVIII-to wiecznego pałacu.

Przeszłość zaklęta w martwych murach. A przecież wystarczy zamknąć oczy, aby usłyszeć muzykę, dobiegającą spoza rozświetlonych okien, za którymi jaśnie państwo w balowych kreacjach wirują w tańcu nieopodal suto zastawionych stołów. Ileż pokoleń zrodziło się w pałacowych pokojach? Ileż razy kunsztowne mozaiki zroszono łzami rozpaczy, gdy w migoczącym świetle gromnicy gasło czyjeś życie? Teraz to miejsce jest opuszczone, ciche i ciemne. Powoli umiera, zabierając do grobu echa przeszłości, która nigdy nie powróci. Ktoś kupił ten pałac za przysłowiowe psie pieniądze i pozwolił, aby umierał nadal. Spędziłem chwil kilka w jego magicznym cieniu. Zamyślony i smutny, bo przecież to miejsce zasługuje na to, aby tchnąć w nie nowe życie, wskrzesić wyblakłe kolory i wypełnić dźwiękami historii. Musiałem opuścić Turawę, ale jakaś część mojej duszy zagubiła się w pałacowych murach. Nie szukałem jej. Niech zostanie…

Jechałem dalej. Przejechałem przez Kolanowice, Lubniany, Brynicę, Kup, Chrościce i Popielów. Cały czas musiałem walczyć z zachodnim wiatrem, który psuł nieco radość z jazdy, ale kolarz musi być przygotowany na każde warunki. No, prawie każde. W pewnym momencie wjechałem na długi, prosty odcinek drogi pośród pól. Pech chciał, że akurat wtedy rozrzucano obornik. Smród był niemiłosierny, a ja nie miałem żadnej możliwości ucieczki. Nie mogłem też przyspieszyć, bo wtedy potrzebowałbym więcej tlenu – tlenu zmieszanego z raczej mało atrakcyjnym zapachem gówien. Ech… Dałem radę, bo musiałem, ale jakoś nie mam ochoty powtarzać tego doświadczenia. Powoli zbliżałem się do zachodnich granic województwa opolskiego. Przekroczyłem ją za wsią o orzeźwiającej nazwie Leśna Woda, a w Bystrzycy witałem już Dolny Śląsk. Do Oławy pozostały ostatnie kilometry. Potem przejazd przez centrum miasta i krótki odcinek dość kiepskiego asfaltu do wioski Ścinawa. Byłem na miejscu.

Tylko pozornie dzisiejsza trasa nie była wymagająca. Umiarkowany dystans i praktycznie brak przewyższeń sugerują, że powinna zostać zaliczona do rutynowych. Tymczasem przeciwny wiatr, drogi różnej, nie zawsze najlepszej jakości i mocno „aromatyczne” prace polowe sprawiły, że musiałem pracować solidniej niż planowałem. To dobrze, bo nie lubię banału i rutyny, które sprawiają, że potem trudno jest choćby kilkoma słowami opisać wrażenia z jazdy.


Jezioro Turawskie.
Jezioro Turawskie.
Niszczejący pałac w Turawie.
Niszczejący pałac w Turawie.
Umierające echa minionej świetności.
Umierające echa minionej świetności.
Kościół Matki Boskiej Anielskiej w Bystrzycy.
Kościół Matki Boskiej Anielskiej w Bystrzycy.



Kraków – Strzelce Opolskie

Poniedziałek, 25 lipca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
9 79 865
Data
25 lipca 2016
Pon. 6:28 13:37
Rower
Ridley Fenix
9 42 187
Kalorie
3305kcal
Czas
6:26:58
1
4
1:40 1:23 0:00
Dystans
176.04km
1
4
41.74 40.40
Prędkość
27.30km/h
73
471
25.0 29.0 55.5
Kadencja
90rpm
123
Tętno
133bpm
153
Moc
163W
55
575
136 173 697
TSS
314
4
13
Przewyższenia
1133m
9
56
       325
Nachylenie
+ 2.7% - 2.8%
+ 9.2 - 9.5
Temperatura
22.4°C
17.0 36.0

Po orbicie moich rowerowych pomysłów od dawna krążyła idea, aby przejechać z Krakowa do Strzelec Opolskich. Trasę w odwrotnym kierunku już zaliczyłem i to całe sześć lat temu, ale po pierwsze, jechałem wtedy rowerem górskim, a po drugie, moja ówczesna forma nakazywała mi wybrać najkrótszą drogę, po przejechaniu której i tak byłem wykończony. Teraz uznałem, że już nie muszę przejmować się dystansem, a priorytetem powinna być ciekawa trasa. Planowałem ją od dawna. Rozważałem różne koncepcje. Byłem gotowy już w maju, ale wtedy zaprotestował mój kręgosłup. Musiałem więc poczekać na kolejną okazję…

„Reisefieber” obudziło mnie przed pół do szóstej rano. Czułem się jednak jak młody bóg, wypoczęty, pełen zapału i energii, gotowy do podjęcia każdego wyzwania. Wszystko zdawało się sprzyjać realizacji moich planów. Regularnie sprawdzane prognozy pogody zapowiadały bardzo ciepły dzień bez opadów deszczu i ze słabym, wschodnim wiatrem. Tym razem nie mogło się nie udać. Idealnie czysty rower był przygotowany do jazdy, batony energetyczne w łącznej sile ponad 1300 kcal czekały w pogotowiu tuż obok zatankowanych pod korek bidonów i półlitrowej butelki wody mineralnej na tzw. czarną godzinę. Jeszcze tylko solidna porcja owsianki, poranna toaleta, kilka chwil poświęconych na koncentrację i byłem gotowy do jazdy.

Pomimo wczesnej pory było ciepło. Wiał delikatny wiatr i… to już koniec dobrych informacji, bo gdy tylko spojrzałem na niebo, zrozumiałem, że rozdźwięk pomiędzy prognozą a rzeczywistym stanem pogody jest większy niż różnica wysokości pomiędzy Rowem Mariańskim a Mount Everestem. Chmury we wszystkich odcieniach szarości zawładnęły niebem, nie pozostawiając ani odrobiny błękitu. Zaiste trudno zrozumieć, że cywilizacja, która potrafiła stworzyć superkomputery, nie jest w stanie przewidzieć pogody na – uwaga – następny dzień.

Złowieszczy wizerunek nieba nie wystraszył mnie. Ruszyłem przed siebie, rozpoczynając uwerturę dzisiejszej wyprawy, czyli dojazd do zachodnich granic miasta, które właśnie budziło się po weekendzie, witając nowy, szczególny tydzień w historii królewskiego miasta – czas Światowych Dni Młodzieży. Miasto witało pierwszych pielgrzymów, a ja żegnałem moje miasto, jadąc wzdłuż Wisły. Pierwsze krople deszczu, którego miało nie być, dosięgły mnie nieopodal Wawelu. Nie zrobiły na mnie większego wrażenia, bo zniknęły równie szybko, jak się pojawiły. Czułem jednak, że to nie koniec „atrakcji”. Moje przeczucia ziściły się w Liszkach, gdzie skręciłem na drogę 780. Tym razem niebiosa zesłały na mnie znacznie więcej wody niż poprzednio. Idealnie czysty rower pozostał tylko wspomnieniem, a ja poczułem wilgotny chłód tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę – namacalny dowód zwycięstwa oderwanej z asfaltu wody nad cienką warstwą tworzywa sztucznego. W moim sercu po raz pierwszy zagościł niepokój – jeśli tak to będzie wyglądało przez kolejne sto kilkadziesiąt kilometrów, to mogę mieć problem. Deszcz wkrótce przestał padać, co w niewielkim poprawiło mój nastrój, bo asfalt pozostał mokry, a mokra nawierzchnia plus opony bez bieżnika są przykładem mezaliansu, który nie ma szans na trwały i bezpieczny związek. Każdy zjazd i każdy zakręt pokonywałem więc nieprzyzwoicie wolno, jednocześnie wznosząc modły, aby wreszcie ukazało się słońce. Widać popełniłem jakiś błąd w mych błaganiach, a może nastał czas pokuty za grzechy, bo miast zostać wysłuchanym, w okolicach Alwerni dopadła mnie solidna ulewa. Cóż, biję się w piersi i ze wstydem przyznaję, że nie wytrzymałem i wyrwało mi się kilka niecenzuralnych słów. Hmm… Pamiętacie kultową scenę z Seksmisji, gdy Albert przeklął, a wtedy okazało się, że takie właśnie było hasło do windy? No właśnie. W moim przypadku też zadziałało. Deszcz przestał padać, a za Babicami nareszcie ujrzałem słońce. Wrócił także dobry nastrój i przekonanie, że musi się udać.

Minąłem Libiąż, a za Chełmem Śląskim skręciłem na północ. Zanurzałem się coraz bardziej w śląskich krajobrazach, które potrafią połączyć sprzeczne z pozoru widoki gęstych lasów i dymiących kominów. Pojawiłem się w Mysłowicach, potem na moment zagościłem w granicach administracyjnych Tychów, by po chwili znaleźć się gdzieś na południu Katowic. A potem był Mikołów, który pewnie zapamiętam na dłużej, bo pomyliłem się o kilkadziesiąt metrów i zamiast na spokojnej ulicy, znalazłem się na czteropasmowej drodze. Nie mogłem zawrócić. Nie zamierzałem też przeskakiwać barierek i brnąć przez chaszcze. Musiałem wypić piwo, którego sam nawarzyłem. Na najbliższym ślimaku skręciłem w stronę centrum miasta, co spowodowało, że znalazłem się na kolejnej, jeszcze bardziej ruchliwej czteropasmówce. Nie było mi do śmiechu i nawet zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle mam prawo poruszać się tą drogą, ale na szczęście w moim polu widzenia pojawił się inny rowerzysta, przez co poczułem się raźniej, ale wcale nie bezpieczniej. Z ulgą wróciłem na właściwy kurs.

Jadąc przez Chudów, ujrzałem ruiny zamku. Nie mogłem odmówić sobie krótkiej przerwy w podróży przy XVI-to wiecznych murach, aby zatrzymać tę chwilę na cyfrowym nośniku. Lubię takie miejsca, w których współczesność spotyka się z historią zapisaną w kamiennych księgach budowli. A potem znów ruszyłem przed siebie. Dotarłem do Gliwic. Sporo czasu zabrał mi przejazd przez miasto, które potraktowałem jako symboliczne zamknięcie tej części wyprawy, która wiodła przez wielki, zindustrializowany Śląsk. Pozostawiłem za sobą budynki fabryczne, kopalniane szyby wkrótce zniknęły za horyzontem, a bezduszne i anonimowe osiedla mieszkaniowe ustąpiły miejsca kolorowym domom pośród zielonych ogrodów. Licznik odmierzał kolejne kilometry. Cieszyłem się, bo nie odczuwałem zmęczenia. Nie byłem także znużony długą jazdą – jechałem wszakże przez okolice, których jeszcze nigdy nie odwiedzałem, więc wszystko dookoła było nowe, interesujące i jakże odmienne od małopolskich krajobrazów.

Taciszów, Bycina, Niewiesze, Poniszowice, Niekarmia, Ligota Toszecka – z wolna powiększał się katalog miejscowości, w granice których zawitałem na moim rowerze. A gdy dotarłem do Kotulina, zmieniłem plany, wybierając nieco dłuższy wariant epilogu dzisiejszej wyprawy. W Sieroniowicach skręciłem na północ i już tylko kilka kilometrów dzieliło mnie od Strzelec Opolskich – miasta, które kilka lat temu, przedziwnym zbiegiem okoliczności stało się bliskie memu sercu. To w nim odkryłem moje przeznaczenie, odkrywając prawdziwy sens słowa „miłość”.

Strzelce Opolskie powitały mnie tak, jak żegnał Kraków – nieśmiałymi kroplami deszczu. Z uśmiechem na ustach zatrzymałem rower u celu podróży. Stoper zatrzymał się po raz ostatni, wskazując prawie sześć i pół godziny jazdy. Teraz czekał na mnie, niczym na zwycięzcę wyścigu, całus od Moniki, która nieco wcześniej dotarła tutaj samochodem. Czekała też satysfakcja i… zimne, bardzo zimne piwo w lodówce. Smakowało jak nigdy…


W Polsce mamy tysiące obiektów noszących czyjeś imię. To gustowne rondo w Mysłowicach nosi imię górników KWK „Wesoła”.
W Polsce mamy tysiące obiektów noszących czyjeś imię. To gustowne rondo w Mysłowicach nosi imię górników KWK „Wesoła”.
Zabytkowy kościół św. Apostołów Piotra i Pawła w mikołowskim sołectwie Paniowy.
Zabytkowy kościół św. Apostołów Piotra i Pawła w mikołowskim sołectwie Paniowy.
Częściowo zrekonstruowany, XVI-to wieczny zamek w Chudowie.
Częściowo zrekonstruowany, XVI-to wieczny zamek w Chudowie.
„Taki tam” obrazek ze Strzelec Opolskich.
„Taki tam” obrazek ze Strzelec Opolskich.



Przygoda z gatunku „ble”

Sobota, 23 lipca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
8 78 864
Data
23 lipca 2016
Sob. 11:27 15:21
Rower
Ridley Fenix
8 41 186
Kalorie
2000kcal
Czas
3:35:29
32
197
0:54 0:44 0:00
Dystans
101.49km
48
241
22.70 21.74
Prędkość
28.26km/h
51
358
25.0 29.3 61.5
Kadencja
89rpm
140
Tętno
134bpm
162
Moc
188W
36
278
148 178 779
TSS
230
30
139
Przewyższenia
717m
51
225
       314
Nachylenie
+ 3.2% - 3.3%
+ 12.8 - 11.5
Temperatura
30.4°C
28.0 35.0

Dystans był „zacny”, ale poza tym dzisiejsza przejażdżka była spokojna. Nie chciałem się przemęczać, bo jeśli nic nie stanie mi na przeszkodzie – a już kilka razy stawało – w najbliższy poniedziałek mam szansę na zaliczenie znacznie dłuższej i znacznie ciekawszej trasy. Jechałem więc delikatnie, ciesząc się piękną pogodą i nawet nie miałbym za bardzo o czymkolwiek napisać, gdyby nie mało sympatyczna przygoda. Otóż w pewnym momencie jakiś „patafian”, jakaś skończona „świnia” siedząca w wyprzedzającym mnie samochodzie, wypluła ze swej głupiej gęby gumę do żucia, która trafiła prosto we mnie. Guma odbiła się od moich łydek i myślałem, że to koniec „nieszczęść”, ale byłem w błędzie. Kilka kilometrów dalej zauważyłem, że ów rozgrzany słońcem „syf” nie dość, że przykleił się do ramy, to jeszcze rozwinął niczym włóczka z kłębka, oblepiając hamulce i koła. Nie wiem, jak to się stało, ale się stało i po powrocie czekała mnie przykra konieczność usunięcia tego dziadostwa z roweru. Ble…



Do Bochni i z powrotem

Czwartek, 21 lipca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
7 77 863
Data
21 lipca 2016
Czw. 16:16 20:04
Rower
Ridley Fenix
7 40 185
Kalorie
2225kcal
Czas
3:44:25
16
134
1:04 0:44 0:00
Dystans
110.22km
15
99
27.16 24.23
Prędkość
29.47km/h
24
166
25.3 32.5 56.2
Kadencja
90rpm
140
Tętno
137bpm
163
Moc
199W
22
129
160 187 673
TSS
264
15
64
Przewyższenia
854m
32
147
       325
Nachylenie
+ 3.1% - 3.5%
+ 8.7 - 13.0
Temperatura
24.7°C
20.0 28.0

Dwa dni temu umyłem rower, co wedle jednego z prawideł winno sprawić, iż dzisiaj powinien padać deszcz. Nic z tych rzeczy. Było słonecznie, bardzo ciepło, a wiatr był zbyt słaby, aby pozostawić rysę na idyllicznym wizerunku lipcowego popołudnia. Wyjechałem nieco później niż zwykle, bo moją uwagę od przygotowań odwracała transmisja górskiej czasówki na Tour de France. Intensywnie zastanawiałem się także, dokąd mam pojechać, ale w końcu dałem za wygraną i pomyślałem, że po prostu pojadę bez nakreślonego planu, bo już nieraz przekonałem się, że spontaniczne podejście potrafi pozytywnie zaskoczyć.

Po ostatniej deszczowej i dość krótkiej przejażdżce byłem głodny jazdy, więc nie zamierzałem wracać do domu zanim nie przekroczę magicznej bariery stu kilometrów. Człowiek od wieków tworzy symbolikę, nadając specjalne znaczenie słowom, liczbom czy przedmiotom i w tym kontekście wartość 100 jest z pewnością ciekawsza i lepsza niż np. 87. Trzeba się więc cieszyć, że w świecie „normalnych” ludzi obowiązuje system dziesiętny, bo gdyby obowiązywał np. szesnastkowy, to za liczbą 100 kryła by się konieczność przejechania 256 kilometrów, co w powszedni dzień po pracy byłoby niezłym wyzwaniem.

Powyższy plan zrealizowałem dość chytrze, jadąc do Bochni w skomplikowany sposób, polegający na przemierzaniu różnych dróg, które niekoniecznie biegły na wschód. Raz się więc zbliżałem, raz od Bochni oddalałem, a gdy już zawitałem w okolice bocheńskiego rynku, licznik wskazywał całkiem pokaźną wartość, upoważniającą mnie do wybrania prostej, prawie niekombinowanej drogi powrotnej. Prawie, bo zamierzałem przejechać Górnym Gościńcem. Tam udało mi się nawet pobić własny rekord na jednym z segmentów, co znacznie poprawiło mój nastrój. Będąc już u bram Krakowa, skierowałem się do Wieliczki, aby do domu wrócić bardziej wymagającym szlakiem przez ulice Krzemieniecką i Kuryłowicza.

Niebo zaczęło zmieniać swoją barwę, przechodząc z błękitu w czerwień, gdy zatrzymywałem swój rower pod domem, dziękując Bogu za kolejny dzień i piękne chwile rowerowej samotności.



W deszczu przed czasówką

Poniedziałek, 18 lipca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
6 76 862
Data
18 lipca 2016
Pon. 11:16 13:03
Rower
Ridley Fenix
6 39 184
Kalorie
1013kcal
Czas
1:41:57
128
1146
0:30 0:24 0:00
Dystans
48.61km
122
1016
13.66 12.28
Prędkość
28.61km/h
43
304
26.9 29.8 49.8
Kadencja
89rpm
149
Tętno
136bpm
160
Moc
215W
2
29
161 169 669
TSS
139
54
289
Przewyższenia
420m
94
535
       259
Nachylenie
+ 3.1% - 3.4%
+ 10.7 - 11.6
Temperatura
17.0°C
14.0 18.0

A lato było piękne tego – przepraszam, tamtego – roku… Niestety jak widać, średnia musi wyjść na zero, więc tym razem pogoda nie rozpieszcza. Wiem, wiem, nie ma złej pogody na rower. Jest tylko dobra lub bardzo dobra. Albo jest złe ubranie. Umówmy się jednak, że anulowanie 6 etapu Tour de Pologne o czymś świadczy. Jadący przed zawodowcami amatorzy też nie mieli tęgich min, chociaż przed startem puszczali oko do kamery, jednocześnie trzęsąc się z zimna. Tymczasem ja specjalnie wziąłem trzy dni urlopu, aby w trzech miejscach stanąć przy trasie naszego narodowego wyścigu i aż dwukrotnie nic z tego nie wyszło. Ostatnią szansą na kibicowanie kolarzom i cyknięcie kilku fotek była więc poniedziałkowa czasówka, której trasa tradycyjnie przebiegała nieopodal mojego domu. A ponieważ miała się odbyć dopiero popołudniu, całe przedpołudnie miałem wolne i grzechem byłoby spędzić je leniwie w domowych pieleszach. Nie zważając zatem na zasnute chmurami niebo i wręcz pewność, że będzie padało, wybrałem się na krótką przejażdżkę. A co mi tam! I tak nadeszła pora umycia roweru…

Nie pojechałem zbyt daleko, ograniczając się do eksploracji najbliższych okolic. Początkowo nie padało, chociaż droga w zacienionych miejscach wciąż była mokra po wcześniejszych opadach. Musiałem więc trochę uważać, bo moje „continentale” mają jedynie symboliczny zarys bieżnika po bokach. A potem zaczęło padać, początkowo słabo i niepewnie, a po pewnym czasie dość solidnie. Prawdę mówiąc, nawet mnie to ucieszyło, bo zawsze jest to jakaś odmiana, a po drugie, wreszcie mogłem przekonać się, czy osprzęt Di2 jest faktycznie wodoodporny w warunkach realnej ulewy, a nie tylko w wannie (gdyby ktoś jeszcze tego nie wiedział, to rower myję w wannie). Po krótkim czasie byliśmy – ja i rower – solidnie zmoczeni, tudzież pokryci tu i ówdzie cienką warstwą swojskiego błotka zebranego z asfaltu. Nic to. Z uśmiechem na ustach jechałem sobie spokojnie, nie zamierzając zbytnio skracać trasy, która i tak była o całe lata świetlne krótsza od niepisanej normy, czyli trzycyfrowego dystansu.

Popołudniu już nie padało. Zabrałem syna i poszliśmy na stację benzynową Lotosu, gdzie kolarze mieli nawrót i gdzie były najlepsze warunki, aby zrobić fajne zdjęcia. Załapaliśmy się nawet do transmisji telewizyjnej – takie z nas sławne chłopaki…


Alex Dowsett jedzie po etapowe zwycięstwo
Alex Dowsett jedzie po etapowe zwycięstwo
Tim Wellens musi tylko dojechać do mety, aby przypieczętować zwycięstwo w 73 Tour de Pologne
Tim Wellens musi tylko dojechać do mety, aby przypieczętować zwycięstwo w 73 Tour de Pologne
Jarosław Marycz okaże się najszybszym Polakiem na czasówce, kończąc ją na 19 miejscu
Jarosław Marycz okaże się najszybszym Polakiem na czasówce, kończąc ją na 19 miejscu
Najlepszy z Polaków – Paweł Cieślik – zakończy wyścig na 18 miejscu
Najlepszy z Polaków – Paweł Cieślik – zakończy wyścig na 18 miejscu
Michał Kwiatkowski jechał dla kibiców
Michał Kwiatkowski jechał dla kibiców



Lanckorona

Piątek, 15 lipca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
5 75 861
Data
15 lipca 2016
Pt. 9:57 15:08
Rower
Ridley Fenix
5 38 183
Kalorie
2548kcal
Czas
4:40:32
6
38
2:00 1:13 0:00
Dystans
123.92km
6
36
42.23 39.93
Prędkość
26.50km/h
102
609
21.0 32.7 64.8
Kadencja
90rpm
127
Tętno
130bpm
150
Moc
185W
43
324
147 182 794
TSS
284
7
34
Przewyższenia
1639m
3
10
       495
Nachylenie
+ 3.9% - 4.1%
+ 14.4 - 15.3
Temperatura
17.9°C
16.0 21.0

„Lanckorona, Lanckorona,
rozłożona gdzie osłona
od spiekoty i od deszczu,
od tupotu szybkich spraw.”


Patrząc na mapę okolic Krakowa i szukając pomysłu na rowerową wyprawę, mój wzrok zatrzymał się na małej, urokliwej wsi, zatopionej w bujnej zieleni na zboczu Lanckorońskiej Góry. I nagle zapragnąłem pojechać właśnie tam, odwiedzić miejsce, w którym ostatni raz byłem sześć lat temu tuż po dramacie jej mieszkańców, gdy wzruszona długotrwałymi opadami ziemia zaczęła się zsuwać, niszcząc dorobek całego życia. Potem wielokrotnie przejeżdżałem nieopodal, ale nigdy nie wjechałem na wzgórze, by znaleźć się w miejscu wyrwanym z bieżącego kontekstu czasu, bijącego swoim własnym rytmem na uboczu wielkiego świata.

Nie zamierzałem oczywiście pojechać do Lanckorony najkrótszą z możliwych dróg, ale chciałem wpleść ją w dłuższą trasę. Pogoda mi nie sprzyjała. Było zimno jak na lipiec, mocno wiało z zachodu, a na niebie królowały chmury, które zdawały się nie mieć pokojowych zamiarów. Spoza nich od czasu do czasu wychylało się słońce, usuwając w cień lekko depresyjny wizerunek świata.

Najpierw pojechałem do Skawiny. Przez Tyniec. Cały czas pod wiatr, który dodatkowo potęgował uczucie chłodu. W Skawinie skręciłem na południowy zachód. Przede mną wyrosły pierwsze pagórki. Krótkie podjazdy, jeszcze krótsze zjazdy – powoli wspinałem się wyżej i wyżej, widząc przed sobą zalesione wzgórza, a ponad nimi niezmienną szarość chmur, rozpraszaną gdzieniegdzie bladym i nieśmiałym błękitem nieba. Tuż przed Kalwarią Zebrzydowską skręciłem na południe, przejechałem na drugą stronę drogi numer 52 i po kilku kilometrach dojechałem do skrzyżowania, które mijałem po wielokroć, a które dzisiaj stanowić miało bramę do spokojnego, ukrytego na wzgórzu świata. Podjazd na Lanckoroński rynek liczy sobie trzy kilometry w poziomie i ponad sto sześćdziesiąt metrów w pionie. Nie jest więc specjalnie wymagający, ale kiepska jakość asfaltu sprawia, że wydaje się trudniejszy niż jest w rzeczywistości. Czas mijał szybko, bo wraz z każdym metrem przewyższenia, moim oczom ukazywały się coraz szersze widnokręgi przepięknych rejonów małopolskiej ziemi. Jeśli komukolwiek czegoś zazdroszczę, to tych domków na tym wzgórzu, widoków z okna, każdego poranka i każdego zachodu słońca…

Lanckorona powitała mnie swoim pięknem, ciszą i magiczną podróżą w czasie do lat minionych. Trudno znaleźć tutaj krzykliwe obrazy współczesności, opakowane w kolorowe reklamy na fasadach wielkich sklepów. Życie toczy się innym rytmem. Nawet turyści poruszają się jakby dostojniej i wolniej, ostrożnie stąpając po bruku, tonując rozmowy, aby żadnym fałszywym krokiem i dźwiękiem nie zagłuszyć szelestu liści i zawodzenia wiatru błądzącego pośród dachów. Zatrzymałem się, bo trudno byłoby przejechać obojętnie obok tego piękna i opisać je wyłącznie słowami. Wyciągnąłem aparat fotograficzny i zacząłem dokumentować cel dzisiejszej wyprawy, ale żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać choćby małej cząstki tych wrażeń, które stały się moim udziałem. Minęło przynajmniej kilkanaście minut zanim znów wsiadłem na rower. Na zakończenie pozwoliłem sobie jeszcze na zaliczenie 16-to procentowego podjazdu w stronę ruin zamku, aż do chwili, w której skończyła się utwardzona droga. A potem nadszedł czas pożegnania, chociaż jestem pewien, że jeszcze tutaj powrócę.

Droga powrotna miała była dłuższa i zdecydowanie bardziej wymagająca. Rozpocząłem ją długim i szybkim zjazdem do Sułkowic. Tam zaczęły się pierwsze schody – dosłownie i w przenośni. Skierowałem się bowiem do Myślenic, które co prawda są położone niżej od Sułkowic, ale droga dowcipnie najpierw pnie się w górę, testując siłę mięśni i siłę woli, a następnie opada w dół, pozwalając ekscytować się prędkością i szumem wiatru. Myślenice powitały mnie miejskim zgiełkiem, ale udało mi sprawnie przejechać na drugą stronę zakopianki, gdzie świadomie i dobrowolnie wjechałem na drogę, którą dzień wcześniej przejeżdżali kolarze na III etapie Tour de Pologne. Minąłem wsie Trzemeśnia, Zasań i Lipnik, dodając kolejne dziesiątki metrów do historii dzisiejszych przewyższeń. Dojechałem do drogi 964 i skręciłem na północ. Wkrótce przejeżdżałem już przez Dobczyce i rozpoczynałem pokonywanie ostatnich wzgórz, które dzieliły mnie od Krakowa. Ciemne chmury kolejny raz przejęły władzę na niebie, wiatr znów mocno dawał się we znaki, a wskaźnik moich zasobów energii wkroczył na czerwone pole. Jednak rower sam nie pojedzie. Uparcie pokonywałem więc metr za metrem, z każdą chwilą przybliżając się do celu. Jeszcze tylko Gorzków, jeszcze tylko Świątniki Górne, jeszcze tylko Wrząsowice, a potem Kraków i ostatni podjazd ulicą Sawiczewskich – tak na deser.

Wróciłem do swojego czasu i do swojej rozbieganej rzeczywistości. Nie jestem pewien, czy to dobre miejsce dla mnie, czy nie chciałbym uciec na Lanckorońską Górę, do innego czasu, odmierzanego w przestrzeni innego świata…

„Stroma uliczka wiedzie do piekarni,
stygnie na półkach zwyciężona gleba,
młoda dziewczyna sypie dla ptaszarni
pachnące ziarno w kształcie grudek chleba.”



Lanckorona – W tle Kościół Narodzenia św. Jana Chrzciciela
Lanckorona – W tle Kościół Narodzenia św. Jana Chrzciciela
Lanckorona – Przed chwilą wjeżdżałem właśnie tą uliczką
Lanckorona – Przed chwilą wjeżdżałem właśnie tą uliczką
Lanckorona – Ciemne chmury na małopolskim niebie
Lanckorona – Ciemne chmury na małopolskim niebie
Lanckorona – Nastrój kolorami malowany
Lanckorona – Nastrój kolorami malowany
Lanckorona – Jeden z wielu drewnianych domów
Lanckorona – Jeden z wielu drewnianych domów
Lanckorona – Brama tajemniczego ogrodu?
Lanckorona – Brama tajemniczego ogrodu?
Lanckorona – Droga do ruin zamku
Lanckorona – Droga do ruin zamku



Nie zważając na prognozy

Środa, 13 lipca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
4 74 860
Data
13 lipca 2016
Śr. 15:58 19:43
Rower
Ridley Fenix
4 37 182
Kalorie
2114kcal
Czas
3:39:08
26
174
0:32 0:28 0:00
Dystans
110.72km
13
95
15.34 13.93
Prędkość
30.32km/h
8
62
28.6 29.1 51.3
Kadencja
89rpm
125
Tętno
136bpm
163
Moc
185W
43
324
154 203 811
TSS
226
33
148
Przewyższenia
458m
87
467
       249
Nachylenie
+ 3.0% - 3.4%
+ 6.0 - 9.6
Temperatura
23.5°C
21.0 26.0

Lubię jasne sytuacje. Także w pogodzie. Jeśli ma padać deszcz, niech pada. Jeśli ma być słonecznie, niech będzie słonecznie. Tymczasem ostatnio aura jest całkowicie nieprzewidywalna i zaskakuje wszystkie znane mi portale pogodowe. Dzisiaj nie przejąłem się więc ostrzeżeniami synoptyków, milczeniem pominąłem słupki, liczby i wykresy, lecz zwyczajnie spojrzałem w niebo, a potem przebrałem się, wsiadłem na rower i pojechałem.

Trasa nie była zaplanowana. Pozwoliłem sobie na krótki miejski rekonesans, który szybko okazał się frustrujący, bo jak długo można lawirować pomiędzy samochodami, analizując w czasie rzeczywistym wszystkie sygnały docierające do mózgu za pośrednictwem zmysłów wzroku, słuchu, węchu i korzystając zapewne jeszcze z jakiegoś szóstego, bliżej nieokreślonego zmysłu, który już nieraz uchronił mnie przed katastrofą w ruchu lądowym. Czym prędzej uciekłem więc na wschód, najpierw w stronę Nowej Huty, a potem w stronę Niepołomic, by znaleźć kojącą ciszę i błogi nastrój odprężenia w zielonej przestrzeni Puszczy Niepołomickiej. Spokój spokojem, lecz poinformowany przez Garmina, że zbliżam się do segmentu „Droga Królewska od Niepołomic”, nie mogłem się powstrzymać i obudził się we mnie uśpiony dotychczas duch rywalizacji. Pomyślałem – co mi szkodzi, spróbuję. Spróbowałem, a widząc, że osiągam lekką przewagę nad samym sobą, postanowiłem, że zagnę się i zobaczę, na co mnie stać. Ponad sześć kilometrów dalej okazało się, że dałem radę. Poprawiłem nie tylko swój rekord, ale stałem się nowym liderem segmentu w serwisie Garmin Connect. Kolejne kilometry jechałem już spokojnie, a nawet rzekłbym, że dostojnie. Potem znów przyspieszyłem, ale bez szaleństw. I w takim rytmie jechałem już do końca.

Deszcz nie padał, kolejny raz udowadniając, że tysiące lat rozwoju ludzkości nie zaowocowały stworzeniem skutecznej metody przewidywania pogody. Nasze supernowoczesne technologie pozwalają zaledwie na stwierdzenie, że dzisiaj być może będzie padać, ale może być i tak, że padać nie będzie. Tak to potrafi przysłowiowa babka, co na dwoje wróżyła…

Deszcz w końcu spadł… kilka godzin później, gdy już smacznie spałem.



Dość łatwo wieczorem

Niedziela, 10 lipca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
3 73 859
Data
10 lipca 2016
Niedz. 16:32 20:20
Rower
Ridley Fenix
3 36 181
Kalorie
2149kcal
Czas
3:41:00
22
162
0:56 0:39 0:00
Dystans
110.03km
16
102
25.38 21.23
Prędkość
29.87km/h
16
119
26.8 31.9 62.8
Kadencja
90rpm
135
Tętno
137bpm
162
Moc
188W
36
278
156 169 1879
TSS
234
27
132
Przewyższenia
697m
53
235
       282
Nachylenie
+ 2.7% - 3.3%
+ 6.8 - 9.7
Temperatura
25.2°C
22.0 27.0

Z rowerowego punku widzenia lipiec jakoś nie układa się po mojej myśli. Minęła już jedna trzecia miesiąca, a mnie udało się zaliczyć, łącznie z dzisiejszym, ledwie trzy wyjazdy. Zamierzenia były oczywiście o wiele bardziej ambitne, plany tras przygotowane, a tymczasem – jak to w życiu bywa – na razie jest tak sobie.

Dzisiaj wyruszyłem o wiele później niż zazwyczaj czynię to w weekendy. Przed południem byłem w KdM’ie, a potem razem z Moniką wybraliśmy się na małą przejażdżkę, którą potraktowałem mocno rekreacyjnie. Byłaby to nawet niezła rozgrzewka, gdyby nie fakt, że po powrocie postanowiłem jeszcze zjeść obiad. Pomysł był średni, bo jazda z pełnym żołądkiem zazwyczaj nie jest efektywna, ale koncepcja, aby jeść owsiankę wtedy, gdy wszyscy domownicy delektują się „mięchem”, była jeszcze gorsza. Koniec końców, pierwszy ruch korbą wykonałem dopiero przed siedemnastą.

Trasa tradycyjnie miała sto kilometrów z lekkim hakiem i obejmowała różne podkrakowskie rejony, począwszy od Niepołomic, poprzez Ruszczę, Nową Hutę, Witkowice, Zielonki, Zabierzów, na Morawicy i Kryspinowie kończąc. Profil był więc dość łatwy, żeby nie powiedzieć banalny, ale mimo wszystko uzbierało się prawie siedemset metrów przewyższeń. Słońce wisiało bardzo nisko nad horyzontem, gdy kończyła się moja dzisiejsza historia. Teraz żałuję, że nie znalazłem czasu, aby uwiecznić magię zachodu na fotografii. Następnym razem muszę się poprawić.



Popołudniowa improwizacja

Czwartek, 7 lipca 2016 • Komentarze: 0

Aktywność
2 72 858
Data
7 lipca 2016
Czw. 15:51 19:31
Rower
Ridley Fenix
2 35 180
Kalorie
2256kcal
Czas
3:36:36
30
188
1:14 0:49 0:00
Dystans
105.05km
31
158
30.52 27.53
Prędkość
29.10km/h
30
223
24.4 33.4 67.9
Kadencja
90rpm
148
Tętno
136bpm
161
Moc
209W
7
55
167 187 847
TSS
283
8
36
Przewyższenia
1091m
10
64
       420
Nachylenie
+ 3.6% - 4.0%
+ 12.5 - 13.6
Temperatura
20.8°C
19.0 23.0

Do samego końca nie mogłem się zdecydować, dokąd mam dzisiaj pojechać. Musiał więc trochę poimprowizować, czyli po prostu ruszyć przed siebie, a potem… „niech się dzieje wola Nieba”. Plan kreślił się więc sam, tworząc powoli historię dzisiejszej przejażdżki, a ja starałem się jechać w taki sposób, aby nie pojawić się dwukrotnie na tym samym odcinku drogi, ani nie skrzyżować śladu z już przejechanym – ot, takie małe natręctwo pachnące duchem „Dnia świra”.

Na początku zaliczyłem kilka ulic z sąsiedztwa, przejazd którymi mógłbym nazwać rozgrzewką, a przy okazji dał mi trochę czasu, aby poszukać odpowiedzi na pytanie: co dalej? W głowie zaświtała myśl, aby przejechać przez Brzegi i zobaczyć, co się dzieje w miejscu, w którym odbędą się Światowe Dni Młodzieży. Okazało się, że praca wre na całego. Z ziemi wyrasta ołtarz, wojsko buduje mosty nad potokiem, a saperzy z wykrywaczami metalu hasają po polach i szukają min przeciwpiechotnych, ukrytych przez bojowników tzw. Państwa Islamskiego. Trochę w tym ironii, bo jakoś nie wyobrażam sobie terrorystów zakopujących pod osłoną nocy ładunki wybuchowe w miejscu, gdzie wszystko wszyscy widzą i o wszystkim wiedzą. Ale rozumiem, takie są wymogi współczesnego, okrutnego świata. Z Brzegów wyjeżdżałem drogą, na którą właśnie kładziono nowy asfalt – tak oto podkrakowska wieś wykonała olbrzymi skok cywilizacyjny.

Pojechałem do Węgrzców Wielkich, a tam wpadłem na pomysł, aby zawitać do Wieliczki, ale nie jakąś banalną drogą, ale zaliczywszy kilka pagórków, hojną ręką Stwórcy rozrzuconych po małopolskiej ziemi. W ten sposób dotarłem do Lednicy Górnej i już miałem skręcać w stronę Wieliczki, gdy spojrzawszy na maszt telewizyjny na Chorągwicy pomyślałem, że fajnie byłoby tam być. Moje nogi nie miały nic przeciwko, więc żwawo („żwawość” – subiektywny stosunek drogi do czasu) ruszyłem pod górę, aby sto metrów wyżej odebrać nagrodę za trud w postaci długiego i szybkiego zjazdu do Wieliczki. Nadal kombinowałem, co przejawiło się powrotem do Krakowa na ulicę Myślenicką, skąd pojechałem do Libertowa. Tam znów musiałem mocniej popracować, bo chcąc przejechać do Skawiny – a taki właśnie miałem zamiar – trzeba było najpierw zaliczyć Górę Libertowską.

Ostatnia część trasy była już spokojniejsza i w większości pokrywała się ze śladem poprzedniej przejażdżki. Podobnie jak dwa dni wcześniej zakończył ją triumwirat krótkich, acz dość wymagających podjazdów na ulicach Parkowej, Swoszowickiej i Trybuny Ludów/Łużyckiej. Dołożyły kolejną setkę do łącznego przewyższenia, które kolejny raz przekroczyło tysiąc metrów. Moja „popołudniowa improwizacja” okazała się więc dość wymagająca. Ale przecież to właśnie lubię.