Dzisiaj było jeszcze chłodniej niż wczoraj. Mimo to wyskoczyłem na przejażdżkę, bo zewsząd słyszę, że warunki do jazdy mają się z każdym dniem pogarszać, a na meteorologicznym horyzoncie widoczny jest podobno powrót zimy. Cytując klasyka (klasyczkę): „sorry, taki mamy klimat”.
Dzisiejsza aktywność byłaby w zasadzie bez historii, bo trasa wydawała się aż nadto rutynowa (Kraków – Tyniec – Kraków), gdyby nie jeden „smaczek”, który postanowiłem sobie zafundować w jej trakcie. Otóż, gdy wracałem po wałach wiślanych wzdłuż ulicy Księcia Józefa, postanowiłem przejechać do ulicy Królowej Jadwigi na wysokości Przegorzał. Wtajemniczeni wiedzą, że to oznacza zaliczenie kilkusetmetrowego podjazdu o dość zacnym nachyleniu. Nie zamierzałem się specjalnie spinać, ale jakoś tak wyszło, że uzyskałem swój nowy Personal Record. I nie, wcale nie miałem wiatru w plecy. Rzekłbym nawet, że wiatr mi przeszkadzał. Biorąc pod uwagę fakt, że PESEL brutalnie przypomina mi, iż za niecałe dwa miesiące skończę 60 lat, jest chyba całkiem nieźle.
Oznak wiosny wciąż jednak nie widać. Nadal królują brunatne barwy i próżno szukać radosnego śpiewu ptaków. A ja już chciałbym zaszyć się pośród bujnej zieleni, w promieniach słońca, pod błękitem nieba…

Wisła w Tyńcu pod słońce.

Wisła w Tyńcu ze słońcem.

Opactwo Benedyktynów w Tyńcu zanim skryje go bujna zieleń.
Skomentuj...