MSPEEDWAX – Simply the best

Wtorek, 20 sierpnia 2019 • Komentarze: 0

Pamiętam, że przed laty w miesięczniku bikeBoard pojawiła się seria artykułów sponsorowanych bodaj przez firmę Pedro’s (tego nie jestem do końca pewien, ale to w sumie nie ma znaczenia), czyli producenta narzędzi, smarów i innych specyfików rowerowych. Artykuły te były poświęcone oczywiście produktom Pedro’s i były napisane w specyficzny sposób. Otóż skonfrontowano w nich domorosłego mechanika rowerowego z profesjonalistą. Ten pierwszy, taki swoisty „rowerowy Janusz”, korzystał z różnych domowych metod naprawy i konserwacji rowerów. Ten drugi, ubrany w gustowny żółty fartuszek, używał wyłącznie produktów firmy Pedro’s. „Janusz” nie miał oczywiście żadnych szans w zderzeniu z siłą postępu i profesjonalizmu. Jeden z artykułów szczególnie zapadł w mojej pamięci. Dlaczego? Nie wiem. Jego tematem było smarowanie łańcucha. Autor nabijał się z „biedaka”, który zanurzał swój łańcuch w roztopionym wosku, podczas, gdy „prawdziwy mechanik” używał cudownych smarów, zawierających p***dyliony magicznych cząsteczek gwarantujących, że łańcuch przeżyje nie tylko rower, ale i jego właściciela.

Tymczasem moje doświadczenie związane ze smarami do łańcucha jest zgoła inne. Wypróbowałem mnóstwo różnych specyfików. Wydałem na to kupę kasy. Efekt był zawsze ten. Wcześniej niż później (raczej wcześniej) cały napęd pokrywał się czarnym tłustym brudem i na dobrą sprawę, wypadałoby czyścić go po każdym treningu. Brud nie brał się z niczego, ale był mieszaniną smaru, pyłu i innych zanieczyszczeń. W ten sposób tworzyła się substancja ścierna, która znamienicie przyczyniała się do skrócenia żywotności łańcucha i napędu. Miałem dość tego brudu i relatywnie częstych wymian łańcucha, więc cały czas szukałem innego rozwiązania. Szukałem i znalazłem.

Od dwóch lat korzystam z suchego smaru, a w zasadzie z wosku Squirt. Rozwiązał prawie wszystkie moje wcześniejsze problemy. Łańcuch jest czysty, wosk jest wydajny, a jego aplikacja łatwa. Trzeba tylko pamiętać, aby przed pierwszym nałożeniem bardzo dobrze wyczyścić i odtłuścić łańcuch. Dotyczy to także nowego łańcucha. Potem wystarczy już tylko okresowo przecierać łańcuch szmatką i aplikować wosk. Jedyną wadą, którą zauważyłem, a która wynika ze sposobu nakładania, jest pozostawianie przez Squirt’a warstwy wosku na kółeczkach przerzutki. Niczemu to nie przeszkadza, ale niefajnie wygląda i jest trochę kłopotliwe podczas czyszczenia napędu.

Jakkolwiek byłem i nadal jestem bardzo zadowolony ze Squirt’a, to w miarę regularnie śledziłem nowości i trendy w dziedzinie smarowania łańcucha. O ile w kategorii zwykłych smarów niewiele się zmieniło, to od pewnego czasu obserwowałem wzmożoną aktywność publikacji poruszających temat smarowania łańcucha za pomocą roztopionego wosku, a więc prawie dokładnie tego, co było „wyśmiane” w jednym ze sponsorowanych artykułów, o którym wspomniałem na początku. Tymczasem temat woskowania regularnie pojawia się na youtube’owych kanałach Opakowanie MSPEEDWAX.
Opakowanie MSPEEDWAX.
Global Cycling Network, OZ Cycle, czy choćby naszym rodzimym VegeReggae. Wygląda na to, jakby powoli następował powrót do tradycyjnych technik smarowania łańcucha, rodem jeszcze z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, ale „doprawionych” solidną szczyptą współczesnej technologii. Postanowiłem nieco zgłębić temat i w ten oto sposób trafiłem na produkt o intrygującej nazwie MSPEEDWAX.

MSPEEDWAX, który wcześniej nazywał się „Molten Speed Wax”, jest suchym smarem na bazie parafiny, zawierającym PTFE (teflon) oraz cząsteczki molibdenu. Według producenta, wosk ma cały szereg niepodważalnych zalet: gwarantuje czystość napędu, jest łatwy do zastosowania, pozostaje skuteczny w każdych warunkach, zwiększa żywotność napędu, pozwala na przejechanie kilkuset mil po jednym smarowaniu, jest bezpieczny dla środowiska. Wygląda obiecująco. Nie byłbym sobą, gdybym nie zechciał sprawdzić MSPEEDWAX w praktyce. Tutaj napotkałem jednak drobny problem, bo wosk jest amerykańskim produktem i nie udało mi się zlokalizować go w Europie. Pozostało zamówienie bezpośrednio w sklepie producenta. 1 funt preparatu, czyli niecałe pół kilograma kosztuje 20 dolarów. To raczej drogo, ale do zaakceptowania, jeśli zgodnie z opisem jedno opakowanie starcza na przynajmniej 8 smarowań, czyli przejechanie kilku tysięcy kilometrów. Kosztowna jest natomiast przesyłka do kraju nad Wisłą. Trzeba za nią zapłacić 19 dolarów, a więc praktycznie drugie tyle. Plus taki, że paczka dotarła do mnie już po siedmiu dniach, a więc ekspresowo.

Czas opisać procedurę aplikacji. Od razu zaznaczam, że specyfika woskowania wymaga ściągnięcia łańcucha z roweru. Z tego powodu lepiej używać spinki zamiast pinu łączącego. Zaczynamy od bardzo dokładnego wyczyszczenia łańcucha. Producent radzi metodę „szejkowania” w benzynie ekstrakcyjnej, powtarzaną do momentu, aż benzyna będzie czysta. Można także użyć myjki ultradźwiękowej, ale zakładam, że nie jest to sprzęt, który znajduje się w każdym domu. Tak wygląda łańcuch po przejechaniu prawie 800 kilometrów.
Tak wygląda łańcuch po przejechaniu prawie 800 kilometrów.
Proces czyszczenia jest bardzo ważny, ponieważ w ogniwach łańcucha nie może pozostać nic, co utrudniłoby późniejsze pokrycie go warstwą smarującą. Oczywiście dotyczy to także nowego łańcucha, który fabrycznie pokryty jest środkiem konserwującym. Następnie należy poczekać, aż łańcuch wyschnie i można przystąpić do właściwej fazy woskowania. Potrzebny będzie stary garnek, kuchenka oraz termometr. Ja użyłem termometru na podczerwień, kupionego za trzydzieści parę złotych na Allegro. Do garnka wsypujemy połowę opakowania (około 22 dkg) MSPEEEDWAX (ja wsypałem nieco mniej), stawiamy garnek na palniku i bardzo wolno roztapiamy wosk. W międzyczasie możemy przygotować łańcuch (oraz spinkę) poprzez założenie go na jakiś drut, dzięki któremu będziemy mogli wyciągnąć go z rozgrzanego wosku. Gdy wosk w całości się roztopi, możemy wyłączyć palnik i sprawdzić temperaturę. Producent zaleca woskowanie w temperaturze 93 °C. Dlaczego? Tego nie wyjaśnia, ale przypuszczam, że właśnie w tej temperaturze proces jest najbardziej skuteczny. Nawiasem mówiąc, zamiast kuchenki można użyć podgrzewacza do wosku z regulacją temperatury, ale czegoś takiego nie posiadam. Tak więc zanurzamy łańcuch w wosku i przez 45 sekund energicznie go mieszamy, raz w lewo, raz w prawo. To także bardzo ważna czynność, bo gwarantuje, że cząsteczki PTFE oraz molibdenu dotrą w każdy zakamarek. Potem wyciągamy łańcuch i wieszamy go np. na gwoździu. Analogiczną procedurę powtarzamy dla spinki. Po kilkudziesięciu minutach, gdy łańcuch jest już zimny, możemy ściągnąć go z gwoździa. W tym momencie następuje lekkie zdziwienie, bo jest tak sztywny, że spokojnie można złapać go w połowie i trzymać poziomo. Na kasecie pozostały niewielkie ślady wosku.
Na kasecie pozostały niewielkie ślady wosku.
Oczywiście w takim stanie nie da się go założyć do roweru, więc czeka nas mozolne „łamanie” każdego ogniwa. I to już prawie koniec. Zakładamy łańcuch, przebieramy się i możemy ruszać w trasę.

W moim przypadku, kilka pierwszych obrotów korbą skutkowało dwukrotnym przeskoczeniem łańcucha na kasecie. Potem nie było już żadnych problemów, chociaż pierwsze kilkanaście do kilkudziesięciu minut jazdy, to okres docierania się łańcucha. Po tym czasie jest już w pełni gotowy. Podczas pierwszej jazdy łańcuch „gubi” nadmiar wosku, pozostawiając drobne, łatwe do usunięcia okruchy na ramie i korbie.

Jednokrotne nałożenie MSPEEDWAX pozwoliło na przejechanie 786 kilometrów w suchych warunkach. Napęd pracował precyzyjnie i cicho, chociaż mam wrażenie, że był delikatnie głośniejszy niż w przypadku Squirt’a. Jednak najbardziej zauważalną cechą jest czystość łańcucha i wszystkich elementów napędu. Jest o wiele lepiej niż po zastosowaniu Squirt’a, a porównanie z tradycyjnymi smarami nie ma najmniejszego sensu – od MSPEEDWAX dzieli je przepaść głębsza niż Rów Mariański. Wystarczy powiedzieć, że przesunięcie palcem po łańcuchu, który przejechał prawie 800 kilometrów, skutkuje ledwie widocznym śladem na skórze. MSPEEDWAX pozostawia po sobie jedynie drobne kuleczki wosku, które można zetrzeć szmatką. Nie ma tutaj mowy o żadnej warstwie wosku, zalegającego na kółeczkach przerzutki, kasecie lub zębatkach. Kółeczka przerzutki także są czyste i suche.
Kółeczka przerzutki także są czyste i suche.
Ktoś może powiedzieć, że nie ma nic za darmo i być może ceną za czysty napęd jest jego szybsze zużycie. Nic podobnego. Porównałem wydłużenie łańcucha przed i po teście. Było niemierzalne. W tym kontekście zupełnie inaczej należy spojrzeć na wydane 20 dolarów plus koszty przesyłki. To niewysoka cena, jeśli uświadomimy sobie, że oszczędzamy czas poświęcony na nieustanną walkę z brudnym napędem, pranie szmat, litry odtłuszczaczy, frustrację i nerwy.

MSPEEDWAX to nie jedyny produkt firmy o tej samej nazwie. Jest jeszcze coś, co nazywa się Race Powder i jak sama nazwa wskazuje, jest pudrem nakładanym na łańcuch przed startem do wyścigu. Ja nie startuję, więc nie pudruję. Zainteresowanych odsyłam na stronę producenta, a pod niniejszym wpisem dorzucam kilka użytecznych linków.

Reasumując. W mojej opinii MSPEEDWAX jest najlepszym środkiem do smarowania łańcucha. Zapewnia bezproblemową i cichą pracę napędu, gwarantując jednocześnie, że wszystkie jego elementy pozostaną czyste. Jedna aplikacja wystarcza na przejechanie kilkuset kilometrów. Za pewną niedogodność można uznać fakt, że nałożenie MSPEEDWAX zajmuje więcej czasu niż w przypadku zwykłych smarów i wymaga ściągnięcia łańcucha z roweru, co wiąże się z koniecznością stosowania spinek zamiast pinów łączących. A cena? Wbrew pozorom nie uważam jej za wadę. 20 dolarów, to niecałe 80 złotych. To chyba niezbyt wygórowana zapłata za możliwość przejechania kilku tysięcy kilometrów. Problemem jest koszt przesyłki z USA, ale liczę, że wcześniej lub później pojawi się polski lub przynajmniej europejski dystrybutor tego świetnego produktu.

Przydatne linki:



Przebiłem Tubolito

Wtorek, 13 sierpnia 2019 • Komentarze: 0

Stało się! Po przejechaniu prawie trzech tysięcy kilometrów wreszcie przebiłem dętkę Tubolito! Jakkolwiek radość z tego powodu może budzić pewne podejrzenia co do stanu mojej psychiki, to jednak ma uzasadnienie. Jakże bowiem można cokolwiek przetestować rzetelnie i obiektywnie, jeśli nie doświadczy się zachowania testowanego produktu w sytuacji ekstremalnej?

Całe zdarzenie miało miejsce na podjeździe do wsi Jastrzębia, chociaż powinienem raczej napisać, że dopiero tam zauważyłem, iż moja tylna opona jest podejrzanie miękka. Zanim ściągnąłem oponę, dokładnie obejrzałem ją z zewnątrz i nie znalazłem żadnego widocznego uszkodzenia, żadnego gwoździa, drutu, wkrętu, czy czegokolwiek innego. Spuściłem resztkę powietrza, ściągnąłem jeden brzeg opony z obręczy, wyciągnąłem dętkę. Dokładnie obejrzałem wnętrze opony, przejechałem palcami po jej powierzchni i również nie znalazłem niczego podejrzanego. Wstępne oględziny dętki także nie przyniosły rezultatów. To oznaczało, że uszkodzenie nie jest wielkie. Jedyną szansą na jego odkrycie było napompowanie dętki, co też niezwłocznie uczyniłem. Niestety, pomimo dokładnego obejrzenia, pomimo przykładania dętki do ucha, nosa, ust, a nawet oka, aby poczuć choćby najmniejszy powiew uciekającego powietrza, niczego nie znalazłem. W zasięgu mojego wzroku nie było żadnego wiadra z wodą, więc nie mając wyboru, założyłem zwykłą butylową dętkę i kontynuowałem jazdę.

Do właściwej naprawy przystąpiłem w domu. Napompowałem uszkodzoną dętkę i włożyłem ją do wody. Natychmiast odkryłem nieszczelność. Dziurka była zlokalizowana na bocznej powierzchni dętki i była tak mała, że praktycznie niewidoczna. Nie było szans dostrzec ją wzrokiem. Ponadto, napompowanie dętki wcale nie gwarantowało odkrycia uszkodzenia, ponieważ przy niskim ciśnieniu powietrze uchodziło tak wolno, że było to niewyczuwalne w żaden inny sposób niż poprzez włożenie dętki do wody.

Zanim zabrałem się za naprawę, znając położenie przebicia, jeszcze raz obejrzałem oponę. Bingo! W najsłabszym miejscu opony, czyli na jej boku, znalazłem mikroskopijny ślad uszkodzenia. Prawdopodobnie uderzyłem bokiem opony w coś ostrego i bardzo cienkiego. Wszystko wskazuje także na to, że przejechałem kilka kilometrów, zanim w ogóle zorientowałem się, że przebiłem oponę. Fakt, że znalazłem przyczynę uszkodzenia był bardzo ważny, bo ostatecznie dowodził, że dętka nie uszkodziła się sama z siebie.  

Naprawa okazała się banalnie łatwa. Oznaczyłem miejsce uszkodzenia, dokładnie przemyłem je alkoholem izopropylowym i nakleiłem jedną ze specjalnych łatek z zestawu naprawczego „Flix Kit”. Na wszelki wypadek nakleiłem także zwykłą łatkę na wewnętrzną stronę opony w miejscu przebicia. Potem założyłem dętkę, napompowałem koło i gotowe. Oczywiście pojawia się pytanie, czy gdybym był w stanie znaleźć uszkodzenie, równie łatwo poszłoby mi na trasie, pod gołym niebem, w prowizorycznych warunkach? Jestem pewien, że tak. Łatka z zestawu „Flix Kit” naklejona w miejscu uszkodzenia.
Łatka z zestawu „Flix Kit” naklejona w miejscu uszkodzenia.
Przypominam, że zestaw naprawczy zawiera chusteczki nasączone alkoholem izopropylowym, które umożliwiają dokładne oczyszczenie i odtłuszczenie powierzchni w miejscu uszkodzenia. Potem wystarczy nakleić łatkę i poczekać około pięciu minut. To o wiele prostszy i z pewnością o niebo czystszy sposób niż „babranie” się z klejem do kauczuku. Czy taka naprawa jest skuteczna? Tutaj niestety muszę wrzucić pierwszy i jak na razie jedyny kamyczek do ogródka Tubolito…

Początkowo wydawało mi się, że skuteczność naprawy gwarantuje sama fizyka. Dętka po napompowaniu do odpowiedniego ciśnienia mocno przywiera do opony, przy okazji dociskając łatkę, a więc nie ma szans na powstanie nieszczelności. Tyle teoria. Praktyka wygląda tak, że naprawiona dętka szybciej traci ciśnienie. Nie jest to jakiś dramatyczny ubytek, bo zamiast dopompowywać koło co tydzień, muszę to robić mniej więcej co cztery dni, ale w przypadku tak drogiego produktu, mam prawo oczekiwać, że po naprawie będzie sprawował się dokładnie tak samo, jak nowy. Bezskutecznie próbowałem znaleźć przyczynę tego stanu rzeczy. Łatka była naklejona dokładnie według instrukcji, a dętka nie miała żadnego innego uszkodzenia. Jedyne co mi przychodzi do głowy, to niewystarczająca skuteczność kleju w przypadku wysokich ciśnień (powyżej 7 barów).  

Kilka wniosków końcowych. Po pierwsze, dętki Tubolito da się przebić, ale przecież nikt nie twierdził, że są pancerne. Po drugie, jakkolwiek trudno to obiektywnie stwierdzić, bo „kapeć” „kapciowi” nierówny, w podobnej sytuacji dętka butylowa znacznie szybciej i gwałtowniej pozbywała się powietrza. Po trzecie, w przypadku niewielkich uszkodzeń bardzo trudno jest je znaleźć bez zanurzania dętki w wodzie. Sugerowałbym wtedy nieco mocniejsze napompowanie (ale nie więcej niż 0,5 bara), bo przy zbyt niskim ciśnieniu nie ma szans na zlokalizowanie otworu. Po czwarte, jeśli już znajdziemy nieszczelność, to naprawa dętki Tubolito jest szybka i banalnie łatwa, a przede wszystkim „czysta”. Po piąte, jakkolwiek naprawa jest łatwa, to jednak nie jest w 100% skuteczna. Naprawiona dętka szybciej traci ciśnienie.

Pomimo opisanych kłopotów ze szczelnością naprawionej dętki, moje dotychczasowe doświadczenia są na tyle dobre, że na poważnie rozważam możliwość pozbycia się butylowych dętek, które wożę na zapas w torebce podsiodłowej i zastąpienie ich dętkami Tubolito. Będę się mógł także pozbyć tradycyjnego zestawu naprawczego i zastąpić go poręcznym „Flix Kit”. To być może drogie rozwiązanie z pogranicza fanaberii, ale dzięki niemu zyskam sporo wolnego miejsca w torebce podsiodłowej lub będę mógł ją zastąpić przez coś mniejszego i bardziej poręcznego.



#143

Wtorek, 6 sierpnia 2019 • Komentarze: 0

Mniej więcej o tej samej porze, gdy rozpoczynała się moja wczorajsza przejażdżka, kolarze startujący w 76 Tour de Pologne rozpoczynali rywalizację na trasie III etapu. Etapu, który na zawsze przejdzie do historii wyścigu. 48 kilometr trasy, prosty odcinek drogi. Bjorg Lambrecht
Bjorg Lambrecht
Bjorg Lambrecht, młody belgijski kolarz, zawodnik grupy Lotto-Soudal, jadący z numerem 143, zjeżdża nagle do przydrożnego rowu i uderza w betonowy przepust. Dramatyczna akcja ratunkowa tylko na chwilę przywraca bicie serca. Pomimo wysiłków lekarzy, Bjorg przegrywa swój wyścig o życie…

Jest mi przykro i smutno z wielu powodów. Po pierwsze, pasjonuję się kolarstwem, więc w szczególny sposób przeżywam każdy dramat, który dotyczy tej pięknej dyscypliny sportu. Po drugie, sam też jeżdżę. Nie tak szybko, nie tak mocno, ale jak każdy rowerzysta ryzykuję życiem, poruszając się w otwartym ruchu, omijając drogowe pułapki, spotykając się z nonszalancją lub agresją kierowców. Po trzecie, od dawna kibicuję zawodnikom Lotto-Soudal. Jeśli żaden Polak nie jest w stanie wygrać etapu, to cieszę się, gdy zwycięstwo staje się udziałem belgijskiej drużyny. Nie Bora, nie Ineos, nie CCC, ale właśnie Lotto-Soudal. Po czwarte i chyba najważniejsze, jestem ojcem. Moja córka niedawno miała wypadek i wyłącznie Bogu zawdzięcza, że jest cała i zdrowa.

Tuż po tragedii w sieci zaroiło się od wpisów. Z przytłaczającej większości emanował smutek i żal. Niestety niektóre z komentarzy powstały według zasady „nie wiem, więc się wypowiem”. Ktoś napisał, że trasa była źle zabezpieczona. A niby jak miała być? Dmuchane bandy rodem z torów żużlowych ustawione na całej długości? Nonsens. Wystarczy zobaczyć, jak wyglądają zjazdy na alpejskich etapach Tour de France lub Giro d’Italia. Są pozbawione jakichkolwiek zabezpieczeń. Ryzyka nie da się w pełni wyeliminować, no chyba, że będziemy rozgrywać wyścigi na zamkniętych torach F1, ale i tam asfalt jest twardy. Pojawiły się także wątpliwości, czy wyścig nie powinien być przerwany. Moim zdaniem, wspólna decyzja organizatorów, sędziów oraz zawodników, aby zneutralizować i skrócić kolejny etap jest słuszna i umożliwia wszystkim, zarówno kolarzom jak i organizatorom, ale także nam – kibicom, oddanie hołdu zmarłemu Belgowi.



Najlepsze bibsy świata?

Poniedziałek, 5 sierpnia 2019 • Komentarze: 0

Moja jedenastoletnia „przyjaźń” z kolarstwem jest w pewnym sensie historią poszukiwania komfortu dla części ciała, która powszechnie uważana jest za mało szlachetną. Problem w zasadzie nie istniał, dopóki pokonywałem dystanse rzędu 30 – 40 kilometrów. Kłopoty zaczęły się przy dłuższych trasach i zdawały się narastać wprost proporcjonalnie do kwadratu przejechanych kilometrów. Naturalną koleją rzeczy było więc znalezienie idealnie dopasowanego siodełka. Sam nie pamiętam, ileż to razy ogłaszałem wszem i wobec, że oto znalazłem siodło idealne, a potem okazywało się, że wcale nie jest tak wygodne, jak się wydawało i cała zabawa rozpoczynała się od początku. Ta wkładka okazała się rewelacyjna.
Ta wkładka okazała się rewelacyjna.
Poszukiwania ideału były kosztowne, ale w końcu udało mi się znaleźć siodełko, które w pełni mi odpowiada. Wydawać by się mogło, że nareszcie osiągnąłem swój cel i wszelki dyskomfort odszedł w zapomnienie. No niestety nie. Jak to często w życiu bywa, rozwiązanie jednego problemu zrodziło, a w zasadzie ujawniło problem kolejny. Okazało się, że goniąc za siodełkowym absolutem zupełnie pominąłem temat warstwy pośredniej, czyli spodenek.

Jak mniemam, nie jestem jedynym, który miał wątpliwą przyjemność bliższych spotkań III stopnia z „atrakcjami” w postaci odparzeń, potówek lub cyst. Podobnie jak ból spowodowany niewłaściwie dobranym siodełkiem, potrafią odebrać całą radość, zamieniając jazdę w bolesną walkę o przetrwanie. Z odparzeniami i potówkami poradziłem sobie dość łatwo za pomocą rewelacyjnego kremu Assos Chamois Creme. Cysty okazały się większym problemem. Prawdę mówiąc, nie pamiętam nawet, kiedy pojawiły się pierwszy raz. Zauważyłem jednak, że ich umiejscowienie jest zależne od modelu spodenek, a konkretnie od rodzaju wkładki. Zacząłem kolejne poszukiwania ideału, które niestety zakończyły się totalnym fiaskiem. Żadne spodenki, ani tanie, ani drogie, ani „nołnejmy”, ani markowe nie okazały się wystarczająco dobre. Nie miało żadnego znaczenia, czy były dedykowane na dwie godziny czy na siedem godzin jazdy. Jeździłem więc i cierpiałem, używając od czasu do czasu jakichś opatrunków żelowych, które choć dobrze spełniały swoją rolę, to z racji umiejscowienia  były dość kłopotliwe podczas wykonywania tzw. czynności fizjologicznych.

Byłoby tak do dzisiaj, gdybym pewnego dnia nie przeczytał artykułu „Dajże rzyci żyć” na blogu Przemka Zawady. Autor miał podobne problemy i postanowił rozwiązać je w sposób radykalny. Zamiast wydawać pieniądze na szukanie idealnych spodenek, postanowił zlecić ich uszycie. Skromne opakowanie świetnego produktu.
Skromne opakowanie świetnego produktu.
Wybrał najlepszą ze znanych sobie wkładek, opracował fason i inne szczegóły. Ale najważniejsze jest to, że postanowił rozpocząć produkcję spodenek na większą skalę, dzięki czemu każdy może je kupić.

Wahałem się. Spodenki nie są tanie i nie miałem żadnej gwarancji, że sprawdzą się w moim przypadku. Liczba pozytywnych opinii była jednak tak duża, a ja tak zdesperowany, że postanowiłem zaryzykować i zamówiłem. Paczka dotarła do mnie już następnego dnia. Niewielkie, gustowne opakowanie zawierało „cudowne” spodenki – miłe, przyjemne w dotyku, ascetyczne w wyglądzie. Czy jednak okażą się wygodne? Na odpowiedź musiałem poczekać nieco ponad 3 godziny i przejechać przynajmniej 100 kilometrów.

No i?

I o to właśnie chodziło! Nic mnie nie bolało, nic mi się nie odparzyło, żadna cysta nie zakłóciła krajobrazu moich czterech liter. Ktoś powie, że jedna przejażdżka to zbyt mało. Wiem o tym. Po kolejnej jeździe nadal nic mnie nie bolało. Po następnej też. I tak jest do dzisiaj. Mógłbym zacytować starą reklamę Always – zawsze sucho, zawsze czysto, zawsze pewnie.

Na koniec odsyłam wszystkich zainteresowanych, a zwłaszcza tych cierpiących i obolałych po dłuższej rowerowej wyprawie, na blog Przemka Zawady:

 



Nowy „koszul”

Poniedziałek, 29 lipca 2019 • Komentarze: 0

O rowerowych ciuchach nie miałem jeszcze okazji pisać. Dzisiaj to zmienię i napiszę kilka zdań o mojej nowej koszulce.

Moje samotne eskapady trwają czasem kilka godzin. Planując spędzenie takiej ilości czasu na rowerze, muszę zadbać o to, aby po drodze właściwie się odżywiać oraz odpowiednio dużo pić. W kontekście panujących upałów, zwłaszcza nawadnianie jest bardzo ważne. Nie lubię być uzależniony od sklepów, bo nie mam żadnej gwarancji, że znajdę je wtedy, gdy będę tego potrzebował, a jeśli już, to pozostaje kwestia bezpiecznego pozostawienia roweru przed wejściem. Z tych powodów zawsze staram się zabrać ze sobą tyle jedzenia i picia, aby jak w najmniejszym stopniu być uzależnionym od osób trzecich. Bywa więc, że oprócz dwóch bidonów po 750 ml każdy, zabieram dodatkowe pół litra wody mineralnej w małej butelce oraz pół litra coli, jako szybką pomoc w przypadku „bomby”. Oprócz tego pakuję przynajmniej kilka batonów energetycznych. Nie ruszam się także bez telefonu i małego sportowego portfela. No i jeszcze paczka chusteczek higienicznych. To wszystko trzeba gdzieś upchnąć. W torebce podsiodłowej nie mam miejsca, bo tam jadą zapasowe dętki, łatki, multi-tool, miniaturowa pompka i… aparat fotograficzny.

Koszulka Craft Route.
Koszulka Craft Route.
Typowa koszulka kolarska ma trzy kieszonki na plecach. Często zdarza się, że jest jeszcze czwarta, zapinana na zamek. Zauważyłem jednak, że czym droższa i lepsza koszulka, tym mniejsza szansa na istnienie zapinanej kieszonki. No cóż, zawodnicy raczej nie wożą ze sobą portfela ani dokumentów. Jednak nawet przy czterech kieszeniach mam czasem problem z zapakowaniem wszystkiego, o czym napisałem. Jeśli dwie kieszenie wykorzystam na dodatkowe butelki z napojami, a portfel i smartfon schowam do tej z zapięciem, to pozostaje tylko jedno miejsce na upchnięcie wszystkich batonów. Jeszcze do niedawna tak właśnie robiłem, bo nie miałem żadnej alternatywy. Teraz już mam. Jest nią koszulka Craft Route.

Koszulka jak koszulka. Wygląda zupełnie zwyczajnie i nic nie wskazuje, że czymkolwiek się wyróżnia. Cena nie jest niska (zapłaciłem 54 EUR w bike-discount.de), ale znam o wiele droższe koszulki. Tym, co przekonało mnie do zakupu był fakt, że oprócz typowych trzech kieszeni na plecach, Craft Route posiada czwartą, zapinaną na zamek oraz dwie dodatkowe małe kieszonki po bokach. Razem jest więc sześć miejsc, gdzie mogę ukryć cały prowiant na drogę i inne drobiazgi. W praktyce, wszystkie batony energetyczne mieszczą się w bocznych kieszeniach, a na plecach wiozę napoje, pieniądze oraz telefon. Jedynym minusem jest wielkość zapinanej kieszonki. Mały sportowy portfel spokojnie się w niej mieści, ale trudno ukryć w niej dużego smartfona. Mój wchodzi „na styk”.



Na błysk!

Poniedziałek, 15 lipca 2019 • Komentarze: 0

W pogoni za niską wagą zdecydowałem się onegdaj na zakup ultra lekkich koszyków na bidon Elite Leggero. Już sama nazwa wskazywała, że są lekkie i faktycznie tak jest. 15 gramów to niezły wynik. Niestety nie ma nic za darmo. Dość szybko Elite Leggero nie sprawdziły się.
Elite Leggero nie sprawdziły się.
okazało się, że koszyki są kompatybilne chyba wyłącznie z bidonami Elite, których akurat nie lubię. To dość dziwne, bo wymiary bidonów są raczej znormalizowane, ale faktem jest, że tylko Elite jako tako trzymało się w koszykach Leggero. Inne bidony tańcowały radośnie jak Edyta Herbuś i mniemam, że na brukach pokroju Roubaix wystrzeliłyby nieskrępowane ku wyższym warstwom atmosfery, pozostawiając mnie na pastwę odwodnienia. Długo tolerowałem taką sytuację, aż wreszcie powiedziałem – dość. W rowerze zimowym mam przecież koszyki Progress PG-551, które są tam potrzebne jak grzebień łysemu, gdyż ponieważ rower zimowy służy jako trenażer. Wystarczy je przełożyć…

Był tylko jeden problem – proszę, nie śmiejcie się – rama Helium jest błyszcząca, a koszyki matowe. Ten lakier bezbarwny z utwardzaczem okazał się rewelacyjny.
Ten lakier bezbarwny z utwardzaczem okazał się rewelacyjny.
Lubię dbać o detale, nie znoszę przypadkowości i bylejakości. Wszystko powinno ze sobą współgrać, nawet taki drobiazg, jakim jest koszyk na bidon. Postanowiłem zatem polakierować koszyki. Sęk w tym, że chciałem to zrobić domowym sposobem, a popularne lakiery bezbarwne, które można kupić w marketach budowlanych są naprawdę kiepskie. Być może nadają się do jakichś domowych zastosowań, ale nie sprawdzają się w przypadku elementów narażonych na działanie różnych czynników zewnętrznych. Te lakiery nie są po prostu odpowiednio twarde po wyschnięciu.

Rozwiązaniem problemu nie okazała się wizyta u profesjonalnego lakiernika, ale zakup lakieru z utwardzaczem. To zwykły spray, który ma dwie komory.  W jednej jest lakier, w drugiej utwardzacz. Po aktywacji utwardzacza, co następuje za pomocą specjalnej zawleczki i wygląda jak odbezpieczenie granatu, lakier miesza się z utwardzaczem i od tego czasu mamy 24 godziny na wykorzystanie puszki. Zamieniłem więc kuchnię w lakiernię – ja naprawdę mam cudowną żonę – i przystąpiłem do działania. Po niedługim czasie oba koszyki były pięknie polakierowane, a po kolejnych siedmiu godzinach lakier był utwardzony na tyle, że mogłem dodatkowo  je wypolerować.

Sztuka dla sztuki? Przesada? Możliwe, ale przecież napisałem, że przywiązuję wagę do szczegółów.

Koszyki mają za sobą pierwszą jazdę. Sprawowały się bez zarzutu. Bidony były trzymane odpowiednio mocno, nie telepały się, nie sprawiały wrażenia, że za chwilę wypadną. Lakier jest na tyle wytrzymały, że nawet wewnętrzna powierzchnia koszyków nie zarysowała się od częstego wyciągania i wkładania bidonów. No i jeszcze jedno. Całkiem fajnie komponują się z ramą. Krótko mówiąc – pełen sukces.

Efekt końcowy, czyli błyszczące koszyki Progress PG-551.
Efekt końcowy, czyli błyszczące koszyki Progress PG-551.



Pierwszy miesiąc z dętkami Tubolito

Wtorek, 9 lipca 2019 • Kategoria: TestyKomentarze: 0

Miesiąc temu rozpocząłem test dętek Tubolito. Temu faktowi poświęciłem nawet stosowny artykulik, ale cóż mogłem wtedy napisać? Gdzie kupiłem, ile zapłaciłem, jak wyglądają. No i jeszcze pierwsze wrażenia. To wszystko. W przypadku dętek to mało istotne informacje, bo akurat wygląd nie ma większego znaczenia, zwłaszcza, że nie spotkałem jeszcze przeźroczystych opon. Dzisiaj mogę już napisać nieco więcej, bo pierwszy miesiąc użytkowania przełożył się na ponad 1500 przejechanych kilometrów, a to zawsze coś. Wszystkich, którzy nie czytali wspomnianego postu, zapraszam do jego lektury, a tych, którzy zapoznali się z jego treścią, z góry przepraszam za powielenie w niniejszym tekście niektórych informacji, tudzież zdjęć.

Na początek przypomnę, skąd w ogóle wziął się pomysł zastosowania dętek Tubolito. Otóż jako tzw. niespokojny duch i człowiek wiecznie wszystko „ulepszający” (nie zawsze z pozytywnym skutkiem), miałem ochotę, aby zrzucić nieco masy rotującej z kół. Nie chciałem jednak zmieniać ich konstrukcji, bo to byłoby zupełnie nieuzasadnione ekonomicznie. Nie zamierzałem także wymieniać opon, bo nie o to chodziło, aby zmniejszyć masę kosztem jakości, bezpieczeństwa i odporności na przebicia, a opony Continental GrandPrix 4000S II, czy obecnie używane GrandPrix 5000 są klasą samą w sobie. Gwoli przypomnienia. Dętka Tubolito i dowód jej lekkości.
Gwoli przypomnienia. Dętka Tubolito i dowód jej lekkości.
Odrzuciłem również pomysł pójścia za modą i przejścia na „tiublesy”, albowiem znajomość matematyki na poziomie połączonych intelektów ameby i pantofelka wystarczyła, aby przekonać się, że to rozwiązanie nie jest lżejsze. GP5000 w wersji bezdętkowej to 300 gramów. Do tego trzeba doliczyć wagę mleczka uszczelniającego, wentyla oraz taśmy na obręcz (obecnie stosuję zatyczki VeloPlugs). W tym momencie wyznawcy religii bezdętkowej powiedzą, że waga to nie wszystko, a w zamian zyskam odporność na „snejki” oraz możliwość jazdy z niskim ciśnieniem. Tak, to racja, tyle tylko, że ja nie mam zamiaru jeździć z niskim ciśnieniem, bo żywiołem szosówki są połacie asfaltu, a nie kamieniste bezdroża, zaś na bruki w okolicach Roubaix póki co się nie wybieram. Nie koła, nie opony, a więc moje boje o niższą masę musiały skoncentrować się na dętkach. Ale czy w czymś, co opatentowano ponad 100 lat temu można jeszcze coś ulepszyć? Dotychczas korzystałem z dętek Continental Race Light, które moim zdaniem są całkiem niezłym kompromisem pomiędzy wagą i wytrzymałością. Lżejszy jest model Supersonic, który waży ledwie 50 gramów, ale zrobiony jest z tak cienkiej gumy butylowej, że samo założenie wiąże się z ryzykiem uszkodzenia. To może dętki lateksowe? Używałem ich przez pewien czas w rowerach MTB. Są bardziej wytrzymałe i lżejsze od butylowych. Niestety mają też wady. Po pierwsze, nie ma ich jak załatać po przebiciu. Po drugie, dość szybko tracą ciśnienie, a więc używanie pompki staje się codziennym rytuałem. Była jeszcze jedna opcja. Kilka lat temu świat usłyszał o dętkach Foss. Zrobione z „magicznego” polimeru, który w przypadku przebicia można było naprawić za pomocą… zapalniczki. Super, ale jak zwykle jest pewne „ale”. Dętki Foss nie mogą być stosowane w kołach, w których używa się hamulców szczękowych. Wzrost temperatury obręczy może spowodować pęknięcie dętki. Wydawało się zatem, że wszystko zostanie po staremu, ale właśnie wtedy zupełnie przypadkowo odkryłem austriacki produkt o nazwie Tubolito.

Dętki Tubolito są zrobione… No właśnie, z czego? Tego producent nie zdradza, ograniczając się do enigmatycznego sformułowanie, że stanowią połączenie termoplastycznego elastomeru z opatentowaną technologią. Są ultra cienkie, co nie przeszkadza im być – według producenta – dwukrotnie bardziej odpornym na przebicia. To znaczy, że aby je przebić przy pomocy np. gwoździa, trzeba w ten gwóźdź walnąć z dwukrotnie większą siłą niż w przypadku zwykłej dętki. Tubolito w wersji szosowej są też ultra lekkie, bo ważą niecałe 40 gramów (nawiasem mówiąc jest też wersja S, ważąca – uwaga – 23 gramy, ale producent lojalnie uprzedza, że jest „tylko” tak samo odporna na przebicia, jak zwykła dętka butylowa oraz nie może być stosowana w kołach z hamulcami szczękowymi). To nie wszystko. Tubolito lepiej trzymają ciśnienie, więc nie ma potrzeby notorycznego machania pompką. W przypadku uszkodzenia można je naprawić za pomocą specjalnych samoprzylepnych łatek. Normalnie rewelacja, same zalety i tylko jedna mała, malusia, malusieńka wada… Są mega drogie. Kosztują ok. 22 Euro w krajach demokratycznych i ok. 130 złotych w kraju „dobrej zmiany”.

Tyle teorii. Czas na praktykę. Jak już wspomniałem, używam dętek Tubolito od miesiąca. W trakcie piętnastu aktywności przejechałem na nich ponad 1500 kilometrów. Jeździłem w różnych warunkach i po różnych drogach. Oczywiście w przewadze był asfalt, ale nie zawsze tej najlepszej jakości. Czasem jeździłem po nawierzchni pamiętającej czasy Edwarda Gierka i połatanej jak twarz Donatelli Versace. Zaliczyłem także kostkę brukową, troszkę szutrów i mniej niż troszkę lekkiego terenu. Jeździłem po płaskim, wspinałem się na wzniesienia i mogłem poszaleć na zjazdach. Jeśli chodzi o te ostatnie, to zrazu pokonywałem je dość wolno i ostrożnie, niejako ucząc się zaufania do nowych dętek. I co? I nic. Dętki Tubolito nie zawiodły mnie ani razu. To oczywiście nie jest dowodem ich wyjątkowej odporności, ale z pewnością pokazuje, że Tubolito nie są jakimś przereklamowanym badziewiem. Z upływem kilometrów nabierałem coraz większego zaufania do austriackiego produktu i po pewnym czasie przestałem się ograniczać, pozwalając sobie na jazdę w myśl przysłowiowej zasady „ile fabryka dała” bez względu na rodzaj nawierzchni i procent nachylenia, czy raczej spadku.

Przebić Tubolito mi się nie udało, bo żeby tego dokonać, musiałbym najpierw uszkodzić oponę, co w przypadku Continental GrandPrix 5000 nie jest takie łatwe. Nie mogłem zatem przetestować samoprzylepnych łatek, ale – bądźmy realistami – dużo jeżdżę, więc pewnie wcześniej lub później spotka mnie ta wątpliwa przyjemność. Przy okazji chciałbym zwrócić uwagę na jeden fakt. Analizowałem niedawno przyczyny wszystkich moich „kapci”. Przynajmniej w połowie przypadków dętka została uszkodzona bez wyraźnego powodu. Wyglądało to tak, jakby guma butylowa zwyczajnie się przetarła. Tymczasem Tubolito po 1500 km nie noszą praktycznie żadnych oznak zużycia.

Adapter SKS Zipflinger rozwiązał moje problemy z pompowaniem.
Adapter SKS Zipflinger rozwiązał moje problemy z pompowaniem.
Nie byłbym sobą, gdybym nie sprawdził, jak nowe dętki trzymają ciśnienie. W tym celu pewnego dnia o tej samej porze napompowałem cztery koła. Dwa były wyposażone w dętki butylowe Race 28 Light. Dwa miały założone dętki Tubolito. Po dziewięciu dniach sprawdziłem ciśnienie. Koła z dętkami butylowymi straciły prawie jedną trzecią, a koła z dętkami Tubolito tylko jedną piątą pierwotnego ciśnienia.

Powoli wyłania się obraz produktu bez wad. Żeby więc nie było tak słodko, wypadałoby się do czegoś przyczepić. Mam zastrzeżenia dotyczące konstrukcji wentyla. Jest wykonany z gładkiego i śliskiego tworzywa. Jedynym metalowym i gwintowanym elementem jest standardowy zawór Presta. Takie rozwiązanie sprawiło, że miałem problem z napompowaniem dętki. Końcówka mojej bardzo dobrej pompki podłogowej (SKS AirWorx Plus) zwyczajnie zsuwała się z wentyla po osiągnięciu pewnego ciśnienia. Aby rozwiązać ten problem, początkowo używałem adaptera Presta/Schrader, ale ostatecznie zdecydowałem się na coś lepszego i absolutnie skutecznego. Kupiłem adapter SKS Zipflinger wyposażony w końcówki Presta oraz Schrader, które są gwintowane i można je zwyczajnie przykręcić do zaworu. Nic się więc nie zsuwa i dętka pięknie się pompuje. Nie wiem, czy opisany problem dotyczy innych pompek, ale na wszelki wypadek uczciwie o tym wspominam.

W jednej z dętek wymieniłem zaworek.
W jednej z dętek wymieniłem zaworek.
Miałem też małą przygodę. Powolna utrata ciśnienia jest czymś naturalnym. Jednak po pierwszym tygodniu zauważyłem, że tylna opona jest tak samo miękka jak przednia, chociaż pompowałem ją do wyższego ciśnienia. Wszystko wskazywało na to, że szybciej schodzi z niej powietrze. Postanowiłem to sprawdzić. Wyciągnąłem dętkę, delikatnie ją napompowałem i włożyłem do miednicy z wodą. Metodycznie sprawdzałem kawałek po kawałku, nie znajdując niczego podejrzanego. Wreszcie doszedłem do wentyla i znalazłem przyczynę. „Pyk” – z okolicy zaworu wyleciał malutki pęcherzyk powietrza. 3 sekundy przerwy i kolejny „pyk”. To niby niewiele, ale spójrzmy na to tak: „pyk” co 3 sekundy, to 20 „pyków” na minutę, 1200 „pyków” na godzinę, 28800 „pyków” na dobę, itd. Nie mogłem tego tak zostawić, więc dokręciłem felerny zawór i… tylko pogorszyłem sprawę. W akcie desperacji postanowiłem użyć zaworka ze zwykłej taniej dętki Continental. Napompowałem dętkę, włożyłem do wody i… zero „pyków”. Problem rozwiązałem, ale uważam, że drogi i zaawansowany technologicznie produkt, jakim są dętki Tubolito, powinien być w 100% wolny od tak banalnych wad.

Zanim podsumuję pierwszy miesiąc moich doświadczeń z dętkami Tubolito, spróbuję odpowiedzieć na pytanie, dla kogo właściwie przeznaczony jest wytwór austriackiej myśli technicznej? Przeciętny amator i właściciel średniej klasy roweru szosowego nie będzie raczej zainteresowany wydaniem ponad dwustu złotych na komplet dętek, dzięki którym odchudzi sprzęt o sto kilkadziesiąt gramów. Te same pieniądze wydane na nową sztycę, mostek, siodełko lub opony mogą przynieść o wiele bardziej wymierny efekt. Z kolei profesjonalista ściga się na szytkach, ewentualnie używając zwykłych opon w trakcie treningów, gdzie 100 gramów w jedną czy w drugą stronę nie czyni różnicy. Kto zatem pozostaje? Cała reszta, czyli ambitni amatorzy, maniacy lekkości, miłośnicy nowinek technicznych, niepoprawni gadżeciarze rowerowi. Tubolito to produkt właśnie dla nich. I żeby nie było, że się naśmiewam – sam należę do tej grupy.

Czas na podsumowanie. Czy uważam dętki Tubolito za godne polecenia? Na bazie dotychczasowych doświadczeń mogę z czystym sumieniem twierdząco odpowiedzieć na to pytanie. Mały problem z zaworem czy subiektywna ocena wentyla nie mogą przesłonić całości obrazu, który jest zdecydowanie pozytywny. Największą zaletą Tubolito jest połączenie wzajemnie wykluczających się cech – ultra niskiej masy oraz wytrzymałości. Nie bez znaczenia jest także mały rozmiar po zwinięciu. Decydując się na ich użycie jako dętek zapasowych, oszczędzamy miejsce w torebce podsiodłowej lub kieszonce na plecach. Wadą jest niewątpliwie cena, która dość mocno ogranicza grono potencjalnych odbiorców.



Aliexpress’owa naprawa Garmina

Środa, 3 lipca 2019 • Komentarze: 0

Na pierwszy rzut oka chiński produkt (po lewej) nie różni się od oryginału.
Na pierwszy rzut oka chiński produkt (po lewej) nie różni się od oryginału.
Dwa miesiące temu opisywałem moją naprawę przycisku zasilania komputerka rowerowego Garmin Edge 1000. Powodem było ukruszenie się  materiału, z którego wykonano przycisk. Początkowo próbowałem zdobyć oryginalną dolną część obudowy, ale okazało się to niemożliwe. Garmin zaoferował pogwarancyjną wymianę komputerka na nowy za jedyne… 1000 złotych. Nie mając wyjścia, zdecydowałem się na chałupniczą i nieco „partyzancką” naprawę, która miała jedną zaletę – była skuteczna.

Nie lubię prowizorek. Pomimo tego, że przycisk działał, nadal szukałem innego rozwiązania. Nie mogąc zdobyć oryginalnej części i nie chcąc kupować używanej, postanowiłem zaryzykować i zamówić dolną część obudowy tam, gdzie prawie każda oferta okraszona jest słowem „original”, czyli na Aliexpress. Dość długo przeglądałem propozycje, decydując się w końcu na wydanie równowartości 48 banknotów z wizerunkiem Jerzego Waszyngtona. Drogo? Drogo, ale zdecydowanie taniej niż wymiana urządzenia za tysiąc złotych. Należy pamiętać także o tym, że dolna część obudowy nie jest wyłącznie kawałkiem plastiku, ale ma wbudowane gniazdo karty Micro SD, port USB oraz miniaturowy głośniczek piezoelektryczny.   

Jednak bliższe oględziny pokazują różnice jakości wykonania.
Jednak bliższe oględziny pokazują różnice jakości wykonania.
Na przesyłkę, której koszt wliczony był w cenę, czekałem równe dwa tygodnie. Przed montażem postanowiłem porównać amerykański oryginał z jego chińskim odpowiednikiem i muszę przyznać, że byłem zaskoczony jakością wykonania. Gdybym miał przed sobą dwa nowe produkty, jeden oryginalny, a drugi „oryginalny”, mógłbym mieć problem z rozróżnieniem. Na dobrą sprawę tylko jeden element wyraźnie się różnił. Mam na myśli mocowanie głośnika piezoelektrycznego. W oryginalnej obudowie jest starannie przyklejony (i uszczelniony) grubą warstwą silikonu. Chiński producent zrobił to wyraźnie gorzej – po prostu byle jak.

Sam montaż nie był trudny, ale nie można powiedzieć, że był banalny. Najwięcej zabawy miałem z wyciągnięciem przewodów od głośnika z miniaturowej wtyczki, a następnie wciśnięcie na ich miejsce nowych przewodów. Oprócz tego musiałem odkleić baterię, która standardowo zamocowana jest za pomocą dwustronnej taśmy i przykleić ją do nowej obudowy.

Nadeszła chwila prawdy. Włączyłem Garmina i okazało się, że… działa. Karta pamięci jest czytana, port USB funkcjonuje poprawnie, a głośniczek radośnie sobie „piska”.



Ridley Helium po 2000 km

Wtorek, 25 czerwca 2019 • Kategoria: Ridley Helium SLXKomentarze: 0

Ridley Helium przejechał już 2000 kilometrów. Myślę, że jest to przebieg, który pozwala na obiektywną ocenę roweru. Budując Ridley Helium, nazwałem go rowerem marzeń. Czy dzisiaj zweryfikuję opinię?

Helium jest prawie bezkompromisowy. Prawie, bo wykorzystując stary napęd, musiałem pogodzić się z faktem, że nie jest to najnowsza grupa Dura-Ace, a jej poprzednie wcielenie. Nie widziałem jednak potrzeby zmiany czegoś bardzo dobrego na jeszcze lepsze, a przynajmniej nie w tym momencie. Podobnie postąpiłem z kołami oraz większością komponentów, więc w rzeczywistości powinienem napisać, że oceniam wyłącznie ramę. Tyle tylko, że rama nijak sama nie pojedzie, więc nie mogę o niej pisać w oderwaniu od całej reszty.

Ridley Helium w Kopaczach Wielkich.
Ridley Helium w Kopaczach Wielkich.
Jak sama nazwa wskazuje, najbardziej rzucającą się w oczy cechą „Helu” jest waga. To absolutnie „nielegalna” konstrukcja, na której nie mógłbym startować w oficjalnych zawodach UCI. Nie startuję, więc zupełnie mi to nie przeszkadza. Niska waga roweru jest najmocniej odczuwalna, co oczywiste, na podjazdach. Czasem odnoszę wrażenie, że Ridley Helium wręcz sam wspina się na szczyt przy niewielkim udziale kolarza.

Drugą cechą, która była dla mnie absolutnym zaskoczeniem, jest sztywność ramy, bo czy coś ważące 800 gramów może być sztywne? Okazuje się, że może i to jeszcze jak! Kilka brukowanych odcinków przekonało mnie, że lepiej trzymać zaciśnięte zęby, aby plomby pozostały na swoich miejscach. Jestem pewien, że gdybym nawet generował na sprincie jakieś 1800 watów mocy, to żaden z nich (tych watów) nie marnowałby się na bezproduktywne wyginanie karbonu, ale zostałby w całości przetransferowany do napędu. W przyrodzie nie ma nic za darmo, zatem należałoby się spodziewać, że skoro rama jest sztywna, to nie może być mowy o komforcie jazdy i fizjoterapeuci specjalizujący się w leczeniu urazów kręgosłupa już powinni zacierać ręce w oczekiwaniu na pacjentów. I tutaj kolejne zaskoczenie. Rower jest nadspodziewanie komfortowy. Przekonałem się o tym podczas ponad dwustukilometrowej jazdy, w trakcie i po której nie odczuwałem żadnego dyskomfortu, który wynikałby z wysokiej sztywności ramy. To niesamowite, bo przecież mówimy o rowerze posiadającym typowo wyścigową geometrię. Połączenie pozornie wykluczających się cech (niska waga, sztywność, komfort) jest zasługą użycia włókien węglowych o różnej sztywności i umieszczenia ich w odpowiedni sposób we właściwych miejscach konstrukcji.

Ridley Helium w Centawie.
Ridley Helium w Centawie.
Jazda na Ridley Helium jest czystą przyjemnością w każdych warunkach. Nie ma znaczenia, czy ostro ciśniemy na płaskim, pokonujemy podjazdy, czy szybko zjeżdżamy. Odczuwalne jest każde mocniejsze naciśnięcie pedałów i rower błyskawicznie rwie się do przodu. Ridley Helium jest zwrotny, natychmiast reaguje na najmniejszy ruch kierownicą, ale robi to w sposób nie nerwowy i absolutnie przewidywalny. W każdej sytuacji czułem się bezpiecznie i wiedziałem, że to ja panuję nad rowerem, a nie odwrotnie. Niestety niewiele mogę powiedzieć o pokonywaniu ciasnych zakrętów przy dużej prędkości, ponieważ tego elementu sztuki kolarskiej wciąż nie opanowałem w wystarczającym stopniu.

Przez 2000 kilometrów nie miałem żadnej awarii. Nic się nie popsuło. Wszystko działało dokładnie tak, jak tego oczekiwałem. Prawdę mówiąc, to akurat mnie nie dziwi, bo jak się samemu buduje (składa) rower, to każda czynność jest przemyślana i wykonana bardzo dokładnie. Dodam jeszcze, że żaden element nie wydawał podejrzanych lub denerwujących dźwięków, co nieraz potrafi zabić całą przyjemność z jazdy.

I to chyba wszystko, co mogę napisać o Ridley Helium. Myślę, że kolejnej oceny dokonam dopiero po zakończeniu sezonu. Przebieg będzie większy, a przy okazji będę mógł dokładnie przyjrzeć się stopniowi zużycia poszczególnych komponentów. A póki co, mogę zdecydowanie potwierdzić, że nazwanie Ridley Helium rowerem marzeń, było ze wszech miar słuszne.



Dlaczego używam pedałów SPD, a nie SPD-SL?

Wtorek, 18 czerwca 2019 • Komentarze: 1

Bycie szosowym amatorem ma swoje niezaprzeczalne plusy. Nie muszę żyć w nieustannym reżimie treningowym, od czasu do czasu mogę z czystym sumieniem zaliczyć kufel zimnego piwa, a jak mam ochotę, to i ze smakiem pochłonę batonik. Będąc sam swoim sponsorem, nie mam obowiązku pisania, że rowery firmy „xyz” są najlepsze na świecie, a jak coś mi się nie podoba lub zwyczajnie jest do kitu, to z czystym sumieniem mogę o tym napisać i nie grozi mi utrata kontraktu reklamowego. Mogę też ubierać się tak, jak mi się podoba – od stóp do głów. A… właśnie, skoro już wspomniałem o stopach, to nie mam też obowiązku używania butów szosowych i pedałów SPD-SL. Od lat korzystam z pedałów oraz butów z blokami SPD (czyli takich, jak w kolarstwie górskim i przełajowym), które mają jedną zdecydowaną przewagę nad butami szosowymi – można w nich normalnie chodzić.

Pedały Shimano PD-ES600.
Pedały Shimano PD-ES600.
A po co kolarzowi chodzić? To takie nieprofesjonalne, źle wygląda i w ogóle „bleee”. A co z transferem mocy, sztywnością, aerodynamiką? Co z kolarską etykietą, zasadami?

Powiem szczerze, że nic mnie to nie obchodzi. Jestem szosowym amatorem i w dodatku umiarkowanym samotnikiem, który ucieka szosą od kakofonii codzienności. Te kilka straconych watów są niczym w porównaniu z faktem, że w każdej chwili mogę zsiąść z roweru, by idąc na własnych nogach, zajrzeć, poznać, zachwycić się jakimś urokliwym miejscem, zrobić zdjęcia, itp. Oczywiście w butach szosowych też można chodzić, ale… cóż to za chodzenie. Nie dość, że stopa jest nienaturalnie wygięta, to jeszcze narażamy plastikowe bloki na zniszczenie.

Faktem jest, że rower szosowy z pedałami SPD nie wygląda najlepiej. Rozwiązanie ze świata MTB wprowadza pewien chaos do uporządkowanej linii. Na szczęście można ten problem rozwiązać, używając szosowej wersji pedałów SPD. Kiedyś korzystałem z pedałów Shimano PD-A600, a od niedawna używam PD-ES600. Ważą tylko 283 gramy (komplet). Od pedałów górskich różnią się głównie tym, że można się w nie wpiąć wyłącznie z jednej strony. Posiadają także większą podstawę, która zapewnia lepsze podparcie i – jak sądzę – subtelnie poprawia „mityczny” transfer mocy.

Komentarze

img
Tomek • Niedziela, 21 lipca 2019, 13:59

Super tekst. Ja jeżdżę w MTB i używam pedałów SPD zarówno w rowerze XC jak i szosowym. Do tej pory miałem M-520 ale teraz zamierzam zmienić na M-540 https://www.cycleshop.pl/pedaly-rowerowe,c183.html

Dodaj komentarz...