Moje aktywności Outdoor

Tutaj znajdziesz opisy moich aktywności rowerowych na świeżym powietrzu, albo raczej na tzw. „świeżym powietrzu”, bo większość moich tras rowerowych leży nieopodal miejsca, o którym doskonale mówią słowa piosenki: „I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce, choć dla serca nieszczególne tu powietrze (…)”.

Popołudniowym rytmem

Poniedziałek, 28 czerwca 2021 • Komentarze: 0

Aktywność
11 108 1621
Data
28 czerwca 2021
Pon. 15:17 18:01
Rower
Ridley Helium SLX
11 21 176
Kalorie
1368kcal
Czas
2:34:26
14
554
0:28 0:24 0:00
Dystans
73.67km
14
454
12.20 11.53
Prędkość
28.62km/h
14
302
25.6 28.4 55.3
Kadencja
87rpm
122
Tętno
139bpm
165
Moc
185W
52
324
148 153 757
TSS
165
18
254
Przewyższenia
386m
15
615
       290
Nachylenie
+ 3.2% - 3.4%
+ 8.9 - 10.1
Temperatura
28.9°C
26.0 32.0

Upały wróciły, ale już nie takie albo jeszcze nie takie, jak kilka dni wcześniej. Na trasę wyruszyłem zaraz po pracy, ale słowo „trasa” jest tutaj pewnym nadużyciem. Nie miałem pomysłu, gdzie pojechać, a taki stan zazwyczaj kończy się przymusową eksploracją miasta, co do przyjemności zdecydowanie nie należy. Już kiedyś pisałem, że mam wrażenie, że ludzie w czasie pandemii nie przestraszyli się hiobowych wieści o nadciągającym kryzysie i zamiast oszczędzać, pobiegli do salonów samochodowych, co finalnie przełożyło się na totalną nieprzejezdność miejskich ulic. Inna grupa natomiast zaopatrzyła się w rowery, więc drogi rowerowe także przestały być oazami ciszy i spokoju. W pierwszej części dzisiejszej przejażdżki brnąłem więc przez miasto, szukając pomysłu na „dalej”. Tak oto dotarłem do Wisły, a dalej poszło już w miarę gładko. Najpierw pojechałem na Bielany, następnie zaliczyłem podjazd pod obserwatorium na ulicy Orlej. Pokręciłem się trochę po okolicy, by w końcu przejechać przez Wolę Justowską i znów dotrzeć do Wisły. Tym razem przejechałem ścieżką rowerową aż do Mostu Wandy. Przedostatnim akordem były Węgrzce Wielkie, a potem mogłem już spokojnie wrócić do domu.

Obserwatorium na Orlej.
Obserwatorium na Orlej.



Krótko

Piątek, 25 czerwca 2021 • Komentarze: 0

Aktywność
10 107 1620
Data
25 czerwca 2021
Pt. 9:50 11:09
Rower
Ridley Helium SLX
10 20 175
Kalorie
721kcal
Czas
1:14:58
25
1267
0:17 0:14 0:00
Dystans
36.67km
25
1229
7.87 7.06
Prędkość
29.35km/h
9
183
27.3 29.2 46.3
Kadencja
90rpm
122
Tętno
137bpm
160
Moc
199W
16
129
160 159 585
TSS
92
26
355
Przewyższenia
211m
25
1063
       261
Nachylenie
+ 2.7% - 3.0%
+ 5.5 - 6.6
Temperatura
22.3°C
21.0 24.0

I znów krótka przejażdżka, ale tym razem nie z powodu upałów, bo te chwilowo odeszły. Nawiasem mówiąc, pogoda była wręcz idealna do jazdy i szkoda, że nie miałem więcej czasu, aby cieszyć się jazdą.



Uff!

Czwartek, 24 czerwca 2021 • Komentarze: 0

Aktywność
9 106 1619
Data
24 czerwca 2021
Czw. 13:27 15:20
Rower
Ridley Helium SLX
9 19 174
Kalorie
842kcal
Czas
1:52:08
24
1055
0:21 0:14 0:00
Dystans
51.26km
23
929
9.17 7.23
Prędkość
27.43km/h
20
449
26.1 29.3 53.8
Kadencja
87rpm
112
Tętno
138bpm
151
Moc
150W
109
646
125 143 727
TSS
79
35
399
Przewyższenia
248m
23
962
       243
Nachylenie
+ 2.7% - 3.5%
+ 8.1 - 8.3
Temperatura
36.7°C
35.0 39.0

Nie był to rekord temperatury, w jakiej przyszło mi jechać, ale załapałem się do pierwszej dziesiątki moich najgorętszych przejazdów. Było tak ciepło, że przeznaczona na „czarną godzinę” półlitrowa butelka z wodą mineralną, którą miałem w tylnej kieszonce, zaczęła mnie parzyć. Jazda w takich warunkach nie była niestety przyjemnością, ale testem granic swoich możliwości. Test niestety nie wypadł pomyślnie. Fizyki nie oszukasz. Spora część energii była tracona na chłodzenie organizmu. Nie dziwi więc fakt, że poruszałem się tempem dość spacerowym.



Bez opisu

Czwartek, 17 czerwca 2021 • Komentarze: 0

Aktywność
8 105 1618
Data
17 czerwca 2021
Czw. 14:26 16:49
Rower
Ridley Helium SLX
8 18 173
Kalorie
1191kcal
Czas
2:18:39
17
705
0:36 0:31 0:00
Dystans
64.63km
18
593
15.00 15.91
Prędkość
27.97km/h
17
389
24.4 30.5 49.0
Kadencja
86rpm
109
Tętno
129bpm
155
Moc
195W
29
168
143 176 657
TSS
162
19
260
Przewyższenia
498m
10
414
       301
Nachylenie
+ 3.3% - 3.2%
+ 7.9 - 9.3
Temperatura
31.2°C
29.0 34.0

Dwa dni po raczej wymagającej eskapadzie, wybrałem się na zdecydowanie krótszą i łatwiejszą przejażdżkę. Ostatnio realizuję kilka pomysłów z innych kręgów moich zainteresowań, a czas pomimo swojej względności jakoś nie chce się „rozszerzyć”, więc ograniczam opis wyłącznie do tych dwóch zdań.



Sołtysi Dział i inne atrakcje

Wtorek, 15 czerwca 2021 • Komentarze: 0

Aktywność
7 104 1617
Data
15 czerwca 2021
Wt. 13:18 18:50
Rower
Ridley Helium SLX
7 17 172
Kalorie
2491kcal
Czas
5:09:40
1
21
2:10 1:08 0:00
Dystans
127.69km
1
28
41.32 37.17
Prędkość
24.74km/h
24
906
18.9 32.6 65.7
Kadencja
82rpm
122
Tętno
135bpm
161
Moc
175W
82
459
134 162 868
TSS
293
3
24
Przewyższenia
1582m
1
13
       595
Nachylenie
+ 3.8% - 4.3%
+ 15.7 - 14.3
Temperatura
26.8°C
23.0 31.0

Rutyna zabija radość. Zgodnie z tą myślą uruchomiłem BaseCamp i spojrzałem mapę okolic Krakowa z nieco większej perspektywy, zadając sobie pytanie, gdzie są miejsca, które pozostawiły znaczący ślad w historii moich rowerowych przygód, a jednocześnie dawno tam nie byłem? I tak oto mój wzrok powędrował w okolice Harbutowic, a konkretnie zatrzymał się na wąskim szlaku pomiędzy Harbutowicami a Bieńkówką. Ostatni raz byłem tam 11 września 2019 roku, a więc dość dawno temu, w czasach, gdy jeszcze żaden Chińczyk nie miał bliskiego kontaktu z nietoperzem i świat wyglądał zupełnie inaczej (wiem, wiem, zwolennicy spiskowej teorii dziejów sądzą coś innego). Cóż takiego ciekawego jest na tej drodze? Taki znak nigdy dobrze nie wróży.
Taki znak nigdy dobrze nie wróży.
Otóż znajduje się tam jeden z trudniejszych podjazdów w okolicy Krakowa, wiodący na wzgórze Sołtysi Dział. Jest też inna, mniej kulturalna nazwa, ale nie będę jej przytaczał. Trzeba też wiedzieć, że gdy nawet pokona się ten podjazd, to aby wrócić do Krakowa, trzeba zmierzyć się z kolejnymi wyzwaniami natury topograficznej. Pomysł na trasę był więc z gatunku: „łatwo nie będzie”.

Wyruszyłem przed czternastą, licząc, że o tej porze w miarę sprawnie dotrę do Skawiny, gdzie rozpoczynała się właściwa część trasy. Niestety przeliczyłem się. Od pewnego czasu Kraków stał się totalnie nieprzejezdny. Oczywiście rowerem jest łatwiej, ale lawirując pomiędzy samochodami traci się mnóstwo czasu i tam, gdzie mógłbym jechać szybko, niemiłosiernie się wlokłem. Odetchnąłem dopiero wówczas, gdy skręciłem w stronę Radziszowa. Potem była Wola Radziszowska, a za nią pierwszy tego dnia konkretny podjazd w stronę Biertowic. Było ciepło, a na asfalcie nawet bardzo ciepło, więc każda chwila spędzona pod ożywczym cieniem drzew była cennym bonusem. Z Biertowic pojechałem do Sułkowic, a następnie, jadąc cały czas pod górę, dotarłem do Harbutowic. Tam właśnie rozpoczynał Sołtysi Dział zdobyty!
Sołtysi Dział zdobyty!
się podjazd pod Sołtysi Dział. Od zjazdu z głównej drogi do szczytu jest około 3 kilometrów, ale zasadnicza część podjazdu liczy sobie mniej więcej kilometr i jest to kilometr o średnim nachyleniu przekraczającym 12%. Średnia jak to średnia, raz mniej, raz więcej, a więc już jest nieźle. Ale to nie wszystko. Ostatnie 250 metrów to walka o przetrwanie – prawie 17% średniego nachylenia. To jedno z tych miejsc, gdzie w głowie rodzą się pytania, po co to wszystko, czy nie ma lepszego sposobu na spędzanie czasu? W takiej chwili lepiej nie szukać odpowiedzi. Te pojawią się na szczycie, gdy tętno wróci w rozsądne granice, a oddech stanie się normalny.

Sołtysi Dział był dzisiaj najtrudniejszym podjazdem, ale nie jedynym. Musiałem przecież jakoś wrócić do Krakowa, a wokół siebie widziałem jedynie zalesione wzgórza. Moje miasto było gdzieś tam za nimi, więc czekały na mnie kolejne, jak to określiłem w tytule – atrakcje. Pierwsza z nich była niedaleko – to podjazd w Bieńkówce, którego najtrudniejszy fragment liczy sobie 300 metrów i ma prawie 13% średniego nachylenia. Warto się postarać, bo za dotychczasowe trudy otrzymujemy nagrodę w postaci 10 km zjazdu do Stróży. Stamtąd pojechałem do Myślenic, lecz po drodze musiałem zaliczyć miniaturkę Strade Bianche, Jezioro Dobczyckie.
Jezioro Dobczyckie.
gdyż tuż przed Myślenicami droga jest w remoncie. Zerwano asfalt i moje Cintinental Grand Prix 4-Season miały okazję się sprawdzić na żwirze i kamieniach.

Sposób na dotarcie z Myślenic do Grodu Kraka znam przynajmniej pięć. Ale kto powiedział, że chciałem szybko wracać. Wybrałem więc opcję jazdy do Dobczyc wzdłuż południowego brzegu Jeziora Dobczyckiego. Nieświadomym tej decyzji wyjaśniam, że nie jest to droga leniwie wijąca się wzdłuż brzegu tuż nad poziomem wody. Owszem, droga się wije, ale nie leniwie i nie na poziomie wody, ale to wznosi się, to opada, a procenciki nachyleń też są zacne – zwłaszcza, gdy w nogach jest już małe co nieco. Ja jednak przyjąłem zasadę, że jadę bez spiny, z nikim się nie ścigam, więc nikt nie wymaga ode mnie jazdy w trupa. Dzięki temu kolejne metry przewyższeń wpadały do historii, a ja mogłem cieszyć się jazdę w przecudownych klimatach małopolskich pejzaży.

Ostatnie wyzwanie - Chorągwica.
Ostatnie wyzwanie - Chorągwica.
Z Dobczyc pojechałem do Gdowa. Powoli kończyła się moja dzisiejsza eskapada. Ale przecież nie mogłem wrócić ot tak sobie. Na finał zaplanowałem sobie szczególny rodzaj masochizmu w postaci wyjazdu na Chorągwicę, licząc, że po całym dniu da mi w kość. No cóż, nieskromnie powiem, że się przeliczyłem. Po wszystkich poprzednich zmaganiach, Chorągwica była ledwie pagórkiem…

I na tym skończyły się dzisiejsze „atrakcje”, dowodząc, że nie tylko spontanicznie wybierane trasy, jak to twierdziłem poprzednim razem, mogą być ciekawe i pełne wyzwań. Cieszę, że pomimo upływu lat i coraz bardziej widocznych skutków nieuchronnie zbliżającej się jesieni mojej wędrówki po drogach tego świata, nadal mogę pokonywać szlaki, które kiedyś zdawały się wykraczać poza moje możliwości. Mówi się, że w zdrowym ciele, zdrowy duch. Ja to odwrócę – gdy Duch zdrowy, to i ciało zdrowe.



Z dołu do góry, z góry na dół

Sobota, 12 czerwca 2021 • Komentarze: 0

Aktywność
6 103 1616
Data
12 czerwca 2021
Sob. 10:58 14:04
Rower
Ridley Helium SLX
6 16 171
Kalorie
1602kcal
Czas
2:58:14
11
404
1:03 0:39 0:00
Dystans
82.08km
11
377
23.71 22.17
Prędkość
27.63km/h
19
422
22.5 33.5 78.8
Kadencja
85rpm
120
Tętno
140bpm
161
Moc
195W
29
168
150 172 681
TSS
208
10
183
Przewyższenia
847m
6
150
       392
Nachylenie
+ 3.6% - 3.8%
+ 14.7 - 14.7
Temperatura
28.5°C
25.0 33.0

Już nieraz przekonałem się, że spontanicznie wybierane trasy są najlepsze. No bo, gdy się je projektuje, to człowiek jakoś naturalnie stara się pominąć największe trudności lub przynajmniej jakoś je sensownie ułożyć w całym planie, aby np. nie pozostawiać sobie najtrudniejszych podjazdów na koniec. Tymczasem jadąc bez planu, musimy być przygotowani na sytuacje bez wyjścia. Gdy po stromym zjeździe jest równie stromy podjazd, to nie ma odwrotu. Albo jedziesz przed siebie i walczysz z przeciwnościami topografii, albo zawracasz i… też masz pod górę. Dzisiaj zafundowałem sobie właśnie taką, przypominającą grzebień (nieco wyszczerbiony), trasę. Cały czas góra, dół, góra, dół. Niewiele chwil na odprężenie i relaks, chociaż to właśnie te trudności najbardziej mnie odprężały, dając błogosławione oderwanie od codzienności i rutyny.

Okolice Mogilan.
Okolice Mogilan.



Wędrowanie

Wtorek, 8 czerwca 2021 • Komentarze: 0

Aktywność
5 102 1615
Data
8 czerwca 2021
Wt. 15:36 17:52
Rower
Ridley Helium SLX
5 15 170
Kalorie
1039kcal
Czas
2:00:50
20
933
0:28 0:25 0:00
Dystans
52.56km
22
882
9.96 11.35
Prędkość
26.10km/h
21
667
21.0 27.0 48.6
Kadencja
83rpm
130
Tętno
131bpm
157
Moc
196W
23
156
143 193 690
TSS
145
21
286
Przewyższenia
387m
14
611
       348
Nachylenie
+ 3.9% - 3.5%
+ 11.6 - 10.0
Temperatura
25.6°C
22.0 29.0

Pocovidowy widok Wawelu.
Pocovidowy widok Wawelu.
Czyżbym przerzucił się na piesze wycieczki, jak to sugeruje tytuł? Nic z tych rzeczy! Po prostu dzisiaj wpadłem na pomysł, aby odwiedzić okolice ZOO, ale nie od tej łatwiejszej strony, czyli od alei Kasy Oszczędności Miasta Krakowa (swoją drogą, ten, co wymyślił tę nazwę, musiał chyba wciągnąć coś mocnego), tylko od strony ulicy Księcia Józefa, aleją Wędrowników właśnie. No i tak mi się skojarzyło…

Oj dawno tamtędy nie jechałem, pamiętając, że nie jest to droga, którą pokonuje się z uśmiechem i pieśnią na ustach. To podjazd o długości 1500 metrów i średnim nachyleniu około 7%. Niby nie robi wrażenia, ale jest na nim ponad 300 metrowy fragment o średnim nachyleniu powyżej 11%. Nie jest więc lekko i przyjemnie. Wjeżdżałem więc na aleję Wędrowników, odczuwając dreszczyk emocji, a nawet po cichu licząc, że tym razem nie poczuję tych „procentów”. Aż tak dobrze jednak nie było, ale na górze zameldowałem się w pełni świadomy z oddechem nadążającym za zmęczeniem.



Koniec długiego weekendu

Niedziela, 6 czerwca 2021 • Komentarze: 0

Aktywność
4 101 1614
Data
6 czerwca 2021
Niedz. 15:27 18:59
Rower
Ridley Helium SLX
4 14 169
Kalorie
1817kcal
Czas
3:26:55
8
276
0:27 0:23 0:00
Dystans
101.29km
8
248
12.06 11.10
Prędkość
29.37km/h
8
178
26.8 28.8 49.4
Kadencja
90rpm
121
Tętno
132bpm
154
Moc
169W
89
511
146 164 722
TSS
186
12
216
Przewyższenia
371m
16
648
       255
Nachylenie
+ 3.1% - 3.4%
+ 7.7 - 7.9
Temperatura
25.3°C
22.0 29.0

Jeszcze przedwczoraj przemierzałem pienińsko-podhalańskie drogi, a dzisiaj wróciłem do rowerowej codzienności. Dość długo szukałem pomysłu na trasę, co było o tyle istotne, bo połowa narodu rozpoczęła powrót z długiego weekendu, a niewiele mniej osób wpadło na skądinąd słuszny pomysł, aby pogodny dzień celebrować na rowerze. Spodziewałem się więc sporego ruchu na trasie, a ja przecież lubię ciszę, spokój i samotność. Początkowo zamierzałem przejechać nie więcej niż 50-60 kilometrów. Gdybym trzymał się tych założeń, wróciłbym do domu rześki i wypoczęty. Jechało mi się jednak na tyle dobrze, że zdecydowałem się, aby dorzucić małe „co-nieco” i to niestety zemściło się na ostatnich kilkunastu kilometrach, które przejechałem na „oparach”.



Mocny ładunek nostalgii

Piątek, 4 czerwca 2021 • Komentarze: 0

Aktywność
3 100 1613
Data
4 czerwca 2021
Pt. 8:18 13:20
Rower
Ridley Helium SLX
3 13 168
Kalorie
2165kcal
Czas
4:13:36
3
68
2:00 0:57 0:00
Dystans
108.33km
4
115
39.11 33.75
Prędkość
25.63km/h
23
756
19.6 35.5 64.9
Kadencja
88rpm
123
Tętno
137bpm
160
Moc
173W
84
472
142 185 619
TSS
233
8
135
Przewyższenia
1322m
2
28
       958
Nachylenie
+ 3.4% - 3.9%
+ 11.8 - 13.7
Temperatura
23.7°C
16.0 33.0

Dawno temu, gdy byłem jeszcze dzieckiem, ludzie bardzo często spędzali urlop rok w rok w tym samym miejscu. W czasach, w których mało kto posiadał swój własny samochód, było to dość praktyczne. U właściciela pokoju gościnnego można było na przykład przechowywać część rzeczy potrzebnych podczas wypoczynku, dzięki czemu nie trzeba było targać dziesięciu walizek do pociągu lub autobusu. Można było też zawrzeć ciekawe znajomości z innymi letnikami, którzy również preferowali taką samą formę wypoczynku. Poza tym, chcąc nie chcąc, młody człowiek przywiązywał się do miejsca, w którym przebywał, zwłaszcza, że dzieci zupełnie inaczej postrzegają czas i dwa lub więcej tygodni wypoczynku wydawało się trwać bez końca. Takim moim miejscem, do którego odczuwam olbrzymi sentyment, jest Krościenko nad Dunajcem i sąsiadująca z nim Szczawnica. W dzieciństwie to właśnie tam spędzałem każde wakacje. I chociaż czas zupełnie zmienił to miejsce, moja wyobraźnia przywraca je do stanu sprzed czterech dekad – rynek w Krościenku znów wyłożony jest kamieniami z Dunajca, wozy drabiniaste terkocą na bruku, przed drzwiami stoją bańki z mlekiem, a na straganach czuć zapach świeżego sera…

Trudno się dziwić, że na moją pierwszą w tym roku przygodę rowerową, która nie miała się zacząć i zakończyć w Krakowie, wybrałem właśnie Pieniny i okolice. Plan był gotowy od dawna, ale na przeszkodzie stała pogoda. Dopiero dzisiaj, w środku długiego weekendu wszystko ułożyło się idealnie i mogłem przemierzyć nostalgiczny świat moich dziecięcych wspomnień.

Wyruszyłem bladym świtem z… Krakowa, ale spokojnie, spokojnie, nie rowerem, tylko samochodem. Niecałe dwie godziny później byłem już w Szczawnicy na parkingu i mogłem przygotować się do jazdy. Dzień miał być wyjątkowo ciepły, ale póki co (czyli o 8:00) było tylko 11 °C. Pod koszulkę założyłem więc drugą – z długim rękawem, zamierzając zdjąć ją, gdy zrobi się gorąco. Po kilkunastu minutach byłem gotowy do jazdy. A więc w drogę…

Pierwszym etapem był dojazd do Krościenka nad Dunajcem, a następnie do Tylmanowej. To prawie 15 kilometrów lekko opadającej drogi, co stanowiło dość dobrą rozgrzewkę. Jechałem dość spokojnie, wiedząc, że prawdziwa sól kolarstwa jest dopiero przede mną. W Tylmanowej skręciłem na zachód i rozpocząłem pierwszy tego dnia podjazd. Jeżdżąc na co dzień w okolicach Krakowa, przyzwyczaiłem się do raczej krótkich podjazdów. Nie ma znaczenia, czy są trudne, czy łatwe – są relatywnie krótkie. Tym razem czekało mnie 19 kilometrów wspinaczki na przełęcz Knurowską. Oczywiście, to nie Alpy, więc podjazd w olbrzymiej większości był łatwy. Dopiero ostatnie dwa kilometry, a zwłaszcza sama końcówka były bardziej wymagające. Nadal oszczędzałem siły, więc na szczycie nie czułem żadnego zmęczenia. Teraz czekał mnie kręty zjazd, a ponieważ nie jestem mistrzem zjazdów i mój styl pokonywania zakrętów przypomina raczej kwadrat niż owal, nie byłem w stanie znacząco poprawić średniej prędkości. Na szczęście nie o prędkość dzisiaj chodziło.

Dotarłem do drogi 969, która łączy Nowy Targ z Krościenkiem. Musiałem przejechać nią jedynie 4 kilometry do Łopusznej, ale były to najgorsze 4 kilometry podczas całej eskapady. Miałem wrażenie, że po wielu miesiącach obostrzeń, kwarantann narodowych, ograniczeń, przymusowego siedzenia w domu tudzież niepogody, cała Polska ruszyła na wypoczynek. Niekończący się sznur samochodów wszelakiej wielkości, a co gorsza, kierowanych przez osoby o przeróżnych umiejętnościach. Niektórzy wyprzedzali mnie, zachowując wyjątkowo duży margines bezpieczeństwa (duży szacun), ale byli też tacy, którym przepisowy metr mylił się z decymetrem. Z wielką ulgą, ciesząc się, że jestem cały i zdrowy (ja oraz mój rower) skręciłem w Łopusznej w boczną drogę, pozostawiając za sobą to całe długo-weekendowe szaleństwo. Jechałem na południe, a więc przed moimi oczami rozpościerał się monumentalny widok Tatr – monumentalny, rzecz jasna, na miarę naszej polskiej topografii. Tymczasem droga znów zaczęła wznosić się ku górze, początkowo subtelnie i na tyle niemrawo, że dałem się zwieść, a tymczasem ostatnie 800 metrów to była prawdziwa walka z podjazdem, którego średnie nachylenie na tym odcinku przekraczało 10%. Nomen omen wspinałem się do wsi Czarna Góra i chyba wiem, skąd taka nazwa. Góra, bo na górze. Czarna, bo jak na nią wyjeżdżasz, to widzisz ciemność przed oczami.

Potem, co logiczne, był zjazd, który minął nadspodziewanie szybko i droga – uwaga, znów się powtórzę – zaczęła piąć się w górę. No, ileż można? Ano można, zwłaszcza, gdy się jest w górach. I znów początkowo było w miarę spokojnie i nawet miałem nadzieję, że najgorsze już poza mną. Jakże się myliłem! Największa „atrakcja” była dopiero przed mną. Na razie jednak jechałem sobie z Jurgowa na wschód i nawet trafił się jakiś „zjeździk”, co w sumie powinno wzbudzić moją czujność, bo jakoś zewsząd otaczały mnie góry. No i wkrótce zaczęło się. Na początku luzik – nieco ponad kilometr o nachyleniu niecałe 5%. Spoko, dałem radę z pieśnią na ustach. Śpiewać przestałem na kolejnym kilometrze o nachyleniu 10%. Dodam jeszcze, że słonko już nieźle przygrzewało, więc do kolekcji wyzwań doszła jeszcze temperatura. To nadal nie był koniec, bo po kolejnych w miarę spokojnych kilkuset metrach, musiałem się zmierzyć z finałowym kilometrem, nieco tylko łagodniejszym (7%) od wspomnianego przed chwilą (10%). Dałem radę.

Znów zjazd, ale tym razem bardzo długi, bo dwudziestokilometrowy! Różnica wzniesień to prawie 500 metrów, a więc było co zjeżdżać. Powoli zbliżałem się do finału dzisiejszej wyprawy, ale ten finał wcale nie miał być fraszką, igraszką, zwłaszcza, że moje nogi odczuwały już trudy poprzednich wspinaczek. Przejechałem właśnie przez zaporę na Jeziorze Sromowskim i zamierzałem dotrzeć do Krośnicy, która oczywiście znajdowała się po drugiej stronie góry. Podjazd był dwuczęściowy. Pierwsza jego część to około 5 kilometrów i średnio 5% nachylenia. Potem jest krótki zjazd, a po nim kolejne półtora kilometra i znów jakieś 5%. Jeszcze tylko kilka „hopek” i nareszcie zjazd aż do samego Krościenka nad Dunajcem.

To był cudowny dzień i wspaniała przygoda. Nie szalałem, nie dawałem z siebie wszystkiego, nie skupiałem się wyłącznie na pedałowaniu, bo tak naprawdę chciałem podziwiać świat, który mnie otaczał. Świat, który tam, gdzie nie dotarł człowiek ze stalą i betonem, pozostał takim, jakim go zapamiętałem z dzieciństwa. A tam, gdzie ingerencja ludzka zmieniła go na zawsze, mogłem użyć siły swoich wspomnień i ożywić umarłe krajobrazy. To była piękna wprawa w świat nostalgii i wzruszeń.

Ostatnie chwile przed wyruszeniem na trasę.
Ostatnie chwile przed wyruszeniem na trasę.
Rzut oka za siebie  - Wyjeżdżam z Krościenka nad Dunajcem.
Rzut oka za siebie - Wyjeżdżam z Krościenka nad Dunajcem.
Końcówka podjazdu na Przełęcz Knurowską.
Końcówka podjazdu na Przełęcz Knurowską.
Widok z Czarnej Góry. Przede mną zjazd 16%!
Widok z Czarnej Góry. Przede mną zjazd 16%!
Takie widoki towarzyszyły mi na podjeździe do wsi Rzepiska.
Takie widoki towarzyszyły mi na podjeździe do wsi Rzepiska.
Sromowce Wyżne, czyli ostatni konkretny podjazd na trasie.
Sromowce Wyżne, czyli ostatni konkretny podjazd na trasie.
Wróciłem do Krościenka, a potem...
Wróciłem do Krościenka, a potem...
...do Szczawnicy.
...do Szczawnicy.



Delikatnie

Czwartek, 3 czerwca 2021 • Komentarze: 0

Aktywność
2 99 1612
Data
3 czerwca 2021
Czw. 13:34 15:32
Rower
Ridley Helium SLX
2 12 167
Kalorie
1114kcal
Czas
1:53:43
21
1038
0:22 0:16 0:00
Dystans
57.26km
19
756
10.54 8.78
Prędkość
30.21km/h
3
71
28.2 31.1 50.7
Kadencja
91rpm
117
Tętno
138bpm
158
Moc
188W
45
278
163 165 602
TSS
125
22
308
Przewyższenia
292m
20
854
       243
Nachylenie
+ 2.8% - 3.3%
+ 8.3 - 8.7
Temperatura
26.6°C
24.0 29.0

Niewiele kilometrów dzisiaj wpadło, ale było to absolutnie świadome i dobrowolne. Na jutro zaplanowałem bardzo konkretną eskapadę, o której myślałem od bardzo dawna i po prostu nie chciałem się zmęczyć. Dzisiaj to wszystko. Jutro napiszę więcej…