Dziewiczy „rejs” roweru marzeń

Środa, 24 kwietnia 2019 • Komentarze: 0

Pierwsza jazda nowym rowerem jest zawsze ekscytującym przeżyciem. Co prawda skala wyzwania nie jest tak wielka, jak w przypadku pilota oblatywacza, ale towarzyszące emocje już tak. Zwłaszcza, gdy ostateczny kształt roweru jest rezultatem własnej pracy, a nie efektem wizyty w sklepie. Czy wszystko będzie działało poprawnie? Czy nie będzie żadnych stuków, pisków, zgrzytów, trzasków i jakichkolwiek innych podejrzanych odgłosów? No i wreszcie, czy nie daj Boże nie okaże się, że przysłowiowo wyrzuciliśmy pieniądze w błoto, bo nowy rower wcale nie jest lepszy od dotychczas używanego?

Z tych oto powodów towarzyszył mi mały dreszczyk emocji, gdy po zakończeniu „sesji zdjęciowej”, wyszedłem na dziewiczą przejażdżkę. Jednak już po kilku kilometrach byłem pewien, że wszystko działa poprawnie, a z roweru nie dochodzą żadne irytujące dźwięki. Jedyne odgłosy to szmer napędu i cichy szum powietrza opływającego całą konstrukcję. Co ciekawe, zauważyłem, że każdy rower ma swój własny, charakterystyczny „szum”. Inaczej szumiał Ridley Fenix, inaczej Cube Agree. Brzmienie Ridley Helium SLX też jest inne – chciałby się napisać, że takie bardzo profesjonalne, ale nie będę przesadzał.

Gdy już przestałem się martwić hipotetycznymi problemami natury technicznej, mogłem skupić się wyłącznie na jeździe. Dlatego wybrałem maksymalnie zróżnicowaną trasę. Jechałem nie tylko po płaskiej drodze, ale zaliczyłem kilka podjazdów i zjazdów. Mknąłem pozamiejskimi drogami, lecz zwiedziłem także gąszcz krakowskich ulic. Poruszałem się po idealnie gładkim asfalcie, nie omijając jednak dróg o gorszej nawierzchni, a nawet zaliczając bruki i to wcale nie takie wyłożone gładką kostką.

Jadę!Jadę!Moim pierwszym spostrzeżeniem była niesamowicie szybka i precyzyjna reakcja roweru na każdy ruch kolarza. Mocniejsze naciśnięcie pedałów natychmiast wyrywało Ridleya do przodu i wręcz miałem wrażenie, że Helium ucieka spode mnie. Nie musiałem z wyprzedzeniem planować przyspieszeń, zbierać sił, prężyć mięśni, aby po pierwszym mocniejszym depnięciu rower łaskawie zaczął jechać szybciej. Po prostu naciskałem nieco mocniej, a Ridley już pędził do przodu i fakt, że nie wciskało mnie w oparcie wynika wyłącznie z tego, że siodełko rowerowe oparcia nie posiada. Równie szybka była reakcja na każdy ruch kierownicą. Rower posłusznie zmieniał kierunek jazdy i jechał dokładnie tam, gdzie zamierzałem. Krótko mówiąc, to ja panowałem nad rowerem, a nie na odwrót. Geometria ramy w połączeniu z właściwie dobraną geometrią pozostałych komponentów, czyli mostka, kierownicy, sztycy i siodełka sprawiły, że czułem się dobrze i komfortowo w każdej pozycji – także na stojąco.

Na płaskich i dobrych drogach Helium zachowywał się „normalnie”. Poza nieco inną geometrią, która zresztą bardziej mi odpowiada, nie potrafię wskazać jakichkolwiek istotnych różnic pomiędzy nim, a np. Cube Agree. Takowe być może potrafiłbym wypunktować, gdybym miał okazję przejechanie się rowerem „aero”, który z definicji przeznaczony jest do innego rodzaju wyzwań. Ponieważ okazji nie miałem, więc się nie wypowiadam. Jechało mi się po prostu dobrze, wygodnie, komfortowo i mógłbym tak jechać i jechać, pamiętając jednak, że…

… żywiołem Ridley Helium SLX są podjazdy. Ultralekka rama w połączeniu z lekkimi komponentami sprawiają, że jedynym, co musimy „wwieźć” na szczyt góry jesteśmy my sami. W tym układzie rower jest pomijalnie lekki. Wystarczy powiedzieć, że dwa napełnione bidony 0,75 l stanowią prawie 25% wagi całego roweru! Pozwoliłem więc sobie na mocne zaatakowanie jednego z okolicznych wzniesień. Oczywiście okazało się, że przeszarżowałem i organizm zmusił mnie do generowania mocy bardziej przystającej do mojego poziomu wytrenowania. Mimo to, nadal zgrabnie i dość szybko piąłem się w górę. A gdy odpocząłem, znowu zasymulowałem atak. I tak kilka razy. Fajna zabawa, zwłaszcza, że kilkadziesiąt metrów przede mną jechał zdecydowanie młodszy gość, który chyba za punkt honoru postawił sobie, aby nie być dościgniętym przez „emeryta”. Co jakiś czas ukradkiem kontrolował, gdzie jestem, a ja byłem coraz bliżej. Ech, wybaczcie tę próżność, ale Ridley Helium daje taką frajdę z jazdy pod górę, że przez chwilę można się poczuć jak wielki Alberto Contador za swoich najlepszych czasów, albo – patriotycznie – jak Rafał Majka.

Lekkość mojego roweru ma jednak swoją cenę, którą jest „nielegalność”. Gdybym był profesjonalistą, nie mógłbym startować w żadnych oficjalnych zawodach. Rower jest lżejszy o kilkaset gramów od limitu narzuconego przez UCI, ale przecież dokładnie o to mi chodziło. Gdyby nawet zaszła taka potrzeba, to łatwiej i z pewnością taniej jest dociążyć rower aniżeli go odchudzić.

Gdzieś przy trasie.Gdzieś przy trasie.Napisałem, że Ridley Helium szybko reaguje na ruchy kolarza, niemalże uprzedzając je. Napisałem także, że to maszyna do połykania podjazdów, wręcz stworzona do kolekcjonowania tysięcy metrów przewyższeń. To są jednak subiektywne odczucia, na które mogły mieć wpływ emocje wynikające z pierwszej jazdy rowerem marzeń. Ale jest taka cecha, co do której jestem pewien, że zachowałem pełen obiektywizm. To sztywność. Ridley Helium SLX jest niesamowicie sztywny, co zapewne tłumaczy także, dlaczego tak szybko, przewidywalnie i precyzyjnie reaguje na każdy nasz ruch. Dostrzegłem i zrozumiałem to dopiero wówczas, gdy z pięknego, równego, gładkiego asfaltu wpadłem na bruk. Jeśli Ridley twierdzi, że tym rowerem można przejechać Paris-Roubaix, to czapki z głów przed wszystkimi, którzy tego dokonali. Jeżeli dotychczas nie rozumiałem, czym różnią się włókna węglowe 60T od 30T, to właśnie mnie oświeciło i stałem się mądrzejszy. Czułem każdą nierówność, każdą przerwę pomiędzy kamiennymi blokami, każdy uskok. Mimo to ani na moment nie straciłem kontroli i rower podążał dokładnie tam, gdzie chciałem. Czy to wada? Absolutnie nie. Trudno wyobrazić sobie, żeby konstrukcja dla profesjonalistów, którzy momentami cisną powyżej 1000 watów, była miękka niczym galareta. Przydrożne rowy tras wyścigowych byłyby wówczas pełne połamanych Ridleyów. To było raczej zaskoczenie, bo nie spodziewałem się, aż takiej różnicy pomiędzy Helium SLX, a jakimkolwiek rowerem, którym dotychczas jeździłem.

To pierwsza jazda i związane z nią pierwsze wrażenia. Ciekawe, co napiszę za jakiś czas, gdy już opadną emocje, a na liczniku Ridleya pojawią się tysiące przejechanych kilometrów? Na taki moment przyjdzie jeszcze poczekać. Dzisiaj mogę powiedzieć tylko tyle, że jak na rower marzeń przystało, pierwsze kilometry były jak marzenie. I niech tak zostanie.

Skomentuj...

Podpis: (opcjonalnie)

Jeśli chcesz, abym mógł się z Tobą skontaktować, wpisz w poniższym polu adres e-mail lub numer telefonu. Ta informacja będzie znana wyłącznie mnie i nigdzie nie będzie widoczna.
Kontakt: (opcjonalnie)