Zanim wystrzeli korek od szampana

Wtorek, 31 grudnia 2019 • Komentarze: 1

Przyznam szczerze, że od kilku dni usiłowałem stworzyć coś w rodzaju podsumowania roku, który za kilkanaście godzin ostatecznie odejdzie do historii. Gdy zasypiałem, w mojej głowie powstawały zgrabne zdania, układające się w sensowną treść. Problem w tym, że gdy usiłowałem przelać je na wirtualny papier, dopadała mnie totalna niemoc twórcza. Mój treningowy kąt. Spędziłem w nim mnóstwo czasu na początku tego roku.
Mój treningowy kąt. Spędziłem w nim mnóstwo czasu na początku tego roku.
Zupełnie nie wiedziałem, o czym tak naprawdę powinienem napisać. Paradoksalnie mijający rok był najlepszym czasem w historii mojej rowerowej pasji i nie powinienem mieć żadnych problemów ze skreśleniem choćby kilkudziesięciu prostych słów. A może to właśnie urodzaj dobrych informacji sprawił, że nie wiedziałem, co tak naprawdę chciałbym zawrzeć w tym ostatnim tegorocznym wpisie na moim blogu?

Zaiste mijający rok był niesamowity. Zaliczyłem najwięcej aktywności rowerowych, przejechałem najwięcej kilometrów, miałem najwyższą prędkość średnią, największą moc średnią, spaliłem najwięcej kalorii i pobiłem osobisty rekord dystansu. Czy właśnie o tym powinienem napisać? Być może, lecz czy kogokolwiek to obchodzi? To ważne osiągnięcia, ale tylko dla mnie. Każdy z nas jest inny, każdy z nas znajduje się w innym miejscu na mapie rowerowej pasji. Dla części z Was moje „osiągnięcia” nie są niczym szczególnym, a wręcz mogą okazać się śmiesznie słabe. Innym wydadzą się nieosiągalne. Doszedłem więc do wniosku, że szkoda tracić czas i skupiać się na narcystycznym „chwalipięctwie”. A zatem to byłoby na tyle. Dziękuję za uwagę i do usłyszenia…

Żartowałem. W natłoku różnych koncepcji odkryłem wreszcie temat, który jest na tyle uniwersalny, że może dotyczyć każdego w każdym czasie. I myślę, że właśnie o tym mogę, a nawet powinienem napisać w podsumowaniu roku 2019.

To będzie krótka historia odrodzenia mojej rowerowej pasji.

Gdy 365 dni temu strzelające korki od szampana symbolicznie witały nowy rok, nie miałem najlepszego nastroju. Kilka miesięcy wcześniej dopadł mnie jakiś kryzys, coś w rodzaju wypalenia. Niemalże z dnia na dzień jazda na rowerze przestała mnie ekscytować. Jeździłem coraz mniej, więc forma spadała. Forma spadała, więc szybciej się męczyłem. Szybciej się męczyłem, więc jazda nie sprawiała mi przyjemności. Jazda nie sprawiała mi przyjemności, więc jeździłem mniej. I tutaj koło się zamykało. Wpadłem w rekurencję niemocy, z której nie potrafiłem się wyrwać. A potem wróciła radość.
A potem wróciła radość.
Przemogłem się dopiero w grudniu i kupiłem trenażer. Już pierwsze treningi pokazały, jak bardzo jestem słaby i jak wielką pracę powinienem wykonać. W styczniu wcale nie byłem pewien, czy to się uda. Zaparłem się. Trenowałem regularnie. Wylewałem litry potu na czerwoną matę z białym napisem „Elite”. Dzień za dniem realizowałem plany treningowe, mając nadzieję, że dzięki nim wskoczę na wyższą orbitę kolarskich możliwości, co z kolei pozwoli odzyskać „raj utracony” mojej rowerowej pasji. Nieliczni, acz wierni czytelnicy mojego bloga wiedzą, że się udało. Przeżyłem szok, gdy na początku kwietnia, po trzech miesiącach treningów, po raz pierwszy w tym roku wsiadłem na rower. Efekt był niesamowity. Rower wręcz sam wyrywał się do przodu. Nie miało znaczenia, czy jechałem pod górę, czy z góry, z wiatrem, czy pod wiatr. Z niedowierzaniem patrzyłem na cyferki wyświetlane na ekranie mojego Garmina. Takich wartości jeszcze tam nie widziałem. To wystarczyło, aby powróciła radość i niesamowita ekscytacja. Świat mojej pasji powstał z martwych, odradzając się w nowym blasku. Każda przejażdżka znów była niezapomnianą przygodą, w trakcie której na nowo odkrywałem piękno otaczającej mnie przestrzeni.

To właśnie renesans mojej pasji jest tym, co chciałem przypomnieć w ostatnich godzinach tego roku. Bez tego odrodzenia nie byłoby żadnego ze wspomnianych „rekordów”, nie powstałby mój rower marzeń, nie opublikowałbym większości wpisów na moim blogu. Jednocześnie jest to uniwersalny temat. Śledząc blogi prowadzone przez ludzi, którzy podobnie jak ja, zakręceni są na punkcie kolarstwa, widzę, że czasem pojawia się cisza, zamiera aktywność, znika początkowy entuzjazm, wypala się ogień, zapada mrok. Stojący gdzieś rower pokrywa się coraz grubszą warstwą kurzu, a w oczach jego właściciela próżno szukać tego błysku, który jeszcze niedawno rodził się na samą myśl o kolejnej rowerowej eskapadzie. Rok temu byłem w takim właśnie miejscu, a potem pokonałem sam siebie, odzyskując wszystko to, co wydawało się stracone na zawsze. Da się? Da się! Zresztą wcale nie twierdzę, że wcześniejsze wypalenie było jednoznacznie złe. Czasem dobrze jest złapać dystans, odpocząć, zebrać myśli, spojrzeć na pewne sprawy pod innym kątem.

Kurcze, miało być na luzie i z „jajem”, a jakoś patetycznie to wyszło. No trudno, stało się.

A tak na marginesie, to był to dziesiąty rok istnienia mojego rowerowego bloga.

I to tyle w temacie. Do zobaczenia w przyszłym roku!

Komentarze

img
Marcin • Wtorek, 31 grudnia 2019, 19:22

Wszystkiego dobrego, a przede wszystkim, żeby zawsze każdy "dołek" był tylko przygotowaniem do nowej, coraz ciekaw szej "górki". Pozdrawiam serdecznie.

Skomentuj...

Podpis: (opcjonalnie)

Jeśli chcesz, abym mógł się z Tobą skontaktować, wpisz w poniższym polu adres e-mail lub numer telefonu. Ta informacja będzie znana wyłącznie mnie i nigdzie nie będzie widoczna.
Kontakt: (opcjonalnie)