Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Skurcze na pożegnanie kwietnia

Niedziela, 30 kwietnia 2017 • Komentarze: 0

Aktywność
8 30 948
Data
30 kwietnia 2017
Niedz. 15:11 16:41
Rower
Cube Agree
5 6 6
Kalorie
958kcal
Czas
1:27:45
98
1221
0:31 0:23 0:00
Dystans
42.83km
91
1125
13.98 12.56
Prędkość
29.28km/h
18
195
27.0 31.8 64.8
Kadencja
89rpm
138
Tętno
145bpm
165
Moc
223W
2
10
175 186 688
TSS
130
59
304
Przewyższenia
455m
56
471
       315
Nachylenie
+ 3.3% - 3.6%
+ 7.1 - 12.0
Temperatura
13.3°C
12.0 15.0

We wtorek lało i było zimno. W środę lało i było zimno. W czwartek lało i było zimno. W piątek lało i było zimno. Sorry… taką mamy wiosnę. W sobotę nie lało, ale nie miałem czasu. Niedziela powitała mnie deszczem, ale popołudniu wiatr rozpędził chmury, pojawiły się skrawki błękitu i nawet słońce przypomniało sobie, że istnieje. Pomyślałem, że to dobry moment, aby zaliczyć małą aktywność na pożegnanie kwietnia. Szybko przebrałem się w… jesienny zestaw ciuchów rowerowych i ruszyłem przed siebie. Niezaspokojony głód jazdy sprawił, że zamiast zacząć od spokojnej rozgrzewki w płaskim krajobrazie, od razu zacząłem mocno cisnąć i szukać wyzwań na okolicznych pagórkach. Początkowo było całkiem fajnie i nawet nie przeszkadzał mi zimny wiatr – mnie przecież było gorąco. Jednak później zaczęły mnie łapać skurcze. Chyba po raz pierwszy tak częste i tak bolesne. Zwolniłem do prędkości rekreacyjnej, a wkrótce doszedłem do wniosku, że chyba czas wracać.



Pagórkowaty początek tygodnia

Poniedziałek, 24 kwietnia 2017 • Komentarze: 0

Aktywność
7 29 947
Data
24 kwietnia 2017
Pon. 16:20 19:02
Rower
Cube Agree
4 5 5
Kalorie
1640kcal
Czas
2:34:41
49
549
0:52 0:37 0:00
Dystans
71.58km
49
486
20.52 20.17
Prędkość
27.76km/h
50
407
23.2 31.9 72.0
Kadencja
87rpm
145
Tętno
144bpm
160
Moc
213W
8
34
170 208 846
TSS
209
40
176
Przewyższenia
765m
32
193
       397
Nachylenie
+ 3.7% - 3.8%
+ 9.7 - 17.7
Temperatura
11.0°C
9.0 13.0

Koniec kwietnia, a pogoda bardziej przypomina listopad. Prognoza na ten tydzień nie pozostawia złudzeń. Będzie zimno i mokro. Mam już tego serdecznie dość. Wiem, że prawdziwym pasjonatom kolarstwa żadna pogoda nie jest straszna – sam przecież jeżdżę „na okrągło” – ale ileż można? Marzę o długich trasach w ciepłe i pogodne dni, a tymczasem wieje, leje i jest zimno. Długie rowerowe spodnie na progu maja i ciepła kurtka? To jakiś absurd…

Dzisiaj było nieco lepiej od obrazu tegorocznej wiosny, który namalowałem powyżej. Lepiej o tym, że nie padało. Na przekór wszystkiemu postanowiłem zaliczyć nieco trudniejszą trasę. A może chodziło o to, abym po prostu się dobrze rozgrzał? Zdecydowałem się także na podstawowy rower, bo ze zdumieniem zauważyłem, że powoli pokrywa się kurzem. Jak już wspomniałem, wybrałem trudniejszą trasę, przez co należy rozumieć większe niż zwykle przewyższenia. Najpierw pojechałem do Wieliczki, a następnie na południe, aż do Raciborska. To oznaczało zaliczenie kilku całkiem sympatycznych podjazdów. Szło mi całkiem nieźle, więc humor dopisywał. Potem skręciłem na zachód i jadąc lekko pagórkowatą drogą, przejechałem kolejno przez Gorzków, Świątniki Górne i Mogilany. A potem był Buków, a za nim szybki zjazd do Radziszowa. To dobre miejsce na bicie rekordów prędkości, ale dzisiaj nie skorzystałem z okazji. Wciąż mam w pamięci śmierć Michele Scarponiego i świadomość, że gdyby ktoś wyjeżdżając z posesji nie zauważył mnie, to jadąc ponad 70 km/h nie miałbym szans. Wiem, że to minie, że jeszcze nieraz mocno się rozpędzę, ale nie dzisiaj. W Radziszowie skręciłem na północ i pojechałem do Skawiny, a następnie do Tyńca. Tam ostatecznie pożegnałem pagórki i zaliczając ostatnie dwadzieścia kilometrów, spokojnie wróciłem do domu.



Wstrząśnięty w sobotę

Sobota, 22 kwietnia 2017 • Komentarze: 0

Aktywność
6 28 946
Data
22 kwietnia 2017
Sob. 12:07 14:38
Rower
Ridley X-Bow
3 24 114
Kalorie
1536kcal
Czas
2:16:13
58
739
0:22 0:27 0:00
Dystans
62.26km
58
640
10.06 12.05
Prędkość
27.43km/h
58
450
26.8 26.4 46.8
Kadencja
89rpm
122
Tętno
144bpm
163
Przewyższenia
346m
77
709
       241
Nachylenie
+ 3.4% - 2.9%
+ 7.7 - 7.1
Temperatura
11.5°C
9.0 16.0

Po całym tygodniu nie jeżdżenia byłem tak zdesperowany, że choćby waliły pioruny, sypał deszcz, śnieg, grad i cokolwiek jeszcze, ja i tak wybrałbym się na przejażdżkę. No i faktycznie, chociaż piorunów i gradu nie było, to deszcz owszem. Żal mi było nowiutkiego Cube Agree, więc kolejny raz ściągnąłem ze ściany rower na „gorsze dni” i nawet pozwoliłem sobie założyć błotniki, co nie do końca mi się podobało, ale uznałem, że w temperaturze raczej niskiej, z mokrym tyłkiem długo nie pojeżdżę, a przecież nielichy głód jazdy odczuwałem.

Wypad znów był raczej miejsko-podmiejski, ale po siedmiu dniach lenistwa dobre było i to. Pogoda zaskoczyła mnie, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Deszcz ustał, wyjrzało słońce i nawet asfalt zrobił się suchy. I tylko wiało jak zwykle, czyli dość mocno.

Ciesząc się jazdą jeszcze nie wiedziałem, że we Włoszech właśnie wydarzyła się tragedia. Na porannym treningu zginął Michele Scarponi. Jeszcze kilka wcześniej wygrał pierwszy etap „Tour of the Alps”. Jeszcze dzień wcześniej widziałem jego twarz w Eurosporcie. Trudno w takiej chwili nie zatrzymać się na chwilę i nie pomyśleć o kruchości ziemskiej egzystencji. Moja kolarska pasja, nawet w takim mocno amatorskim wydaniu, wiąże się w ryzykiem. Ileż to razy zdarzyło mi się przysłowiowe „o włos”? A przecież nie myślę o tym na co dzień, a jeśli nawet, to tylko zanim wsiądę na rower. Gdy już siedzę na siodełku, gdy trzymam kierownicę, gdy pozostawiam za sobą pierwsze przejechane metry, ogarnia mnie spokój, bo jestem pewien, że Bóg sprawi, iż bezpiecznie wrócę do domu. To, co wydarzyło się w sobotę, wstrząsnęło tym spokojem, jak kamień wrzucony do wody wzrusza jej gładką powierzchnię. Musi minąć trochę czasu, zanim powróci do swego nieskazitelnego obrazu.



Wiara

Sobota, 15 kwietnia 2017 • Komentarze: 0

Aktywność
5 27 945
Data
15 kwietnia 2017
Sob. 11:11 13:15
Rower
Ridley X-Bow
2 23 113
Kalorie
1228kcal
Czas
1:51:41
78
1060
0:18 0:20 0:00
Dystans
51.41km
71
925
8.14 8.90
Prędkość
27.62km/h
53
424
26.3 26.4 46.8
Kadencja
88rpm
120
Tętno
144bpm
162
Przewyższenia
277m
87
885
       241
Nachylenie
+ 3.4% - 3.2%
+ 6.4 - 10.4
Temperatura
14.1°C
12.0 19.0

W kolejną sobotę kolejny raz skorzystałem z roweru do zadań specjalnych, czyli na trudne warunki. Widok ciemnych chmur nie dawał nadziei na piękną pogodę i faktycznie od czasu do czasu lekko kropiło. No i wiało, ale ostatnio jest to tak oczywiste, że szkoda o tym wspominać. Nie zdecydowałem się na dłuższą eskapadę poza miastem i poszedłem, albo raczej pojechałem na łatwiznę, kręcąc się tu i tam. Starałem się jednak pracować na tyle mocno, żeby poczuć wysiłek w nogach, a więc nie była to czysta rekreacja.

To co napisałem powyżej, było pierwszą wersją opisu dzisiejszej aktywności. Nie podobało mi się. Nie było czuć w tym ani pasji, ani radości. Po kilku godzinach doszedłem do wniosku, że powinienem napisać o tym, co dzisiaj jest moją prawdziwą radością. Bo to właśnie ta prawdziwa radość i prawdziwe szczęście sprawia, że wszystko to, co robię, daje mi zadowolenie i poczucie spełnienia. Dopisuję więc kilka zdań…

Szczególny to czas dla mnie. Po raz pierwszy w życiu, jako nawrócony człowiek, wspominam zdarzenie, dzięki któremu zostanę zbawiony. Na pewno. Na bank. Na milion procent. Wiem o tym, bo to obietnica samego Boga, a On zawsze dotrzymuje swoich obietnic – „Bo jeśli ustami wyznasz, że Panem jest Jezus, i uwierzysz w swym sercu, że Bóg wzbudził Go z martwych, będziesz zbawiony” (1 Rz 10:9). Nie ma żadnych innych warunków, nie trzeba być godnym, ani sobie zasłużyć. Bo na zbawienie nie da się zasłużyć – wystarczy tylko uwierzyć. Zbyt proste? Ależ tak. To jest właśnie takie proste. Nie mówię, że łatwe, ale proste. Skomplikowane zasady, reguły, rytuały, obrzędy, nakazy i zakazy zostały wprowadzone przez człowieka i nie mają nic wspólnego z jednym, jedynym warunkiem zbawienia, czyli wiarą. A wszystko dlatego, że dwa tysiące lat temu pewien Gość zaniósł wszystkie nasze winy na krzyż. A potem pokonał śmierć. I teraz tylko czeka, żebyś w to uwierzył…



Proste założenie

Poniedziałek, 10 kwietnia 2017 • Komentarze: 0

Aktywność
4 26 944
Data
10 kwietnia 2017
Pon. 15:48 19:17
Rower
Cube Agree
3 4 4
Kalorie
2089kcal
Czas
3:27:22
36
272
0:39 0:36 0:00
Dystans
104.29km
21
167
16.93 18.80
Prędkość
30.17km/h
6
77
25.7 31.1 54.0
Kadencja
86rpm
120
Tętno
137bpm
159
Moc
196W
21
156
162 180 757
TSS
236
30
124
Przewyższenia
594m
44
302
       283
Nachylenie
+ 3.5% - 3.2%
+ 10.4 - 10.1
Temperatura
20.1°C
17.0 23.0

Założenie było proste: zaliczyć przynajmniej stówę. Pogoda ładna, dzień długi, do wiatru już się przyzwyczaiłem, więc nie ma wymówek. Planu nie miałem, więc trasa budowała się na bieżąco, co ma tę zaletę, że nigdy nie wiadomo, gdzie człowieka rower poniesie, oraz tę wadę, że trzeba samemu czuwać nad dystansem. W tym jednak mam pewne doświadczenie, więc pełen optymizmu wsiadłem popołudniu na rower i pomknąłem przed siebie. W słowie pomknąłem nie ma cienia przesady, bo wiaterek istotnie mi pomagał, a dzisiaj świadomie i dobrowolnie zdecydowałem się na to, że pierwsza część trasy będzie z wiatrem, a martwić będę się potem.

Zaliczyłem krótką rozgrzewkę w okolicy domu, a potem tradycyjną trasą, czyli przez Czarnochowice i Węgrzce Wielkie, pojechałem do Zakrzowa. Tam skręciłem na południe i dojechałem do Bodzanowa, gdzie ponownie skierowałem się na wschód. Jechałem lokalną drogą, równoległą do dziewięćdziesiątki czwórki, na której musiałem się zmierzyć z dość solidnym podjazdem do wsi Słomiróg. Liczyłem, że potem odprężę się na szybkim zjeździe, ale nic z tego nie wyszło, ponieważ do wsi dotarła cywilizacja w postaci… kanalizacji. Droga na zjeździe była rozkopana, więc musiałem przypomnieć sobie, jak to drzewiej bywało, gdy zasuwałem po bezdrożach na „góralu”. Kłopoty z asfaltem skończyły się w Zagórzu, czyli w kolejnej wsi za Słomirogiem. Tam wpadłem na pomysł, aby kolejne kilometry wiodły po wspomnianej wcześniej drodze numer 94. Tak też uczyniłem, a jadąc po idealnie gładkim asfalcie, kalkulowałem w głowie, dokąd i którędy mam pojechać, aby nie mieć kłopotu z zamierzonym dystansem i nie „dokręcać” potem na siłę brakujących kilometrów. Gdy już narodził się zarys koncepcji, gdy już pokonałem pagórki w okolicach Brzezia, to zjechałem z głównej drogi, wróciłem się do tejże wsi, a stamtąd najpierw pojechałem do Szarowa, a później do Kłaja. Tam znów trochę pokombinowałem, aby dorzucić do kolekcji dodatkowe kilometry, a gdy już skończyłem kombinować, skierowałem się do Targowiska, Cikowic, Damienic i Proszówek. Już wiedziałem, że „dobicie” do setki ma wszelkie znamiona powodzenia, ponieważ znałem każdy kilometr na trasie, którą chciałem pokonać. Osiem kilometrów do Mikluszowic minęło „jak z bicza strzelił”. A potem skręciłem do Puszczy Niepołomickiej. Tam skończyła się bajka pt. wiatr w plecy, ale pomyślałem, że nic mnie to nie obchodzi. Rzadko trzymam kierownicę w dolnym chwycie, ale to był właśnie ten moment. Maksymalnie zmniejszyłem opory powietrza i mogłem jechać nieco tylko wolniej niż do tej pory. Szesnaście kilometrów dalej byłem już w Niepołomicach, po kilku kolejnych wjeżdżałem do wsi Grabie, a wkrótce potem do Brzegów. Tam mogłem wybrać najkrótszą drogę, ale utrudniłem sobie życie. Nie bacząc na lekkie „zapieki” w udach, przejechałem jeszcze przez Śledziejowice do obwodnicy Wieliczki i dopiero stamtąd skierowałem się w stronę ulicy Potrzask, na której licznik dystansu przekroczył setkę. Do domu miałem już tylko cztery kilometry, ale to nie był spacerek. Pomimo pierwszych oznak zmęczenia nie chciałem tracić dobrej „średniej”, więc mocniej nacisnąłem na pedały i przeciwstawiając się sile natury w postaci przeciwnego wiatru, w dobrym tempie dotarłem do domu.

To był dobry dzień i dobry czas. Kolejny raz dziękuję Bogu, że dał mi pasję, która sprawia, że żyjąc na tym świecie, mogę uciec od niego, by znaleźć ciszę, zatrzymać czas, wyjść poza codzienność, pomyśleć o tym wszystkim, co naprawdę ma znaczenie, a nie jest tylko kilkudziesięcioletnią chwilą, która w końcu przeminie.



Sobota w mieście

Sobota, 8 kwietnia 2017 • Komentarze: 0

Aktywność
3 25 943
Data
8 kwietnia 2017
Sob. 11:21 13:15
Rower
Ridley X-Bow
1 22 112
Kalorie
1050kcal
Czas
1:38:08
91
1174
0:23 0:20 0:00
Dystans
43.52km
88
1103
10.26 9.32
Prędkość
26.61km/h
80
591
26.1 27.4 50.4
Kadencja
87rpm
122
Tętno
140bpm
160
Przewyższenia
306m
85
810
       263
Nachylenie
+ 3.0% - 3.3%
+ 10.3 - 6.8
Temperatura
15.4°C
13.0 18.0

Po kilku deszczowych dniach nadeszła „sucha” sobota. Tzn. prawie sucha, bo patrząc przez okno o poranku, widziałem mokry asfalt. Widziałem też ludzi „opatulonych” w kurtki i chroniących głowy przed wiatrem. A więc znów wieje – pomyślałem i nawet przeleciała mi przez głowę koncepcja, aby zafundować sobie dzień bez roweru. To nawet mogłoby mieć sens, bo w pracy znów mały „Sajgon”, co przekłada się na „extra job” w domu, a popołudnie miałem zarezerwowane na spotkanie z pastorem Randy Boyd’em, więc kilka godzin lenistwa nie byłoby niczym złym. Jednak miałem już kilka mało aktywnych dni, więc stwierdziłem, że jadę i koniec kropka.

Wyjątkowo ściągnąłem ze ściany tzw. rower zimowy, czyli Ridley X-Bow, bo chociaż drzewa jak zwykle wystrzeliły zielenią w jedną noc, to sobotnie przedpołudnie było wiosenne raczej w teorii niźli w praktyce. Na trasie jednak okazało się, że spokojnie mogłem śmignąć na Cube Agree i sprawdzić przy okazji nowe okładziny hamulcowe. Deszczu nie było, asfalt w zdecydowanej większości był suchy, temperatura była całkiem znośna i tylko wiatr mnie irytował. Irytował, bo jak długo jeszcze muszę go znosić? Dzień w dzień wieje i wieje i wieje, a jak nie wieje, to akurat wtedy siedzę w domu. Na lekkim Agree pewnie miałbym trochę lżej, ale z drugiej strony X-Bow szedł jak czołg, niewzruszony podmuchami.

Było fajnie, chociaż głównie po mieście. Było fajnie, chociaż niezbyt szybko i niezbyt długo. Kolejne kilkadziesiąt kilometrów dopisałem do tegorocznego bilansu. Porównując z ubiegłym rokiem, to wciąż niewiele, ale tym razem ma być więcej radości, a mniej statystyk… Przynajmniej w teorii.


Świeża zieleń na wzgórzu Bonarki.
Świeża zieleń na wzgórzu Bonarki.



Lekcja pokory

Wtorek, 4 kwietnia 2017 • Komentarze: 0

Aktywność
2 24 942
Data
4 kwietnia 2017
Wt. 15:50 18:54
Rower
Cube Agree
2 3 3
Kalorie
1918kcal
Czas
2:59:46
43
391
0:49 0:39 0:00
Dystans
88.12km
42
340
21.74 21.38
Prędkość
29.41km/h
14
170
26.6 32.6 64.8
Kadencja
87rpm
147
Tętno
142bpm
161
Moc
216W
7
24
172 189 891
TSS
250
17
92
Przewyższenia
741m
35
208
       293
Nachylenie
+ 3.4% - 3.5%
+ 8.8 - 14.4
Temperatura
18.9°C
16.0 21.0

Nie ścigam się, nie biorę udziału w ustawkach, nie startuję w Tour de Pologne Amatorów. Po prostu jeżdżę, czerpiąc z tego przyjemność, radość, zdrowie. Rower to moja pasja i już. Faktem jednak jest, że zwracam uwagę na moje statystyki i cieszę się, gdy widzę postęp, gdy jeżdżę szybciej, gdy coraz łatwiej pokonuję coraz dłuższe dystanse, a na podjazdach nie towarzyszy mi zadyszka. Obserwowany progres sprawił, iż zacząłem uważać siebie za dość zaawansowanego amatora. Na tyle zaawansowanego, że posiadającego „moralne” prawo poruszania się na wypasionym rowerze. Zawsze bowiem uważałem, że sprzęt powinien być dobrany mniej więcej proporcjonalnie do umiejętności. Chociażby po to, aby uniknąć żenującego widoku, gdy mocno sapiący gość, jadący na Dura-Ace, jest na luzie wyprzedzany przez człowieka na Sorze, albo nawet na rowerku kupionym w hipermarkecie. Wydawało mi się więc, że jakkolwiek nie byłem, nie jestem i nie będę profesjonalnym kolarzem, to potrafię już to i owo, a więc mogę zaszaleć. I z takim przeświadczeniem żyłem do dzisiaj.

Dzisiaj wybrałem się na popołudniową przejażdżkę. Tak na marginesie chciałbym zaznaczyć, że nie cierpię słowa „przejażdżka”, ale niestety język polski jest bardzo ubogi nie tylko w kwestii wyznawania miłości (kocham cię, miłuję cię i… to chyba koniec). Trening to nie był, wyprawa też nie, eskapada również. Pozostaje przejażdżka. No więc wybrałem się na przejażdżkę, podczas której przez pierwsze 45 kilometrów musiałem walczyć z przeciwnym wiatrem. Pojechałem na wschód do Bochni, poruszając się raczej płaską trasą wiodącą przez Szarów i Kłaj. W Bochni zawróciłem, wiatr zaczął mi sprzyjać, a ja wybrałem powrót przez mój ulubiony Górny Gościniec, a następnie po drodze numer 94. Ta część trasy była więc mocno pagórkowata. Cały czas, zarówno pod wiatr jak i z wiatrem, jechało mi się dobrze, czułem się wypoczęty, więc starałem się nie oszczędzać i mocno naciskałem na pedały. Zadowolony z siebie wróciłem do domu i postanowiłem przyjrzeć się danym.

Kilka dni temu zainstalowałem wersję „trial” aplikacji WKO4. To profesjonalna aplikacja pozwalająca na analizę plików z mierników mocy. Jest wykorzystywana przez wielu sportowców, zarówno zawodowych jak i zaawansowanych amatorów do kontrolowania swoich postępów. Kosztuje 169 dolarów, a więc całkiem sporo, ale – jak już wspomniałem – zainstalowałem na próbę darmową wersję, która działa przez 14 dni. Wrzuciłem doń plik z Garmina i… przeżyłem mały szok. Okazało się, że profil mocy wygenerowany na podstawie dzisiejszej wyprawy zalicza mnie ledwie do poziomu pomiędzy „umiarkowanym” a „zadowalającym” i to nie w każdym przedziale czasu. Są takie, gdzie reprezentuję poziom „rekreacyjny”. Dla przyzwoitości sprawdziłem jeszcze dane z ubiegłego roku, co nieco poprawiło mi humor, bo w niektórych przedziałach sięgałem poziomu „dobry”, ale były też takie, gdzie schodziłem poniżej „rekreacyjny”. Oczywiście mógłbym powiedzieć, że nigdy nie miałem odpowiedniej motywacji, nigdy się nie ścigałem, nigdy nie jechałem „w trupa”. Fakt jednak pozostaje faktem – panie Piotrze, nie jesteś pan wybitnym kolarzem amatorem, nie jesteś pan nawet dobry, jesteś pan przeciętny.

Lekcja pokory? Tak. Ale co z tego. Na szczęście jeżdżę dla przyjemności, więc kolejnym razem znów wsiądę na rower z radością, oczekując niesamowitych wrażeń i wspaniałych doznań. W końcu to moja pasja. I tylko gdzieś tam przeleci przez głowę myśl – może zamienić Dura-Ace na Sorę?


Profil mocy źródłem pokory…
Profil mocy źródłem pokory…



Nim pierwsza seta zaszumi w głowie

Sobota, 1 kwietnia 2017 • Komentarze: 0

Aktywność
1 23 941
Data
1 kwietnia 2017
Sob. 9:17 13:01
Rower
Cube Agree
1 2 2
Kalorie
2044kcal
Czas
3:34:21
27
211
1:03 0:50 0:00
Dystans
101.14km
34
257
25.54 26.97
Prędkość
28.31km/h
41
353
24.0 32.0 61.2
Kadencja
87rpm
146
Tętno
135bpm
152
Moc
194W
27
185
153 183 728
TSS
241
25
108
Przewyższenia
920m
23
120
       385
Nachylenie
+ 3.6% - 3.4%
+ 11.6 - 13.7
Temperatura
20.3°C
15.0 25.0

Już wczoraj wiedziałem, że tej soboty sobie nie odpuszczę. Zapowiadał się piękny i słoneczny dzień, czyli idealne warunki, aby przetestować nowy rower na zdecydowanie dłuższej trasie niż wczoraj. Jednak znów nie byłem panem swojego czasu, ponieważ wczesnym popołudniem mieli nas odwiedzić moi teściowie, a więc wypadało być wtedy obecnym nie tylko duchem, ale i ciałem. Miałem tylko jedną możliwość, którą oczywiście była świadoma i dobrowolna pobudka o porze, która nie przystoi w sobotę. Już więc o świcie piłem mocną kawę, ale myliłby się ten, kto myślałby, że wyłącznie rower zaprzątał wszystkie zakamarki mojej głowy. Nic z tych rzeczy. Kawę piliśmy wspólnie z Moniką i rozmawialiśmy o niesamowitej postaci, jaką był... prorok Elizeusz. Zainteresowanych odsyłam do 2 Księgi Królewskiej, bo naprawdę warto, a ja wracam do głównego wątku.

Tym razem przygotowywałem się do wyjazdu w nieco mniejszym pośpiechu aniżeli kilkanaście godzin wcześniej. Spodziewając się dłuższej jazdy, zaopatrzyłem się w stosowną liczbę batonów energetycznych oraz dwa pełne bidony. Dokładnego planu trasy nie przygotowałem, ale miałem kilka pomysłów, z których każdy prowadził mnie na południe, ale różnymi drogami. Wszystko wykrystalizowało się dopiero wtedy, gdy o 9:17 ruszyłem przed siebie.

Wiosna jest czasem, kiedy ponownie odkrywa się piękno dawno nieodwiedzanych tras. Pozwoliłem sobie odtworzyć jedną z moich ulubionych, którą nie podążałem przynajmniej od jesieni ubiegłego roku. To pętla wiodąca przez Gdów, Dobczyce i Świątniki Górne. To trasa, na której jest praktycznie tylko jeden dłuższy płaski odcinek pomiędzy Gdowem a Dobczycami. Poza tym dominują mniejsze i większe pagórki, które w sumie dają całkiem przyzwoitą wartość przewyższeń. Byłem oczywiście skupiony na testowaniu nowego roweru. Dłuższy dystans daje już pewien obraz całości. Najbardziej interesowało mnie, czy nowe siodełko faktycznie okaże się wygodne. Doświadczenie nauczyło mnie, że kluczowym momentem jest sześćdziesiąty kilometr. Jeśli miewałem kłopoty, to właśnie wtedy. Dzisiaj spokojnie dojechałem do tego mitycznego kilometra i nie czułem nic niepokojącego. Jechałem więc dalej, pokonując kolejne dziesiątki i wciąż wszystko było w porządku. Mam więc podstawy, aby twierdzić, że wieloletnie poszukiwania wygodnego siodełka zakończyły się sukcesem. Sam rower także zachowywał się bez zarzutu. Po raz pierwszy w życiu korzystałem z „Synchro-Shift”, czyli synchronicznej zmiany przełożeń. Wkrótce napiszę o niej coś więcej w technicznej części mojego bloga. Inna nowość, czyli kierownica, także okazuje się bardzo wygodna, o czym wspominałem już wczoraj. Aby jednak nie było zbyt „cukierkowo”, muszę napisać, że wczorajsze narzekanie na hamulce zostało potwierdzone. Wkładki Clarks CP202 okazały się niewypałem. Wcale nie dlatego, że słabo hamują, ale przede wszystkim dlatego, iż „zebrały” z obręczy trochę opiłków aluminium i zaczęły robić za „frezarkę”.

W sumie przejechałem nieco ponad sto kilometrów. To pierwsza setka w tym roku i na dodatek dość wymagająca jak na pierwszą dłuższą wyprawę. Najważniejsze, że wciąż odczuwam niesamowitą frajdę z jazdy i „nim pierwsza seta zaszumi w głowie” już planuję następne…