Dylematy twórcze

Wtorek, 7 stycznia 2020 • Komentarze: 1

Zima, która z oczywistych powodów nie sprzyja rowerowym eskapadom, zawsze była dla mnie czasem tworzenia. Zimą 2009/2010 zbudowałem mój pierwszy rower. Rok później, także zimą, zmodyfikowałem go, a po kolejnych 12 miesiącach dokonałem następnych zmian. W styczniu 2013 po raz pierwszy budowałem rower z karbonową ramą - Focus Raven. Myślałem, że przetrwa wieki, ale już pod koniec roku zaczął powstawać Ridley Fenix – mój pierwszy rower szosowy. W pierwotnej konfiguracji, czyli z dziesięciorzędową Ultegrą, dotrwał do kolejnej zimy. Na początku 2015 roku zamontowałem mechaniczny Dura-Ace, a po roku przeszedłem na Di2. Zima 2016/2017 to zauroczenie ramą Cube Agree. Następna najchłodniejsza pora roku była wyjątkiem. Nie powstało nic nowego, ani nie wprowadziłem żadnych zasadniczych zmian w konstrukcji roweru. Powetowałem sobie rok później. Na początku wiosny 2019 powstał Ridley Helium SLX, o którym wielokrotnie mówiłem, że to mój rower marzeń.

A teraz znów jest zima, a jak jest zima to nie tylko musi być zimno (póki co, nie jest), ale wypadałoby coś zmienić. Chociaż rower marzeń jest rowerem marzeń, to jeszcze taki ideał nie powstał, który nie mógłby być bardziej idealny.

Co by tu zmienić? Co by tu zmienić?

A może hamulce? Nie ma się co łudzić. Era klasycznych hamulców szczękowych dobiegła końca. W tym sezonie prawie wszystkie worldtourowe zespoły będą używać hamulców tarczowych. Może więc warto iść z duchem czasu? Być może, ale jest jedno małe „ale”, a nawet nie jedno i wcale nie małe. Hamulce tarczowe? Dziękuję. Na razie nie idę z duchem czasu.
Hamulce tarczowe? Dziękuję. Na razie nie idę z duchem czasu.
Po pierwsze, taka zmiana oznacza, że musiałbym wymienić ramę, koła, manetki i oczywiście same hamulce, czyli… prawie cały rower. Z ekonomicznego punktu widzenia lepiej byłoby zbudować zupełnie nowy rower, a stary zwyczajnie sprzedać. Tyle tylko, że mój stary rower wciąż jest nowy i jeszcze nie zdążyłem się nim nacieszyć. Po drugie, wcale nie jestem przekonany do hamulców tarczowych. Nie będę podważał faktu, że są skuteczniejsze, zwłaszcza w trudnych warunkach lub na długich, stromych zjazdach, ale w moim przypadku te argumenty nie mają większego znaczenia. Nie ścigam się, więc mogę sobie pozwolić na jazdę w dobrych warunkach, a w trakcie sporadycznych ulew po prostu jadę ostrożniej. Jeśli chodzi o długie zjazdy, to póki co nie wybieram się w Alpy, a jeśli nawet tam zawitam (daj Boże), to tańszym rozwiązaniem będzie poprawienie techniki zjazdu niż wymiana hamulców – przecież do tej pory wszyscy używali hamulców szczękowych i było dobrze. Po trzecie, szosówki z tarczówkami zwyczajnie mi się nie podobają. Pół biedy, jeśli są to rowery „aero”, ale w przypadku rowerów, których żywiołem są podjazdy, górskie wspinaczki, zdobywanie szczytów, walka z nieubłaganym prawem grawitacji, hamulce tarczowe wyglądają jak ciało obce, wrzód na zdrowym, ultralekkim karbonowym ciele. Znika gdzieś cała subtelność konstrukcji, ustępując miejsca brutalnej sile (nie ma nic piękniejszego od przedniego koła, zaplecionego radialnie). Być może kiedyś zmienię zdanie. Może mój kolejny rower szosowy będzie miał tarczówki, ale to dopiero za rok, za dwa, za trzy. Jeszcze nie teraz.

Skoro nie hamulce, to może napęd? Nadal używam dość leciwego osprzętu Dura-Ace 9000. Może już nadszedł czas, aby to zmienić? Jeśli tak, to oczywistym pomysłem staje się sięgnięcie po kolejną generację topowej grupy Shimano, Dura-Ace R9100, czy raczej...
Dura-Ace R9100, czy raczej...
czyli Dura-Ace 9100. Ale czy na pewno? Gdy porównuję obie grupy, dochodzę do wniosku, że 9100 stanowi zmianę ewolucyjną. Pomijając nowy design, mógłbym ewentualnie zastosować kasetę o większej rozpiętości, co pewnie zaprocentowałoby na ciężkich podjazdach (w moim wieku to może mieć sens). Oprócz tego zyskałbym kilka, a może kilkanaście gramów, no i mógłbym wykorzystać dedykowany pomiar mocy, gdybym tylko zdecydował się na dołożenie kilku „tysi”. A jeśli nie chciałbym mieć miernika mocy Shimano, a chciałbym mieć nową korbę, to dbałość o spójność i tak wymusiłaby na mnie zakup nowego pomiaru mocy. Co otrzymałbym w zamian? Poza zmianą wyglądu roweru i „pozamiataniem” konta, nic. Fakty są takie, że na dzień dzisiejszy Shimano pozostaje przynajmniej jeden krok za konkurencją. Zarówno Campagnolo jak i SRAM mają już dwunastorzędowe grupy szosowe. W dodatku SRAM posiada bezprzewodowe sterowanie, podczas gdy Shimano nadal przebywa w elektronicznej epoce kabla ciągniętego, będącej odpowiednikiem epoki kamienia łupanego. ... SRAM Red eTap AXS?
... SRAM Red eTap AXS?
Nie chcę tutaj dyskutować o wyższości jednego rozwiązania nad drugim, ale zaakcentować fakt, że świat idzie do przodu, a japoński gigant zdaje się stać w miejscu. A skoro tak, to może powinienem zerwać z przywiązaniem do Shimano i wyposażyć rower np. w grupę SRAM Red eTap AXS? To kusząca koncepcja. Dwunastorzędowa kaseta, dedykowany miernik mocy, dobra waga, niezły design. No i bezprzewodowość – żaden kabel nie lata w ramie, nic zbędnego nie wystaje z kierownicy, czyli czystość formy wznosi się na kolejny poziom. Wadą jest oczywiście konieczność wymiany całego osprzętu, a trzeba wiedzieć, że eTap jest nieprzyzwoicie drogi. Na szczęście odzyskałbym część kosztów, sprzedając używany Dura-Ace. A więc? Zmieniamy? Odpowiedź brzmi: nie zmieniamy. Napisałem powyżej, że Shimano pozostaje krok za konkurencją, ale ta cisza może okazać się snem Godzilli, który nagle zostanie przerwany. Wiele wskazuje na to, że w tym roku japońska korporacja zaprezentuje światu nową szosową grupę osprzętu. Na razie trudno cokolwiek o niej powiedzieć, a ze spekulacji i domysłów niewiele wynika. Logika podpowiada, że powinna być przynajmniej dwunastorzędowa. Ale co poza tym? Czy będzie bezprzewodowa lub przynajmniej częściowo bezprzewodowa? Nikt tego nie wie oprócz inżynierów Shimano. Mimo to wolę poczekać, bo może się okazać, że Japończycy kolejny raz wyznaczą nowe kierunki.

Jeśli nie hamulce, jeśli nie osprzęt, to co do jasnej konwalii (jak mawiał mój matematyk w liceum) mam zmienić? Czyżby zimowy głód modyfikacji miał pozostać niezaspokojony? Myśl, Piotrze, myśl!

No więc myślę.

Już wiem!

Wymienię… owijkę.

Komentarze

img
Hubert • Wtorek, 28 stycznia 2020, 21:06

Dla prawdziwego miłośnika z krwi i kości, a przy tym perfekcjonisty, rower jest niczym "niekończąca się opowieść". Technologia stale się rozwija, a co za tym idzie, zawsze można coś zmienić, ulepszyć, zmodyfikować. Osiągniecie ideału jest praktycznie niemożliwe, ale na tym to właśnie polega. Chodzi o to, by gonić króliczka, bo jak wiadomo, złapanie go to przysłowiowy "game over". Zatem gońmy go, póki czas :)

Skomentuj...

Podpis: (opcjonalnie)

Jeśli chcesz, abym mógł się z Tobą skontaktować, wpisz w poniższym polu adres e-mail lub numer telefonu. Ta informacja będzie znana wyłącznie mnie i nigdzie nie będzie widoczna.
Kontakt: (opcjonalnie)