„Poszły konie po betonie”, czyli kolejny sezon czas zacząć. Oczywiście mam na myśli sezon wycieczek outdoor, bo na trenażerze „kręciłem” całą zimę i zapewne jeszcze sporo „pokręcę”, gdyż zima zapewne nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Grzechem byłoby jednak nie skorzystać z pięknego daru pogodowego i kolejne popołudnie spędzić w wirtualnym świecie Zwifta. Dlatego już ostatni kwadrans w pracy spędziłem w pełnym rowerowym rynsztunku, aby tuż po piętnastej po raz pierwszy w tym roku wskoczyć na szosę.

Sezon zaczynam na Ridley Helium SLX.Na pierwszą przejażdżkę nie wybrałem mojego podstawowego roweru. Ridley Falcn czeka na nadejście prawdziwej, pięknej, ciepłej i pogodnej wiosny. Dzisiaj wsiadłem na jego poprzednika, czyli Helium SLX. To wciąż jest piękny rower, jeden z ostatnich klasyków, czyli z hamulcami szczękowymi, z zaplotem przedniego koła na „słoneczko”. To niegdysiejsze spełnienie moich marzeń, pierwszy i jedyny jak dotychczas rower, który niczym nie różnił się od tych, które były używane przez zawodowych kolarzy. Takiej samej, ultra lekkiej ramy, używali choćby Tomasz Marczyński i André Greipel. Rok temu zamierzałem go sprzedać, ale okazało się, iż realna kwota, jakiej mógłbym oczekiwać jest tak żenująco niska, że postanowiłem go zatrzymać. I bardzo dobrze!
Pierwsza w tym roku trasa nie była jakaś szczególna. Bardziej skupiałem się na obserwacji tego, czy moje zimowe treningi przyniosły jakiś wymierny efekt. Ekscytacja związana z pierwszą aktywnością na świeżym powietrzu (zakładając, że krakowskie powietrze świeżym jest), uśpiła chyba moją czujność i zdrowy rozsądek i zamiast rozsądnie rozłożyć siły, jechałem w sposób, który nazwałbym szarpanym. To spinałem się maksymalnie i cisnąłem niemal do odcięcia, by po chwili, łapczywie chwytając powietrze, snuć się żółwim tempem. Zupełnie jak nowicjusz. Mimo tego, wróciłem do domu zadowolony, snując już w głowie plan jutrzejszej rowerowej przygody.
Skomentuj...