Przedsezonowa słabość

Środa, 12 lutego 2020 • Komentarze: 0

Nie licząc właściwych treningów, są dwa podstawowe warunki sukcesu testu FTP. To motywacja i wypoczynek. Dzisiaj nie miałem ani jednego, ani drugiego. Początek sześciotygodniowego planu treningowego pokazał, że jestem totalnie bez formy. Czułem, że nie jestem silny, ale żeby aż tak źle? Tego nie przypuszczałem. Gdy po trzech tygodniach „kręcenia” było już lepiej, dopadło mnie zapalenie oskrzeli. Raczej trudno wtedy trenować, więc musiałem odpuścić. Po wznowieniu treningów znów musiałem odbudować to, co zabrała mi infekcja. I gdy wydawało się, że idzie coraz lepiej, w ostatnim tygodniu cyklu zachorowałem na grypę. Przez trzy dni leżałem plackiem w łóżku, a gdy już się z niego zwlokłem, to nie byłem w stanie wybrać się nawet na dłuższy spacer, a co dopiero wsiąść na trenażer. Kolejny tydzień w plecy i bardzo powolny powrót do aktywności. Zastanawiałem się, czy w ogóle jest sens, abym próbował wykonać test FTP. Pomyślałem jednak, że trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i gdy tylko poczułem się na tyle silny, aby wznowić treningi, dokończyłem plan. Wiedziałem jednak, że raczej nie powalczę o swój życiowy rekord mocy.

Brak wiary w sukces przekreśla jego możliwość. Bez przekonania wsiadłem na trenażer i przystąpiłem do wykonywania testu. Od pewnego czasu wykonuję tzw. test rampy, który jest mniej obciążający psychicznie dla organizmu, a osiągnięty wynik dość dobrze sprawdza się w moim przypadku. Test rozpoczyna się od 5-cio minutowej rozgrzewki, a potem stopniowego podnoszenia mocy o 20 watów po każdej minucie, rozpoczynając od 100 watów. Jedzie się dotąd, dopóki daje się radę. Ważne, aby cały czas siedzieć na siodełku. 75% średniej mocy z najlepszej minuty testu jest właśnie przybliżoną wartością FTP, która, jak wspomniałem, dość dobrze sprawdza się w moim przypadku. Pierwsze minuty były oczywiście spokojne. 100, 120, 140, 160, 180, 200, 220 watów nie robiło większego wrażenia. Dopiero potem zaczęły się schody i to w dosłownym znaczeniu. Rok temu zakończyłem test dopiero wtedy, gdy moc skoczyła z 320 do 340 watów. Tym razem „padłem” jedną sekcję wcześniej i zatrzymałem się tuż przed skokiem mocy do 320 watów. Ostatecznie osiągnąłem 220 watów FTP.

Słabo, ale mogło być gorzej. Może gdybym poczekał jeszcze jeden tydzień, byłoby lepiej. Ale ja nie chciałem tracić czasu. Jak najszybciej chciałem mieć punkt odniesienia, aby zaplanować sobie kolejne treningi.

Niedawno widziałem w sieci film Shane’a Millera, w którym wyjaśniał w jaki sposób Zwift odwzorowuje stopień trudności podjazdów i zjazdów. Mówił o tym spokojnie, wyraźnie, bez żadnej zadyszki, siedząc na trenażerze i pedałując. Co w tym dziwnego? Ano to, że z niedowierzaniem patrzyłem na generowaną przez niego moc – przekraczała 300, dochodząc momentami do 400 watów. A gość spokojnie mówił… Tak, wiem, młodszy, silniejszy, trenujący od lat. Ja niestety straciłem najlepsze lata.

No cóż, trochę smucę. Ale to minie. Jak siebie znam, to wkrótce wezmę się w garść i wyleję kolejne litry potu na matę treningową. A jeśli nawet nie poprawię swojego FTP, to co z tego? Przecież nie jeżdżę dla cyferek, ale dlatego, że to kocham.

Skomentuj...

Podpis: (opcjonalnie)

Jeśli chcesz, abym mógł się z Tobą skontaktować, wpisz w poniższym polu adres e-mail lub numer telefonu. Ta informacja będzie znana wyłącznie mnie i nigdzie nie będzie widoczna.
Kontakt: (opcjonalnie)