Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Pożegnanie wakacji

Czwartek, 31 sierpnia 2017 • Komentarze: 0

Aktywność
11 74 992
Data
31 sierpnia 2017
Czw. 14:45 19:04
Rower
Cube Agree
11 50 50
Kalorie
2097kcal
Czas
4:06:19
11
80
1:36 0:57 0:00
Dystans
111.22km
13
91
33.98 33.28
Prędkość
27.09km/h
67
503
21.1 34.8 75.6
Kadencja
88rpm
130
Tętno
134bpm
152
Moc
176W
59
446
136 180 647
TSS
247
19
98
Przewyższenia
1246m
9
38
       562
Nachylenie
+ 3.7% - 3.8%
+ 10.6 - 11.9
Temperatura
27.1°C
22.0 31.0

Koniec sierpnia, koniec wakacji, coraz krótsze dni i nieuchronnie zbliżająca się jesień. Pomyślałem, że trzeba godnie pożegnać miniony czas upalnych dni i zamiast iść na jakąś „płaską” łatwiznę, zaplanowałem sobie harcowanie po małopolskich górkach.

Na dzień dobry pojechałem do Świątnik Górnych. Kiedyś ten piętnastokilometrowy odcinek stanowił niezłe wyzwanie, ale od pewnego czasu stał się dość rutynowy. Jechałem dość spokojnie, bo wiedziałem, że to jest dopiero preludium kolejnych wyzwań. Potem pojechałem do Gorzkowa, a tam skręciłem na południe i przemierzając mocno pagórkowaty teren, który nie pozwalał się nudzić, podążałem w kierunku Myślenic. Niewiele brakowało, abym na zjeździe we wsi Borzęta pobił osobisty rekord prędkości, ale kierowca busa, który jechał przede mną, przestraszył się policjantów stojących z radarem w krzakach i zwolnił. Gdyby nie on, nie tylko pobiłbym rekord, ale miałbym szansę zapłacić mandat za przekroczenie prędkości, co – nie ukrywam – jest od dawna moim marzeniem. Za Myślenicami cały czas jechałem na południe. Minąłem Stróża, Pcim i dojechałem do Lubnia. Droga cały czas pięła się w górę, ale na tym odcinku nachylenie było bardzo subtelne. Mimo to przekonałem się, że moja dzisiejsza dieta w żadnej mierze nie była zoptymalizowana pod kątem hasania po górach. Prawie mnie odcięło, ale na szczęście miałem spory zapas batonów. Dojechałem do Kasinki Małej i skręciłem w stronę Węglówki. Tam nachylenie zaczęło osiągać bardziej sensowne wartości. Minąłem Węglówkę i dojechałem do Kasiny Wielkiej. Skręciłem na północ, rozpoczynając najbardziej stromy fragment trasy, który jednocześnie miał mnie doprowadzić do najwyższego punktu dzisiejszej eskapady. Nie było już śladów po wcześniejszym odcięciu, więc jechało mi się całkiem nieźle. A potem były zjazdy, dużo zjazdów, bardzo dużo zjazdów, aż do Dobczyc. Odczuwałem już lekkie zmęczenie, a przecież musiałem jeszcze zaliczyć podjazd do Dziekanowic, potem do Koźmic Małych i wreszcie do Rożnowej, leżącej tuż przed Wieliczką. Ten ostatni fragment jechałem już dość wolno, ale przede mną był już tylko ostatni zjazd do Wieliczki i finałowe kilka kilometrów do domu.

Tak zakończył się mój sierpień i mój wakacyjny czas. Podobno już jutro czeka nas zmiana pogody, sygnalizując zmierzch lata w nieustannej wędrówce czasu.


Okolice Kasiny Wielkiej.
Okolice Kasiny Wielkiej.
Na podjeździe.
Na podjeździe.

Chwila odpoczynku.
Chwila odpoczynku.
Grunt, to być zadowolonym z życia!
Grunt, to być zadowolonym z życia!



Do Alwerni, Regulic i z powrotem

Wtorek, 29 sierpnia 2017 • Komentarze: 0

Aktywność
10 73 991
Data
29 sierpnia 2017
Wt. 15:48 19:33
Rower
Cube Agree
10 49 49
Kalorie
1978kcal
Czas
3:33:49
28
215
0:59 0:46 0:02
Dystans
102.51km
28
203
23.83 24.07
Prędkość
28.77km/h
33
282
24.1 30.7 57.6
Kadencja
87rpm
149
Tętno
135bpm
159
Moc
192W
30
214
148 179 1980
TSS
257
13
75
Przewyższenia
872m
25
137
       363
Nachylenie
+ 3.7% - 3.7%
+ 9.6 - 13.0
Temperatura
21.3°C
17.0 26.0

Po mojej ostatniej, rekordowej przejażdżce zafundowałem sobie trzy dni wolnego od roweru. Bynajmniej nie dlatego, że czułem się zmęczony, ale dlatego, że miałem problem z zaplanowaniem ciekawej trasy. W odróżnieniu od profesjonalistów, którzy po prostu zaliczają konkretny trening i zapewne mogą tysiąc razy pokonać tę samą trasę, ja potrzebuję dodatkowych bodźców widokowo-romantycznych. Jakiś czas temu w aplikacji BaseCamp wrzuciłem sobie na jedną mapę wszystkie przejechane od 2011 roku trasy. Okazało się, że w promieniu kilkudziesięciu kilometrów do Krakowa jest ledwie kilka krótkich odcinków dróg, których jeszcze nie przejechałem na rowerze! A jeśli zmniejszę promień poszukiwań do, powiedzmy 20 km, to nie tylko znam wszystkie drogi, ale przejechałem je po wielokroć. Szukając nowych wyznań, muszę więc szukać coraz dalej i dalej na mapie, a to oznacza, że coraz trudniej jest mi znaleźć ciekawą trasę, którą mógłbym zaliczyć w popołudnie dnia powszedniego i zdążyć wrócić przed nocą. Wszak długie dni już się skończyły…

Dzisiaj zdecydowałem się na wyjazd w kierunku zachodnim. Najpierw musiałem dojechać do Piekar. Biorąc pod uwagę, że mieszkam na południowym wschodzie Krakowa, bliżej Wieliczki aniżeli centrum, była to droga przez popołudniową mękę wyznaczoną przez godziny szczytu. Dopiero gdy za Salwatorem wskoczyłem na wały wiślane, mogłem rozwinąć skrzydła i energicznie ruszyć do przodu. Z Piekar pojechałem do Czernichowa, trzymając się bocznych, spokojnych dróg. A potem dotarłem do Łączan. Tym razem nie zamierzałem przejechać na drugą stronę Wisły, ale pojechałem dalej do wsi Kamień, a później na północ w kierunku Alwerni. To pagórkowaty teren, który symbolicznie rozpoczął trudniejszy etap dzisiejszej jazdy. W Alwerni pojawiłem się na moment na drodze 780, którą w piątek podążałem do Strzelec Opolskich. Dzisiaj przejechałem krótki odcinek w przeciwnym kierunku. Wkrótce skręciłem na północ i przejechałem przez Regulice, docierając do wsi Nieporaz. Tam skręciłem na wschód, inicjując etap powrotu do Krakowa. Podjazd do Grojca, potem zjazd, lekki podjazd, zjazd do Frywałdu i kolejny solidniejszy podjazd, tym razem do Chrosnej. Mimo, że poruszałem się pod wiatr, czułem, że jest moc. A potem zaczął się długi zjazd, który trwał praktycznie do samych Balic. Byłem już więc na przedmieściach Krakowa. Wystarczyło jedynie kolejny raz przejechać przez całe miasto…


Autostrada Popołudniowego Słońca…
Autostrada Popołudniowego Słońca…



Mój nowy rekordowy dystans (203,47 km)

Piątek, 25 sierpnia 2017 • Komentarze: 0

Aktywność
9 72 990
Data
25 sierpnia 2017
Pt. 7:34 16:04
Rower
Cube Agree
9 48 48
Kalorie
3479kcal
Czas
7:29:02
1
1
1:55 1:27 0:00
Dystans
203.47km
1
2
49.07 41.91
Prędkość
27.19km/h
65
486
25.4 28.7 54.0
Kadencja
87rpm
150
Tętno
133bpm
154
Moc
152W
67
640
122 157 673
TSS
348
3
5
Przewyższenia
1306m
8
31
       314
Nachylenie
+ 2.7% - 3.1%
+ 7.3 - 9.6
Temperatura
23.2°C
17.0 32.0

Największą trudnością podczas planowania trasy z Krakowa do Strzelec Opolskich jest znalezienie sensownego przejazdu przez Górny Śląsk. To przecież najbardziej zurbanizowany, najbardziej uprzemysłowiony i opleciony największą liczbą dróg rejon Polski. Sęk w tym, że ja szukam ciszy, subtelnych krajobrazów, spokojnych miejsc, a przejazd na „krechę” przez Katowice i okolice raczej nie spełnia tych kryteriów. Musiałem znaleźć jakąś alternatywę, co w praktyce oznaczało wybór pomiędzy trasą leżącą na północ lub na południe od stolicy Górnego Śląska. Trasa „południowa” wydawała się bardziej atrakcyjna, a jej jedyną wadą był fakt, że podążałem nią rok temu. Trasa „północna” też była mi znana, ale nie wzbudzała ekscytacji. Postanowiłem zatem jeszcze raz wybrać drogi leżące na południe od autostrady A4, ale zmodyfikować plan w taki sposób, aby poznać nowe miejsca. Projekt przewidywał, że powinienem pokonać 178 km, co byłoby moim nowym rekordem dziennego dystansu.

Plan trasy miałem więc gotowy i musiałem tylko zdecydować się, czy jadę w piątek, czy w sobotę. Piątek miał być umiarkowanie ciepły, raczej pochmurny, a zachodni, czyli przeciwny wiatr miał mieć prędkość 6 do 10 m/s. Na sobotę zapowiadano burze, miało być cieplej, a wiatr miał mi sprzyjać, czyli wiać ze wschodu. Meteorologia ma jednak to do siebie, że pomimo tysięcy lat rozwoju cywilizacji, określenie prognozy pogody na więcej niż dwa dni do przodu, wciąż bardziej przypomina wróżenie niż naukę. A zatem, wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi postanowiłem, że jadę w piątek.

Wyruszyłem około 7:30. Byłem wyspany i wypoczęty, a to pierwszy warunek sukcesu. Byłem także odpowiednio odżywiony, bo planując tę wyprawę, już trzy dni wcześniej raczyłem się odpowiednimi dawkami węglowodanów. To drugi warunek sukcesu. Trzecim był fakt, że przez ostatni tydzień zaliczyłem tylko jedną, niespecjalnie trudną trasę, więc odczuwałem głód roweru. Zacząłem bardzo spokojnie, traktując pierwsze kilometry jako rozgrzewkę. Przejechałem przez dopiero co obudzony do życia Kraków, dotarłem na Salwator i wkrótce wjechałem na ścieżkę rowerową biegnącą po wałach wiślanych. Dojechałem do ulicy Mirowskiej, w Piekarach skręciłem w stronę Liszek, gdzie dotarłem do drogi 780. Tam pożegnałem podkrakowskie okolice i poruszając się cały czas na zachód, zmierzałem do celu. Nie jechałem zbyt szybko. Po pierwsze, oszczędzałem siły. Po drugie, wiatr utrudniał nieco jazdę. Jednak najważniejsze było to, że dość niska temperatura sprawiała, iż organizm nie tracił sił na chłodzenie i 100% mocy szło w „napęd”. Dbałem tylko o regularne picie i odżywanie się, aby nie dopadł mnie żaden kryzys. Ruch na drodze był średni. Były okresy, gdy wyprzedzało mnie z rzędu kilka czy nawet kilkanaście samochodów, a potem panowała długa cisza. Niemal wszyscy kierowcy dbali o właściwy odstęp, więc czułem się bezpiecznie. Z jednym wyjątkiem, gdy na wąskim odcinku drogi musiałem zjechać na nieutwardzone pobocze, aby uniknąć zderzenia z autem, którego kierowca uparł się, że wyprzedzi ciężarówkę.

W Chełmku pożegnałem Małopolskę i wkrótce znalazłem się w Śląskiem. Przejechałem przez Chełm Śląski, zamierzając dotrzeć do Mikołowa, ale z oczywistych powodów nie chciałem podążać główną drogą. Skręciłem na północ w stronę Imielina. Jadąc przez niezbyt romantyczne okolice, mijając naznaczone nieładem krajobrazy pełne ciężkiego sprzętu, składów wszelkiego rodzaju, kurzu i hałasu, dotarłem do kopalni Wesoła. Tam, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, okolica nagle zmieniła się w obfitującą gęstą zielenią oazę bezpiecznego spokoju. Jechałem po idealnie gładkim asfalcie, pośród drzew, z rzadka wyprzedzany przez nieliczne samochody. Tak właśnie powitały mnie Katowice, ale ich gościem byłem bardzo krótko, bo już wkrótce mijałem tablicę informującą, że opuszczam stolicę polskiego węgla. Przede mną był już Mikołów. Spokojnie przejechałem przez centrum miasta i skierowałem się na północny zachód w stronę Chudowa. Tam, podobnie jak rok wcześniej, zatrzymałem się przy ruinach zamku na krótki postój. Byłem trochę zdziwiony, bo po przejechaniu ponad 110 km powinienem odczuwać choćby cień zmęczenia, tym bardziej, że jechałem głównie pod wiatr. Tymczasem wciąż czułem się rześko i na tyle świeżo, że w mojej głowie zaświtała myśl, aby wydłużyć sobie trasę. Na razie ją odrzuciłem z postanowieniem, że wrócę do niej po kolejnych kilkudziesięciu kilometrach.

Ruszyłem w dalszą drogę. Zbliżałem się do Gliwic. Rok temu pozwoliłem sobie zawitać do centrum, co było chybionym pomysłem. Nie dość, że musiałem lawirować pomiędzy samochodami, to na domiar złego, aby nie łamać przepisów, musiałem korzystać ze ścieżek rowerowych, a te nie zawsze są zoptymalizowane pod kątem roweru szosowego. Tym razem ominąłem Gliwice od południa, zamierzając dojechać do celu podróży zupełnie inną drogą, aniżeli rok wcześniej. Jadąc przez Żernicę, Sośnicowice, Rachowice, Bojszów i Rudziniec, dotarłem do Niezdrowic. Tam przejechałem przez brukowany most i znalazłem się w Ujeździe. Czym bliżej byłem Strzelec Opolskich, tym szybciej zdawały się uciekać kolejne kilometry. Wciąż nie czułem zmęczenia, więc pomysł wydłużenia trasy kiełkował coraz mocniej. Przejechałem przez wieś o słynnej nazwie Zimna Wódka, nie mogąc odmówić sobie zrobienia selfie z nazwą miejscowości w tle. Niedługo potem byłem już w Olszowej i przejeżdżałem nad autostradą.

Licznik wskazywał 171 km. Do finiszu brakowało już tylko siedmiu. Organizm nadal pracował perfekcyjnie i czułem, że mam jeszcze spory zapas sił. Nawet miejsce styku pewnej części ciała z siodełkiem nie wysyłało żadnych niepokojących sygnałów do mózgu. Co jest grane – pomyślałem – zasadniczo powinienem powoli dostrzegać tunel i światło na jego końcu, a tymczasem wciąż rozpierała mnie energia. Tego nie mogłem zmarnować. Wiedziałem już, że pobiję osobisty rekord dystansu, ale czyż nie lepiej zrobić to z przytupem i dobić do 200 km? Skręciłem na wschód i zacząłem oddalać się od celu. GPS protestował, mało odkrywczo stwierdzając, że zszedłem z kursu. Dojechałem do Sieroniowic, a potem bocznymi, niezbyt dobrymi, czy wręcz kiepskimi drogami dotarłem w okolice Płużnicy Wielkiej. Tam wjechałem na drogę 92 i skręciłem na zachód. Obawiając się, że może braknąć kilku kilometrów, w Błotnicy Strzeleckiej pozwoliłem sobie na mały „skok w bok”, a wróciwszy na główną drogę byłem już pewien, że się uda.

Pokonanie granicy zawsze cieszy. Kiedyś wyzwaniem było przejechanie 50 km, potem 70, a wreszcie 100. Z czasem sto kilometrów stało się słupem granicznym, oddzielającym dystans łatwy od trudnego, krótki od długiego, rutynę od wyzwania. Wielokrotnie przekraczałem tę granicę, czasem o wiele kilometrów, ale kolejna setka wydawała się leżeć poza strefą moich możliwości. Dzisiaj okazało się, że pokonałem kolejną barierę i zrobiłem to bez większego wysiłku, co chyba najbardziej mnie zaskoczyło. Zastanawiam się nawet, dlaczego nie dołożyłem sobie kolejnych kilometrów? Może dlatego, żeby mieć kolejny cel? Tak, chyba tak… A póki co, 203,47 km jest moim nowym rekordem.


Chudów po roku.
Chudów po roku.
Impresja z Ujazdu.
Impresja z Ujazdu.
Nim pierwsza seta zaszumi w głowie, drugą… jedziemy!
Nim pierwsza seta zaszumi w głowie, drugą… jedziemy!
Mój nowy rekord.
Mój nowy rekord.



Oblicza nieskalane myślą

Środa, 23 sierpnia 2017 • Komentarze: 0

Aktywność
8 71 989
Data
23 sierpnia 2017
Śr. 15:52 19:27
Rower
Cube Agree
8 47 47
Kalorie
1884kcal
Czas
3:30:36
30
237
1:00 0:47 0:00
Dystans
101.38km
33
243
25.89 25.23
Prędkość
28.88km/h
30
260
25.8 32.0 64.8
Kadencja
85rpm
130
Tętno
134bpm
160
Moc
186W
45
313
142 168 838
TSS
241
25
108
Przewyższenia
864m
28
142
       324
Nachylenie
+ 3.3% - 3.5%
+ 10.0 - 11.7
Temperatura
16.8°C
16.0 19.0

Chyba kupię sobie kamerkę sportową. I wcale nie chodzi o to, że kocham gadżety, a taka kamerka to w końcu niezły bajer. Nie chodzi też o to, że zamierzam dokumentować swoje ekscytujące wyprawy, bo umówmy się, że jeśli gapienie się przez dwie, trzy, cztery godziny na zawodowy peleton może być powodem ukradkowego ziewania, to obejrzenie wyczynów amatora, który w porywach osiąga prędkości rzędu 60-75% tego, co lekko czyni profesjonalista, będzie przekraczało możliwości psychiki przeciętnego widza. Powodem, dla którego rozważam zakup kamery jest dokumentowanie „wyczynów” idiotów. Tak, tak, doskonale wiem, że jako chrześcijanin, daleki powinienem być od jakichkolwiek osądów i taki też staram się być na co dzień, ale – Panie Boże przebacz – trudno mi znaleźć inne cenzuralne słowo, które może skutecznie i nieobraźliwie podsumować stan umysłu niektórych uczestników ruchu drogowego.

Jakiś czas temu przestałem się denerwować na drodze i stałem się bardzo grzeczny. Od dawna moje usta nie skalały się powszechnie używanym „warczącym” słowem, jako reakcji na zachowanie kierowców. Onegdaj potrafiłem w nerwach puścić taką wiązankę, że… ech… lepiej nie mówić. Zacząłem uprzejmością reagować na każdy rodzaj agresji i okazało się, że przynosi to niesamowite skutki. Atakujący nie spodziewa się, że na jego prostacki słowotok, ktoś może zareagować spokojnie i kulturalnie, okazując wręcz biblijną miłość bliźniego. Wszak każdy może mieć gorszy dzień, w którym nic się nie układa i cały świat zdaje się być przeciwko nam. Zauważyłem też, że zmiana mojego nastawienia w stosunku do „nerwowych bardziej” sprawiła, że odniosłem wrażenie, iż w rzeczywistości nie jest tak źle i kierowcy w zdecydowanej większości przypadków zachowują się wobec mnie uprzejmie. Jeśli więc jest tak dobrze, to skąd się wziął pomysł z kamerką? Wszystko przez trzy czarne owce w wybielonym przeze mnie świecie kierowców. Jakkolwiek owca jest rodzaju żeńskiego, to mam na myśli wyłącznie mężczyzn.

Pierwsza z tych owiec, a więc pierwszy „myślący inaczej”, poruszał się srebrnym nissanem i wyprzedził mnie był na ulicy Kosocickiej. Wszystko byłoby fajnie, gdyby zachował choć pół metra odstępu. Gdzie tam! Prawie otarł się ode mnie. Ciśnienie gwałtownie mi wzrosło, poderwałem rękę ku górze i zawołałem: „proponuję jeszcze bliżej”! Fakt, może nie powinienem, ale naprawdę się przestraszyłem. A co zrobił kierowca? Zwolnił do 15 km/h, zmuszając mnie do hamowania, potem przyspieszył, znów zwolnił i tak kilka razy. Na szczęście kilkadziesiąt metrów dalej skręcałem, więc problem sam się rozwiązał.

Drugi „przypadek medyczny” spotkałem na ulicy Krzemienieckiej i prawdę mówiąc mogło to być moje ostatnie spotkanie w życiu, ale mój Bóg jak zwykle czuwał nade mną. Poruszałem się dość szybko, naprzeciwko mnie jechała śmieciarka, miejsca do wyprzedzania w zasadzie nie było. Nagle usłyszałem za sobą odgłos szybko nadjeżdżającego samochodu. Zza wzniesienia wypadł czarny volkswagen, minął mnie w odległości góra pół metra, prawie zderzył się ze śmieciarką i zniknął w oddali. Jechał przynajmniej 80-90 km/h. Podmuch sprawił, że prawie wylądowałem w rowie.

Trzecie spotkanie bliskiego stopnia miało miejsce w Wieliczce na ulicy Piłsudskiego, a jego bohaterem był kierowca granatowego forda transita. Jak wiadomo, rowerzysta ma prawo wyprzedzania samochodów z prawej strony, gdy te stoją lub wolno się poruszają. Skorzystałem z tego prawa, wyprzedzając kilka samochodów, w tym także wzmiankowanego forda. Co się stało potem? Otóż gdy mnie dogonił, zajechał mi drogę i zatrzymał się, bo był korek. Pomyślałem, że w takim razie wyprzedzę go z lewej strony – w końcu zostawił mi jedną trzecią szerokości pasa do dyspozycji. Ależ skąd! Gdy tylko skumał me zamiary, skręcił na sam środek drogi tak, że wystawał nawet na przeciwny pas ruchu. Uśmiechnąłem się, a nawet pomachałem mu dłonią i zjechałem do prawej krawędzi. Co wtedy zrobił „wesoły” kierowca? Oczywiście, macie rację – zjechał do samego krawężnika. Nie zamierzałem kopać się z koniem, więc tylko chwilę się pobawiłem, skręcając to w prawo, to w lewo, zmuszając biedaka do testowania wytrzymałości fordowskiego układu kierowniczego i zapewniając jadącym za nami kierowcom niezły ubaw.

Szkoda, że nie zapamiętałem numerów rejestracyjnych tych samochodów. O ile ostatni przypadek można jeszcze uznać za śmieszny, to dwa pierwsze mogły się skończyć tragicznie. Ja miałem szczęście, którego innym może przecież kiedyś zabraknąć.

Dzisiejszej trasy nie opiszę. W porównaniu z tym, co napisałem powyżej, była nieciekawa.

Już wiecie, skąd wziął się pomysł zakupu kamerki. Czy go zrealizuję? Tego jeszcze nie wiem…



Dlaczego tak późno?

Piątek, 18 sierpnia 2017 • Komentarze: 0

Aktywność
7 70 988
Data
18 sierpnia 2017
Pt. 14:51 18:51
Rower
Cube Agree
7 46 46
Kalorie
1931kcal
Czas
3:46:51
17
125
1:15 0:52 0:00
Dystans
103.24km
24
185
29.20 27.51
Prędkość
27.31km/h
61
468
23.3 31.2 75.6
Kadencja
86rpm
148
Tętno
140bpm
161
Moc
185W
47
324
137 167 756
TSS
251
16
88
Przewyższenia
1017m
19
86
       386
Nachylenie
+ 3.5% - 3.7%
+ 9.3 - 14.7
Temperatura
31.4°C
28.0 33.0

Nadszedł czas, aby wypróbować nowe koła w moich ulubionych warunkach geograficznych, czyli na licznych podkrakowskich pagórkach. Nie zamierzałem ich oszczędzać, bo przecież nie są do oszczędzania, ale mają dawać radość z jazdy w każdych warunkach. Nawiasem mówiąc, warunki do jazdy były – delikatnie mówiąc – średnie, bo tak już mam, że gdy temperatura przekracza 28°C, część mojej energii ulatuje gdzieś daleko, a tak ciepło było właśnie dzisiaj. Jednak nie narzekałem, bo 28° to lepiej niż np. 35°, a więc zamiast narzekać, napełniłem bidony wodą mineralną, dodatkową butelkę włożyłem do kieszonki i ruszyłem przed siebie.

Zauważyłem ciekawą rzecz. O wiele lepiej jedzie się, gdy jest dokładny plan, gdy nie trzeba kierować się „nosem” i na „czuja” wybierać dróg. Licznik pokazuje, jak daleko jest do końca, więc nie trzeba kalkulować i wymyślać. Wbrew pozorom wcale to nie jest mało romantyczne, bo wodze fantazji można sobie puścić wcześniej, swobodnie projektując trasę na elektronicznej mapie. Jechałem więc jak po sznurku, ciesząc się kolejnym rowerowym popołudniem, podziwiając żywe kolory lata, które nieuchronnie zbliża się do końca. Całkowicie ukontentowany byłem też z nowego nabytku, czyli ze wspomnianych kół, które tocząc się gładko i cicho, pewnie prowadziły mnie do celu. Udało mi się nawet zaliczyć mój ulubiony zjazd w Radziszowie, gdzie kolejny raz niewiele brakowało do pobicia osobistego rekordu prędkości, ale znów zwyciężył strach, a może rozsądek, który nakazał palcom zacisnąć się na „klamkach”. A tak niewiele brakowało… Już pod koniec przejażdżki miałem okazję zaliczyć podjazd na ulicy Parkowej na krakowskim Podgórzu. To brukowany odcinek, na którym zazwyczaj trzeba było pilnować, aby plomby pozostały na swoich miejscach. Tym razem było inaczej, co świadczy o tym, że karbonowe obręcze naprawdę świetnie tłumią drgania. I myślę, że póki co, mogę zakończyć opisywanie moich pierwszych doświadczeń z nowymi kołami i wrócić do rowerowego porządku dziennego.

Dzień jest wyraźnie krótszy. Czas płynie. Trwa nieustająca podróż Ziemi wokół Słońca. Minionych chwil nic nie przywróci do istnienia. Widząc młodych ludzi, którzy przemierzają wstęgi dróg na swoich rowerach, nieraz zadaję sobie pytanie: dlaczego tak późno odkryłem świat kolarstwa? Lecz zaraz później słyszę głos: „mogłeś odkryć go jeszcze później, lub mogłeś nie odkryć go wcale”. Fakt. Nie ma sensu patrzeć wstecz, bo nie zmienię tego, co już się stało, ale wciąż mam wpływ na to, co będzie.



Trędowaty?

Wtorek, 15 sierpnia 2017 • Komentarze: 0

Aktywność
6 69 987
Data
15 sierpnia 2017
Wt. 16:19 20:01
Rower
Cube Agree
6 45 45
Kalorie
1806kcal
Czas
3:30:16
31
241
0:40 0:36 0:01
Dystans
101.39km
32
242
18.36 18.26
Prędkość
28.93km/h
28
254
26.9 29.9 64.8
Kadencja
86rpm
148
Tętno
130bpm
151
Moc
171W
62
498
136 155 1102
TSS
204
41
191
Przewyższenia
564m
46
332
       285
Nachylenie
+ 3.1% - 3.2%
+ 8.3 - 9.5
Temperatura
25.2°C
22.0 29.0

Zazwyczaj nie jeżdżę dzień po dniu, zwłaszcza, jeśli wcześniej zaliczyłem spory dystans. Ale dzisiaj jakoś nie mogłem usiedzieć na miejscu i pomimo braku jakiegokolwiek pomysłu na trasę, wyszedłem z domu. Myślałem, że pokonam co najwyżej 40, może 50 kilometrów i faktycznie początkowo wszystko wskazywało, że tak będzie. Uda przypominały mi o wczorajszym wysiłku i prawdę mówiąc, jechałem trochę wbrew sobie. Jednak z każdym pokonanym kilometrem czułem się lepiej, więc zacząłem sobie dorzucać do ad-hoc zaimprowizowanej trasy kolejne kilometry. Jak już dobiłem do 70 km, to pomyślałem, że obciachem byłoby nie dorzucić jeszcze tej skromnej trzydziestki, aby cieszyć się pełną setką.

A tak zupełnie na marginesie, to dzisiaj byłem chyba jakiś trędowaty. Minąłem po drodze dobrych kilkunastu, albo i więcej kolarzy i żaden z nie pozdrowił mnie uniesieniem dłoni, chociaż ja podnosiłem rękę na widok każdego z nich. Albo duch w narodzie ginie, albo to byli niedzielni (świąteczni) rowerzyści.



Cztery części jednej trasy

Poniedziałek, 14 sierpnia 2017 • Komentarze: 0

Aktywność
5 68 986
Data
14 sierpnia 2017
Pon. 10:01 14:44
Rower
Cube Agree
5 44 44
Kalorie
2470kcal
Czas
4:28:35
7
47
0:41 0:42 0:00
Dystans
135.13km
5
20
17.91 22.12
Prędkość
30.19km/h
4
74
26.1 31.3 50.4
Kadencja
90rpm
141
Tętno
136bpm
162
Moc
173W
60
472
147 160 799
TSS
266
11
62
Przewyższenia
632m
43
279
       250
Nachylenie
+ 3.5% - 2.9%
+ 9.1 - 6.9
Temperatura
24.6°C
21.0 35.0

Dzisiaj kontynuowałem test nowych kół. Chociaż to brzmi poważnie, to w rzeczywistości chciałem po prostu zaliczyć znacznie dłuższą trasę niż za poprzednim razem, aby mieć więcej czasu na oswojenie się z nowym sprzętem. Idealna pogoda, czyli niezbyt gorąco i niezbyt wietrznie, zachęcała do dłuższego wypadu.

Trasa składała się z czterech części. Pierwsza z nich była mi doskonale znana, rutynowa i nawet zaryzykuję twierdzenie, że dość nudna. To przejazd z Krakowa do Proszówek. Można próbować jakiegoś urozmaicenia, wybierając różne boczne drogi, ale ich liczba jest dość ograniczona, więc wcześniej lub później zna się już każdy kamyczek na poboczu i każdą dziurkę na asfalcie. Do krajobrazów też się przyzwyczaiłem, a że są to płaskie okolice, więc i w tym temacie szału nie ma. Na szczęście tuż za Proszówkami, czyli w Bochni, rozpoczęła się zupełnie mi nieznana, druga część dzisiejszej eskapady. Początkowo poruszałem się na wschód w stronę Brzeska, ale nie główną lecz bocznymi drogami przez Krzeczów, Rzezawę i Jodłówkę. Jechałem wzdłuż trasy kolejowej Kraków – Tarnów, więc miałem okazję przypomnieć sobie dawno minione czasy, gdy jako student, tydzień w tydzień podróżowałem pociągiem pomiędzy tymi miastami, patrzyłem przez okno na wąskie lokalne drogi, zastanawiając się, czy kiedykolwiek pojawię się w tych miejscach. Wydawały się tak odległe i niedostępne. No i proszę. Oto jestem.

Tuż przed Brzeskiem skręciłem na północ na drogę 768. Jadąc pachnącym nowością asfaltem, przejechałem przez Mokrzyska, Przyborów i Rudy Rysie. Potem droga omijała kolejne miejscowości, cały czas prowadząc mnie na północ w stronę Wisły. Ruch był raczej niewielki, ale od czasu do czasu wyprzedzały mnie „falangi” samochodów, a potem znów zapadała kojąca cisza. I tak właśnie dotarłem do wsi Górka i zafundowałem sobie krótką przerwę nieopodal mostu na Wiśle. Nie było to szczególnie ekscytujące miejsca, a i królowa rzek polskich wygląda w tym miejscu niezbyt okazale, w niczym nie przypominając dumnej ozdoby Krakowa, Warszawy lub Torunia. Odkryłem jednak, że wzdłuż niej biegnie szlak rowerowy w stronę Szczucina, więc prawdopodobnie nie jest to moja ostatnia wizyta w tym miejscu.

Przejechawszy przez most znalazłem się w Sokołowicach i tam zaczęła się trzecia część dzisiejszej trasy. Od tego momentu miałem poruszać się drogami i odwiedzać miejsca, w których byłem ledwie dwa razy przez ostatnie osiem lat. Nie było więc mowy o nudzie lub o rutynie. Jechałem w stronę Nowego Brzeska, mijając Wroczków, Jaksice, Dolany, Śmiłowice i Hebdów. Ten fragment nie był już płaski, więc mogłem zapomnieć o monotonnym i beznamiętnym pokonywaniu kolejnych kilometrów. To skończyło się na zjeździe za Hebdowem, bo właśnie tam rozpoczęła się ostatnia część mojej dzisiejszej aktywności, która – podobnie jak pierwsza – nie miała w sobie żadnej tajemnicy. W Nowym Brzesku ponownie przejechałem nad Wisłą, zawitałem do Ispiny i skręciłem w stronę Niepołomic. W Woli Zabierzowskiej pożegnałem główną drogę, aby uciec do Puszczy Niepołomickiej. Byłem już nieco zmęczony, bo niespecjalnie oszczędzałem się na dzisiejszej trasie, ale świadomość, że do przejechania mam już tylko dwadzieścia kilometrów, zdecydowanie dodawała mi energii.

A test nowych kół? Sprawdzają się świetnie, ale nie będę „nawijał”, że dzięki nim mój rower zamienił się w prawdziwy bolid. Tak się bowiem składa, że rower sam nie pojedzie, zwłaszcza pod górkę. Jako amator nie dostrzegam tych sekund lub ich ułamków, które być może zyskuję na zjazdach lub długich płaskich odcinkach. Ale umówmy się, że nie o szybkość chodziło w tym przypadku. Uwielbiam ten dźwięk, gdy toczą się po asfalcie, gdy wgryzają się w przestrzeń, brzmiąc echem świata wielkiego kolarstwa na zacisznej prowincji rowerowej pasji. That’s all…


Wisła niezbyt okazała, czyli okolice mostu we wsi Górka.
Wisła niezbyt okazała, czyli okolice mostu we wsi Górka.



Pierwszy raz na karbonowych stożkach

Piątek, 11 sierpnia 2017 • Komentarze: 0

Aktywność
4 67 985
Data
11 sierpnia 2017
Pt. 14:58 16:55
Rower
Cube Agree
4 43 43
Kalorie
953kcal
Czas
1:51:21
79
1066
0:31 0:23 0:00
Dystans
52.33km
68
892
13.30 12.69
Prędkość
28.20km/h
43
365
25.5 31.9 54.0
Kadencja
87rpm
119
Tętno
139bpm
161
Moc
181W
52
380
136 146 738
TSS
110
63
324
Przewyższenia
416m
62
546
       267
Nachylenie
+ 3.1% - 3.3%
+ 9.7 - 12.0
Temperatura
36.2°C
35.0 37.0

Upał jak cho****! Ponad trzydzieści stopni, duża wilgotność powietrza. Nie ma w zasadzie czym oddychać. Ale trzeba jechać. Trzeba i już! Bo w moim rowerowym szaleństwie otworzył się kolejny rozdział. Pamiętam, jak kiedyś mówiłem, że nie nigdy nie kupię karbonowej ramy, bo droga, bo się złamie, bo po co, bo to i tamto. Kupiłem. Pamiętam, że potem mówiłem, że na tej jednej się skończy, że jest wystarczająco dobra, że to rama na lata. Myliłem się. Dobrze pamiętam też, jak twierdziłem, iż koła karbonowe to czysta fanaberia, kaprys, bezsens, szaleństwo i z pewności nigdy nawet nie pomyślę, aby mieć takie coś. Nie dość, że pomyślałem, to jeszcze doprowadziłem do tego, że właśnie mam takie coś… I właśnie dlatego musiałem dzisiaj jechać, aby przekonać się, na ile bezsensowny krok uczyniłem. No dobra. Żartuję. Musiałem pojechać, aby nacieszyć się nową zabawką dużego chłopca.

Nie chcę się powtarzać, więc jeśli ktoś jest ciekaw, jakie były moje pierwsze wrażenia z jazdy na karbonowych kołach Vinci Rapid 40, to odsyłam go do osobnego artykułu, który popełniłem właśnie z tej okazji. Tutaj napiszę tylko tyle, że jakkolwiek byłem mocno podekscytowany, to jednak cierpiałem z powodu gorąca, bo wysysało ze mnie przynajmniej 50% energii. I dlatego właśnie dzisiejszy dystans był raczej dość skromny.

Vinci Rapid 40 – Pierwsze spojrzenie okiem amatora




Nowy wizerunek mojego Cube.



Uście Solne – Tam i z powrotem

Wtorek, 8 sierpnia 2017 • Komentarze: 0

Aktywność
3 66 984
Data
8 sierpnia 2017
Wt. 15:48 19:04
Rower
Cube Agree
3 42 42
Kalorie
1963kcal
Czas
3:13:30
40
347
0:21 0:23 0:00
Dystans
103.65km
23
179
10.97 12.21
Prędkość
32.14km/h
1
3
30.2 31.6 50.4
Kadencja
90rpm
110
Tętno
139bpm
161
Moc
180W
54
390
163 184 780
TSS
190
44
207
Przewyższenia
374m
72
643
       239
Nachylenie
+ 3.4% - 3.0%
+ 6.5 - 6.8
Temperatura
24.5°C
23.0 27.0

W ostatnich miesiącach na moich rowerowych trasach dominowały podjazdy. Pomyślałem, że może dobrze byłoby przypomnieć sobie, że w pobliżu Krakowa istnieją, nieliczne bo nieliczne, ale jednak płaskie okolice, pozwalające na poczucie wiatru we włosach (złośliwi dodają: i much w zębach). Wracając z pracy, przeszukiwałem w mojej głowie bazę danych tras rowerowych, starając się znaleźć „pomysł na” dzisiejsze popołudnie. Kwerenda zakończyła się sukcesem, chociaż plan był nieco dziwny. Założyłem bowiem, że po przejechaniu przynajmniej pięćdziesięciu kilometrów, wrócę do domu dokładnie tą samą drogą. Punkt docelowy nie był precyzyjnie określony, ale znajdował się w okolicach Uścia Solnego.

Wyruszyłem przed szesnastą. Jechałem na wschód, co oznaczało nieustanną walkę z silnym wiatrem. Noga jednak podawała, więc nie cierpiałem z tego powodu. Trasa była rutynowa – żadnych nowych dróg, skrótów, nieznanych miejsc. Po prostu dojechałem do Niepołomic, gdzie skierowałem się w stronę Szczurowej i podążając główną drogą, zbliżałem się do celu. Wiatr cały czas starał się popsuć mój dobry nastrój, dając miejscami nieźle w kość, ale mocno pochylony nad kierownicą, widziałem, jak cyferki określające dystans coraz bardziej zbliżają się do magicznej granicy 50 km, która oznaczała punkt zwrotny. Minąłem Ispinę, Świniary, Niedary i dotarłem do Uścia Solnego. Tuż za nim zawróciłem. Teraz miałem wiatr w plecy. Czułem się tak, jak czuje się pilot myśliwca po włączeniu dopalacza. Moja prędkość gwałtownie wzrosła. Mogłem odpocząć, ale pomyślałem, że póki nogi na to pozwalają, mogę mocniej pocisnąć. Ponownie przemknąłem przez Niedary, Świniary, Ispinę, Zabierzów Bocheński i Wolę Batorską. Zaraz potem byłem już w Niepołomicach i gnałem dalej przed siebie, by po pokonaniu kolejnych dwudziestu kilometrów, pojawić się w okolicach domu.

Dzisiejsza trasa była prawie zupełnie płaska i prawdę mówiąc… dość nudna. Potrzebowałem jednak takiej odskoczni od moich ulubionych pagórków. Dzięki temu chętniej do nich powrócę.



Do Witanowic nieco nostalgicznie

Sobota, 5 sierpnia 2017 • Komentarze: 0

Aktywność
2 65 983
Data
5 sierpnia 2017
Sob. 9:53 14:15
Rower
Cube Agree
2 41 41
Kalorie
2150kcal
Czas
4:00:06
12
94
1:20 0:55 0:00
Dystans
112.34km
10
79
31.13 29.89
Prędkość
28.07km/h
45
380
23.3 32.2 61.2
Kadencja
89rpm
144
Tętno
136bpm
155
Moc
180W
54
390
141 176 1754
TSS
237
29
122
Przewyższenia
1099m
15
61
       359
Nachylenie
+ 3.5% - 3.7%
+ 10.9 - 14.7
Temperatura
31.1°C
25.0 36.0

Przed dziesiąta rozpoczęła się moja 983 przygoda rowerowa. Muszę teraz zwracać uwagę na liczby, aby nie przeoczyć tej jubileuszowej, która jest coraz bliżej mnie. Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, to dokonam tego we wrześniu lub na początku października. Oczywiście mam na myśli tylko te aktywności, które opisuję na moim blogu, a ten z kolei zacząłem prowadzić rok po zmianie trybu życia z nieruchawego na aktywny.

Moim dzisiejszym celem były Witanowice – wioska w powiecie Wadowickim. Trzy lata temu wspominałem o niej. Odwiedziłem ją wówczas po 27 latach. W tym roku przypadała więc okrągła, 30 rocznica. To dobry pretekst, aby się tam pojawić, zwłaszcza, że nie prowadzi do niej łatwa i płaska droga. Musiałem najpierw dojechać do Skawiny, a potem poruszać się w stronę Zebrzydowic. Ten fragment trasy był mocno pagórkowaty, ale potem było jeszcze ciekawiej. Przejechałem przez Stanisławów Dolny, do którego – wbrew nazwie – droga prowadzi w górę. Potem był Stanisławów Górny, który leżał jeszcze wyżej, więc w pełnym słońcu musiałem ostro „zapychać” pod górę. Odpocząłem nieco na zjazdach, a we wsi Babica nawet zatrzymałem się na chwilę, bo zauroczył mnie mały, niebieski domek stojący tuż przy drodze. W jego skromności i niedoskonałości było ukryte nienamacalne piękno, którego próżno szukać w tworach współczesnej cywilizacji. Właściciel tego domu, a może właściwsze byłoby określenie chatki, okazał się miłym człowiekiem. Zamieniłem z nim kilka słów, życząc wspaniałego dnia i pojechałem dalej. Po pokonaniu kolejnego podjazdu byłem już w Witanowicach i mogłem uciec do świata wspomnień…

„Daremne żale – próżny trud, bezsilne złorzeczenia! Przeżytych kształtów żaden cud nie wróci do istnienia” – pisał Adam Asnyk. Ale ja przecież nie pojawiłem się w tym miejscu, aby żałować, że nie mamy roku 1987, a ja nie jestem 21-letnim chłopakiem. Po prostu chciałem wrócić w miejsce, którego niewyraźny obraz cały czas kołacze się w mej pamięci. To był zupełnie inny czas. Ja byłem inny, Polska była inna, świat był inny. Krótki postój, kilka zdjęć i znów w drogę.

Z Witanowic pojechałem do Zygodowic, a potem do Ryczowa. Przez pewien czas jechałem trasą pierwszego etapu tegorocznego Tour de Pologne. Pojawiłem się więc w Łączanach, przejechałem na drugi brzeg Wisły, dojechałem do Czernichowa, a potem do Liszek. Stamtąd miałem już tylko przysłowiowe dwa kroki do zachodnich rogatek Krakowa. I jeszcze tylko przejazd przez całe miasto w niemiłosiernym upale, jeszcze ostatnie łyki życiodajnego płynu z bidonu, i wreszcie dotarłem do miejsca, skąd cztery godziny wcześniej rozpoczynałem nieco nostalgiczną eskapadę.


Domek, który mnie zauroczył.
Domek, który mnie zauroczył.
Witanowice po latach.
Witanowice po latach.
Rzut oka za siebie…
Rzut oka za siebie…