Dwukolorowa owijka

Czwartek, 24 maja 2018 • Komentarze: 1

Pozbyłem się w końcu nieszczęsnej owijki, która tak mocno trzymała się kierownicy, jak jajko teflonowej patelni. Poddała się bez walki – odkleiłem taśmę wykończeniową i praktycznie sama się odwinęła. A więc koniec kłopotów. Wystarczyło tylko przemyć powierzchnię kierownicy benzyną ekstrakcyjną i zabrać się za montaż nowej owijki. Tak to wyglądało w teorii. A w praktyce?

Gustowne opakowanie w „moich” kolorach.Gustowne opakowanie w „moich” kolorach.W praktyce musiałem zdecydować się na wybór jednej z czterech owijek. Mnogość opcji nie zawsze jest czymś pożądanym, ale tym razem poszło dość szybko. Wybrałem dwukolorową owijkę KLS. Takiej, to znaczy dwukolorowej, jeszcze nigdy nie nawijałem, więc miał być to „pierwszy raz”, a ja lubię „pierwsze razy”, chociaż zazwyczaj dopiero te „drugie” są w pełni przemyślane i udane.

Perfekcyjne zakładanie owijki w moim przypadku jest bojem o symetryczność. Lewa strona powinna być dokładnym odbiciem lustrzanym strony prawej. Ta sama liczba zwojów i te same odstępy między zwojami. Owijki są w pewnym stopniu elastyczne i dodatkowo trzeba dbać o to, aby mniej więcej tak samo je naciągnąć po obu stronach. W przypadku owijki dwukolorowej dochodzi jeszcze jedno. Trzeba zadbać o to, aby miejsce przejścia jednego koloru w drugi także było symetryczne. Mamy więc kolejny stopień swobody, który wcale nie ułatwia zadania.

Efekt końcowy nie do końca mnie zadowala.Efekt końcowy nie do końca mnie zadowala.Owijka KLS okazała się krnąbrna i uparta. Po pierwsze, obie części owijki różniły się długością czerwonego obszaru. Najpierw musiałem więc odpowiednio je przyciąć. Po drugie, okazało się, że odcięcie koloru wypada mniej więcej w połowie klamkomanetki, co wyglądało na tyle słabo, że skróciłem owijkę o kolejne dwadzieścia kilka centymetrów. Po trzecie, uzyskanie idealnie lustrzanego odbicia okazało się zadaniem na tyle frustrującym, że w pewnym momencie zacząłem żałować, że będąc chrześcijaninem, nie używam tzw. brzydkich słów. Albo zwoje były idealne, ale przejście kolorów wypadało w innym miejscu, albo dokładnie odwrotnie, czyli kolory były symetryczne, ale zwoje różne. Masakra i tortura psychiczna dla kogoś, kto zawsze dąży do doskonałości. Koniec końców doszedłem jednak do wniosku, że nikt mi nie każe używać tej owijki do końca świata i jeden dzień dłużej, a całą sprawę mogę potraktować jako test. Ostatecznie owijka ma gwarantować pewny chwyt, zapewniać ulgę zmęczonym dłoniom, a nie tylko „wyglądać”.

Nie jestem do końca zadowolony z ostatecznego efektu, co w moim przypadku oznacza, że wcześniej lub później nawinę tę owijkę jeszcze raz, albo wymienią ją na inny model.

Per aspera ad… perfectum!

Komentarze

img
Przemek • Sobota, 16 czerwca 2018, 14:30

Witam. Tak naprawdę chciałem podziękować jeszcze raz za możliwość zapoznania się nie tylko z tym ale i z innymi opublikowanymi artykułami na blogu a zarazem poszerzeniem swojej wiedzy. Szukam wielu odpowiedzi związanych z rowerem w internecie ale tam nie zawsze można spotkać coś naprawdę wartościowego, na tym blogu już kilka poruszonych kwestii bardzo przydało mi się ponieważ zawsze wolę zrobić coś samemu niż zdawać się na innych.

Dodaj komentarz...



Niesforna owijka

Środa, 16 maja 2018 • Komentarze: 0

Doraźne rozwiązanie, z którego raczej nie jestem dumny.Doraźne rozwiązanie, z którego raczej nie jestem dumny.Wydawało mi się, że jestem mistrzem w zakładaniu owijki. Równe odstępy pomiędzy zwojami, lewa strona będąca lustrzanym odbiciem prawej, solidne zakończenie – po prostu ideał. Niestety przed tym sezonem coś poszło nie tak…

Łącznik EW-RS910 uniemożliwia wciśnięcie owijki do wnętrza kierownicy.Łącznik EW-RS910 uniemożliwia wciśnięcie owijki do wnętrza kierownicy.Początkowo wydawało się, że wszystko jest w porządku. Zaliczałem kolejne kilometry, aż pewnego dnia zauważyłem, że w miejscu górnego chwytu owijka zaczyna się rozłazić i nawet widać już czarną powierzchnię kierownicy pomiędzy dwoma zwojami. Jak to możliwe? Przecież owijka ma specjalny pasek silikonowy, który w założeniach powinien zapobiegać takim właśnie zjawiskom. W domu zabrałem się za usunięcie problemu. Odwinąłem kilka zwojów, nawinąłem je dość ciasno i mocno, pod ostatni przykleiłem kawałek taśmy dwustronnej, a całość mocno zacisnąłem taśmą wykończeniową. Naprawa okazała się dość skuteczna, chociaż pewna „wędrówka” owijki w stronę środka kierownicy nadal była widoczna. Z tym jednak dało się żyć.

Zalecany przez Shimano sposób zakładania owijki.Zalecany przez Shimano sposób zakładania owijki.Kilka dni później jechałem pod wiatr, a jadąc pod wiatr najlepiej trzymać kierownicę w dolnym chwycie, bo zawsze jest to jakiś zysk w postaci zmniejszonych oporów powietrza. Jednak już po kilku kilometrach poczułem, że lewa dłoń ma podejrzanie mało pewny chwyt. Spojrzałem na kierownicę i oniemiałem – owijka była częściowo odwinięta. Jak żyję, nie zdarzył mi się jeszcze taki problem w tym miejscu. I znów po powrocie do domu musiałem zabrać się za naprawę. Tym razem przyczyna wydawał się zupełnie inna. Normalnie jest tak, że część owijki wkładana jest do środka kierownicy i zaciskana korkiem. Ja musiałem postąpić w inny sposób, ponieważ posiadam łącznik systemu Di2 EW-RS910 zakładany w miejsce korków kierownicy. Z prawej strony mocowany jest właściwy łącznik, a z lewej jedynie zaślepka. Łącznik nie pełni funkcji korka zaciskającego owijkę, więc tę ostatnią montuje się w inny sposób, przycinając jej krawędź pod odpowiednim kątem. Dobrze, jeśli owijka mocno trzyma się powierzchni kierownicy i jest solidnie zaciśnięta. No i tutaj zadałem sobie kolejne pytanie – skoro w ubiegłym roku robiłem tak samo, to dlaczego wszystko było w porządku, a tym razem się nie udało? Powody mogły być tylko dwa. Albo to ja popełniłem błąd, albo owijka jest do d***, tzn. jest zła. Ewentualnie jedno i drugie. Informatyczne skrzywienie zawodowe każe zadać jeszcze jedno pytanie – jeśli coś wcześniej działało, a teraz nie działa, to co takiego się zmieniło? Odpowiedź brzmi: owijka. Rok temu korzystałem z PRO Sport Control, a w tym roku założyłem PRO Smart Silicon. Inna grubość (3,5 mm zamiast 2,5 mm) oraz inna powierzchnia, która miała zapewnić dobre trzymanie, w połączeniu z inną techniką owijania sprawiły, że efekt finalny daleki był od moich oczekiwań. Przypuszczając, że powtórne owinięcie niczego nie zmieni, ograniczyłem się do wstydliwego zabezpieczenia końców, a w zasadzie początków owijki, czerwoną taśmą izolacyjną.

Nie lubię prowizorek, więc to jedynie tymczasowe rozwiązanie. Na moim biurku są już nowe owijki: PRO, Velo, BikeRibbon oraz dwukolorowa KLS. Jeszcze nie wiem, na którą z nich się zdecyduję. A może przetestuję każdą? Tak czy owak, na pewno o tym napiszę.



Vinci Rapid 40 Pro po tysiącu kilometrów

Środa, 2 maja 2018 • Komentarze: 0

Moje koła Vinci Rapid 40 Pro właśnie zaliczyły pierwszy 1000 kilometrów. Zaintrygowanych nazwą odsyłam do wpisu z 2 stycznia, a leniwym spieszę wytłumaczyć, że w ubiegłym roku kupiłem standardowe koła Vinci Rapid 40, a po sezonie zbudowałem je całkowicie od nowa, pozostawiając jedynie obręcze. Wymieniłem piasty na model Vinci SF-101 z ceramicznymi łożyskami, szprychy na DT Aerolite i nyple na DT Squorx. Pozbyłem się nawet taśm na obręcze, zastępując je zatyczkami Veloplugs. Zamierzałem z dobrych kół uczynić jeszcze lepsze, co biorąc pod uwagę jakość komponentów powinno się udać, ale ostateczne potwierdzenie mogłem uzyskać jedynie w praktyce.

Opisując oryginalne koła Vinci Rapid 40, miałem tylko jedną uwagę, która dotyczyła jakości zaplotu. Był dobry, ale nie idealny. Nie mając presji i nie musząc budować kilku zestawów kół dziennie, mogłem pozwolić sobie na dowolnie długą „zabawę” w centrowanie i balansowanie naciągu, połączone z jakże ważnym i wielokrotnie przeze mnie podkreślanym rozprężaniem szprych. Czym innym są jednak warunki „produkcyjne”, a czym innym praktyka asfaltowych dróg, które tu i ówdzie pamiętają jeszcze czasy pierwszych sekretarzy. Premierowej jeździe towarzyszył więc lekki dreszczyk emocji. Trzy zapadki, a każda z nich ma trzy ząbki.Trzy zapadki, a każda z nich ma trzy ząbki.Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie – koła były równie centryczne, jak przed wyjazdem. I tak jest do dzisiaj, pomimo tego, że kilkukrotnie nie ustrzegłem się wpadnięcia w pułapki zwane potocznie dziurami w drodze, a nawet zdarzyło mi zupełnie świadomie i dobrowolnie zaliczyć kilka szutrowych odcinków. Vinci dzielnie zniosły te katusze, co bardzo mnie cieszy. Równie dobrze sprawdziły się na szybkich i krętych zjazdach, jakkolwiek należy wziąć poprawkę, że w moim przypadku „szybkie i kręte” nie znaczy to samo, co u Michała Kwiatkowskiego. Sztywność także jest bez zarzutu. Wyrywałem się gwałtownie do przodu na podjazdach, pakując na moment w pedały całą moc 52-letniej „fabryki”, czyli jakieś 1000 W, a tylne koło bez protestów i najmniejszego zawahania przekładało całą tę moc na asfalt. To akurat mnie nie dziwi, bo już standardowe koła były sztywne, a tworząc wersję „Pro” i przykładając należytą wagę do centrowania, mogłem wyłącznie poprawić ten parametr.

Tutaj rodzi się hałas, ale... ten typ tak ma.Tutaj rodzi się hałas, ale... ten typ tak ma.Czyżby same zalety? Otóż nie do końca. Moje nowe koła mają jedną wadę. W zasadzie nawet nie koła, ale piasty, a konkretnie tylna. Jest głośna. Niektórzy to lubią, ale ja się do nich nie zaliczam. Ja lubię ciszę, przerywaną jedynie przez subtelny „terkot” bębenka. Tymczasem Vinci SF-101R brzmi niczym… tartaczna piła. Bębenek ma trzy zapadki, z których każda ma trzy ząbki, a więc łącznie jest dziewięć punktów styku. Pierścień, z którym stykają się zapadki ma kilkadziesiąt ząbków. Irytujący dźwięk powstaje, gdy jedno ślizga się po drugim. Czy można temu jakoś zaradzić? Próbowałem użyć większej ilości smaru, co nieco wyciszyło bębenek, ale efekt nie był spektakularny. Wszystko więc wskazuje na to, że muszę z tym żyć, albo wziąć przykład z kolarzy zawodowych i… nieprzerwanie pedałować. Ale są też dobre strony. Moje koła mogą pełnić rolę… dzwonka, którego nie mam, a który jest obowiązkowym wyposażeniem roweru. Wystarczy, że przestanę pedałować, a wszyscy w pośpiechu będą schodzić mi z drogi.

Rozwiązałem za to problem piszczących hamulców. Okładziny SwissStop Flash EVO Black Prince są po prostu rewelacyjne. A ponieważ pisk hamulców irytował mnie w większym stopniu niż głośno terkoczący bębenek, można uznać, że w kategorii hałasu i tak jestem do przodu.

Tysiąc kilometrów to niewiele, ale wystarczy do stwierdzenia, że mój kaprys i owoc mojego niespokojnego ducha, czyli Vinci Rapid 40 Pro, to naprawdę dobre koła.