Ulepszanie dobrego, czyli nowe koła na warsztacie

Poniedziałek, 16 września 2019 • Komentarze: 0

Odkąd sięgam pamięcią, moi rodzice mieli ze mną problem. Problem polegał na tym, że nigdy nie potrafiłem przejść do porządku dziennego nad zabawką, którą dostałem. Każda musiała zostać rozebrana na czynniki pierwsze, bo musiałem wiedzieć, co jest w środku. Niestety operacja odwrotna nie zawsze kończyła się sukcesem, co skutkowało przyklejeniem mi łatki „psuja”. Tylko mój tato dobrze wiedział, że w ten sposób poznaję otaczający mnie świat. Z czasem, gdy już nie miałem problemów, aby na powrót złożyć to, co rozkręciłem, wszedłem na wyższy poziom wtajemniczenia i zacząłem wszystko przerabiać, modyfikować, ulepszać. Oczywiście to także nie zawsze kończyło się sukcesem, ale kto nie próbuje, ten nigdy do niczego nie dojdzie. Przerabiałem więc wszystko, a to w zamierzchłych czasach komuny było łatwe i trudne zarazem. Łatwe, bo przedmioty, którymi się otaczałem były niedoskonałe i aż prosiły się o udoskonalenie. Trudne, bo na rynku brakowało wszystkiego i trzeba się było nieźle nakombinować, aby zdobyć potrzebne materiały. Takim przykładem mojej ówczesnej działalności był sprzęt RTV. Nie było mnie stać na zachodnie „cudeńka” z Pewexu, więc musiałem zadowolić się tworami polskiej myśli technicznej, które z trudem udało się „zdobyć” spod lady. Pod względem parametrów owe urządzenia dzieliła przepaść od zachodnich produktów, więc zazwyczaj bardzo szybko poddawałem je różnym modyfikacjom. To blog rowerowy, a więc nie będę tutaj opisywał szczegółów. Chciałem tylko wyjaśnić przyczyny mojej nieustającej chęci ulepszania wszystkiego.

Niedawno kupiłem nowe koła FFWD F4R FCC. Są naprawdę fajne, a wręcz zaryzykowałbym stwierdzenie, że niemal idealne. Wystarczy założyć je do roweru i śmigać po szosach, ciesząc się jazdą. I tak zapewne zrobiłoby 99,9% ich użytkowników. Ale nie ja. Moja „mania ulepszania” sprawiła, że już w momencie składania zamówienia miałem plan ich modyfikacji. Ale czy w niemal idealnym produkcie można coś zmodyfikować? Można.

Zanim jednak przejdę do szczegółów, po raz tysięczny zaznaczam, że nie startuję w żadnych wyścigach. Jestem rowerowym introwertykiem, który kocha samotne eskapady. To, że mam lekki i szybki rower jest wyłącznie moją fanaberią. Równie dobrze mógłbym jeździć na dwukrotnie cięższym sprzęcie i pewnie nie byłoby to specjalnie widoczne w moich statystykach. Piszę o tym na wypadek, gdyby ktoś po przeczytaniu tego, o czym zaraz napiszę, zadał logiczne pytanie: „po co”?

Dobre narzędzia, to podstawa.
Dobre narzędzia, to podstawa.
Już kiedyś zbudowałem koła na piastach DT 240s i uważam, że te piasty są naprawdę świetne. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Są trwałe, nie wymagają skomplikowanych zabiegów serwisowych, a do wykonania podstawowych czynności obsługowych nie są potrzebne żadne – podkreślam żadne – narzędzia. Mimo to postanowiłem nieco je zmodyfikować. Na pierwszy ogień poszły łożyska. Standardowo w piastach DT240s zamontowane są bardzo dobrej jakości stalowe łożyska maszynowe. Zdecydowałem się na ich wymianę na łożyska ceramiczne, a dokładniej mówiąc, na łożyska hybrydowe, czyli takie, których bieżnie wykonane są ze stali, a tylko kulki są ceramiczne. Moim celem było zmniejszenie oporów toczenia, dzięki któremu zapewne oszczędzę jakieś 0,1 W mocy… Można byłoby sądzić, że przy okazji zyskam także kilka gramów na wadze, ale tutaj muszę Was zaskoczyć. U góry standardowe łożyska. Na dole ceramiczne, a w zasadzie hybrydowe.
U góry standardowe łożyska. Na dole ceramiczne, a w zasadzie hybrydowe.
Komplet sześciu łożysk hybrydowych okazał się cięższy o 1,2 grama od ich stalowych odpowiedników. Dlaczego? To bardzo proste. Nie użyłem łożysk pochodzących z pewnego bardzo dużego, dalekowschodniego kraju, bo mam raczej przykre doświadczenia w tej kwestii, które miałem już okazję opisać na moim blogu. Użyłem łożysk z katalogu DT Swiss, zakładając, że jest to gwarantem jakości. Jakkolwiek podstawowe czynności serwisowe piast DT 240s nie wymagają żadnych narzędzi, to wymiana łożysk już tak. A konkretnie potrzebny jest… młotek. No dobra, trochę przesadziłem. Przyda się jeszcze imadło oraz zestaw odpowiednich cylindrów (tulejek i wybijaków), dzięki którym cała operacja staje się banalna. Polak potrafi, więc zapewne można byłoby obyć się bez wspomnianego zestawu cylindrów, wykorzystując np. klucze nasadowe, ale ja nie ryzykowałem, bo chyba nie byłoby nic głupszego od zniszczenia drogich kół tylko dlatego, że chciałem oszczędzić na narzędziach. Nie opisuję samej procedury wymiany łożysk, bo jest ona dość dobrze udokumentowana w oficjalnych materiałach DT Swiss, a także można znaleźć stosowne filmiki na youtube. Zaznaczę tylko, że musiałem nieco zmodyfikować tę procedurę, ponieważ tylna piasta w kole FFWD F4R FCC jest przystosowana do zaplotu prostych szprych typu Straightpull w układzie 2:1. W związku z tym, w korpusie piasty umieszczono łożysko typu 6902 po stronie napędowej i 6802 po stronie nie napędowej. Typowa piasta posiada dwa łożyska 6902.

U góry system Ratchet z 18 zapadkami. Na dole z 54.
U góry system Ratchet z 18 zapadkami. Na dole z 54.
Druga modyfikacja dotyczyła systemu Ratchet, czyli opatentowanego przez DT Swiss sposobu przeniesienia napędu z bębenka na piastę. Jego głównym elementem są dwa pierścienie z zapadkami, które wzajemnie się zazębiają. Standardowo pierścienie zawierają 18 zapadek. Łatwo więc policzyć, że zazębiają się co 20 stopni. To jest całkiem ok, ale ja chciałem mieć bardziej ok. DT Swiss oferuje dwa „apgrejdy” systemu Ratchet, zawierające odpowiednio 36 lub 54 zapadki. Wybrałem, jakże by inaczej, ten drugi i teraz „zazębiam” się co 6,66 stopnia, generując przy okazji dość charakterystyczny dźwięk. Tak na marginesie wspomnę, że sama wymiana pierścieni nie wymagała użycia żadnych narzędzi. Na tym zakończyły się moje modyfikacje piast DT 240s.

Folia Oracal służy jedynie do utrzymania zatyczek VeloPlugs na swoim miejscu.
Folia Oracal służy jedynie do utrzymania zatyczek VeloPlugs na swoim miejscu.
Kolejna zmiana, której dokonałem w kołach FFWD F4R FCC dotyczyła taśmy na obręcz. W moich poprzednich kołach nie używałem taśmy, ale specjalnych zatyczek VeloPlugs. Sprawdziły się doskonale. Są lżejsze od najlżejszej i mocniejsze od najmocniejszej taśmy na obręcz. W zasadzie tylko potrzeba instalacji systemu bezdętkowego wyklucza możliwość ich użycia. Póki co używam dętek, więc oczywistą oczywistością było zastosowanie identycznego rozwiązania w nowych kołach. Spotkała mnie jednak niemiła niespodzianka. VeloPlugs produkowane są w dwóch wersjach: czerwone do otworów o średnicy 8 mm i żółte do otworów o średnicy od 8,5 do 9,2 mm. Okazało się, że te pierwsze są trochę za małe i nie trzymają się w otworach, a te drugie są za duże i nie da się ich wcisnąć. Trzeba było znaleźć rozwiązanie. No i znalazłem. Postanowiłem zrobić swoją własną, ultralekką taśmę na obręcz, której jedynym zadaniem byłoby utrzymanie VeloPlugs w otworach na nyple. Idealna do tego celu okazało się samoprzylepna folia Oracal o długości 2 m, którą przyciąłem na szerokość 1 cm. Zatyczki VeloPlugs plus wąski pasek folii Oracal ważą w sumie 5 g. Pokażcie mi taśmę odporną na wysokie ciśnienie, która waży mniej.

Gotowe. Można śmigać!
Gotowe. Można śmigać!
Na koniec zostawiłem sobie delikatną zmianę „image” kół. Moje koła są czarne, matowe z czarnymi błyszczącymi napisami. Nie rzucają się w oczy. Z daleka wyglądają skromnie, nie przyciągają wzroku feerią barw. Dopiero z bliska widać, że mamy do czynienia z markowym produktem. To mi odpowiada, ale chciałem jakoś wyróżnić mój zestaw, sprawić, by stał się spójny z resztą roweru, a konkretnie z ramą, bo to właśnie ona nadaje charakteru całej konstrukcji. Bardzo podoba mi się wykończenie mojej ramy, o czym wielokrotnie miałem okazję napisać. Postanowiłem przenieść na obręcz dwa motywy. Pierwszym z nich jest połączenie geometrycznych kształtów w kolorach czerwonym, białym i kilku odcieniach szarości. Drugim jest hasło Ridley’a, czyli #BeTOUGH. Można je zrozumieć dwojako („be” to być, ale także symbol Belgii), ale ja zdecydowanie wolę to zwyczajne tłumaczenie „być twardym”. Czy udało mi się osiągnąć efekt spójności?
Czy udało mi się osiągnąć efekt spójności?
A Ridley Helium to nie rower dla mięczaków, jadących do sklepu po świeże bułeczki, ale dla fighterów, wylewających morze potu na stromych podjazdach, zmagających się z północnym brukiem, wiatrem i deszczem lub południowym upałem. Prawdę mówiąc, nie wiem, czy należę do tej kategorii, ale z pewnością walczę sam z sobą. A zatem te dwa motywy miały zagościć na obręczach. Oczywiście nie zamierzałem ich malować, bo po pierwsze, nie mam odpowiednich warunków, po drugie, nie mam potrzebnych umiejętności, a po trzecie, taka zmiana byłaby raczej nieodwracalna. Postanowiłem więc zaprojektować i zamówić odpowiednie naklejki. Projekt wykonałem w darmowym programie do grafiki wektorowej InkScape i wysłałem go do drukarni cyfrowej, która za przyzwoite pieniądze realizuje bardzo dobre jakościowo, niskonakładowe projekty. Efekt modyfikacji jest widoczny na zdjęciach. O gustach się nie dyskutuje. Mnie się podoba.

I to koniec zmian. Nie licząc wymiany łożysk, były raczej kosmetyczne. Jednak najbardziej zależało mi na tym, aby koła stały się unikalne i wyróżniały się pośród całej masy identycznych produktów, a jednocześnie stanowiły integralną część roweru nie tylko dlatego, że są do niego przykręcone, ale także poprzez spójność koncepcji graficznej. Mam nadzieję, że to mi się udało.

Skomentuj...

Podpis: (opcjonalnie)

Jeśli chcesz, abym mógł się z Tobą skontaktować, wpisz w poniższym polu adres e-mail lub numer telefonu. Ta informacja będzie znana wyłącznie mnie i nigdzie nie będzie widoczna.
Kontakt: (opcjonalnie)