Marzenia A.D. 2026

Piątek, 2 stycznia 2026 • Komentarze: 0

Moja babcia miała zwyczaj dodawania frazy „jeśli dożyję”, albo „jeśli Bóg pozwoli” do niemal każdego zdania, w którym mówiła o swoich zamierzeniach. Biorąc pod uwagę jej wiek, było to uzasadnione, ale dla mnie, kilkunastoletniego wówczas chłopaka, wydawało się to abstrakcją. Już sama dorosłość wydawała się czymś odległym, a perspektywa 40-tych, 50-tych czy 60-tych urodzin była utożsamiana z matematycznym pojęciem nieskończoności. A jednak. Rytm wskazówki sekundnika, choć niespieszny, jest nieubłagany. Nie zauważałem, że postrzeganie upływającego czasu zmienia się z wiekiem. Podstawówka ciągnęła się w nieskończoność, liceum jakby szybciej, studia wyraźnie krócej, a potem monotonia codzienności robiła swoje. Ani się człowiek obejrzał, a już strzelały korki od szampana na 30-te urodziny. A potem 40-te. A potem 50-te. I oto doszedłem do momentu, w którym będąc świadomym, że już bliżej aniżeli dalej, coraz częściej dodaję frazę „jeśli Bóg pozwoli” do niemal każdego zdania, w którym mówię o swoich zamierzeniach.

Przede mną rok szczególny, bo już w maju, jeśli Bóg pozwoli, przekroczę kolejną granicę. Skończę 60 lat. Sam nie wiem, kiedy to się stało, jak do tego doszło, że ten chłopak, którego młodość przypadła na najbardziej burzliwy, a zarazem piękny i fascynujący okres lat ’80 ubiegłego wieku, stanie na symbolicznym progu jesieni życia. Przecież wtedy, gdy nuciłem sobie pod nosem „Forever Young” zespołu Alphaville, to wierzyłem, że młodym pozostanę wiecznie… I częściowo tak się stało, bo duch pozostał młody, ale uwięziony w mocno dojrzałym „opakowaniu”.

Dlatego celowo nie użyłem słowa „plany”, ale „marzenia”. Plany to konkrety, plany to podporządkowanie życia ich realizacji. Założeniem jest, że plan zostanie zrealizowany – czasem bez względu na koszty, wbrew przeciwnościom, bezkompromisowo. A marzenia? Jeśli się spełnią, to wspaniale, a jeśli nie, to świat się nie zawali, po prostu pójdziemy dalej, przekładając je na później, albo dostosowując do rzeczywistości, albo zmieniając na inne. Nie mam więc rowerowych planów na ten rok, ale mam rowerowe marzenia.

Po pierwsze, jako chrześcijanin, chciałbym wreszcie powiązać to, w co wierzę z moją rowerową pasją. Chciałbym pokazać, że w świecie, w którym wiara tak często jest utożsamiana z ciemnotą i zabobonem, Bóg jest prawdziwy, a wiara nie jest religią, która wymaga klepania rytualnych modlitw i skazuje na potępienie tych, którzy się temu nie podporządkowują. Wiara to relacja. Wiara to wolność. Można cieszyć się życiem, mieć swoje zainteresowania, pragnienia, marzenia i w każdym z tych aspektów będzie Bóg, i każdy z tych aspektów może być obecny w naszym życiu dla Jego chwały.

Po drugie, chciałbym być choć trochę silniejszy niż w ubiegłym roku, a przynajmniej nie być słabszy. Niedawno ktoś zapytał mnie i mojego przyjaciela, który także jest zakręcony na punkcie kolarstwa, dlaczego trenujemy, skoro nie stajemy się wyraźnie lepsi. Mieliśmy identyczną odpowiedź: w naszym wieku nie chodzi o to, aby być silniejszym, lecz żeby nie stać się słabszym. Wieku nie da się oszukać, ale można maksymalnie opóźnić proces starzenia poprzez aktywne życie.

Po trzecie, chciałbym zaliczyć jak najwięcej ciekawych tras rowerowych. Tych, których nie przemierzałem od lat, ale przede wszystkim tych, których jeszcze nigdy nie miałem okazji przejechać. Kiedyś mówiłem, że kupiłem samochód głównie po to, aby zapakować weń rower i pojechać gdzieś, gdzie mnie jeszcze nie było. No i przez te pięć lat użyłem auta w ten sposób 3 (słownie: TRZY) razy. Dobrze byłoby to zmienić.

Po czwarte, chciałbym przekonać innych 60-cio latków do ruszenia swoich „czterech liter” sprzed telewizora i wyjścia na rower. Kolarstwo to piękna pasja, dostępna niemal dla wszystkich niezależnie od wieku. My, starsi panowie (panie też!), nie wygramy już Tour de cokolwiek, ale przecież nie o to chodzi, ale o nasze zdrowie i samopoczucie, a takich endorfin, jakie daje kolarstwo, nie da żadna pigułka. Jak zamierzam się za to zabrać? Kanał na youtube.

I to chyba tyle moich marzeń. Wierzę, że uda mi się je zrealizować… jeśli Bóg pozwoli.



Konwersja pedałów Favero Assioma PRO MX do PRO RS

Poniedziałek, 29 grudnia 2025 • Kategoria: WarsztatKomentarze: 0

Przyzwyczajenie to druga natura – mówi znane powiedzenie i jestem tego żywym przykładem. W zamierzchłych czasach mojej rowerowej pasji, a konkretnie w jej pierwszym roku, używałem zwykłych pedałów platformowych i sportowego obuwia. Jednak już w kolejnym roku zacząłem używać pedałów górskich z blokami SPD. Nie było w tym nic dziwnego, bo przecież jeździłem na rowerze MTB i nawet przez myśl mi nie przeszło, że kiedykolwiek może się to zmienić. No, ale zmieniło się w 2014 roku, gdy przesiadłem się na rower szosowy. Pedały jednak pozostały wciąż te same. Dlaczego? Bo zakładałem, że będę jeździł zarówno na szosówce, jak i na góralu. I faktycznie tak było. Potem nie używałem już roweru górskiego, ale miałem przełajówkę, więc nadal sensownym rozwiązaniem było używanie pedałów MTB. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyłem. Jednak finalnie przestałem jeździć na rowerze przełajowym, ale przyzwyczajenie pozostało i wciąż nie mogłem się zdecydować na użycie pedałów szosowych z blokami SPD-SL. Oczywiście tłumaczyłem to sobie na różne sposoby, z których najczęściej powtarzanym było, że jestem kolarzem „romantycznym”, któremu zdarza się zaliczyć „spacer” w poszukiwaniu pięknych widoków.

Gdy rok temu podjąłem decyzję, aby zbudować Ridley’a Falcn, kolejny raz stanąłem przed dylematem. Jakich pedałów użyć? Czy to jest ten moment, w którym wreszcie powinienem zdecydować się na SPD-SL? Problem w tym, że zamarzyły mi się pedały z pomiarem mocy. Zagłębiłem się więc w czeluści sieci, szukając testów i opinii. Wiele z nich sugerowało, że jednym z najlepszych, najdokładniejszych, najsolidniejszych, a przy okazji nie drenujących portfela rozwiązań są pedały Favero Assioma PRO MX-2. No i wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że to pedały… górskie. Długo zastanawiałem się, ale w końcu pomyślałem, że skoro tyle lat używam bloków SPD, to korona mi z głowy nie spadnie, jeśli przy nich pozostanę.

Ale jakiś niedosyt pozostał…

Tymczasem mniej więcej w połowie roku Favero wypuściło na rynek szosową wersję, czyli Assioma PRO RS-2. Oczywiście w mojej głowie natychmiast zakiełkowała myśl, która niebezpiecznie dryfowała w kierunku wysupłania około 600,- EUR. Sam nie wiem, jak, ale udało mi się ją zdusić w zarodku na tyle, że dotrwałem do końca sezonu. Koniec sezonu to – w moim przypadku – jednocześnie początek myślenia, co by tu jeszcze zmienić w moim rowerze. Zduszona myśl nagle odżyła w znacznie spotęgowanej postaci, ale zanim ostatecznie miała mnie pokonać, rzutem na taśmę znalazłem inne rozwiązanie.

Okazało się, że obie wersje, czyli PRO MX i PRO RS różnią się wyłącznie korpusami. Sama oś z wbudowaną weń elektroniką jest identyczna. To nie wszystko. Favero posiada w swojej ofercie same korpusy i po prostu wystarczy je wymienić. Czy to nie piękne?

Poniżej załączam film, w którym prezentuję cały proces konwersji pedałów Favero Assioma PRO MX do wersji PRO RS.



Klucz dynamometryczny i śruba z lewym gwintem

Sobota, 27 grudnia 2025 • Kategoria: WarsztatKomentarze: 2

Klucz dynamometryczny to podstawowe narzędzie, bez którego trudno sobie wyobrazić większość prac przy rowerze. Być może w zamierzchłych czasach, gdy większość komponentów była wykonana ze stali, można było się posłużyć metodą „na czuja”, ale… niech pierwszy rzuci bidonem ten, który choć raz w ten sposób nie ukręcił śruby. Dzisiaj ryzykujemy nie tyle ukręconymi śrubami, ile uszkodzeniem drogich, bardzo drogich lub ekstremalnie drogich części z karbonu. Typowy klucz dynamometryczny nie rozwiązuje jednak wszystkich problemów (o ile dokręcanie można nazwać problemem), z którymi możemy się spotkać w praktyce. Typowy klucz jest zazwyczaj jednostronny, to znaczy, że umożliwia kontrolowanie momentu dokręcania tylko dla śrub z prawym gwintem. Rzadko, bo rzadko, ale jednak istnieje czasem potrzeba dokręcenia śruby z gwintem lewym. Co w takiej sytuacji? Najbardziej oczywistym i jednocześnie najbardziej profesjonalnym rozwiązaniem wydaje się być posiadanie klucza dynamometrycznego, który umożliwia kontrolę momentu dokręcania w obu kierunkach. Jednak takie klucze są trudniej dostępne i zazwyczaj droższe, a „lewe” połączenia są na tyle rzadkie, że jeśli nie prowadzimy serwisu rowerowego, to zakup takiego narzędzia może się zwyczajnie nie kalkulować. Na szczęście można wykorzystać pewną sztuczkę, którą prezentuję w poniższym materiale. Może nie jest to rozwiązanie super wygodne, ale do sporadycznych zastosowań wydaje się być wystarczające.

Komentarze

img
ZawodowyCyklista • Niedziela, 4 stycznia 2026, 22:12

Wystarczy ustawić ramię klucza i przedłużkę pod kątem 90* i moment pozostaje ten sam.

img
Tomek Chełmicki • Poniedziałek, 5 stycznia 2026, 10:15

Drobna uwaga: rower stalowy też jak najbardziej wymaga klucza dynamometrycznego.

Dodaj komentarz...



Melancholijnie

Środa, 17 grudnia 2025 • Komentarze: 0

Zbliża się koniec roku. To czas podsumowań, refleksji, ale także snucia planów na kolejny rok. Na moim blogu zazwyczaj dokonywałem w tym czasie jakiegoś „rozliczenia”, ciesząc się z kolejnych przełamanych barier, pokonanych kilometrów, zdobytych przewyższeń. Tym razem będzie trochę inaczej. Mija przecież pierwszy rok po moim „come back” do rowerowej pasji. Ale to już nie jest tym samym, czym było kiedyś. Moje życie nie składa się przecież tylko z roweru, ale ma wiele barw i wiele aspektów. Każdy z tych elementów jest ważny, bo składa się na całość i bez któregokolwiek z nich, ta całość nie byłaby już całością. Do tego dochodzi kwestia wieku, a to sprawia, że zupełnie inaczej rozkłada się akcenty niż jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu. To, co kiedyś wydawało się tak bardzo ważne, teraz niekoniecznie takie jest, a to, co było bez znaczenia, nagle okazuje się istotne. Z moich wpisów sprzed lat emanuje ogień prawdziwej pasji, jakby świat poza rowerem nie istniał. A przecież istnieje i potrafi przynosić radość i spełnienie także w innych dziedzinach.

W minionym roku moja kolarska pasja nie była podmiotem, nie była jedynym celem, to nie dla niej budziłem się każdego dnia i nie myślałem o niej zasypiając. Stała się cennym, pięknym, zdrowym, ale jedynie dodatkiem do życia, a nie jego celem.

Na koniec napiszę jednak kilka zdań podsumowania. Rok temu podjąłem decyzję, że przerywam czas „rowerowej ciszy” i wracam. Na początku było naprawdę ciężko, ale… nie lubię się poddawać. Każdego dnia stawiałem kolejny mały krok. Krok za krokiem. Było warto. Napisałem powyżej, że życie składa się z wielu elementów. Właśnie rok temu okazało się, że brakowało mi jednego z nich – aktywności. I gdy wiosną po raz pierwszy po długiej przerwie wsiadłem na rower, już po kilku przejechanych metrach wiedziałem, że dopełniłem całości.

Przede mną kolejny rok, który w pewnym sensie będzie niezwykły. W maju skończę 60 lat. To nieprawdopodobne! Jak to się stało?! Gdy byłem dzieckiem, to taki wiek był pojęciem abstrakcyjnym. Studiując, a potem pracując, wciąż wydawał się absurdalnie odległy w czasie. Nawet, gdy śpiewałem „czterdzieści lat minęło jak jeden dzień”, to sześćdziesiątka nadal była gdzieś daleko przede mną. Ale dzisiaj jest już namacalnie blisko. A ja, choć dobrze znam swój PESEL i wiem, że choć goni mnie czas, to wciąż we mnie żyje ten sam chłopak sprzed wielu lat. On się nie zestarzał, on nadal ma marzenia, pragnienia i całe mnóstwo przedziwnych pomysłów.



Test FTP

Piątek, 5 grudnia 2025 • Komentarze: 0

Ten przedziwny rok powoli się kończy. Przedziwny, bo wiosna przyszła z dużym opóźnieniem, a lato było wyjątkowo słabe z perspektywy rowerowego siodełka. Albo było zimno, albo lało, albo było zimno i lało, albo wiało. Dni z idealną pogodą na rower było naprawdę niewiele. Jeszcze w maju „kręciłem” głównie na trenażerze, a pierwszą jazdę na nowym rowerze zaliczyłem dopiero 31 maja. Potem było o tyle lepiej, że mniej więcej co trzy dni jeździłem na zewnątrz, ale to w żaden sposób nie zaspokoiło mojego rowerowego głodu. Ani się obejrzałem, a tu nadeszła jesień, a wraz z nią schyłek sezonu. Teraz jesień też się kończy i za dwa tygodnie rozpocznie się kalendarzowa zima, a to oznacza, że najwyższy czas wsiąść na trenażer.

Nie traktuję trenażera jako zabawki, jako czegoś, co staje się substytutem roweru w zimowych miesiącach. Nie używam go do wirtualnych przejażdżek, ale realizuję plany treningowe, które sprawią, że wiosną nie będę ociężały. Mam wręcz nadzieję, że wiosną będę mocniejszy, chociaż w moim wieku nie jest to takie łatwe. Ech… gdybym był przynajmniej 30 lat młodszy…

No cóż, z peselem się nie dyskutuje.

Tej jesieni postanowiłem zmienić trenażer. Przesiadłem się z Elite Direto, który dzielnie mi służył przez lat sześć, na Wahoo Kickr Core 2. Na razie zbieram pierwsze doświadczenia, więc na recenzję przyjdzie jeszcze czas. A póki co, zacząłem od tego, od czego powinno rozpocząć się przygotowania do treningów – wykonałem test FTP. Poniżej zamieszczam materiał wideo z tej próby.

Okazuje się, że cały miniony sezon nie wpłynął na wartość mojej funkcjonalnej mocy progowej – jaką miałem, taką mam. Czy to dobrze, czy źle? Nie wiem. Wiem natomiast, że znam punkt wyjścia i mam nadzieję, że za kilkanaście tygodni okaże się, że jestem lepszy. I tego sobie życzę.



Było blisko

Czwartek, 9 października 2025 • Komentarze: 0

Czytając niektóre komentarze w mediach społecznościowych, można dojść do wniosku, że trwa wojna pomiędzy kierowcami a rowerzystami. Jedni drugim zarzucają buractwo, chamstwo, złośliwość, czy po prostu – mówiąc urzędowym językiem – nieprzestrzeganie przepisów ruchu drogowego. Bardzo często są to teksty pełne hejtu, nienawiści, pozbawione empatii, cechujące się całkowitym brakiem kultury wypowiedzi. Jeśli jednak odrzucimy te najbardziej skrajne, najbardziej emocjonalne, a skupimy się na tych merytorycznych, to niestety dojdziemy do wniosku, że zarówno my, jako rowerzyści oraz my, jako kierowcy, mamy swoje za uszami.

W samochodzie używam wideo-rejestratora. Od pewnego czasu korzystam także z kamery w trakcie moich rowerowych aktywności. Wiele razy byłem świadkiem różnych sytuacji, w których kierowcy lub rowerzyści – delikatnie mówiąc – naginali przepisy czy popełniali wykroczenia. Nigdy jednak nie publikowałem takich nagrań z przynajmniej trzech powodów. Po pierwsze, każdemu zdarza się popełniać błędy. Jesteśmy tylko ludźmi i niedoskonałość jest niestety wpisana w nasze życie. Kto bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem. Jeśli ktoś mi powie, że nigdy nie popełnił błędu jako rowerzysta lub kierowca, że nigdy nie jechał zbyt szybko, że nigdy nie zatrzymał się w niedozwolonym miejscu, że zawsze grzecznie zatrzymywał się przed zieloną strzałką zanim skręcił w prawo – to sorry – ale nie uwierzę. Po drugie, to nie ja jestem upoważniony do tego, aby pouczać czy karać innych. Od tego jest policja. Odnoszę wrażenie, że niektórzy, próbując bawić się w policję, leczą jakieś swoje kompleksy i porażki życiowe. Po trzecie, najważniejsze, żadna z sytuacji, których byłem świadkiem, nie powodowała realnego zagrożenia utraty zdrowia lub życia przez kogokolwiek, ani nie nosiła znamion agresji drogowej.

Tak było do 18 września 2025 roku. To właśnie tego dnia byłem świadkiem sytuacji, która w skrajnym przypadku mogła zakończyć się tak, że nie miałbym okazji o tym, ani w ogóle o czymkolwiek innym opowiedzieć, bo byłem nie tyle świadkiem, ale uczestnikiem pewnego zdarzenia.

Na krakowskim Podgórzu jest ulica Karola Rollego. Jest krótka, raczej wąska i biegnie wzdłuż Wisły od Mostu Józefa Piłsudskiego w stronę mostu Retmańskiego, znajdującego się nad ujściem Wilgi do Wisły. Z racji wzmożonego ruchu pieszych, rowerzystów, rodziców z dziećmi, turystów spowodowanego bliskością bulwarów wiślanych oraz parku, a konkretnie Plantów Floriana Nowackiego, w całej strefie jest ograniczenie prędkości do 30 km/h. I ma to sens, chociażby dlatego, że są tutaj przejścia dla pieszych, a ruch samochodowy zwłaszcza w porannych lub popołudniowych godzinach szczytu jest całkiem spory, bo z racji remontu Mostu Grunwaldzkiego, część kierowców właśnie tędy skraca sobie drogę.

I właśnie 18 września, popołudniu, czekałem na zielone światło na ulicy Przy Moście, której przedłużeniem za skrzyżowaniem jest ulica Rollego. Za mną stała ciężarówka. Długa i na dodatek z przyczepą. Gdy zapaliło się zielone światło – ruszyłem. Jechałem z prędkością około 30 km/h, czyli z maksymalną dozwoloną w tym miejscu. Byłem pewien, że w ten sposób nie irytuję kierowców wolną jazdą, chociaż w świetle przepisów wcale nie byłem do tego zobligowany. I wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że w lusterku widziałem, że wspomniana ciężarówka siedzi mi na kole. To głupie uczucie, gdy wielkie auto jedzie tuż za wami. Czując presję ze strony kierowcy, zacząłem jechać coraz szybciej, łudząc się, że kierowca odpuści. Auto miało krakowską rejestrację, więc zakładałem, że kierowca doskonale wie, że za moment i tak będzie musiał zatrzymać się na kolejnym skrzyżowaniu i te kilka, kilkanaście sekund go nie zbawi.

Myliłem się. Na skrzyżowaniu z ulicą Warneńczyka ciężarówka rozpoczęła manewr wyprzedzania. Materiał, który prezentuję jest świadectwem trzech wykroczeń popełnionych przez kierowcę samochodu ciężarowego. Pierwszego z nich nie da się udowodnić, chociaż jest oczywiste. Za to kolejne dwa są bardzo łatwe do udowodnienia, a co najgorsze, jedno z nich stanowiło dla mnie bezpośrednie zagrożenie. Sprawiło, że ciśnienie mocno mi podskoczyło. Zacznijmy od pierwszego.

Tuż przed wyprzedzeniem mnie przez ciężarówkę poruszałem się z prędkością prawie 39 km/h, a więc przekroczyłem dozwoloną prędkość. Nie chcę się specjalnie tłumaczyć, ale czując tony żelastwa tuż za moimi plecami, zwyczajnie chciałem uciec. Skoro jechałem 39 km/h i byłem wyprzedzony, to nie trzeba być mistrzem intelektu, żeby dojść do oczywistego wniosku, że samochód musiał jechać szybciej. Analizując czas przejechania samochodu przez przejście dla pieszych, to musiało być ok. 55 km/h.

Po drugie, cała sytuacja miała miejsce na przejściu dla pieszych. Rzućmy więc okiem do Art. 26, ust. 3 Ustawy Prawo o ruchu drogowym: „Kierującemu pojazdem zabrania się: wyprzedzania pojazdu na przejściu dla pieszych i bezpośrednio przed nim, z wyjątkiem przejścia, na którym ruch jest kierowany”. Tak się składa, że rower jest – uwaga niespodzianka – pojazdem. We wspomnianym artykule nie ma wyjątku, nie jest powiedziane „nie dotyczy rowerów, motorowerów, czy innych jednośladów”. Pojazd to pojazd. Koniec, kropka.

Ktoś powie: „czepiasz się, tu nie było żadnego zagrożenia dla nikogo, bo kierowca doskonale widział całe przejście”. Fakt, widział i wcale nie twierdzę, że to było niebezpieczne. Stwierdzam tylko fakt, że wykroczenie było ewidentne, czy to się komuś podoba, czy nie. Ale nie to było tym, co podniosło mi ciśnienie i sprawiło, że zwyczajnie się przestraszyłem. O tym właśnie teraz…

Zajrzyjmy raz jeszcze do Ustawy Prawo o ruchu drogowym. Art. 24, ust. 2: „Kierujący pojazdem jest obowiązany przy wyprzedzaniu zachować szczególną ostrożność, a zwłaszcza bezpieczny odstęp od wyprzedzanego pojazdu lub uczestnika ruchu. W razie wyprzedzania roweru, wózka rowerowego, motoroweru, motocykla, hulajnogi elektrycznej, urządzenia transportu osobistego, osoby poruszającej się przy użyciu urządzenia wspomagającego ruch lub kolumny pieszych odstęp ten nie może być mniejszy niż 1 m.”

No to spójrzmy raz jeszcze na moment, w którym jestem wyprzedzany na przejściu dla pieszych. Zebra jest tutaj doskonałym punktem odniesienia. Każdy biały pas ma szerokość 50 cm, a odległość pomiędzy pasami wynosi także 50 cm. Wiem, bo zmierzyłem. Ja poruszam się mniej więcej środkiem pierwszego białego pasa. Kierownica ma szerokość 42 cm, czyli jej połowa to 21 cm. Nie jest to jednak najbardziej wysunięty na zewnątrz punkt układu rower plus rowerzysta. Mój lewy łokieć wystaje zapewne jakieś 5, może 10 cm. Trudno też jechać idealnie jak po sznurku, czy jak pociąg po torze. Pewnie zawsze są jakieś drobne wahnięcia o kilka centymetrów w jedną lub drugą stronę. Można zatem przyjąć, że lewa część mojego ciała wystaje jakieś 10 centymetrów poza pierwszy biały pas. A teraz spójrzmy na prawe przednie koło ciężarówki. Znajduje się na drugim białym pasie i wyraźnie najeżdża na ten pas. Koło nie jest najdalej wysuniętym na bok elementem samochodu. Myślę, że spokojnie można dodać jakieś 10 cm. Składając to wszystko razem do kupy można przyjąć, że ciężarówka znajduje się o 70, może 75 cm ode mnie, czyli na wyciągnięcie ręki. To dystans, przy którym mam prawo czuć się zagrożony.

Tutaj ktoś może powiedzieć: „zluzuj zbroję stary, co się czepiasz, to prawie metr”. Nieprawda. To „prawie” robi wielką różnicę. Auto, które mnie wyprzedza, to nie osobówka, to nie jest choćby dostawczak, czyli samochód relatywnie krótki, gdzie sam manewr wyprzedzania trwa krótko. Wiele razy byłem w sytuacji, gdy wyprzedzano mnie z odstępem kilkudziesięciu centymetrów, ale choć to było irytujące, dość niebezpieczne i nie powinno tak być, to nigdy nie miałem schizy z tego powodu, bo to były auta osobowe. Nawet, gdybym przy niezbyt dużej różnicy prędkości został zahaczony, to w konfrontacji z samochodem osobowym mam szanse wyjść cało. W analogicznej sytuacji z ciężarówką w roli głównej, nie mam żadnych szans. I nie jest to tylko moja teoria. Wiele lat temu ojciec mojego kolegi z liceum znalazł się w takiej samej sytuacji jak ja. Wyprzedzał go samochód ciężarowy i podmuch wciągnął go pod przyczepę. Daruję sobie drastyczne szczegóły, więc powiem tylko: nie miał szans.

Nie wiem, po jakich orbitach krążyły myśli kierowcy. Nie mam pojęcia, co go tak bardzo poirytowało. Jechałem przecież na tyle szybko, że nie można mi zarzucić spowalniania ruchu. Przecież za chwilę i tak musiał zatrzymać się przed skrzyżowaniem i czekać. To nie wygląda na przypadkowy błąd, nieuwagę, zagapienie się, ale w moim odczuciu ma wszelkie znamiona agresji drogowej. I to jest powód, dla którego po raz pierwszy i mam nadzieję, że ostatni, wysłałem zapis całego zdarzenia na policję. Nie ze złośliwości, czy chęci odegrania się, ale dlatego, iż uważam, że jeśli kierowca, zwłaszcza zawodowy, kierujący samochodem ciężarowym, nie potrafi zapanować nad emocjami, pomimo, że nie został w żaden sposób sprowokowany, powinien przemyśleć, czy jest to właściwa profesja dla niego.

Jedno chcę wyraźnie podkreślić. Jeżdżę rowerem od wielu lat. Przeważnie poza miastem. Tysiące razy byłem wyprzedzany przez autobusy, przez TIRy, przez duże samochody, czyli te prowadzone przez zawodowych kierowców. I muszę powiedzieć, że w 99,9% przypadków czułem się mega bezpiecznie. Kierowcy nie zachowywali przepisowego metra odstępu, ale przeważnie było to 2, 3 a nawet więcej metrów. Bywało, że cierpliwie czekali, aż będą mogli bezpiecznie mnie wyprzedzić. Niemal nigdy nie czułem się zagrożony. Czasem, widząc, że samochód ma problem, aby mnie wyprzedzić, zjeżdżałem np. na zatokę przystankową albo zatrzymywałem się na wjeździe na posesję, aby przepuścić jadących szybciej. Ale nigdy w takiej sytuacji nie odczuwałem presji ze strony kierowców. To, co mnie spotkało 18 września jest – mam taką nadzieję – jednorazowym incydentem, który jednak unaocznia, że uważać trzeba zawsze i wszędzie.

Bezpiecznej jazdy wam życzę i wiatru tylko w plecy. Trzymajcie się.



8%

Środa, 9 lipca 2025 • Komentarze: 0

Czy 8 procent to dużo, czy mało? Oczywista odpowiedź brzmi: to zależy. No bo np. 8% inflacji to raczej dużo, ale podwyżka wynagrodzenia o 8%, jakkolwiek stanowiąca krok w dobrym kierunku, jest – delikatnie mówiąc – taka sobie. Ale to blog rowerowy, więc można przypuszczać, że tytułowe 8 procent dotyczy czegoś związanego z rowerem. I nie, nie chodzi o obniżenie wagi, albo o podwyższenie wartości roweru, ale o FTP.

Nie ścigam się, jestem tzw. kolarzem romantycznym, a więc jeżdżę głównie dla przyjemności. Mieszkam jednak w Małopolsce, a więc tam, gdzie zjawisko o nazwie „płaska trasa” jest wyjątkowo rzadko spotykane. Dobrze więc być w formie, aby do swojego rowerowego portfolio dodawać coraz bardziej wymagające podjazdy. Jasne, nikt mi nie każe wybierać się w rejony, gdzie królują znaki ostrzegawcze A-23 (stromy podjazd) z dopisaną liczbą 12% lub większą, ale problem w tym, że ja to lubię. A skoro tak, to dobrze jest wiedzieć, czy moja forma pozwala na stawianie sobie coraz większych wyzwań, czy może trzeba już powoli zbierać zabawki i wracać do domu.

Nigdy nie dysponowałem jakąś potężną mocą. Na początku 2021 roku było to 235 watów, czyli niecałe 3 W/kg. To jednak wystarczało, abym z większym lub mniejszym trudem pokonywał większość nie tylko małopolskich podjazdów. Potem, jak już wielokrotnie wspominałem, nadeszło wypalenie. Odstawiłem rower. Przytyłem. Dopiero w listopadzie 2024 powiedziałem: dość tego!

Rozpoczął się powolny proces odbudowy formy. Prawdę mówiąc, nie byłem przekonany, czy to się uda. Na początku nawet nie próbowałem zrobić testu FTP, bo nie byłem w stanie pedałować dłużej niż kilkanaście minut. Ale jakieś strefy treningowe trzeba było ustawić. Przyjąłem 150 watów. Chyba niewiele się pomyliłem, bo po pierwszych kilkunastu treningach, gdy już oswoiłem się z codziennymi aktywnościami, zrobiłem pierwszy test z wynikiem 169 watów. Dramat, ale czy mogłem się spodziewać czegoś lepszego? Trzy lata bezruchu w połączeniu z peselem zrobiły swoje. Tyle, że uparty jestem. Pierwszy plan treningowy, pierwsze tygodnie wylanego potu i efekt w postaci 180 watów. Byłem trochę rozczarowany, a nawet więcej niż trochę. Mega dużo pracy, wyrzeczeń, odpowiedniej diety i… prawie nic. Ale – to już wiecie – uparty jestem.

Kolejny plan treningowy. Tym razem dłuższy i bardziej wymagający. Już w jego trakcie czułem, że jestem coraz lepszy. No i wreszcie dzień testu. Wynik: 210 watów. Uznałem, że jakkolwiek szału nie ma, to całkiem niezły wynik jak na kogoś, kto lada moment skończy 59 lat i wznowił treningi ledwie trzy miesiące wcześniej. Byłem więc umiarkowanym optymistą i z nadzieją patrzyłem na sezon, który wkrótce miał się rozpocząć. Pozostawało tylko jedno pytanie – co teraz? Kolejny plan treningowy, czy raczej luźne treningi, bo przecież wiosna za pasem?

Pomyślałem, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby walczyć o kolejną poprawę FTP. Najwyżej zaliczę tyle treningów, ile tylko się da przed nadejście wiosny. Okazało się, że to był przysłowiowy strzał w dziesiątkę. Wiosna bowiem wyjątkowo nie rozpieszczała kolarzy dobrymi warunkami do jazdy. Było zimno, mokro, wietrznie. Zaliczałem więc kolejne treningi w zaciszu domowym. I znów w pewnym momencie poczułem, że jestem silniejszy. O ile? Nie miałem pojęcia, bo wiosna nareszcie przypomniała sobie, że istnieje i coraz częściej mogłem cieszyć się jazdą w pięknych okolicznościach przyrody. Od czasu do czasu zaliczałem jednak kolejne treningi na Zwift i wreszcie pozostał mi ostatni z nich – test FTP.

Zwlekałem z jego wykonaniem aż do dzisiaj. Pogoda mocno się pogorszyła, więc siedziałem w domu i zwyczajnie mogłem odpocząć. To dobry moment, aby spróbować swoich sił. Nie byłem do końca pewien, na ile i czy w ogóle okażę się silniejszy, ale przecież trzeba było sprawdzić, na ile skuteczna była moja praca przez ostatnie miesiące. Kilka minut koncentracji, uspokojenie emocji, wewnętrzne wyciszenie i… czas rozpocząć test.

Moje nowe FTP to 227 watów, czyli prawie 2,9 W/kg, czyli niewiele mniej niż 4 lata temu, czyli 8% więcej niż w lutym. A przecież jestem o te 4 lata starszy. W moim wieku to raczej sił ubywa, a nie przybywa. Tymczasem ja jestem pewien, że to jeszcze nie koniec, że jeszcze będę lepszy, że jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa.  

2,9 W/kg to nie jest powalająca wartość, ale początkiem każdej drogi jest pierwszy krok. Dzisiaj nie wiem, gdzie leży kres moich możliwości, ale jestem zdeterminowany, aby go znaleźć. I nie chciałbym tego zostawić tylko dla siebie, ale dotrzeć do wszystkich, którzy będąc w podobnym do mojego, wieku, doszli do wniosku, że wszystko, co najlepsze, już za nimi i teraz pozostało już tylko czekać na „napisy końcowe”. Słowem pisanym chyba do nich nie dotrę, więc kolejny raz nurtuje mnie myśl: a może vlog?

PS. Kiedyś robiłem porównanie wartości mierzonych przez Mój Elite Direto oraz pedały Favero Assioma i okazało się, że Direto zaniża moc o 18%, a więc moje faktyczne FTP to 268 watów, czyli prawie 3,4 W/kg.



Chciałem dobrze, wyszło jak zwykle

Wtorek, 8 lipca 2025 • Kategoria: Ridley FalcnKomentarze: 0

Telenowela „Klan” ma aktualnie 4542 odcinki. Niewykluczone, że inny serial niedługo przebije ten wynik. O czym mowa? O mojej siodełkowej „neverending story”. Naprawdę nie pamiętam, jak wiele razy ogłaszałem, że oto nareszcie znalazłem idealne siodełko, na którym żadna trasa, nawet ta najdłuższa, nie stanie się heroiczną walką z materią, stanowiącą podparcie najmniej szlachetnej części ciała. Ileż to razy wyruszałem przed siebie pełen nadziei, że od dzisiaj cały świat stanie się piękniejszy, po czym, przeważnie po około 40 km, wracałem pokonany. Nie, nie od razu rezygnowałem. Dawałem siodełku drugą, trzecią, dziesiątą szansę, ale w końcu poddawałem się.

W pierwszej szosówce (Ridley Fenix) zamontowałem siodełko Selle Italia SLR Flow. Generalnie byłem z niego zadowolony, ale jakaś irracjonalna chęć odchudzenia roweru sprawiła, że w kolejnym sezonie szarpnąłem się na bardzo lekkie Selle Italia SLR Kit Carbonio Flow. Wytrzymałem, a konkretnie mój tyłek wytrzymał ledwie kilka przejażdżek. Wymieniłem je na Prologo Scratch Pro Nack. Bolało. Po dwóch tygodniach wróciłem do siodełka z czasów pomykania na „góralach” i założyłem Selle Italia C2 Gel Flow. Dość długo na nim jeździłem, ale wciąż szukałem czegoś więcej i… wróciłem do początku, czyli do Selle Italia SLR Flow. Opisana historia niczego mnie nie nauczyła i w kolejnym sezonie testowałem Fizik Antares R5 K:IUM.

Kolejny raz „przeprosiłem się” z Selle Italia SLR Flow.
Kolejny raz „przeprosiłem się” z Selle Italia SLR Flow.
Tak dotrwałem do czasu, gdy zmieniłem rower na Cube Agree C:62 Pro. Zamontowałem do niego siodełko Fizik Antares VS Carbon Braided. To był dobry wybór, bo to siodełko przetrwało cały czas użytkowania roweru, a potem założyłem je do Ridley Helium SLX. Być może jeździłbym na nim do dzisiaj, gdyby pewnego pięknego dnia nie pękło. Wtedy kolejny raz wróciłem do Selle Italia SLR Flow.

To jeszcze nie wszystko, bo w międzyczasie testowałem także inne modele, jak chociażby Fizik Antares VS X. Przeżyłem także kilkanaście minut (więcej się nie dało) masochistycznej przygody z całkowicie karbonowym, twardym jak skała siodełkiem, kupionym za groszu u „majfrendów”.

Mogłoby się wydawać, że powyższe doświadczenia powinny raz na zawsze nauczyć mnie, że Selle Italia SLR Flow jest najlepszym wyborem w moim przypadku. Ale gdzie tam! Gdy budowałem mój aktualny rower, czyli Ridley Falcn, znów mnie podkusiło, żeby coś zmienić. Pomyślałem, że trzeba iść z duchem czasu i kupiłem Fizik Tempo Aliante R3 Adaptive, które wykonane jest w technologii druku 3D. Początkowo wydawało się, że to jest to! Żadnego bólu, żadnego dyskomfortu. Czar prysł, gdy wybrałem się na dłuższą przejażdżkę, na której na siedząco, w upale, w dość mozolnym tempie pokonywałem sporo stromych podjazdów. Bólu co prawda nie odczuwałem, ale pojawił się brak czucia w „pewnej” części ciała. Uznałem, że to zbyt poważny problem, aby go zbagatelizować. Co zrobiłem? Kolejny raz wróciłem do Selle Italia SLR Flow.

To teraz już na pewno nie będę kombinował i zostanę przy tym, co mam. Prawda? Nieprawda! Zdążyłem trochę siebie poznać i wiem, że będę szukał dalej, tworząc kolejne odcinku serialu „Moda na siodełko”.



Ridley Falcn – Pierwsze wrażenia

Czwartek, 5 czerwca 2025 • Kategoria: Ridley FalcnKomentarze: 1

Pierwsze dwieście kilkadziesiąt kilometrów na Ridley Falcn już za mną. Niewielki to dystans, ale wystarczający, aby opisać pierwsze wrażenia, zwłaszcza, że to moje pierwsze doświadczenia z jazdy na szosówce, która tak bardzo różni się od rowerów, którymi jeździłem wcześniej. Tak się złożyło, że pierwsza trasa, którą pokonałem „Sokołem”, zawierała niemal wszystko. Były dobre asfalty, ale i te w dość przykrym stanie. Było trochę szutru. Były podjazdy, zjazdy, odcinki kręte i długie proste. Nie było tylko deszczu.

Zacznę od napędu. Shimano Dura-Ace R9200 Di2 w przypadku przeciętnego amatora jest – nie oszukujmy się – fanaberią. Pewnie nigdy nie wykorzystam w pełni jej możliwości. Dlatego nie będę się silił na opisywanie, jak świetnie, precyzyjnie, szybko zmienia przełożenia i o ile jest lepsza od „niższych” grup. Faktem jednak jest, że od momentu, gdy przed laty po raz pierwszy użyłem napędu Di2, to już nie wyobrażam sobie korzystania z tradycyjnych przerzutek. Nowością w moim przypadku jest 12-to rzędowy napęd. Mam swoje lata, więc są to tarcze 50/34 i kaseta 11/34. Najniższe przełożenie jest więc 1:1, co sprawia, że nawet dość strome podjazdy stają się relatywnie łatwe, a przynajmniej łatwiejsze do pokonania. Z drugiej jednak strony, to trochę rozleniwia. Tam, gdzie onegdaj musiałem pokonać własne słabości i ograniczenia, teraz wrzucam 34/34 i wspinam się z pieśnią na ustach. No dobra, trochę przesadzam, ale jest wyraźnie łatwiej. To, co mnie mile zaskoczyło to fakt, że większa masa roweru – Falcn jest ponad kilogram cięższy od mojego Helium – nie ma żadnego zauważalnego wpływu na pokonywanie wzniesień.

Hamulce. To jeden z dwóch elementów (o drugim za chwilę), które robią największą różnicę w porównaniu do moich wcześniejszych szosówek. Pamiętam, jak zaklinałem się, że jeśli szosa, to nigdy z tarczami, bo to źle wygląda, bo to takie nieortodoksyjne, bo to ciężkie, bo to ma sens jedynie w deszczu, itd., itp. No cóż, chyba pora przyznać się do błędu. Może faktycznie rower szosowy z przednim kołem zaplecionym na „słoneczko” wygląda przecudownie, ale fizyki się nie oszuka. Doskonała modulacja, która jest chyba najważniejszą cechą hydraulicznych hamulców tarczowych, pozwala na precyzyjne dozowanie siły hamowania w każdych warunkach. Jest więc mniejsze ryzyko zablokowania kół, mamy większą kontrolę nad rowerem i czujemy pod palcami, jak mocno hamujemy. To już nie jest zero-jedynkowy proces, gdzie granica pomiędzy „nic się nie dzieje” a „blokada kół” jest bardzo wąska. Tutaj mamy pełną kontrolę.

Drugim elementem, który robi różnicę, to opony, a konkretnie ich szerokość. Moją przygodę z szosą zaczynałem od opon o szerokości 23 mm nabitych do ok. 8 barów. Było twardo, chociaż to i tak nic w porównaniu ze standardami sprzed kilkunastu lat. Potem przeszedłem na 25 mm i było już nieco lepiej, ale plomby i tak miały szansę wypaść z zębów na kiepskich asfaltach. W Ridley Falcn założyłem opony o szerokości 28 mm, które obecnie i tak są uważane za opony wąskie. Do środka włożyłem dętki TPU i całość napompowałem do nieco ponad 5 barów. Spodziewałem się, że komfort nieco wzrośnie, ale nie będzie to wyraźnie odczuwalne, ponieważ Falcn jest bardzo sztywną konstrukcją. Rzeczywistość przerosła moje oczekiwania. Jedzie się naprawdę komfortowo i asfalty gorszej jakości, bruki, a nawet niektóre szutry nie sprawiają, że zaczynam się zastanawiać, po co ja to wszystko robię, skoro tak cierpię. Jeśli przy 28 mm jest dobrze, to ciekawe jak będzie przy 32 mm, ale póki co, nie zamierzam zmieniać opon.

A skoro jestem przy oponach, to jeszcze słów kilka na temat kół. Vision SC-45 nie są produktem z górnej półki. To klasyczna, solidna, pozbawiona jakichś technologicznych niuansów konstrukcja. Nie są ekstremalnie lekkie, ale też nie są przesadnie ciężkie. Stożek o wysokości 45 mm wydawał mi się rozsądnym wyborem na zróżnicowane profilowo trasy. I to się sprawdziło. Jechało mi się bardzo dobrze zarówno po płaskim, jak i na podjazdach. Boczne podmuchy wiatru nie były problemem – zawsze miałem pełną kontrolę nad kierunkiem, w którym się poruszam. To, co mi się niespecjalnie podoba, to głośność, a w zasadzie „cichość” bębenka w tylnym kole. Przyzwyczaiłem się do hałasu generowanego przez system Ratchet. Na ścieżkach rowerowych mogłem go używać zamiast dzwonka – wystarczyło przestać pedałować. Vision mają system zapadkowy, którego dźwięk jest bardziej subtelny. Dla kogoś to może być zaletą, ale ja wolałbym bardziej wyrazisty dźwięk.

Napęd, hamulce i koła mamy już z głowy. Teraz czas na komponent o kluczowym znaczeniu w kontekście czasu spędzanego na rowerze, czyli siodełko. Po raz pierwszy w życiu zdecydowałem się na model w technologii wydruku 3D. Póki co, wszystko wskazuje na to, że to był strzał w dziesiątkę. Owszem, nie było tanio, powiedziałbym nawet, ze było drogo, ale Fizik Tempo Aliante R3 Adaptive wydaje się być stworzone idealnie pod moją część ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Kilka godzin spędzonych na rowerze nie powodowało żadnego dyskomfortu, a tym bardziej bólu. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że ta ocena jest mocno subiektywna.

Słów kilka o kokpicie. To także pewnego rodzaju nowość dla mnie, bo jest to kokpit zintegrowany, a więc możliwości regulacji są żadne, nie licząc ustawiania wysokości determinowanej liczbą podkładek pod mostkiem. W zasadzie mamy wpływ tylko na ułożenie klamkomanetek oraz dobór owijki. Trochę obawiałem się, jak moje ciało zareaguje na tę zmianę, bo jednak geometria nieco się zmieniła w porównaniu do poprzedniego roweru. Pierwsze doświadczenia są jednak bardzo obiecujące. Jedzie mi się wygodnie, aczkolwiek na szerszą ocenę przyjdzie jeszcze czas.

Na koniec zostawiłem sobie pedały z pomiarem mocy. Wybrałem takie rozwiązanie świadomie, bo wydaje mi się najbardziej uniwersalne. Gdybym kiedyś zmieniał napęd albo rower, to wystarczy, że przełożę pedały i gotowe. Równie świadomie wybrałem pedały SPD a nie SPD-SL. Powód tłumaczyłem już wielokrotnie – jako „kolarz romantyczny” bywam w sytuacjach, które wymagają przejścia z buta kilkunastu czy kilkudziesięciu metrów. Natomiast jeśli chodzi o jakość pomiaru mocy, to wszystkie testy pedałów Favero Assioma Pro MX-2, łącznie z najważniejszym z nich, przeprowadzonym przez „legendarnego” Shane Millera z kanału GPLama, potwierdzają, że jest to jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy pomiar mocy.

Czas na jakieś podsumowanie. Niecałe trzysta kilometrów to żaden dystans. Ridley Falcn to mój nowy rower, więc dużą rolę odgrywają emocje, które przesłaniają wszelkie ewentualne minusy. Nie jestem więc w stanie zachować obiektywizmu. I dlatego właśnie są to jedynie pierwsze wrażenia, skromna impresja, pozbawiona elementu głębszej oceny. Na taką przyjdzie czas wtedy, gdy zaliczę przynajmniej pierwsze tysiąc kilometrów.

Komentarze

img
Tomek Chełmicki • Piątek, 19 września 2025, 09:54

Zabawne, jak różne potrafią być oczekiwania co do dźwięku wolnobiegu. Jedni lubią warkot "płoszący zwierzynę w lesie", a inni - "cykanie typu sejf bankowy otwierany przez kasiarza". Byłem w tym roku na evencie, w którym jechało ok. tysiąc osób. Nie chodziło o ściganie, tylko jazdę w zwartym peletonie, atmosferę braterstwa, itp. Na wspomnienie, jak te tysiąc rowerów jechało w dół i równocześnie włączały się te wszystkie wolnobiegi, do tej pory mam ciarki. To brzmiało jakby leciał nad nami odrzutowiec:). Serdecznie pozdrawiam.

Dodaj komentarz...



Ridley Falcn

Wtorek, 13 maja 2025 • Komentarze: 0

Długo to trwało, ale wreszcie nadszedł ten dzień. Mój nowy Ridley Falcn jest gotowy. Teraz już tylko czekam na powrót pięknych i ciepłych dni, aby po raz pierwszy przetestować go na trasie. Niestety, póki co, to wyjątkowo chłodny maj testuje moją cierpliwość. Ale, jak to mówią, co się odwlecze, to nie uciecze, a w międzyczasie mogę oficjalnie przedstawić mojego „Sokoła”.

Tym razem daruję sobie filozoficzno-historyczny wstęp, mówiący o tym, jak, gdzie i w ogóle dlaczego wpadłem na pomysł, aby zbudować nowy rower. Pisałem o tym przynajmniej kilkukrotnie, więc zwyczajnie nie chcę się powtarzać. Zamiast tego, skupię się na samej konstrukcji roweru.

Ridley Falcn.
Ridley Falcn.
Ridley Falcn to stosunkowo nowa konstrukcja belgijskiego producenta. Premiera miała miejsce rok temu. Zdecydowałem się na ten frameset z kilku powodów. Po pierwsze, jestem w pewnym sensie przywiązany do tej marki – zwyczajnie lubię Ridleye i zawsze dobrze mi się na nich jeździło. Po drugie, w przeciwieństwie do wielu marek, których rowery można zobaczyć w World Tour’owym peletonie, Ridley jest relatywnie przystępny cenowo. Po trzecie, chciałem mieć możliwość wyboru malowania, a belgijska firma udostępnia konfigurator, który pozwala na wybór własnego profilu kolorystycznego. Po czwarte, geometria Falcn jest niemalże identyczna jak mojego Helium SLX, więc mogę mieć pewność, że będzie równie wygodny. Należy jednak wziąć pod uwagę, że słowo „wygodny” nie oznacza komfortowy. Wszakże Helium SLX jak i Falcn nie są rowerami endurance. Po piąte, jako klient mam doskonałe doświadczenia ze współpracy z firmą Bike4Race prowadzoną przez Pana Andrzeja Wróblewskiego w Opolu, więc dlaczego miałbym szukać gdzie indziej? Właśnie tam zamówiłem frameset i cierpliwie czekałem około ośmiu tygodni, aż zostanie wyprodukowany i wysłany do Polski. Wspomnę jeszcze, że zastanawiałem się nad wyborem bardziej profesjonalnej konstrukcji, jaką jest Ridley Falcn RS. Uznałem jednak, że 161 gramów mniej tudzież sztyca aero, nie są warte około 7 tysięcy złotych dopłaty.

Ridley Falcn.
Ridley Falcn.
Przed rozpoczęciem montażu rama oraz widelec zostały odpowiednio przygotowane. Wszystkie miejsca narażone na jakiekolwiek uszkodzenia eksploatacyjne, np. uderzenia kamieni, spadnięcie łańcucha, uderzenie łańcucha, itp., zostały oklejone specjalną folią zabezpieczającą 3M.

Kokpit roweru jest standardowy, czyli ten, który został dostarczony razem z framesetem. Kierownica ma delikatną flarę. Jej szerokość wynosi 40 cm w górnym i 42 cm w dolnym chwycie. Jest zintegrowana z mostkiem o długości 100 mm. Chcąc dokładnie odwzorować geometrię mojego Helium SLX, musiałem użyć aż 38 milimetrów podkładek pod mostek. Kokpit wykończyłem owijką Guee SL Dual Metallic.

Sztyca to Deda Superleggero Carbon o średnicy 27,2 mm i długości 350 mm. Tym razem nie zdecydowałem się na jej skrócenie i zyskanie kilku gramów. Siodełko Fizik Tempo Aliante R3 Adaptive jest pewnego rodzaju eksperymentem. To model wykonany w technologii druku 3D. Testowałem je przez kilka dni na trenażerze i okazało się bardzo wygodne. Mam nadzieję, że sprawdzi się także na trasie.

Napęd oraz hamulce to dwunastorzędowa grupa Shimano Dura-Ace Di2 R9250. Konfigurację napędu można złośliwie określić jako „emerycka” – korba 50/34 oraz kaseta 11/34. W Małopolsce to jednak ma sens – podjazdów ci u nas dostatek. Przerzutki są połączone przewodami jedynie z akumulatorem Di2, a zmiana przełożeń jest bezprzewodowa. Tarcze hamulcowe to typowe 160 mm z przodu i 140 mm z tyłu. Przewody hydrauliczne są całkowicie poprowadzone wewnątrz kokpitu, widelca i ramy. Aby uniknąć denerwujących dźwięków, przewód hydrauliczny tylnego hamulca jest umieszczony w specjalnej miękkiej i lekkiej otulinie.

Napęd uzupełnia pomiar mocy. Po raz pierwszy zdecydowałem się na użycie pedałów z obustronnym pomiarem. Zastanawiałem się nad korbą, ale w końcu doszedłem do wniosku, że pedały dają mi więcej możliwości, a w razie potrzeby mogę je przecież przenieść do innego roweru. Są to Favero Assioma Pro MX-2, a więc pedały SPD. To trochę psuje obraz całości, ale z racji specyfiki moich rowerowych eskapad, to jedyna sensowna opcja – spacer w butach z blokami SPD-SL nie należy do przyjemności.

Shalom - o wiele więcej niż pokój.
Shalom - o wiele więcej niż pokój.
Koła to Vision SC 45 Disc TLR Carbon o wysokości stożka 45 mm. To raczej przeciętne koła, nie za lekkie, nie za ciężkie, ale za to przystępne cenowo i mające dobre opinie. Założyłem na nie opony Continental Grand Prix 4-Season o szerokości 28 mm. Nie są lekkie i mógłbym sporo zbić na wadze, gdybym wybrał coś innego. Zależało mi jednak na niezawodności i trwałości. Całość uzupełniają dętki TPU Pirelli P ZERO SmarTube.

Ostatnim akordem budowy nowego roweru była bardzo delikatna personalizacja. Jest więc naklejka z moim imieniem i nazwiskiem (w sumie nie wiem, po co), naklejka z adresem mojego bloga, a także unikalne, wydrukowane na drukarce 3D, korki owijki. Na kołach znajduje się hasło Ridley’a „#BeTOUGH”.

Jest jeszcze jeden drobiazg – subtelnie zaakcentowane, piękne hebrajskie słowo „שלום” czyli „Shalom”. Shalom to coś więcej niż pokój. To równowaga, harmonia, powodzenie, wewnętrzny spokój, błogosławieństwo, zgoda pomiędzy człowiekiem i Bogiem. Mam nadzieję, że piękno świata widziane z perspektywy siodełka mojego nowego roweru oraz wszystkie doznania i emocje na przemierzanych trasach, staną się częścią tego doskonałego pokoju i harmonii – staną się częścią „Shalom”.