Po trzech dnia przerwy nie mogłem już wysiedzieć spokojnie na miejscu, tym bardziej, że za oknami świeciło słońce. Niestety to nie przekładało się na temperaturę, zwłaszcza na tę odczuwalną, ponieważ wiał dość silny północno – wschodni wiatr. Nie zamierzałem jednak wsiadać na trenażer. 
Przylasek Rusiecki.Tak już mam, że jak już zasmakuję aktywności na świeżym powietrzu, to trudno jest wrócić do beznamiętnego kręcenia w domowym zaciszu.
Na zewnątrz faktycznie nie było tak idealnie, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Dobrze, że założyłem nogawki i ciepłą bluzę. Nie miałem skrystalizowanego pomysłu na przejażdżkę, więc zdecydowałem się na jedną z rutynowych tras, która, jak się później okazało, miała dwa oblicza. Tym pierwszym obliczem była jazda pod wiatr na wschód. Może nie było jakoś ekstremalnie ciężko, ale licznik z rzadka pokazywał prędkość wyższą niż 27 km/h. Wszystko zmieniło się w Niepołomicach, do których dotarłem od strony Nowej Huty, przejechawszy wcześniej przez Pleszów, Branice, Przylasek Rusiecki. Nie mam pojęcia ile watów dodawał wiatr w plecy, ale musiało to być sporo, bo praktycznie bez większego wysiłku na płaskich fragmentach jechałem z prędkością dochodzącą do 40 km/h. Nawet na nielicznych podjazdach, na których zazwyczaj zrzucałem na małą tarczę z przodu, tym razem mogłem cisnąć na dużym blacie bez „wypluwania” płuc.
Skomentuj...