Lustereczko, powiedz przecie…

Czwartek, 14 maja 2020 • Komentarze: 0

Światem roweru szosowego jest, jak sama nazwa wskazuje, szosa. Owszem, czasem zdarzy się jakaś mała przygoda z szutrem lub drogą gruntową, ale asfalt jest nawierzchnią, po której najczęściej się poruszamy. Problem w tym, że po tym samym asfalcie jeździ wszystko, co ma koła i z reguły są to pojazdy zdecydowanie większe, cięższe i szybsze od naszych rowerów – samochody osobowe, autobusy, ciężarówki. Być może nie byłoby się czym przejmować, gdyby zawsze za ich kierownicami siedzieli rozsądni ludzie z wyobraźnią i dużym doświadczeniem. Niestety tak nie jest. Zapewne każdy z nas niejednokrotnie znalazł się w sytuacji, której skutkiem był gwałtowny wzrost ciśnienia, Lusterko Zefal Spy jest naprawdę niewielkie.
Lusterko Zefal Spy jest naprawdę niewielkie.
chłodny pot na karku, drżenie rąk czy bezwiednie wykrzyczane przekleństwa. Być może niewiele brakowało, aby „pampers” w spodenkach spełnił rolę zgodną ze swoją potoczną nazwą. Pal licho, jeśli faktycznie kończy się tylko na stratach „moralnych”. Gorzej, jeśli efektem bliskiego spotkania trzeciego stopnia z idiotą za kierownicą są tytanowe śruby, gips, długi pobyt w szpitalu, a nawet kalectwo. Najgorzej, jeśli zapada ciemność i nie ma już nic…

Niebezpieczne sytuacje zdarzają się każdemu – początkującym, doświadczonym, a nawet najbardziej utytułowanym kolarzom o nienagannej technice. Ryzyka nie da się całkowicie wyeliminować. Można jednak zrobić wszystko, aby je ograniczyć. Podstawową kwestią jest oczywiście wyobraźnia połączona z bardzo dobrą techniką. Żeby jednak wyobraźnia mogła działać, żeby można było przewidzieć, co się stanie, trzeba… widzieć. Najlepiej wszystko i z każdej strony. Kłopot polega na tym, że rowerzysta najlepiej widzi to, co się dzieje z przodu i ma nieco gorszą, ale wystarczającą kontrolę zdarzeń z lewej i prawej strony. Zdecydowanie źle wygląda kwestia tyłu. Umówmy się, że nie ma nic gorszego, niż wypadający nagle zza naszych pleców i wyprzedzający nas na centymetry samochód. Niezachowanie bezpiecznego odstępu to prawdziwa plaga, której chyba nie sposób wyeliminować. Dobrze byłoby więc znaleźć jakiś sposób na obserwację tego, co dzieje się z tyłu.

Sposób oczywiście jest i nazywa się „lusterko”. Niestety my szosowcy jakoś nie przepadamy za przykręcaniem do roweru czegokolwiek, czego nie używają profesjonaliści. Wielu z nas nie ma dzwonków, niektórzy bronią się nawet przed oświetleniem. Z trudem akceptujemy torebki podsiodłowe – znam takich, którzy wszystko wożą w kieszonkach koszulki. Lusterko w rowerze szosowym? To może od razu podnóżek, odblaski na szprychach i bagażnik?

Też tak myślałem, godząc się na częste odwracanie głowy podczas jazdy, co nie było ani wygodne, ani do końca bezpieczne, bo patrząc do tyłu, traciłem kontrolę nad tym, co było przede mną. Jednocześnie rozważałem różne dziwne koncepcje, np. mikro lusterko montowane w okularach lub do kasku, a nawet radar wsteczny Garmin Varia, Lusterko po zamontowaniu nie zakłóca szlachetnej linii roweru szosowego.
Lusterko po zamontowaniu nie zakłóca szlachetnej linii roweru szosowego.
który bardzo odpowiadałby mojej „gadżeciarskiej” naturze. Koniec końców, zupełnie bez przekonania, zdecydowałem się na przetestowanie najtańszej opcji i za około 35,- złotych kupiłem małe lusterko Zefal Spy. Byłem przekonany, że wyrzucę je do kosza po pierwszym użyciu.

Stało się inaczej. Już po kilkunastu minutach jazdy zadałem sobie pytanie: „jak mogłem dotąd bez tego żyć”? Zamontowane na kierownicy, małe i dyskretne lusterko, okazało się przysłowiowym strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Doskonale widać w nim wszystko, co dzieje się za rowerem. Z odpowiednim wyprzedzeniem dostrzegam zbliżające się samochody, motocykle, a także innych kolarzy, którzy już nie zaskakują mnie swoim nagłym wynurzeniem się z „ostrego cienia mgły”. Co prawda od czasu do czasu zdarza mi się odwrócić głowę, ale jest to albo kwestia przyzwyczajenia, albo rzut oka dla ostatecznego upewnienia się, że jest bezpiecznie. Jeśli chodzi o montaż, to jest on banalnie prosty i nie wymaga użycia żadnych narzędzi ani ingerencji w konstrukcję roweru. Wystarczy zacisnąć elastyczną obejmę i gotowe. Trywialna jest także regulacja, ale z oczywistych powodów, najłatwiej jest ją przeprowadzić, siedząc na rowerze.

Lusterko oczywiście nie zabezpiecza przed zdarzeniami losowymi, ale zapewnia wystarczająco dobrą obserwację niewidocznego dotychczas obszaru. A to warunek konieczny, aby móc odpowiednio wcześnie zareagować na zbliżające się niebezpieczeństwo. Ceną jest niewielkie zaburzenie czystej formy wyścigowego roweru, ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie w kontekście bezcennych darów, jakimi są zdrowia i życia?



Wosk MSPEEDWAX raz jeszcze

Czwartek, 7 maja 2020 • Komentarze: 0

Wyobraźmy sobie, że istnieje idealny smar do łańcucha, taki „święty graal” z dziedziny smarów. Zapewne moglibyśmy o nim powiedzieć, że:

  1. Jest skuteczny.
  2. Nie wymaga częstego stosowania.
  3. Nie brudzi napędu.
  4. Działa w każdych warunkach.
  5. Znacząco wydłuża żywotność łańcucha.
  6. Napęd pracuje cicho.
  7. Łatwo się aplikuje.
  8. Jest tani.

Czy taki produkt istnieje? Nie, ale jeden jest bliski spełnienia prawie wszystkich powyższych wymagań. Zatem jeszcze raz wracam do tematu MSPEEDWAX, czyli suchego smaru do łańcucha.

Jakiś czas temu opublikowałem artykuł, prowokacyjnie zatytułowany MSPEEDWAX – Simply the best. Tam oraz w artykule Najlepszy zakup 2019, starałem się udowodnić, że MSPEEDWAX jest naprawdę świetnym produktem, który spełnia przynajmniej pierwsze pięć z powyższych punktów, a więc jest skuteczny, nie wymaga częstego smarowania, nie brudzi napędu, działa w każdych warunkach oraz wydłuża żywotność łańcucha. Odniosłem się także do cichej pracy napędu, chociaż muszę przyznać, że tutaj tradycyjne smary wypadają nieco, ale tylko nieco lepiej. Pozostaje kwestia aplikacji oraz ceny. To były najczęściej krytykowane cechy MSPEEDWAX. Jeśli chodzi o aplikację, to niektórzy wręcz twierdzili, że nie mają czasu na „zabawę” w woskowanie, a cena była określana jako „zaporowa”.

Ale czy na pewno?

Sposób aplikacji faktycznie może wydawać się skomplikowany. Przed wszystkim trzeba dokładnie wyczyścić i łańcuch. Ale przecież to i tak trzeba zrobić, niezależnie od tego, czy nakładamy zwykły smar czy wosk. Co prawda producent Squirt’a chwali się, że wystarczy przetrzeć łańcuch szmatką, ale moje doświadczenie jest zgoła inne. No więc czyścić trzeba. Potem rzeczywiście robi się już trudniej, bo trzeba rozpuścić wosk, zanurzyć w nim łańcuch, chwilę pomieszać, powiesić łańcuch na jakimś haku, poczekać aż ostygnie, „połamać” sklejone woskiem ogniwa i dopiero potem można zakładać. Łańcuch z prawej strony jest nowy. Ten z lewej przejechał 8500 km, wydłużając się jedynie o ok. 0,2%. Do jego smarowania używałem oczywiście MSPEEDWAX.
Łańcuch z prawej strony jest nowy. Ten z lewej przejechał 8500 km, wydłużając się jedynie o ok. 0,2%. Do jego smarowania używałem oczywiście MSPEEDWAX.
A jak jest w przypadku zwykłego smaru? Nakładamy kropelkę na każde ogniwo i gotowe. Łatwiej? Łatwiej. Szybciej? Szybciej. Tyle tylko, że woskowanie przeprowadzamy co – powiedzmy – 800 kilometrów, a tradycyjny smar trzeba „lać” co 150, może co 200. Krótki czas pomnożony kilkukrotnie przestaje być krótkim czasem.

A cena? No cóż, rzeczywiście jest niemała. 20 banknotów z wizerunkiem Jerzego Waszyngtona to spory wydatek, zwłaszcza biorąc pod uwagę aktualny kurs amerykańskiej waluty. No i jeszcze koszty przesyłki, czyli drugie tyle. W ten sposób robi się nam jakieś 170,- złotych. To dużo, ale to jednorazowy wydatek. Na MSPEEDWAX przejechałem już ponad 8500 kilometrów, dziewięciokrotnie go aplikując i nadal korzystam tylko z połowy opakowania. Ile razy musiałbym użyć zwykłego smaru? Jak dużo zużyłbym odtłuszczacza na czyszczenie nie tylko łańcucha, ale całego zasyfionego napędu? No i jeszcze jedno. Ile kilometrów przejechałbym na jednym łańcuchu? Nie oszukujmy się. Tradycyjny smar przyciąga kurz jak magnes metal, zamieniając się w pastę ścierną o gradacji zależnej od rodzaju smaru i nawierzchni po której jedziemy. Zanim zacząłem używać MSPEEDWAX, wymieniałem łańcuch po około 5000 kilometrów. Teraz powoli zbliżam się do podwojenia tego dystansu, a wydłużenie łańcucha wynosi około 0,2%. Zresztą spójrzcie na załączone zdjęcie. Mówi samo za siebie. Jeśli więc zsumuję cenę zwykłych smarów, odtłuszczaczy i zużytych łańcuchów, to może się okazać, że stosowanie MSPEEDWAX wcale nie oznacza zwiększenia kosztów, a wręcz odwrotnie. Jeszcze napęd – zawsze suchy, zawsze czysty, zawsze pewny. To bezcenne.



Egoista

Piątek, 17 kwietnia 2020 • Komentarze: 1

Dzisiaj dowiedziałem się, że jestem robakiem, który gdzieś tam pełza swoimi kanalikami, tudzież egoistą oraz że zachowuję się jak dziecko. Dlaczego? Bo w czasie, gdy gospodarka jest w agonii, a nasza cywilizacja wręcz się kończy, ja narzekam, że nie można jeździć na rowerze. Słowa te wypowiedział pewien znany vloger na swoim youtube’owym kanale. Przy okazji dostało się tym wszystkim, którzy wbrew zakazom jeżdżą na rowerze, zamiast siedzieć na du*** w domu i co najwyżej pokręcić trochę na Zwifcie.

Tęsknie za takimi widokami.
Tęsknie za takimi widokami.
To oczywiście jego prywatna opinia, z która ja nie muszę się zgadzać i tak się składa, że się nie zgadzam. Recesja, kryzys, gospodarczy zastój oraz oczywiście kwestia panującej pandemii wcale nie są mi obojętne i jak prawie każdy, z niepokojem patrzę w przyszłość, chociaż jako chrześcijanin mam jednak trochę inne podejście, naznaczone wiarą i zaufaniem. Ale niby jaki ma to związek z narzekaniem, że nie mogę jeździć na rowerze? Uważam, że właśnie w takich szczególnych czasach trzeba mieć jakąś odskocznię, swój azyl, który przeciągnie myśli ze strefy pesymizmu na jasną, optymistyczną stronę mocy. Mam kilka takich „stref bezpieczeństwa” i jedną z nich jest jazda na rowerze. Ja po prostu tego potrzebuję, aby moja psychika krążyła po właściwych orbitach, co jest równie ważne, jak zdrowie fizyczne. Dlatego właśnie krytykowałem ten zakaz, uważając, że samotny rowerzysta, jadący pustą drogą z dala od miasta, nie jest żadnym zagrożeniem. Śledząc profile osób, które pomimo zakazu jeździły na rowerze, nie oceniałem ich. Czasem obojętnie rzuciłem okiem na ich „wyczyny”, a czasem trochę zazdrościłem, że wyruszyli na spotkanie przygody, która mogła zakończyć się wlepieniem kuriozalnie wysokiego mandatu. Sam jednak grzecznie siedziałem w domu, czekając na lepsze dla rowerzystów dni, które – mam nadzieję – nadejdą już w najbliższy poniedziałek.

Czy to wszystko oznacza, że jestem egoistą?

Komentarze

img
Artur • Środa, 13 maja 2020, 10:01

byłem / jestem jednym z tych ryzykantów co lobią życie na krawędzi i jeździli (dodam samotnie i po bocznych drogach) w okresie kiedy wirus rozprzestrzeniał się od jazdy rowerem i chodzeniu po lasach. Dzisiaj, z dnia na dzień na mocy kolejnego rozporządzenia, stało się coś, że wirus już się nie rozprzestrzenia choć tak na prawdę nic się nie zmieniło. Trzeba zachować zdrowy rozsądek we wszystkim, nawet urzędowa głupota jest ciągle głupotą. ps. A tego Ridley-a to Ci zazdroszczę;-).

Dodaj komentarz...



Duszę się

Poniedziałek, 13 kwietnia 2020 • Komentarze: 0

Na rowerowych blogach zapadła złowieszcza cisza. Jak większość z Was, siedzę w domu i patrzę przez okno na rozkwitającą wiosnę. Powoli narasta we mnie frustracja i puszczają mi nerwy. Rozumiem, że mamy szczególny czas i musimy do minimum ograniczyć kontakty z innymi ludźmi. Staram się zrozumieć, że bez wprowadzenia Pustka i cisza na krakowskich ulicach.
Pustka i cisza na krakowskich ulicach.
któregokolwiek ze stanów nadzwyczajnych, taki stan de facto istnieje i zostały naruszone moje konstytucyjne prawa. Ale do jasnej konwalii (jak zwykł mawiać mój matematyk w ogólniaku), nie rozumiem, komu zagraża samotny rowerzysta poruszający się pustymi drogami z dala od miasta? Jaki jest sens prześladowania ludzi za to, że samotnie biegając lub jeżdżąc, fundują sobie odrobinę normalności w tym nienormalnym czasie? Nie mogę się z tym pogodzić, ale też nic nie mogę zrobić. Siedzę w czterech ścianach i bezsilnie patrzę i widzę, że są tacy, a konkretnie jeden chory z nienawiści człowiek, którego żadne zakazy nie obowiązują. W czym jest lepszy ode mnie?

„No wiesz! Nasza cywilizacja zawaliła się w gruzy, a tobie tylko rower w głowie!” – to oczywiście parafraza jednego ze słynnych cytatów kultowej „Seksmisji”. Tak, potrzebuję ruchu, aby zachować kondycję nie tylko fizyczną, ale także psychiczną. Z trudem zmuszam się, aby w miarę regularnie wsiadać na trenażer, żeby poczuć choćby namiastkę prawdziwej przygody, ale to nie to samo. On nigdy nie zastąpi bezpośredniego obcowania z przyrodą, nie odda jej smaku i zapachu, a najpiękniejsze obrazy, wyświetlane na zimnym ekranie komputera, nie mogą się równać z widokiem zielonych lasów na horyzoncie, rytmicznie falujących w powiewach wiosennego wiatru. Bez tego zwyczajnie się duszę.



Cztery pory roku, czyli nowe opony

Poniedziałek, 30 marca 2020 • Komentarze: 2

Ostatni „kapeć” przepełnił czarę goryczy. Być może mam pecha, a być może opony Continental GP 5000 wcale nie są tak dobre, jak twierdzi ich producent. Lubię nowości, więc rok temu wymieniłem „kultowe” GP 4000S II na GP 5000. Przez lata z GP 4000S II nie miałem większych problemów. Owszem, od czasu do czasu zdarzał się jakiś kapeć, jeden raz przebiłem boczną ściankę, ale na powierzchni bieżnika nigdy nie znalazłem żadnego rozcięcia, ani poważniejszego uszkodzenia. Pod tym względem GP 5000 wypada dramatycznie. W poprzednim sezonie musiałem wyrzucić jedną z nich, po tym, jak znalazłem głębokie rozcięcie na bieżniku, a przygotowując rower do tegorocznego sezonu, okazało się, że na każdej z opon mam mniejsze lub większe rozcięcia. Teoretycznie dałoby się z tym jeździć, ale to zawsze jest jakieś ryzyko. Założyłem więc nowiutkie gumy i właśnie musiałem wyrzucić jedną z nich. Jasne, to był zwykły pech, bo nie każdy codziennie najeżdża na leżącą szprychę, ale nagle dotarło do mnie, że jak tak dalej pójdzie, to ja też pójdę, ale z przysłowiowymi torbami. Zwłaszcza, że czasy niepewne.

Nadszedł więc czas na zmianę. Oczywiście nie zamierzałem założyć jakichś pancernych i mega ciężkich opon. Co to, to nie. Teoretycznie mogłem sięgnąć po „bezdętki”, ale… jeszcze nie tym razem. Zresztą takiej dziury, jaką zaliczyłem ostatnio, nie uszczelniłoby żadne „mleko”. Wróciłem do korzeni, do mojej pierwszej szosówki i mojego pierwszego sezonu na szosie. Używałem wtedy Continental Grand Prix 4-Season i byłem z nich bardzo zadowolony. Continental Grand Prix 4-Season.
Continental Grand Prix 4-Season.
To nic, że mają większe opory toczenia i aby jechać z tą samą, co na GP 5000 prędkością, będę musiał wysupłać dodatkowe 10 watów z moich skromnych zasobów mocy. Ale czy ja się z kimkolwiek poza samym sobą ścigam? Czy może jeżdżę dla przyjemności? Bo jeśli to drugie, to łatanie dętek na trasie, do przyjemności bynajmniej się nie zalicza.

Opony Grand Prix 4-Season są tylko o 15 gramów cięższe od GP 5000. Posiadają za to podwójną warstwę Vectran Breaker, zapewniającą lepszą ochronę przed przebiciem. Wzmocnione są także boczne ścianki. Mieszanka Bieżnik posiada wyraźny wzór, co powinno zagwarantować bezpieczne pokonywanie zakrętów w każdych warunkach. Tyle teorii. A praktyka? Mam za sobą dopiero 150 przejechanych kilometrów, więc na razie nie mogę się wypowiedzieć. Za to w sieci można znaleźć całą masę pochlebnych ocen z wyjątkiem ceny. Fakt, 4-Season do tanich nie należą. Około 200 złotych za sztukę to poważny wydatek, zwłaszcza teraz, w czasach totalnej niepewności, co przyniesie przyszłość. Jednak z drugiej strony, jeśli faktycznie okażą się trwałe i niezawodne, to wydane nań pieniądze mają szansę szybko się zwrócić.

Komentarze

img
Michał Błoński • Czwartek, 2 kwietnia 2020, 09:33

Inwestycja w takie opony na pewno się opłaci :) U mnie też przyjdzie czas na wymianę więc sam cały czas zastanawiam się co założyć :) http://superior-polska.pl/

img
Łukasz Przechodzeń • Poniedziałek, 20 kwietnia 2020, 01:26

Kurczę, śmigam na GP 5000 jakoś od maja zeszłego roku i na razie (odpukać) nie złapałem ani jednego kapcia, w tym przejechałem Pierścień Tysiąca Jezior, jeździłem na nich poza asfaltem (nie za szybko i z uwagą, ale jednak), czasem po mieście. Może kwestia szczęścia :)

Dodaj komentarz...



Świat istnieje

Wtorek, 17 marca 2020 • Komentarze: 1

Są takie dni, kiedy introwertycy czują się jak przysłowiowa ryba w wodzie. Hasło „zostań w domu” zamieniłem dzisiaj na „wyjdź na rower”. Oczywiście samotnie. I wiecie co? Totalne zaskoczenie. Świat nadal istnieje – magicznie piękny, spójny, uporządkowany, intrygujący…

Gdy patrzę na Twe niebo, dzieło Twoich rąk,
Na księżyc oraz gwiazdy, które Ty tam umieściłeś,
To myślę: Czym jest człowiek, że pamiętasz o nim?
Albo syn człowieczy, że tak o niego dbasz?

(Ps 8:4-5)

Niniejszym informuję, że oficjalnie rozpocząłem sezon 2020 w wydaniu „outdoor”. Oczywiście nie tak to sobie wyobrażałem, ale przecież nie zamknę się dobrowolnie w czterech ścianach i nie będę „karmił się” wiadomościami, które dzielą się na trzy kategorie: złe, bardzo złe, jeszcze gorsze. Świat jest piękny, życie jest piękne, człowiek jest piękny i nie zmieni tego żaden wirus, choćby nawet miał „koronę” ze złota…

Komentarze

img
Karol Nowicki • Piątek, 27 marca 2020, 13:22

Mam podobne przemyślenia. Po wyjściu z domu, po pozbyciu się z głowy informacji o tym, ile już jest ofiar i jakie nowe ograniczenia na nas nakładają, po przewietrzeniu się jakoś tak człowiek wraca do siebie i wie, co ma robić. Pozdrawiam! http://rowerowapiwnica.pl/

Dodaj komentarz...



5 x Spox

Piątek, 13 marca 2020 • Komentarze: 0

Wczesne popołudnie. Właśnie robię sobie przerwę od zdalnej pracy i wsiadam na trenażer. Kilka kliknięć myszką otwiera mi drzwi do wirtualnego świata Zwifta. Licznik pokazuje, że jest nas kilka tysięcy – nas, bezpiecznie ukrytych w miejscu, które nie istnieje. Prawdziwy świat widzę za oknem. Jest surrealistycznie cichy i pusty, jakby to okno było obrazem, a nie taflą przeźroczystego szkła. Zaczynam trening. Na matowej matrycy laptopa przesuwają się nieistniejące krajobrazy. Beznamiętnie mknę przed siebie, chociaż tak naprawdę nie poruszam się wcale…

W zdrowym ciele, zdrowy duch! Od pięciu dniu powtarzam dokładnie ten sam trening. Chociaż nie należy do regeneracyjnych, przewrotnie nazwałem go „Spox”, bo odrywa mnie od codzienności, odmierzanej rytmem „apokaliptycznych” wieści, które docierają z mediów. Każdy trening to potężna dawka endorfin, a te pozwalają spokojnie i z dystansem spojrzeć na otaczający mnie świat. Nie panikuję, ale też nie lekceważę zagrożenia. Zdalnie pracuję już od dawna, a kontakty z ludźmi ograniczyłem do absolutnego minimum.

„A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój”… Czekam więc spokojnie. Niedługo wiosna i gdy tylko nadejdą pierwsze naprawdę ciepłe i słoneczne dni, porzucę nierzeczywisty świat zbudowany z zer i jedynek, wsiądę na rower i ucieknę tam, gdzie będę mógł zanurzyć się w oceanie budzącej się do życia przyrody.



Nie „chcem” ale „muszem”… odpocząć

Piątek, 28 lutego 2020 • Komentarze: 0

Kończy się kilkumiesięczny okres kolarskiego letargu, przerywanego dość regularnie treningami w zbudowanym z zer i jedynek świecie Zwifta. Za trzy tygodnie zostanie przekroczona psychologiczna granica oddzielająca zimę od wiosny, a za miesiąc przestawimy zegary, pozornie wydłużając dzień. Potem minie jeszcze trochę czasu, zanim zieleń odzyska odcień i blask odradzającej się przyrody. Ten efekt byłby jeszcze mocniejszy, a tęsknota za wiosną jeszcze większa, gdyby nie zmiany klimatyczne. Wystarczy, że zaglądnę do historycznych publikacji na tym blogu, aby przekonać się, że „drzewiej to bywały zimy”. A przecież i tak były łagodne w porównaniu z tymi, które pamiętam z dzieciństwa, o których w podstawówce mówiło się wierszyki w stylu „hu, hu, ha, nasz zima zła”. Paradoksalnie, gdy piszę te słowa, za oknem szaleje śnieżyca. To jednak nie zmienia faktu, że zima powoli przestaje się kojarzyć z białym obrazem świata, stając się jedynie nazwą okresu, który rozpoczyna się w grudniu i kończy w marcu.

W moim przypadku czas zimy, jaka by nie była, był zawsze okresem rowerowej kreatywności, w trakcie którego rodziły się różne, czasem bardziej, czasem mniej szalone pomysły. To wtedy modyfikowałem moje rowery, Chyba muszę odpocząć… (fot. Rock Mountain Fitness)
Chyba muszę odpocząć… (fot. Rock Mountain Fitness)
to przeważnie wtedy budowałem nowe. Piszę o tym w czasie przeszłym, bo tym razem było trochę inaczej. Po latach rozwoju kolarskiej pasji, w ubiegłym roku „dorobiłem” się roweru marzeń, w którym niewiele da się już ulepszyć. Ograniczyłem się zatem do wykonania solidnego przeglądu technicznego i ledwie kosmetycznych zmian w moim Ridley’u.

W przeciwieństwie do mnie, rower jest więc gotowy do nowego sezonu. Ja tymczasem jestem bez formy i wciąż nie mogę się podnieść po dwóch infekcjach. Najpierw miałem zapalenie oskrzeli, a niedługo potem grypę. Oczywiście leżałem plackiem i dopiero po kilku dniach zacząłem wchodzić w rytm treningowy, rozpoczynając od bardzo niewielkich obciążeń. Niestety po miesiącu wciąż nie mogę powiedzieć, że robię postępy. Wydaje mi się, że zbyt szybko chciałem nadrobić zaległości i zwyczajnie się przetrenowałem. Wczoraj postanowiłem, że zafunduję sobie przynajmniej jeden tydzień całkowitego odpoczynku.

Ech… Jak tu przeżyć bez roweru?



Owijka Guee SL Dual

Poniedziałek, 24 lutego 2020 • Komentarze: 0

Jako fan „Misia”, czyli kultowego filmu Stanisława Barei, powinienem napisać, że moją „świecką tradycją” jest zakładanie owijki na samym końcu budowy roweru. To taka wisienka na torcie, albo może przysłowiowa kropka nad „i”. Standardowe opakowanie kryje, a w nim...
Standardowe opakowanie kryje, a w nim...
Jest też inny powód. Nie jest to moje ulubione zajęcie. Nieskromnie powiem, że uważam się za perfekcjonistę w tym, co robię i nie znoszę wszelkich niedoróbek, dróg na skrót, oraz czynności wykonanych „na oko”. Problem w tym, że owijka jest elementem, który w pewnym sensie montuje się „na oko”. Nie byłoby w tym nic szczególnego, ... pozornie standardowa owijka.
... pozornie standardowa owijka.
gdyby nie oczywisty fakt, że owijka składa się z dwóch części, więc umiłowanie porządku i precyzji wymaga, aby obie strony były nawinięte tak symetrycznie, jak tylko się da, a najlepiej idealnie symetrycznie. Pół biedy, gdyby kierownica była prosta, a nawijany obszar krótki. Niestety kierownicę roweru szosowego nie bez przyczyny nazywa się „barankiem”. Pogięte toto jak człowiek z atakiem rwy kulszowej, a na dodatek okraszone pułapkami w postaci klamkomanetek. Czynność owijania potrafi doprowadzić mnie na skraj załamania nerwowego, przywraca właściwe znaczenia słowa „pasjonat”, jako człowieka łatwo wybuchającego gniewem i każe sobie zadać pytanie, czy w dobie ultranowoczesnych technologii, karbonowych komponentów, tytanowych śrub, elektrycznych przerzutek, bezprzewodowych protokołów sieciowych, „wszystkomających” komputerków rowerowych, nie da się wymyślić takiej owijki, której montaż byłby idealnie powtarzalny, łatwy, szybki i przyjemny?

Coś mi podpowiada, że gdybym żył ze składania rowerów i dziennie owijał 10 kierownic, to pamięć mięśniowa zrobiłaby swoje. No, ale ja nie żyję ze składania rowerów…

Kończę ten przydługawy wstęp, kończę wylewać swe żale i przechodzę do meritum. Otóż właśnie wczoraj zakończyłem przygotowanie mojego Ridley Helium do nowego sezonu. Ostatnim etapem było założenie owijki. Nie ukrywam, że mam słabość do tego elementu i dość często przeglądam oferty w poszukiwaniu modelu, który idealnie pasowałby do mojego roweru. Zazwyczaj były to owijki czarne lub czerwone, a ostatnio czarno-czerwone, które nawiasem mówiąc, były szczególnie trudne w montażu, bo nawet drobny brak symetrii psuł efekt końcowy – nierówne odcięcie kolorów bardzo rzucało się w oczy. Początkowo nie zamierzałem niczego zmieniać w tym roku, ale pewnego dnia w ofercie mojego ulubionego sklepu bike-discount.de (a jakże) zauważyłem owijkę Guee SL Dual. Po rozwinięciu naszym oczom ukazuje się prawdziwy obraz.
Po rozwinięciu naszym oczom ukazuje się prawdziwy obraz.
Jej piękno polegało na tym, że była dwukolorowa, ale jeden kolor przechodził w drugi nie gwałtownie, ale gradientowo, w postaci pozornie przypadkowo rozrzuconych kształtów geometrycznych. Nie ukrywam – urzekła mnie ta graficzna koncepcja i pomyślałem, że muszę ją mieć. Kłopot polegał na tym, że podobnie jak ja, pomyślało wielu i towar szybko się wyczerpał. Czekałem ponad dwa miesiące, aż ponownie pojawiła się w ofercie.

Guee SL Dual nie jest tania. Prawie 26 Euro to niemało, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że – przynajmniej w moim przypadku – owijka nie przeżywa więcej niż jednego sezonu. Ale przecież tutaj chodziło o efekt końcowy, a nie o cenę. Owijka jest wykonana z materiału Microtex, który sprawia wrażenie bardzo przyczepnego. Dotychczas używałem silikonowych owijek, więc na razie nie mogę powiedzieć niczego więcej na temat Microtexu. Producent chwali się, że wewnętrzna konstrukcja składa się z trzech warstw o różnej gęstości, dzięki czemu owijka jest lekka i komfortowa. Że lekka, to fakt, ale o tym później. Że komfortowa, to potwierdzę lub zaprzeczę za jakieś 1000 kilometrów.

Dlaczego na początku wspomniałem o tym, że owijanie nie należy do moich ulubionych czynności? No właśnie dlatego, że z Guee SL Dual szło mi trochę jak po grudzie. Owijki silikonowe przyzwyczaiły mnie, że bardzo łatwo dopasowywały się do kształtu kierownicy, nigdzie nie odstając, a kolejne zwoje dobrze do siebie przylegały. Ten drobiazg gwarantuje, że zakończenie owijki...
Ten drobiazg gwarantuje, że zakończenie owijki...
Guee SL Dual jest sztywniejsza i mniej elastyczna. Aby dobrze dopasowała się do kierownicy i nie odstawała na łączeniach zwojów, trzeba nieco mocniej ją naciągać w trakcie owijania. Dotyczy to zwłaszcza największych krzywizn, a więc obszarów klamkomanetek. Nigdy nie miałem z tym problemów, a tym razem musiałem kombinować jak koń pod górę. Wystarczy powiedzieć, że o ile pierwszą stronę kierownicy owijałem ... będzie wyglądało tak. Nieźle, prawda?
... będzie wyglądało tak. Nieźle, prawda?
zazwyczaj w kilka minut, tym razem bawiłem się z tym prawie pół godziny, będąc o przysłowiowy włos od złamania prywatnej obietnicy, że nigdy nie wypowiem żadnego przekleństwa. A przecież był to dopiero początek, bo prawdziwe wyzwanie czeka zazwyczaj po przeciwnej stronie kierownicy. Pomny doświadczeń prawej strony, począłem owijać lewą stronę. W moim szaleństwie dokładności podpierałem się suwmiarką, odtwarzając położenie kolejnych zwojów. Ku mojemu zdziwieniu, szło dość łatwo i skończyło się mniej więcej po takim samym czasie, jak przeciwna strona. Tym niemniej byłem mocno poirytowany, bo godzina czasu poświęcona na, wydawałoby się, tak banalną czynność, to lekka przesada.

Pozostało jeszcze napisać zdań kilka o zakończeniu owijki. Ale o czym tu pisać? Ano jest o czym, bo tym razem nie użyłem taśmy kończącej. Zawsze wkurzało mnie tak mało profesjonalne zakończenie. Jakiej bym taśmy nie użył, zawsze miała tendencję do odklejania się pod wpływem potu albo zwyczajnie ze starości. Tym razem użyłem genialnie prostego patentu, sprowadzonego z Państwa Środka – spokojnie, jeszcze przed wybuchem epidemii koronawirusa. To zwyczajny silikonowy pierścień, który zakłada się na zakończenie owijki. Skuteczne i tanie rozwiązanie, które ma tylko jedną wadę. Ów pierścień trzeba założyć na kierownice przed montażem klamkomanetek. Musiałem więc wcześniej je zdemontować. Jednak było warto, bo efekt końcowy jest rewelacyjny.

Na koniec coś dla maniaków lekkości, czyli między innymi dla mnie. Owijka po odcięciu z każdej strony kilkunastu nadmiarowych centymetrów waży tylko 57 gramów, a wspomniany powyżej komplet silikonowych pierścieni 7 gramów.

Nowa owijka wygląda super, co jakkolwiek jest ważne, to jednak ma drugorzędne znaczenie. Najważniejsze jest, jak sprawdzi się w praktyce. Odpowiedź na to pytanie poznam najwcześniej na wiosnę, a póki co cieszę się, że sprzętowo jestem już w pełni przygotowany do nowego sezonu.

A oto efekt końcowy. O gustach się nie dyskutuje, ale mnie się bardzo podoba.
A oto efekt końcowy. O gustach się nie dyskutuje, ale mnie się bardzo podoba.



Przedsezonowa słabość

Środa, 12 lutego 2020 • Komentarze: 0

Nie licząc właściwych treningów, są dwa podstawowe warunki sukcesu testu FTP. To motywacja i wypoczynek. Dzisiaj nie miałem ani jednego, ani drugiego. Początek sześciotygodniowego planu treningowego pokazał, że jestem totalnie bez formy. Czułem, że nie jestem silny, ale żeby aż tak źle? Tego nie przypuszczałem. Gdy po trzech tygodniach „kręcenia” było już lepiej, dopadło mnie zapalenie oskrzeli. Raczej trudno wtedy trenować, więc musiałem odpuścić. Po wznowieniu treningów znów musiałem odbudować to, co zabrała mi infekcja. I gdy wydawało się, że idzie coraz lepiej, w ostatnim tygodniu cyklu zachorowałem na grypę. Przez trzy dni leżałem plackiem w łóżku, a gdy już się z niego zwlokłem, to nie byłem w stanie wybrać się nawet na dłuższy spacer, a co dopiero wsiąść na trenażer. Kolejny tydzień w plecy i bardzo powolny powrót do aktywności. Zastanawiałem się, czy w ogóle jest sens, abym próbował wykonać test FTP. Pomyślałem jednak, że trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i gdy tylko poczułem się na tyle silny, aby wznowić treningi, dokończyłem plan. Wiedziałem jednak, że raczej nie powalczę o swój życiowy rekord mocy.

Brak wiary w sukces przekreśla jego możliwość. Bez przekonania wsiadłem na trenażer i przystąpiłem do wykonywania testu. Od pewnego czasu wykonuję tzw. test rampy, który jest mniej obciążający psychicznie dla organizmu, a osiągnięty wynik dość dobrze sprawdza się w moim przypadku. Test rozpoczyna się od 5-cio minutowej rozgrzewki, a potem stopniowego podnoszenia mocy o 20 watów po każdej minucie, rozpoczynając od 100 watów. Jedzie się dotąd, dopóki daje się radę. Ważne, aby cały czas siedzieć na siodełku. 75% średniej mocy z najlepszej minuty testu jest właśnie przybliżoną wartością FTP, która, jak wspomniałem, dość dobrze sprawdza się w moim przypadku. Pierwsze minuty były oczywiście spokojne. 100, 120, 140, 160, 180, 200, 220 watów nie robiło większego wrażenia. Dopiero potem zaczęły się schody i to w dosłownym znaczeniu. Rok temu zakończyłem test dopiero wtedy, gdy moc skoczyła z 320 do 340 watów. Tym razem „padłem” jedną sekcję wcześniej i zatrzymałem się tuż przed skokiem mocy do 320 watów. Ostatecznie osiągnąłem 220 watów FTP.

Słabo, ale mogło być gorzej. Może gdybym poczekał jeszcze jeden tydzień, byłoby lepiej. Ale ja nie chciałem tracić czasu. Jak najszybciej chciałem mieć punkt odniesienia, aby zaplanować sobie kolejne treningi.

Niedawno widziałem w sieci film Shane’a Millera, w którym wyjaśniał w jaki sposób Zwift odwzorowuje stopień trudności podjazdów i zjazdów. Mówił o tym spokojnie, wyraźnie, bez żadnej zadyszki, siedząc na trenażerze i pedałując. Co w tym dziwnego? Ano to, że z niedowierzaniem patrzyłem na generowaną przez niego moc – przekraczała 300, dochodząc momentami do 400 watów. A gość spokojnie mówił… Tak, wiem, młodszy, silniejszy, trenujący od lat. Ja niestety straciłem najlepsze lata.

No cóż, trochę smucę. Ale to minie. Jak siebie znam, to wkrótce wezmę się w garść i wyleję kolejne litry potu na matę treningową. A jeśli nawet nie poprawię swojego FTP, to co z tego? Przecież nie jeżdżę dla cyferek, ale dlatego, że to kocham.