Pierwsze szlify
Sam nie wiem, jak to możliwe, że przez tyle lat udawało mi się uniknąć „kolarskich szlifów”. Może po prostu dlatego, że nie jestem ryzykantem, albo, że w tym wieku rozsądek przewyższa brawurę, lub, że jestem po prostu „cykorem”. Jest także możliwość, że zwyczajnie miałem szczęście, bardzo dużo szczęścia. To nie tak, że nigdy nie upadłem na rowerze. Oj, zdarzało się. Raz nie przewidziałem, że przed stromym najazdem trzeba się odpowiednio rozpędzić. Innym razem krawężnik brutalnie zatrzymał mój rower, a ja „pojechałem”, albo raczej „poleciałem” dalej. Były też jakieś drobne zimowe przygody na śniegu. Wszystko to jednak kończyło się w najgorszym razie siniakiem lub zadrapaniem.
Tak było do soboty 18 kwietnia 2026. Jechałem sobie przez Więckowice. To mała wioska. Nic szczególnego. Po prostu kolejny punkt na trasie. Asfalt taki sobie, jakościowo zdecydowanie odstający od małopolskiej średniej. Tu i ówdzie popękany, ze śladami licznych poprawek i uzupełnień. Jeździłem po znacznie gorszych nawierzchniach, więc w ogóle nie przejąłem się tym, po czym jadę. Ruch samochodowy nie był wielki, więc gdy tylko była taka możliwość, starałem się omijać najbardziej zdegradowane fragmenty drogi. Wyjechałem na wzniesienie i rozpocząłem niezbyt stromy zjazd. Minął mnie bus, a za nim jeszcze jedno auto. Wjechałem na prostokątną, mocno popękaną łatę na asfalcie. Widząc, że nic nie jedzie, chciałem z niej zjechać w kierunku środka szosy. To był błąd. Nie zauważyłem, że te dwa obszary asfaltu leżą na innym poziomie…
Przednie koło ucieka. Już wiem, jak to się skończy. Lewym bokiem walę w asfalt. Dłoń, łokieć, bark, biodro. Wydaję z siebie cichy jęk. Przez chwilę sunę po asfalcie. Niezbyt długo, bo prędkość na szczęście nie była zbyt duża – skromne 30 km/h. Chociaż bardzo dbam o czystość języka, w tym momencie wypowiadam słowo, którego nie zacytuję. Wypinam się z pedałów, wstaję, podnoszę rower i schodzę na pobocze. Adrenalina działa. Nic mnie nie boli, chociaż z łokcia leje się krew. Zachowuję się, jak przystało na pasjonata kolarstwa – w pierwszej chwili sprawdzam, co z rowerem. Lewa klamkomanetka obróciła się i zatrzymała w popularnej obecnie pozycji. Kierownica też jest scentrowana. Łańcuch spadł. Zacisk tylnego koła jest mocno „przeszlifowany”. Innych uszkodzeń nie widzę. Skoro rower cały, to zaczynam obmacywać siebie. Obojczyk cały, chociaż zaczynam odczuwać ból w stawie barkowo obojczykowym. Biodro też daje znać o sobie. Krew tylko na łokciu. Nie jest źle. Dziękuję Bogu, że nic gorszego się nie stało.
Stłuczenie biodra, stłuczenie stawu barkowo obojczykowego, rozwalony łokieć, kilka solidnych zadrapań i siniaków. To efekt mojej sobotniej przygody. Na szczęście wszystkie kości są na swoim miejscu i w jednym kawałku. Nie mam wypracowanej techniki upadania, o ile taka w ogóle istnieje, więc myślę, że to niewielka cena za moment nieuwagi. Mogło być gorzej.
Mija piąty dzień od opisanego zdarzenia. Odpoczywam. Rany na łokciu powoli się goją. Ciemno-fioletowy siniak na biodrze wydaje się jakby mniejszy. Staw barkowo-obojczykowy wciąż boli. Każdego dnia mniej, ale nadal odczuwam dyskomfort. Wciąż nie mogę spać na lewym boku, chociaż jest znacznie lepiej niż w noc po upadku. To było tylko 30 km/h. Nawet nie chcę myśleć, co by się stało przy 40, 50 czy 60 km/h. Przecież na zjazdach bez problemu osiągam takie prędkości.
Tymczasem zbliża się kolejna sobota. Ma być ciepła i słoneczna…
Blog
Szukaj…
Kombinacja wtorkowa
Pierwsze szlify
O mnie...
O blogu...
Znajdź mnie na Facebooku...
Mój profil na Bikestats















Marzenia A.D. 2026
Skomentuj...