Counter

Cube Agree C:62 Pro

Dobra zmiana?

Poniedziałek, 12 czerwca 2017 • Komentarze: 0

Cube Agree przejechał ponad tysiąc osiemset kilometrów. To chyba dobry czas, aby podzielić się pierwszymi uwagami na jego temat i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to była dobra zmiana?

Nie jestem profesjonalnym recenzentem rowerów, który potrafiłby powiedzieć, że np. kąt główki ramy powinien być większy o 0,001 stopnia, bo coś tam. Nie potrafię przelać na wirtualny papier mnóstwa mądrych informacji, których być może nie rozumie nawet ich autor. Jestem po prostu amatorem kolarstwa, któremu albo dobrze się jeździ, albo źle, albo mu coś przeszkadza, albo z czegoś jest szczególnie zadowolony. To wszystko. Uwagi nie będą więc naukowe, ale za to praktyczne, bo rodziły się w pocie, którym zraszałem małopolski asfalt.

Rower mi się podoba. Nie może być inaczej, bo przecież robiłem go sam dla siebie. Tym razem nie musiałem sobie wmawiać, że „w pierona” napisów na ramie jest fajne (jak w przypadku Ridleya Fenixa). Rama jest dość skromna w swojej wizualnej formie, nie przeładowana grafiką, napisami, ani innymi ozdobnikami. Postarałem się, aby cała reszta komponentów pasowała wizualnie do ramy i prawie mi się udało. Prawie, bo mostek i kierownica są matowe, ale na szczęście mało rzucają się w oczy, aby pozostawić skazę na czystości formy. Swoją drogą miałem już okazję docenić zalety błyszczącego lakieru, gdy w jaskrawym słonecznym świetle zauważyłem kilka małych zmatowień w okolicy koszyka na bidon. Nie wiem, skąd się wzięły, ale kilka minut, plus szmatka, plus pasta Tempo wystarczyły, aby odeszły w zapomnienie. Wizualnie jest więc świetnie, ale rower nie każdemu musi się podobać, bo wszakże „de gustibus non est disputandum”.

Rower jest lekki, co natychmiast się czuje na trasie. Po prostu ma się wrażenie, że jedzie sam. Wrażenie to z reguły mija na pierwszym podjeździe, gdy nachylenie przekracza 6° i gdzie nieubłagane prawa grawitacji zwyciężają najlżejszą choćby konstrukcję. No ale i tak jest super, bo wywiezienie pod górę lekkiego roweru kosztuje mniej siły, niż wywiezienie roweru ciężkiego. Do tego przyzwyczaił mnie już Ridley Fenix, który był cięższy od Cube Agree ledwie o 215 gramów, więc nie będę ściemniał, że różnica jest kolosalna. To, czego nie widać na podjazdach, bardziej widoczne jest na płaskim i na zjazdach. Cube Agree jest szybki, naprawdę szybki. Po części to zasługa ramy, która jest zdecydowanie bardziej „aero” od Fenixa, a po części – i sądzę, że to jest prawdziwy powód – bardziej pochylonej pozycji. Niższa pozycja nie wzięła się znikąd, ale jest to skutek obniżenia kierownicy o jakieś dwa centymetry. To dużo i trochę obawiałem się, jak wytrzyma to mój kręgosłup, kark i ramiona. Kręgosłup nawet tego nie zauważył. Kark przypomina o sobie tylko podczas dłuższych wypraw, gdy zbyt długo gapię się przed siebie, nienaturalnie odginając głowę. Ramiona dają radę, o ile dbam, aby od czasu do czasu korzystać z różnych rodzajów chwytów. Normalka.

Idąc po kolei. Rama sprawdziła się w boju. Jest sztywna, wytrzymała i dość dobrze tłumi nierówności. Ani drgnie na agresywnie atakowanych podjazdach, gdy deptam na pedały tym, co maksymalnie może zaoferować 50-cio letni silnik, czyli w porywach 1000 watów. Nie robią na niej wrażenia bruki. Z Paryż – Roubaix co prawda się nie mierzyłem, ale kostkę pod Wawelem na ul. Św. Idziego zaliczyłem i owszem. Nic nie zgrzyta, nie piszczy, nie trzeszczy, nie stuka. Po prostu cisza, a raczej kojący szum opon. W Ridleyu miałem problem ze sterami, na których często pojawiał się luz. Sądzę, że był spowodowany wycieraniem się stożkowej podkładki pod mostkiem. W Cube zastosowałem innowacyjne podkładki Deda HSS, które nie tylko super wyglądają, ale są jak Zawisza – można na nich polegać. Luzów więc nie było, nie ma i – jak mniemam – nie będzie.

Kierownica Deda Superleggera. Super pozytywne zaskoczenie.Kierownica Deda Superleggera. Super pozytywne zaskoczenie.Zaskoczony jestem kierownicą. Ma nieco inny kształt, niż wszystkie dwa „baranki”, których używałem do tej pory. Jest „muskularna”, żeby nie powiedzieć gruba, a jej górna część jest figlarnie wygięta, co jest ponoć znaczące w kwestii ergonomii. Istotnie, jest wygodna i nawet po przejechaniu wielu kilometrów nie odczuwam żadnego dyskomfortu. Zupełnie przez przypadek jest węższa o 2 centymetry od używanej poprzednio, bo podczas zamówienia nie zauważyłem, że podany wymiar nazywa się „outside-to-outside”, a nie „center-to-center”. Okazało się jednak, że jest dla mnie idealna i wcale nie na oko, ale po prostu zmierzyłem ramiona, co jednoznacznie dowiodło, że do tej pory używałem zbyt szerokiej „kiery”. No i jeszcze jedno. Deda Superleggera, pomimo tego, że jest super leggera (superlekka), ma specjalny kanał do poprowadzenia kabli i pancerzy od manetek, a więc nic nie zakłóca czystości formy.

Myśląc o siodełku, przychodzi mi do głowy tylko jedna myśl: nareszcie. Nareszcie mam super wygodne i super lekkie siodełko. Czy polecam go każdemu? Skądże. Siodełko trzeba po prostu dobrać do… sami wiecie czego.

Koła mam nowe i stare jednocześnie. Nowe, bo zaplatałem je na nowo i użyłem nowych obręczy. Stare, bo piasty i szprychy są dokładnie te same. Jak się sprawdzają. Tak samo jak rok temu i dwa lata temu. Tutaj nie ma żadnego przełomu, bo trudno było w tej konstrukcji cokolwiek ulepszyć. Od czasu do czasu przychodzi mi do głowy myśl, aby zainwestować w karbonowe obręcze, ale wtedy odzywa się „pan rozsądny”, czyli moje drugie ja i wypowiada jedno z dwóch zdań: „masz za dużo kasy?” – gdy myślę o markowych kołach, markowego producenta lub „naprawdę chcesz już umrzeć?” – gdy myślę o zakupie „chińskiego karbonu” na Aliexpress.

Cube Agree w plenerze.Cube Agree w plenerze.Napęd mam ten sam, co w ubiegłym roku, czyli Shimano Dura-Ace 9070. Jakoś oparłem się pokusie wymiany na najnowszą grupę R9150. Powiem więcej, nawet nie miałem takiej pokusy. To, co mam, działa świetnie. Sprawdziło się rok temu i nadal sprawdza. Nie byłbym jednak sobą, gdybym czegoś nie ulepszył. Nie cierpię wystającego kablarstwa, więc wkurzał mnie łącznik zamontowany pod mostkiem. Nie wyglądało to profesjonalnie. Zdaje się, że Shimano doszło do podobnych wniosków i mam teraz łącznik zamontowany w końcówce kierownicy, czyli tam, gdzie normalnie znajduje się korek. Szkoda tylko, że kierownica nie pozwala na całkowite poprowadzenie kabli wewnątrz, przez co część z nich jest poprowadzona pod owijką, co nie do końca mi się podoba, bo burzy moje poczucie estetyki i profesjonalizmu. To jednak mała cena za ograniczenie bałaganu w kokpicie. Drugą nowością jest transmiter, dzięki któremu cały system może „dogadać” się z komputerem rowerowym. Rok temu dość pokaźnej wielkości moduł, ukryłem w ramie. Teraz zaopatrzyłem się w miniaturowe „coś”, co łączy po prostu dwa przewody i już. Małe, zgrabne, skuteczne, prawie niewidoczne. Najważniejszą zmianą w napędzie jest wykorzystanie bajeru, który został wprowadzony w najnowszym Dura-Ace, a mianowicie „Synchro-Shift”. Synchroniczna zmiana przełożeń znana jest już w świecie XC. Na szosie to nowość. Polega to na tym, że mamy możliwość zmiany przełożeń jedynie dwoma przyciskami, a system tak dopasowuje wzajemnie położenie przedniej i tylnej przerzutki, aby wrzucać kolejne przełożenia. Jeśli więc zachodzi konieczność, aby zrzucić na małą tarczę, tylna przerzutka cofnie łańcuch na odpowiednio mniejszą koronkę, aby zachować przełożenie. W drugą stronę jest podobnie. Wrzucając duży blat, z tyłu łańcuch wchodzi na większą koronkę. Czy to się sprawdza? Generalnie tak, ale je wykorzystuję głównie tryb pół-synchroniczny, czyli taki, w którym nadal operuję dwoma przerzutkami niezależnie, ale zmiana przełożenia z przodu, powoduje dopasowanie położenia łańcucha na kasecie. I tutaj powoli dochodzę do pierwszej negatywnej uwagi. Możliwość korzystania z nowej funkcjonalności wymagała zmiany… baterii. Tak, tak. Całą logikę tamże właśnie ukryto. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że po przejechaniu ponad tysiąca kilometrów, gdy wskaźnik naładowania pokazywał jeszcze 60%, przerzutki nagle przestały działać. Okazało się, że bateria jest całkowicie wyładowana. Dobrze, że to się stało w domu, a nie na trasie. Nie wiem jeszcze, co było tego przyczyną, ale jeśli problem się powtórzy, to nie omieszkam o tym napisać.

Do oceny pozostały jeszcze hamulce. To moja pierwsza przygoda z hamulcami typu Direct-Mount, czyli mocowanymi bezpośrednio do widelca lub ramy za pomocą dwóch śrub. Ich przewaga nad typową konstrukcją polega na tym, że raz wyregulowane pod względem symetrii wobec obręczy, wyregulowanymi pozostają. Natomiast jeśli chodzi o samą jakość hamowania, to są równie skuteczne jak te, których używałem przez dwa poprzednie sezony. I tylko jedna rzecz zdecydowanie się nie sprawdziła, o której już miałem okazję napisać. To klocki Clarks CP202. Można ich użyć w tokarce lub we frezarce, ale niech Bóg Was broni przed założeniem ich do roweru. No chyba, że ktoś odczuwa niepohamowaną (nomen omen) potrzebę skrócenia żywotności obręczy. Szybko wymieniłem je na Kool-Stop KS-DURADL, które okazały się przysłowiowym strzałem w przysłowiową dziesiątkę.

No i teraz mogę już odpowiedzieć na pytanie, które zadałem sam sobie na początku. Tak, Cube Agree C:62 Pro to dobra zmiana.

Skomentuj...

Podpis: (opcjonalnie)

Jeśli chcesz, abym mógł się z Tobą skontaktować, wpisz w poniższym polu adres e-mail lub numer telefonu. Ta informacja będzie znana wyłącznie mnie i nigdzie nie będzie widoczna.
Kontakt: (opcjonalnie)